Opowiastki pociągowe
Dziewojka
Warszawa Zachodnia. Otwarty dworzec. Dworzec w plenerze. Rozrzucone jak kępki trawy
grupki ludzi rozmawiają, gwarzą... Wspólnie spoglądają ze zmęczeniem w kierunku
mającego nadjechać pociągu. Stoję i ja. Samotna trawka. Rozglądam się, czy nie
odnajdę gdzie znajomej twarzy, sylwetki, ubrania, szczegółu. Nie, nikogo. Nieznośne
czekanie. Znów lekkie opóźnienie pociągu. Standard...
Jest. Pilawa. Kilka kroków ku przodowi wagonu.
-Och, nie zauważyłam cię! - zawołałam zdziwiona - I w życiu bym cię nie
poznała! Ten kolor włosów...
-Nie podoba ci się?
-Och, nie! Świetnie ci w nim. Że też ja nigdy nie mam ochoty, ni czasu, żeby
takie eksperymenty robić na własnej koafiurze... - Wsiadłyśmy obie do wagonu, w
pośpiechu poszukując wygodnego miejsca, ukrytego przed natręctwem słońca. Gadu
gadu, od słowa do słowa, nie widziałyśmy się długo, a tematów mnóstwo...
zauważyłam jednak w pewnym momencie ciekawą postać dziewczęcą. Dziewojka...
Taka sobie dziewojka. Siedziała naprzeciwko mnie. Od dawna? Kiedy usiadła? Nie
wiedziałam. Oh, co z twoją uważnością, moja droga! - zganiłam samą siebie. Hmm,
kobiece paplanie przynosi czasem rozkosz tak wysokiej miary, że zmysł
obserwacji zanika lub obniża znacznie swoją czujność.
Dziewojka... Dziewojka siedziała w postawie półschylonej, pogrążona w
jakowejś lekturze. Dlaczego dziewojka? Dla czego? Dla jakiej jej
(dziewojkowatej) cechy... Cóż, moje słowotwórcze skojarzenie wypłynęło zapewne
pod wpływem (wypływ, wpływ... jakoś mokro się tu robi ) jej wyglądu. Była
niewątpliwie wysoka... długie nogi, obute w sandały bez rajstop oczywiście,
gładkie, aż korciło dotknąć i pogłaskać (Czy takie pragnienie jest naturalne u
kobiety - ja nią jestem chyba... - hmm, o tym w innej bajce). Te dłuuugie nogi
śledzącego je od stóp ku górze wścibskiego obserwatora rozczarowywały w pewnym
momencie prostym brzegiem spódniczki wpół uda i ani milimetra wyżej. Aczkolwiek
dla pocieszenia otwierał się malutki z boku uda rozporek. Spódniczka koloru
nijakiego, do tego stopnia, że za skarby świata nie przypomnę sobie tego
szczegółu. Brąz, czerń, beż? Nie wiem.
Postać cała dziewojki schowana była w przepastnym do granic możliwości,
rozciągniętym, czarnym, ręcznie zapewne robionym (bo żaden zakupiony produkt
wełniany takich możliwości rozciągania nie posiada), swetrze. To wielgachne
swetrzysko nie było jedyną warstwą okrywającą ponętne zapewne ciało dziewojki.
Długie, za-długie były ramiona czarnego wełnianego wdzianka i jego szerokość
nadmierna, tak że dwie dziewojki bliźniaczki ze swobodą zmieściłyby się w
nim..., i długość nie ta, a dekolt ogromny, tak, że jedno nagie ramię
odsłonięte było bez żenady, a seksownie. Ten dekolt pozwalał wyzierać spod
spodu czarnej, zabawnej koszulce bez rękawów. Czemu zaczęłam opis od stóp
dziewojki, podczas gdy czekacie zapewne na wizerunek jej twarzy? Och,
bagatelka! To manewr pisarski... celem wzrostu napięcia i doprowadzenia
czytelnika do stanu nieopisanej ciekawości i niecierpliwości itp itd etc
... Pomińmy więc szybko szczegóły ciała niewidoczne, niezależnie od tego, jak
bardzo byłyby ciekawe... Cóż to ja mówiłam? Ach, tak... ramiona, ramię jedno
odsłonięte, seksowne, asymetryczne zsunięcie swetra, koszulka, szyjka i twarz.
