|
Pod ziemią...
Nie pamiętam kiedy, nie pamiętam gdzie.. szłam w stronę dworca centralnego.
Polskie dworce są zazwyczaj odrażającymi wielkimi halami wypełnionymi smrodem
maszyn, silników, oparami barów, cuchnące moczem, brudem i stęchlizną kloszardów...
Nienowoczesne, komunistyczne w stylu gmachy.. A jednak lubiłam przechodzić,
gdy tylko okazja, podziemiami dworca centralnego. Od śródmieścia
wiodły schody. W dół, w prawo, potem górę i w lewo... Peron pierwszy czy
drugi, nie miało znaczenia. Wchodziłam, mijałam stadko przytulonych do
siebie na ławce i obok niej kloszardów. Wciągnęłam przez chwilę oddech
i nie oddychałam przez kilkanaście sekund. Szybkim krokiem mijałam unoszący
się odrażający zapach ich ubrań i ciał, smród moczu w tunelu, gdzie schody...
Szłam dalej szybkim krokiem, mijałam siedzących na ławkach, oczekujących
na pociąg, słyszałam różnorakie zapowiedzi pociągów.. Szłam na wskroś
tej rzeczywistości tam i wówczas, na wskroś, na przestrzał i jednocześnie
obok... Byłam w.. wewnątrz dworcowego teatru jednoczesnej stałości i
ruchu, w podziemiach ciemnego labiryntu. Patrzyłam w ciemność tunelu w
ślad za odjeżdżającym właśnie pociągiem do Wiednia, do Mińska Białoruskiego,
do Pragi... Widziałam wyświetlające się godziny i nazwy miast pociągów,
które odjeżdżały w ciemność i nicość... Każdy gdzieś jechał, oczekiwał
na odjazd, a jednak to ja byłam w ruchu, a podróżni w oczekiwaniu... bierni...
Mięłam odjeżdżające pociągi, minęłam tłumek, pojedyncze grupki
ludzi.. Ruchome schody, przejście, zakręt, przejście , zakręt.. tłumy podróżnych,
tłumy przechodniów. Dotarłam do wyjścia na Aleje Jerozolimskie. Naziemny
świat.. Wydał mi się obcy, odrażający i nieprzyjemny. Zaraz jednak dostrzegłam
czekającego na mnie na przystanku mężczyznę. to jemu szłam na spotkanie,
dla tej kochanej osoby wyszłam z podziemi po podróży z podmiejskiej strefy
mieszkalnej...
|