back
 
Pech.

      Jedynym moim marzeniem jest w tej chwili to, by dzień dzisiejszy skończył się już. Ten jeszcze jeden dzień nudy w pracy. Nieobecność szefa. Luz blues. Nie lubię tego. Za dużo we mnie energii.
       W końcu upragniona godzina osiemnasta. Wychodzę. Zmierzam ku stacji szybkim krokiem - to nawyk - mam przecież dużo czasu. Stacja Włochy. Wchodzę na peron. Wokół mnie klasa robotnicza. Nie, nie jestem złośliwa, lecz ci ludzie w istocie mają wygląd istot nawykłych do ciężkiej pracy fizycznej. Bruzdy na twarzy , bruzdy na rękach. 
     Kilka kroków i znajduję się w drugiej części peronu. Znów pojawiłam się na stacji stanowczo za wcześnie. 15 minut do przyjazdu mojego pociągu do Dęblina. Ach, przynajmniej jest to bezpośredni z Włoch do Otwocka. Często nim wracam. Wsiadam do wagonu instynktownie niemal, spoglądając mimochodem jedynie na tablicę na czole pociągu oznajmiającą stację docelową. Tak jest i dziś. Oczekując na przyjazd pociągu siadam na ławce i piszę jak zwykle - to moja namiętność drugorzędnego pisarczyka i listomanki - na luźnych kartkach, które zawsze noszę ze sobą w teczce. 
     Usłyszałam szum wjeżdżającego na peron pociągu, pisk kół na szynach w momencie hamowania. Podniosłam głowę. Grodzisk Mazowiecki? Przecież to chyba w zupełnie innym kierunku...Zaraz zaraz...Wsiadłam, lecz w ostatniej chwili szalony instynkt kazał mi wyskoczyć na peron. Zamknęły się za mną drzwi. Pociąg odjechał. Peron opustoszał. A więc wszyscy wsiedli, mimo że nie był to pociąg do Dęblina? Spojrzałam odruchowo na tablicę  umieszczoną z tyłu oddalającego się pociągu. Dęblin! Oczywiście, idiotko, po prostu znów zapomnieli zamienić! Czekam więc znów piętnaście, dwadzieścia minut. Pociąg do 
Wschodniej. Cóż, dobre i to. Będę musiała się przesiąść na Śródmieściu. Między Zachodnią a Ochotą kontrola. Uff, nie zauważyli na moim miesięcznym, że obejmuje on odcinek Otwock- Warszawa Ochota. Co za ulga. Wjeżdżamy w ciemności tunelu miedzy Zachodnią a Ochotą. Podnoszę znów głowę znad moich kartek papieru  na dźwięk męskiego głosu. Co znowu? I słyszę prośbę - Czy mógłbym znów spojrzeć na pani bilet? - Podaję go z rezygnacją i już wiem, że kara pieniężna mnie nie minie. Wszystko we mnie jakoś tak oklapło. Smutne myśli snują mi się po głowie : Uciekł mi pociąg bezpośredni, w domu będę godzinę później, czyli po dwudziestej, głodna jestem piekielnie i zmęczona setnie i jeszcze i to...
      Obsiadło mnie stadko "kanarków", przypominających teraz raczej sępy schylone nad nieruchomą ofiarą. Spisują dane. Nie próbuję nawet zastanawiać się nad sposobami uniknięcia kary, ani kłócić z nimi. Nie, nie mam siły. Jestem zimna i bezczelna, choć mężczyzna wypisujący mi wezwanie jest całkiem, no, no...można powiedzieć, przystojny. Eh, nie chce mi się jednak bawić w kokieterię. Moje niedawne rozstanie z tym, którego kochałam źle wpływa na mój obecny stosunek do mężczyzn. 
     Słyszę pytanie - Czy mogę prosić o pani dowód osobisty? - Oczywiście- odpowiadam, lecz nie wykonuję żadnego ruchu, nie próbuję nawet szukać  go w mojej torebce, czekając bezczelnie na jego reakcję. - Czy mogę prosić o dowód? - powtarza głośniej. 
- Proszę więc poprosić - odpalam zimno, gdyż budzi się we mnie natura złośliwej dyplomowanej polonistki zawsze ironicznie nastawionej do polskich absurdalnych często formuł grzecznościowych. Mężczyzna wybucha śmiechem i inni stojący obok niego kontrolerzy, ale jest mu widocznie głupio. 
- Proszę o pani dowód osobisty - mówi w końcu. Podaję mu go obojętnie. Spoglądam w okno. To już za sekundę Śródmieście. On kończy wypisywanie. Mój podpis. Spoglądam - 50 zł do zapłaty. Siedem dni. Potem drożej. Cóż, to nie aż tak wiele. Wychodzę szybko z wagonu nie mówiąc ani słowa. Słyszę jeszcze tylko za sobą komentarz - Jakaś taka niekomunikatywna! - Ano tak, moi panowie. Macie pecha. Nie, cóż ja mówię, to ja mam dziś solidnego pecha!

 up