No właśnie... Od kiedy to kobiety przestały nosić kapelusze? Od kiedy to
odkrycie głowy przez kobietę pozbawione zostało wymiaru moralnego, etycznego,
estetycznego...?? Białogłowa nie jest już nią, bo chusty białej nie wdziewa.
Aczkolwiek zdarzają się jeszcze (gatunek wymierający) paniusie, gustujące w
kapelusikach i te, które odważą się założyć chustę w chłodne, jesienne dni, bez
obawy usłyszenia komentarzy na temat ich rustykalnej genealogii, czy
antychrześcijańskich, religijnych przekonań. I zdarzają się takie, jak ta oto
dziewojka, która siedziała wówczas na wprost mnie w pociągu, nieświadoma, że
staje się łupem dla mojej ciekawości i wyobraźni. Jej głowę, zgrabną głowę,
okrywała śmieszna, z długim daszkiem, czarna, chłopięca czapeczka. To ta czapka
tworzyła szczególny styl dziewojki... wyluzowany i sexi zarazem. Byłam, nie zaskoczona
oczywiście, lecz... ujęta i rozbawiona odważnym odsłonięciem,
wyeksponowaniem dla świata długich, zgrabnych nóg z jednoczesnym zakryciem
twarzy. Tak, bo czapeczka o bardzo długim daszku tę twarz, o delikatnych
rysach, niemal przysłaniała. Dla nieodgadnionej przyczyny...
Nie mogły chronić jej krótko
przystrzyżone włosy. Chroniła ją przed wzrokiem ludzkim czapka z
daszkiem.
Zastanowiła mnie
perwersja tej młodej dziewczyny, świadome? nieświadome? połączenie
wyzywającego, śmiałego odsłonięcia ciała z jednoczesnym skrywaniem oczu - jak
to mówią , zwierciadeł duszy i osobowości zarazem... Jej niedbałość i
kokieteria. Intelektualizm (książka, o której, najwidoczniej zainteresowana,
nie odrywała oczu!) i, w jakimś sensie, prostota, by nie rzec prostactwo... ot
i dziewojka, nie jedyna chyba wśród dzisiejszych nastolatek.
Chłoptasie
Wracałem do
domu. Pociągiem. Późny wieczór. Godzina? Z pewnością minęła już wtedy ósma.
Wagony, wszystkie poza pierwszym, do którego zresztą nie wsiadłem, dla
niewyjaśnionych bliżej powodów, były niemal puste. Kolej traci swych klientów.
Już jedynie tam, gdzie połączenie autobusem jest utrudnione korzysta się z
PKP.
Usiadłem gdzieś
tam w zaułku siedzenia, z dala od innych, licząc na możliwość rozmyślań i
lektury w spokoju. I cóż, ledwie opuściliśmy Warszawę już po chwili słyszę
głosy wsiadających do pociągu młodzieńców. Głosy, przyznajmy, w ich słownictwie
nieszczególnie miłe dla najbardziej odpornego na wulgaryzmy ucha. Weszli do
wagonu obok. Odetchnąłem z ulgą. Mogłem widać, mimo wszystko, liczyć na podróż
w spokoju... Ale nie! Przedefilowali kilkakrotnie przez cały pociąg, w żadnym z
przedziałów nie pozostając dłużej. Dochodziły do mnie jedynie odgłosy
demolowanych przedziałów, wybijanych szyb... - Boże - westchnąłem - Czemu nie
siadłem w pierwszym przedziale, gdzie więcej ludzi, spokojniej i bezpieczniej.
Nie czułem się zagrożony. Bagatelka. Chłoptasie zdawali się nie zwracać
nijakiej uwago na obserwujących ich z obawą ludzi. Zajęci byli sobą i między
sobą wymieniali pikantne komentarze. Jednak w pewnym momencie ze zdziwieniem
usłyszałem słowa jednego z nich skierowane do jakiejś osoby..., kobiety...
