[akt 1][akt 2]
[akt 3 scena I][akt 3 scena II][akt 3 scena III]
[do strony głównej]
[ back ][ retour ]

Akt III

wędrowanie*niespełnienie* wyzwolenie




scena I
 

w ę d r o w a n i e


“Eurydice: Will you not embrace me? - You deign me not an answer. Then look at me at least - Say, am I not as beautiful as on my wedded day? Behold! perhaps the roses fade - Turn round! it may be that this charms decay, which you with rapture prais'd; or brightness fullies which with joy you view'd.
Orfeo: (The more i hear the less i can resist. Chear up, Orpheus). Let's away , beloved Euridice. these marks of tenderness are unreasonable. Every delay must prove fatal to us.
Eurydice: But one single look.
Orfeo: Now to glance upon thy beauty would be ruin.
[W.Gluck, "Orfeo ed Euridice"]


Erudyka: Nie pocałujesz mnie? - Nie raczysz mi odpowiedzieć. Więc chociaż spójrz na mnie - Powiedz, czy nie jestem tak piękna jak w dniu mego ślubu? Poczekaj! być może róże zwiędły - Obróć się! może opadnie ten czar, o który gorliwie prosiłeś, lub jasność ....... którą z radością ujrzałeś.
Orfeusz: (Im dłużej słucham jej, tym trudniej jest mi się oprzeć. Wytrwaj, Orfeo). Odejdźmy stąd, ukochana Eurydyko. te oznaki czułości są teraz nierozsądne. Każda zwłoka musi być dla nas fatalna.
Eurydyka: Lecz jedno spojrzenie..
Orfeo: Teraz spojrzeć na piękność twoją było by dla nas niszczące.
[tł.J.C.]

 

Przekroczyli w łodzi Cherona wolno toczące się nurty Lety. Przed nimi droga powrotna. Labirynt korytarzy. Wnęki pieczar, sadzawki, strumyki, bagna. Orfeo podążał pierwszy, za nim postępowała Eurydyka. W milczeniu wkroczyli na teren zaludniony przez dusze potępione. Zimny dreszcz przeszył ciało mężczyzny na widok tych poznanych już w drodze ku wnętrzu labiryntu pokracznych, odrażających duchów. A jednak fascynowała go w jakiś niewypowiedziany sposób ta podziemna rzeczywistość. Z inna również świadomością podążał droga powrotna ku światłu dnia, czując za plecami bojaźliwą lecz realną obecność Eurydyki. Wiedział jak niegroźny jest już dla nich ten świat śmierci, który udało mu się pokonać dzięki sile miłości. Usłyszał bezgłośny niemal szept kobiety – Boję się, Orfeo. – Prosiła o chwilkę spojrzenia i pocałunek. Posłuszny nakazowi Boga i Amora, nie odwrócił się jednak. Wyciągnął jedynie dłoń szukając jej malutkiej dłoni. Zacisnęły się kurczowo jej palce. Poczuł ich chłodny dotyk i drżenie. Wiedział jak bardzo się bala, wciąż niepewna czy opuszczenie podziemia jest aby realnością. Powtórnie usłyszał jej pełną wyrzutu prośbę o spojrzenie. Odmówił. Nie rozumiała. Jakże był dla niej okrutny i dlaczego… Zasklepił się w ciszy milczenia, pragnął jakimś cudem zamknąć uszy na jej glos. Przecież nie mógł wyznać jej powodu swego milczenia, powodu pozornej nieczułości. Nie mógł! Miał ja tak łatwo utracić? Czym było jednak to jedno spojrzenie… jej twarz, której nie mógł wówczas ujrzeć stawała się marzeniem. Ona była tak blisko, a jednak nie w pełni “jego”, wciąż w posiadaniu śmierci. – Nie ofiarujesz mi nawet jednego spojrzenia? Nie pragniesz na mnie spojrzeć? – zajęczał głos kobiety.