Sytuacja rozgrywała się dwa siedzenia za mną. Mogłem dostrzec czupryny i barki
nastolatków ponad barierkami siedzeń, lecz nie widziałem tej osoby. Oni stali,
ona siedziała. Pomyślałem, że musi to być młoda, ładna, nieśmiała może trochę
kobieta. Jeden z nich przysiadł się do niej. Potem usiadło dwu innych.
Pozostali stali chwile i zaraz znudzeni najwyraźniej przemieścili się do dalszych
wagonów, by kontynuować przerwane, wciągające zajęcie dewastowania własności
publicznej. Usłyszałem rozmowę. Padło najpierw standardowe pytanie o jej imię.
Odpowiedziała cicho. Nie usłyszałem. Bała się być może, może zawsze mówiła tak
cicho... Ja zaczynałem się o nią obawiać. Przebiegły mi przez głowę wyobrażenia
wszelkich możliwych sposobów nadejścia jej z pomocą, zerwania się z miejsca na
najmniejszy znak jej przerażenia, jej krzyk... Lecz, póki co, czekałem i
najbezczelniej w świecie podsłuchiwałem tę rozmowę. A rozmowa trwała...
Młodzieniec, jeden i wciąż ten sam zagadywał kobietę. Inni przysłuchiwali się i
zaśmiewali tylko, gdy ten puścił jakiś żart. Usłyszałem w pewnym momencie
z zaskoczeniem bezczelne jego pytanie. - Czy chciałabyś się ze mną kochać? -
Cisza. Próbowałem wyobrazić sobie minę i reakcję tej kobiety. O, to nie była
żadna prowincjonalna gąska najwidoczniej, która na takie dictum poderwałaby się
spłoszona w panice i z wielkim krzykiem zwiała, i nie była to cnotka,
niewiniątko... Usłyszałem jej cichy, lekki śmiech. Śmiała się! Potem padły jej
słowa... - Doprawdy, chciałbyś? A czemu to? Nie masz dziewczyny? - I on,
sympatyczny w pewien sposób łobuz, na to - Oj, lubię to robić ze starszymi
kobietami. - Ile ona mogła mieć lat? - zastanawiałem się.
-Hmm - ona znów. - Niestety, ktoś bardzo by się na mnie pogniewał, gdybym to
zrobiła - znów jej śmiech. Ktoś - pomyślałem. Ma kogoś albo to wymyślone na
poczekaniu kłamstwo. Ale odpowiedź dobra.
- Ma pani bardzo ładne piersi - znów on. - Ha ha! Na pewno się zaczerwieniła,
ale ma tupet, gówniarz. Ona tylko na to - Dziękuję. Wiem o tym. Zapewne
uśmiechnęła się... a może przybrała kamienną maskę na twarz, chcą pokryć
zażenowanie...
-Więc nie chcesz? - on znów powracał do swojego pytania?
-przykro mi.
-Dobra. Nie będę się narzucał. I nie będziemy pani przeszkadzali - O! Cóż za
nieoczekiwane maniery! - zakpiłem w myślach - spływamy, chłopaki!
-Co to jest? Piszesz list? - odezwał się jakiś nowy głos.
-Nie, pisze książkę.
-Książkę? - zdziwił się.
-Książkę? - zdziwiony pomyślałem. Wow! Intrygujące.
-Naprawdę piszesz książkę? O czym?
-O miłości, o samotności i o innych jeszcze ludziach i rzeczach...
-Aha, jaki tytuł?
-Spójrz tu... - No, nie dane mi było usłyszeć jaki to był tytuł, chłopak coś
tam odczytywał pod nosem, a ona najwyraźniej nie miała ochoty wypowiadać go na
głos.
-Idziemy chłopaki! Zostawcie tę panią w spokoju - zadecydował w końcu ów
rezolutny, prowadzący wcześniej rozmowę, chłopak. - Cześć - rzucił jej.
-Cześć - odpowiedziała.
Przeszli do następnego wagonu. Pojawili się jednak jeszcze raz w swej
pielgrzymce od początku ku końcowi i od końca ku początkowi pociągu. Rzucił
jeszcze jedno pytanie ten sam chłopak w stronę tej samej kobiety - Nie boi się
pani sama podróżować pociągiem? Różne rzeczy się przydarzają...kradzieże czy co
inne - zabrzmiało to jak groźba.