-Nie masz ochoty dowiedzieć się nawet jak wyglądam? Opis, który ci przesłałam jest niczym w porównaniu do iluzji obrazu na zdjęciu.
- Ale ta iluzja będzie niczym w porównaniu do obrazu ciebie w rzeczywistości – odmailował jej po chwili Piotr w żartobliwym tonie, o czym świadczyła załączona na końcu wypowiedzi uśmiechnięta buźka, czyli dwukropek w kompozycji z myślnikiem i nawiasem.
- Masz rację, w istocie. Czy to oznacza, ze gardzisz moim zdjęciem? – wysłała zapytanie nieco urażona.
- Ależ nie, prześlij, chce zobaczyć. To będzie jakąś kolejna cząstka ciebie, którą poznam wkrótce w “całości” – odmailował szybko.
- Cóż, pomyślę o tym dziś wieczorem i być może dostaniesz je mailem jutro rano – zamknęła temat. Piotr uśmiechnął się ironicznie po drugiej stronie linii intranetowej. -Jak sobie życzysz, moja droga. Może ostatecznie nigdy się nie spotkamy – pomyślał filozoficznie.

Znali się od dłuższego czasu. Oboje pracowali w tej samej firmie, a jednak ich kontakty były jedynie formalne do tej pory i za pośrednictwem telefonu lub Intranetu. On w Krakowie, ona pracowała w Warszawie. Któregoś dnia oficjalny mail zaprawiony żartem przerodził się w prywatną korespondencję. Żarty przybrały kształt poważnej jego propozycji spotkania w Krakowie. Kusił ją mile spędzonym wieczorem, kolacją, koncertem w filharmonii, spacerem nad Wisłą w romantycznej scenerii starego miasta i podkrakowskiego, przekształconego w hotel, zameczku. Bardzo lubiła Kraków. Rzeczywiście miała ochotę spotkać go…, miała tez ochotę znów zobaczyć to miasto, nieodwiedzane od kilku miesięcy. Napłynęły wspomnienia. Odprężyla się w fotelu, pokój biura był pusty przez chwile, ktoś tam wyszedł, ktoś udał się na kawę… odwróciła głowę od ekranu komputera spoglądając w zaokienny zapadający już zmrok godziny siedemnastej. Jakże miała ochotę znów pojawić się w Krakowie. Wędrować jego ulicami. Wędrować może w miłym towarzystwie Piotra, tak jak ostatnio wędrowała którejś niedzieli u boku jej przyjaciela z Turcji, który przyjechał tam na cały miesiąc, wysłany przez jego rodzimą firmę. Słońce zalało tego dnia miasto, mroźne powietrze z ulgą przyjmowało ciepłe promienie.

Spotkali się na drugim brzegu Wisły. Kraków wyglądał uroczo z tej perspektywy. Ponad miastem górowały zabudowania Wawelu. Promienie słońca ślizgały się po spadzistym dachu zamku królewskiego, jego zieleń spływała z brzegów, wtapiała w zielona zgniliznę trawy wypełzającej spod szaroburobialych plam śniegu. Tegoroczna zima zaborczo pozbawiała nagość wyleniałej i zapadłej w zimowy półsen przyrody okrycia. Mroźne powietrze wyraźnie jednak dawało znać, że nie wiosna to jeszcze była, lecz początki zimy. Na brzeg rzeki wyległy sylwetki wędkarzy, zatrzymane w bezruchu, ze stoickim spokojem mimo mrozu i wiatru, pełniące swą wartę, każdy przy końcu swego kija, którego żyłka marzła w lodowatym nurcie wody. Poświęcili oboje kilkanaście minut uwagi tym poszukiwaczom zaginionej już w mieście ciszy. Byli pod urokiem ich spokoju i cierpliwości myśliwych czatujących na zwierzęcą zdobycz.