- Zaśmiała się znów, lecz tym razem wyczułem w jej głosie nutę obawy i
drżenie.
-Oh... Ja nie mam przy sobie nic cennego. Nie zarabia się wiele pisaniem książek...
- urwała.
Odeszli. Wysiedli z pociągu na następnej stacji. Tuż przed odjazdem
pociągu już po sygnale ostrzegającym przed zamknięciem drzwi, usłyszałem hałas.
To ten sam młody chłopak. Uchwycił się otwartego okna po zewnętrznej stronie
pociągu na wprost siedzenia kobiety i krzyknął w jej kierunku z zabawnym
entuzjazmem - cześć cześć cześć!!! - Rozbawiło mnie to... Oryginalny łobuz, a
jednak łobuz. Dziwaczna cała ta historia...
Młoda kobieta wysiadła na kolejnej stacji. Rzuciłem jej spojrzenie, gdy
wychodziła. Miła, wrażliwa twarz, jasne oczy, lekki makijaż... I odeszła.
Spoglądałem przez ono odjeżdżającego pociągu na jej oddalającą się sylwetkę...
aż znikła.
Pech.
Jedynym moim marzeniem jest w tej chwili to, by dzień dzisiejszy skończył się
już. Ten jeszcze jeden dzień nudy w pracy. Nieobecność szefa. Luz blues. Nie
lubię tego. Za dużo we mnie energii.
W końcu upragniona godzina osiemnasta.
Wychodzę. Zmierzam ku stacji szybkim krokiem - to nawyk - mam przecież dużo
czasu. Stacja Włochy. Wchodzę na peron. Wokół mnie klasa robotnicza. Nie, nie
jestem złośliwa, lecz ci ludzie w istocie mają wygląd istot nawykłych do
ciężkiej pracy fizycznej. Bruzdy na twarzy , bruzdy na rękach.
Kilka kroków i znajduję się w drugiej części peronu.
Znów pojawiłam się na stacji stanowczo za wcześnie. 15 minut do przyjazdu
mojego pociągu do Dęblina. Ach, przynajmniej jest to bezpośredni z Włoch do
Otwocka. Często nim wracam. Wsiadam do wagonu instynktownie niemal, spoglądając
mimochodem jedynie na tablicę na czole pociągu oznajmiającą stację docelową.
Tak jest i dziś. Oczekując na przyjazd pociągu siadam na ławce i piszę jak
zwykle - to moja namiętność drugorzędnego pisarczyka i listomanki - na luźnych
kartkach, które zawsze noszę ze sobą w teczce.
Usłyszałam szum wjeżdżającego na peron pociągu, pisk
kół na szynach w momencie hamowania. Podniosłam głowę. Grodzisk Mazowiecki?
Przecież to chyba w zupełnie innym kierunku...Zaraz zaraz...Wsiadłam, lecz w
ostatniej chwili szalony instynkt kazał mi wyskoczyć na peron. Zamknęły się za
mną drzwi. Pociąg odjechał. Peron opustoszał. A więc wszyscy wsiedli, mimo że
nie był to pociąg do Dęblina? Spojrzałam odruchowo na tablicę umieszczoną
z tyłu oddalającego się pociągu. Dęblin! Oczywiście, idiotko, po prostu znów
zapomnieli zamienić! Czekam więc znów piętnaście, dwadzieścia minut. Pociąg
do
Wschodniej. Cóż, dobre i to. Będę musiała się przesiąść na Śródmieściu. Między
Zachodnią a Ochotą kontrola. Uff, nie zauważyli na moim miesięcznym, że
obejmuje on odcinek Otwock- Warszawa Ochota. Co za ulga. Wjeżdżamy w ciemności
tunelu miedzy Zachodnią a Ochotą. Podnoszę znów głowę znad moich kartek
papieru na dźwięk męskiego głosu. Co znowu? I słyszę prośbę - Czy mógłbym
znów spojrzeć na pani bilet? - Podaję go z rezygnacją i już wiem, że kara
pieniężna mnie nie minie. Wszystko we mnie jakoś tak oklapło. Smutne myśli
snują mi się po głowie : Uciekł mi pociąg bezpośredni, w domu będę godzinę
później, czyli po dwudziestej, głodna jestem piekielnie i zmęczona setnie i
jeszcze i to...