Autobus podjechał punktualnie, dziesięć minut oczekiwania dało się we znaki ich skostniałym kończynom. Odetchnęli ciepłem wnętrza autobusu. Wysiedli w okolicach dworca głównego. Ruszyli w kierunku starego miasta, bez celu i planu, spontanicznie wędrowali urokliwymi uliczkami Krakowa. Zajrzeli do Kościoła Mariackiego, wygnał ich stamtąd jednak tłum niedzielnej mszy. Postanowili powrócić tam później, zabłądzić w wysokich nawach pod ostrołukami , pod filtrowanym światłem witraży. Skierowali się ku wawelskiemu wzgórzu, godzina była już późnawa. Przypuszczała, ze nie uda im się już wejść do pokoi zamkowych. Szybkim krokiem ruszyli ulicą, której nazwy nigdy nie potrafiła przywsoić, mijając po drodze cale mnóstwo maleńkich sympatycznych witryn sklepowych, z których wiele zachowywało swój od dawien dawna kształt. Warszawa posiadała tego typu urocze małe sklepiki jedynie na Starym Mieście i w jego okolicach. - Nie ma już starej przedwojennej Warszawy – westchnęła , zawsze pragnęła móc wyobrazić sobie w pełni tamten świat, dawne ulice stolicy niezeszpecone szarością i brzydotą socrealistycznej architektury, urok zamieszania i odmienności okolic Placu Grzybowskiego i dzielnicy żydowskiej, fascynującą barwność mimo brzydoty i nędzy starej Pragi, Powiśla, Mariensztatu…Kraków miał szczęście zachować swój przedwojenny urok, zewsząd wyzierała historia dawnych dziejów miasta.

Dotarli na wzgórze. Spojrzenie z wysokości na spienione fale rzeki. Podwyższony poważnie poziom wody, zalane nabrzeże…Wisła wyglądała groźnie, zagniewana nieobliczalna siła przyrody. Udało im się wejść do krypt królewskich, wspiąć po schodach ku wiszącemu pod kopułą wieży dzwonowi Zygmunta, odwiedzili kościół i prochy polskiej romantycznej trójcy poetyckiej. Nie dostali niestety biletów do sal zamkowych, wykupionych przez mnogie wycieczki szkolne. Roześmiała się. Od pamiętnej wyprawy szkolnej jeszcze w jej latach podstawówkowych nigdy nie udawało jej się odwiedzić ponownie wnętrza zamku. Niefart! Różnorakie powody i przeszkody za każdym jej pobytem w Krakowie ale skutek zawsze ten sam. Cóż, szkoda – westchnęła. Innym razem przy okazji twojego powtórnego przyjazdu do Polski – puściła do niego oko. “Powłóczystym” krokiem zeszli z drugiej strony wawelskiego wzgórza, usłyszał przy okazji legendę o smoku – postrachu Krakowa, o odważnym Kubie…Przybłąkał się tez gdzieś przy okazji Bazyliszek i zaklęta kaczka, a i wplątała się wpośrodku tych historii polskich opowieść o smutnym-niesmutnym losie Orfeo i Eurydyki wędrowców podziemia śmierci. Miała w głowie właśnie obraz powrotnej ich wędrówki ku światłu i ku żyjącemu światu, moment przed katastrofą, moment jeszcze szczęśliwy w jego nieświadomości przyszłych przypadków. Ta opowieść zwyczajem “spadłych z księżyca”, jej właściwych, aluzji do tematu była jedynie wyrazem nękającej ja obsesji ostatnich dni, obsesji drugorzędnego pisarczyka romansideł trawiącego bezustannie w umyśle przedmiot powstającej właśnie natenczas książki.

- Ale kto tymczasem zabił tego przeklętego Bazyliszka?! – pomyślała nieoczekiwanie, zżymając się na własny brak pamięci i nie mogąc skończyć Hakanowi tej historii. Kto zabił ..i jak to było z tym podziemnym wędrowaniem…- Jej paplanina, jej ciąg opowieści dla Hakana toczyły się przerywane wybuchami śmiechu i gestami , które musiały niejednokrotnie zastępować brakujące słownictwo angielskie. Tryskali oboje humorem, mimo dającego się we znaki mrozu. Postanowili schronić się w jednej z restauracji dla skonsumowania późnego lunchu.

- Piotr – pomyślała. Z nim byłoby zupełnie inaczej. Krakowiak, niejedno mógłby jej pokazać i opowiedzieć. Wiedziala, ze dobrze znał miasto. Zapragnęła tego wyjazdu. Rozmarzyła się. Wyrwał ja z zamyślenia dźwięk telefonu. Odebrała. Krótka formalna rozmowa. Spojrzała na zegar na komputerze, późnił się, plus dziesięć minut…była już prawie osiemnasta. Pracujące z nią w pokoju osoby miały niebawem powrócić…Nowa wiadomość. Kto? Piotr. Nie Piotr z Krakowa, inny jej przyjaciel. Jak zabawna wydała jej się wówczas ta zbieżność imion, na którą wcześniej nie zwróciła uwagi. Wszak to nie tylko w przypadku dwu Piotrów. Wspomniała imię Yana i … przyjaciela Jana, dwu ważnych w jej życiu Francuzow o tym samym imieniu Jean-Michel. Dziwaczna historia…

Wiadomosć była jednak od Piotra z Berlina. Kilka miłych słów. Kilka informacji i jego skrócona historia fascynacji “Carmen” Bizeta w wykonaniu artystow hiszpańskich. Był zachwycony możliwoscia obejrzenia przedstawienia pokazywanego na scenie teatru Baden Baden. Również skrócony opis miasta pozwolił jej wyobrazić sobie jego urok. Na końcu języka miała zapytanie. Nigdy nie była w Niemczech, może to była ta nadarzająca sie okazja? Zakończenie listu przyniosło jej odpowiedź - Może masz ochotę przyjechać na przedstawienie w sobotę? – usmiechnęła się. – Czemu nie?
 

Początek
scena II
 

n i e s p e ł n i e n i e



“What shall I do without my Eurydice? Where shall I wander now deprived of her? Eurydice! alas she cannot answer me. I am ever faithful to thee, Eurydice. Ah me! nor hope or succour now are left to me from mortals or from Gods.What shall I do without Eurydice? Where shall I wander now deprived of her?”
[W.Gluck, “Orfeo ed Euridice”]


“Co pocznę bez mojej Eurydyki? Gdzie mam wędrować teraz jej pozbawiony? Eurydyko! Nie może mi odpowiedzieć. Jestem jej zawsze wierny ci, Eurydyko. Ah, ani nadziei ani ratunku juz nie ma dla mnie od śmiertelnych czy Bogów. Co uczynię bez Eurydyki? Gdzie powędruję teraz jej pozbawiony?”
[tł.J.C.]

 
 

Dzwonek budzika. Za oknem jeszcze ciemnosć. Po omacku próbuje zapalić lampkę. Radio, cicha muzyka nie pozwoli jej ponownie zasnąć. Znowu ten dziwny sen. Nie pamięta dokładnie. Nigdy nie potrafila zachować w pamięci wrażen sennych. Pozostawały jedynie: jakis nastrój, jakies przeczucie. Tego ranka pozostał w pamięci również bardzo mglisty obraz ciemnego, sklepionego, pelnego rozchodzacych się w różnych kierunkach korytarzy podziemia, mdłego swiatła niewyraźnych poszeptów i niezidentyfikowanych, drobnych dzwięków w drżącej z chłodu i wilgoci ciszy i drżącego również, lecz przecudnie czystego głosu spiewającego mężczyzny…Cóż, ten głos…spojrzala na magnetofon, gdzie tkwiła włożona poprzedniego wieczoru kaseta z nagraniem opery Glucka. Koniec drugiej strony…hmm, Orfeo szuka drogi powrotnej ku wyjsciu z podziemia – usmiechnęła sie. Snił jej się zakochany Orfeo. Jednym ruchem włączyła kasetę, wiedziała, że powinna była raczej posłuchać wiadomosci zamiast wprowadzać się w bluesowy nastrój kompozycją barokową…Pokusa jednak byla zbyt silna. Odezwał sie głos Orfeo. Katastrofa jest bliska. Eurydyka błaga go o spojrzenie…Który mężczyzna nie uległby pokusie na dzwięk tak słodkiego głosu!

Szybki prysznic. Suszenie włosów. Na sniadanie już oczywiscie nie ma czasu. Towarzyszą jej wciąż dzwięki rozpaczy w głosie Orfea. Łyk kawy, spakowana torba, szybki makijaż, kanapki…juz w paltku, gotowa do wyjscia sięga po kasetę z nagraniem i wkłada ją do walkmana. Przerwać słuchanie w momencie katastrofy? Niemożliwe! – usmiechnęła się na mysl o swoim muzycznym uzależnieniu. Trzasnęły drzwi. Już jej nie było. Późno. Półbiegiem podążała w kierunku stacji kolejowej. Dziwnie nieprzystawalne do rzeczywistosci zdawaly się słowa Orfea. Podziemie? Labirynt… labirynt jest rzeczywistoscią..wędrówka ku swiatłu i życiu …to uciekanie od smierci i samotnosci… Gdyby tak każdy miał możliwosć odwrócenia biegu jego losu, ucieczki przed tchnieniem smierci , poplątania jej planów, odwrócenia biegu zdarzeń, powtórki z życia…Pokusa spojrzenia? Pokusa? Spojrzenie? Nie znalazła odniesienia do bliskiej jej rzeczywistosci.

W pociągu, znudzona nieco zawodzeniem Orfeo i jękami Eurydyki otworzyła Somerseta Maughama w wersji angielskiej, ktory wciągał ją romansowym biegiem zdarzeń. Czytanie angielskich “ciekawszych” romansów było jej osobistą receptą na przyswojenie mnogosci słownictwa i oswojenie się z obcym językiem.

…pokusa spojrzenia…Hej, Kitty, glupio wpadłas moja droga…Dziwna jest ta postać. Wychodzi za mąż z rozsądku, w panice i strachu przed staropanieństwem. Nie kocha go, on kocha ja do szaleństwa, całkowicie zdając sobie sprawę z osobowosci “słodkiej odrobinę wulgarnej odrobinę niewinnej idiotki” jaką posiada jego wybranka. Ona go zdradza, zakochuje się …głupio. On to odkrywa. Ona chce odejsć, kochanek ją odrzuca. Groteska…nie, zwykla intryga romansowa. Zaczyna sie najciekawsza czesć książki – przekręciła stronę. - I co z tą pokusą spojrzenia? – znów powróciła w jej głowie natrętna obsesyjna mysl. Dzis cos się zdarzy, cos niemiłego – poczuła intuicyjnie.

Dotarła do pracy ósma pięć. Najczęsciej pojawiała się pierwsza w biurze. Wszyscy niemal zaczynali pracę około dziewiątej. Lubiła te pierwsze chwile spokoju, ciszy. Przegladała pocztę, porządkowala zaległe z poprzedniego dnia sprawy, czasem zadzwonił telefon…rzadko. Jest kilka listow. Przejrzala szybko profesjonalną korespondencję, powróciła do prywatnych maili…list od Piotra..i drugi od Piotra.. “Myslałem o naszym spotkaniu piątkowym. Musimy to odwołać. Spotkanie nie ma sensu. Stworzylibysmy pseudozwiazek obcych sobie ludzi. Proszę przyjmij moja decyzjꅔ

Zamyslila sie smutno nad wiadomoscią. Otworzyła drugi list. Kontynuacja mysli : “Czuję, że nasze oczekiwania sa odmienne. Mówiąc bez ogródek, miałem jedynie ochotę na pijatykę i seks…ty oczekiwałas zapewne uczucia, romantyzmu, intelektualnych rozmów. Mylę się?” – Pokusa spojrzenia – westchnęła. Nie, nie mylisz się Piotrze. Być może rzeczywiscie cała historia zakonczyłaby się w łóżku. Boże, gdzie jest ta przeklęta granica? – zadała sobie odwieczne swoje pytanie. Póki poruszamy sie w rzeczystosci wirtualnej każde posunięcie jest bezpieczne, nie ma granic, nie ma zobowiązań…rzeczywistosć stwarza zagrożenie, stwarza konsekwencje. 
Ona jednak naprawdę liczyła, ze spotkanie w rzeczywistosci może stać się wyjsciem z labiryntu w którym zdaje się błąkać od jakiegos czasu. Tyle korytarzy, tyle możliwosci, tylu ludzi spotyka, ale nigdy żaden z nich nie sprawił, że znikłoby w niej poczucie samotnosci i zagubienia. W istocie chciała, by spełniła się ta pokusa spojrzenia. Chciała spotkać się z Piotrem w Krakowie. Błądzić być może w labiryncie jego uliczek, ale nie sama lecz z przewodnikiem i …mieć nadzieję na wyjscie z przeklętego labiryntu, przecież on, łudziła się, kroczyłby przed nią pewnie, ku swiatłu, ku swiatu, ku jakiejs tam szczęsliwszej nowej rzeczywistosci. Pokusa spojrzenia na opak. Nie spojrzał na nią. Nie odważył się spojrzeć więc została sama w labiryncie. Eurydyka również tę rzeczywistosc utraciła, bo Orfeo… spojrzal. Pokusa spojrzenia na opak. Konsekwencja ta sama.

Nowa wiadomosć. Od kogo? Od Piotra…z Niemiec. I co z tym Baden Baden?

Zainteresowała się. Oczywiscie nieszczęscia chodzą parami. “Przemyslałem to. Przedstawienie jest w sobotę. Podróż trwa caly dzień. Nie zdążysz nawet dojechać na czas. Myslę, że nasze spotkanie przełożymy na maj, kiedy pojawię się w Polsce, może nawet w Warszawie…” - Cóż, muszę nauczyć się doceniać męską umiejętnosć unikania pokus, no…nie oduczę się jednak instynktownego uczucia rozczarowania, to pewne – pomyslała w duchu.

Nagle rozesmiała się głosno. Mysl była groteskowo zabawna. Taki sobie czarny humor.. - Kim jest, do diaska, kobieta w oczach mężczyzn, że tak bardzo boją się konsekwencji spojrzenia na nią? Bóg…, Bog Jahwe…- aj, bluźnisz moja droga, tfu tfu, wypluj te słowa – ironizowała wobec samej siebie. – Meduza, Bazyliszek…- kontunuowała - w każdym razie kobiece “podaj mi lusterko, kochanie” okazuje się być prosbą, której nie należałoby lekceważyć…Czyżby brak możliwosci przypudrowania nosa kosztowal meżczyzn życie? – przedni żart…
 

Początek
scena III

w y z w o l e n i e



“Orfeo: Ah, is it thou? it is; I see thee now. The torture of my pain had amost conquer’d reason. What are thou come for? What would thou have of me?
Love: I’d make thee happy. Orpheus, thou indeed hast much endure’d for my glory; and therefore I restore to thee thy dear belov’d Eurydice. I want no farther proofs of thy fidelity. Behold her rise to be reunited to thee.
Orfeo: What do I behold! O Gods! my spouse!”

“Love: Enough-Ye fortunate lovers, come away – Let us quit these immortal habitations – Return to your kingdoms and enjoy the world again.”
[W.Gluck, “Orfeo ed Euridice”]



“Orfeusz: Ah, czy to ty? takl Widzę cię teraz. Cierpienie mego bólu zawładnęlo niemal moją świadomością. Po co przychodzisz? Czego chcesz ode mnie?
Amor: Chciałbym uczynić cię szczęsliwym. Orfeuszu, naprawdę wiele wycierpiałeś dla mojej chwały; i dlatego przywróce dla ciebie do życia ukochaną Eurydykę. Nie chcę juz więcej dowodów twojej wierności. Spójrz oto wstaje, by się z tobą połączyć.
Orfeusz: Cóż ja widzę! O Bogowie! moja małżonka!”

“Amor: Dosyć już – Tak, szczęśliwi kochankowie , odejdźcie – Pozwólcie nam opuścić to nieśmiertelne miejsce – Powróćcie do waszego królestwa i radujcie się znów światem
[tł.J.C.]
 


 
 

Jedno spojrzenie. Spojrzenie, które sprawiło, że wszystko stało sie iluzją. Gdzie ona jest? Czy jej obecnosć była jedynie złudzeniem? Może nigdy jej tu nie bylo…Ciemny korytarz zdawał się zasklepiać i sciesniać. Duszno. Drżące w oddali swiatło z ukrytego źródła przygasło, samotnosć…Gdzie jestes Eurydyko? Ćmił się swiat przed oczami. Oslepił go nagle blask słońca. Znikła rzeczywistosć podziemia. Orfeo znalazł się samotnie na powierzchni swiata. Eurydyka pozostała w podziemiu.

To zabawne, ona wolałaby negatywne, tragiczne zakończenie. Katastrofa powinna, jej zdaniem, kończyć historię miłosci Orfeo i Eurydyki. A jednak Gluck wprowadził już w pierwszym akcie postać Amora, który pojawia się i w zakończeniu i wprowadza happy end. Po próbie, pomyslnej, wiernosci i uczucia, kochankowie znów połączeni! Dwukrotnie umarła-zaginiona Eurydyka ożywa cudownie. Zwycięstwo miłosci, wyjscie z podziemia, wyjscie z labiryntu…

Dlaczego jej życie plącze sie do tego stopnia, że trudno znaleźć wyjscie?

Młoda kobieta siedziała zamyslona twarzą zwrócona ku oknu. Jej wzrok blądził wysoko w koronach sosen, ponad dachem domu wyrastającego nieoczekiwanie na wprost okna jej pokoju. Zasłaniał on cały niemal widok, przestrzeń ulicy i polany w oddali. Jedynie przestwór nieba i gałęzie wysokich drzew przyciagały uwagę…Słońce niesmiało próbowało uwolnić sie z objęć chmur. Temperatura, wysoka jak na zimową porę, dawała złudzenie przedwiosnia. Jakże czekała na tę wiosnę. Wiosna przyniesć mogła nadzieję początku i przemiany. Tak życ dalej nie sposób – szeptała do siebie – W takim zamieszaniu, potarganiu uczuć i pragnień. Czego ja chcę? Czego ja pragnę? Czego szukam? - Mota się w tę i tamtą stronę, gubi w plataninie korytarzy i gubi orientację. Labirynt istnieje zapewne nie wokół niej, lecz w niej samej. Nie mają sensu poszukiwania mężczyzny. Odejdź Orfeo. Nie ma sensu jakakolwiek wędrówka i zejscie do podziemi. Pozostanie raczej u brzegow Lety, u brzegow rzeki zapomnienia. Przeszlosć niech zostanie na drugim brzegu jej nurtow. Wraz z nią wszelka pamięć i wszelki żal, wszelkie wspomnienie błędów, pomyłek, rozczarowań, rozterek, zagubień, grzechów i rozpaczy… Jednej tylko już ma ochotę ulec pokusie…pokusie spojrzenia … w przyszłosć.
 

 do początku