Obsiadło mnie stadko "kanarków",
przypominających teraz raczej sępy schylone nad nieruchomą ofiarą. Spisują
dane. Nie próbuję nawet zastanawiać się nad sposobami uniknięcia kary, ani
kłócić z nimi. Nie, nie mam siły. Jestem zimna i bezczelna, choć mężczyzna
wypisujący mi wezwanie jest całkiem, no, no...można powiedzieć, przystojny. Eh,
nie chce mi się jednak bawić w kokieterię. Moje niedawne rozstanie z tym,
którego kochałam źle wpływa na mój obecny stosunek do mężczyzn.
Słyszę pytanie - Czy mogę prosić o pani dowód
osobisty? - Oczywiście- odpowiadam, lecz nie wykonuję żadnego ruchu, nie
próbuję nawet szukać go w mojej torebce, czekając bezczelnie na jego
reakcję. - Czy mogę prosić o dowód? - powtarza głośniej.
- Proszę więc poprosić - odpalam zimno, gdyż budzi się we mnie natura złośliwej
dyplomowanej polonistki zawsze ironicznie nastawionej do polskich absurdalnych
często formuł grzecznościowych. Mężczyzna wybucha śmiechem i inni stojący obok
niego kontrolerzy, ale jest mu widocznie głupio.
- Proszę o pani dowód osobisty - mówi w końcu. Podaję mu go obojętnie.
Spoglądam w okno. To już za sekundę Śródmieście. On kończy wypisywanie. Mój
podpis. Spoglądam - 50 zł do zapłaty. Siedem dni. Potem drożej. Cóż, to nie aż
tak wiele. Wychodzę szybko z wagonu nie mówiąc ani słowa. Słyszę jeszcze tylko
za sobą komentarz - Jakaś taka niekomunikatywna! - Ano tak, moi panowie. Macie
pecha. Nie, cóż ja mówię, to ja mam dziś solidnego pecha!
Fotograf
Dzień był pochmurny. Duszne
powietrze tamowało oddech (dlaczego duszne? Duszno temu, kto oddycha, a
powietrzu to chyba wszystko jedno... Ale duszne powietrze - upowszechniona,
prozaiczna metafora...) Popołudnie. Musiało być już około osiemnastej. Po
kilkunastominutowej podróży w korku, w zatłoczonym, od-powietrzonym autobusem
dotarłam na Dworzec Zachodni. Dzień jak codzień, znów spóźnienie pociągu... Do
Pilawy. Już na pierwszej stacji tłumek wsiadających, lecz jest - miejsce przy
oknie, tyłem do słońca.
Próbowałam pisać... to była już końcówka, radosna agonia, zwieńczenie, ostatnie
chwile, spędzone nad moją powieścią. Siedziałam chyba zamyślona. Może dziwną,
melancholijną przybrałam, całkiem nieświadomie, minę. Spojrzenie w okno, ręce
splecione na podołku, sukienka w kolorze błękitu, jakieś drobne kwiatki,
rozsiane tu i ówdzie na powierzchni cienkiego materiału. Na kolanach położyłam
kilka czystych i zabazgranych moim kurzym pismem kartek papieru formatu A4.
Ręce zajęte były zabawą długopisem.
Poczułam nagle na sobie czyjś wzrok. Moja roztargniona uwaga szukała intruza.
Po przekątnej w stosunku do mojego miejsca siedział młody chłopak. Brunet,
kręcone włosy, śmiejące się, skupione, ciemne oczy... Od kilku minut
najwyraźniej wahał się... Siedział na swym miejscu, jak na rozżarzonych węglach,
trzymał na kolanach dużą torbę, z której wciąż wyjmował, to znów chował po
sekundzie aparat fotograficzny. Odważył się. Wyjął. Zapomniał o otaczających go
zdziwionych spojrzeniach, poddał się twórczemu impulsowi artysty-fotografa. Z
zaskoczeniem dostrzegłam, że obiektyw kieruje w moją stronę... I znów wahał
się. Dostrzegł mój zdziwiony wzrok. Speszył się. Opuścił obiektyw. Niewinnie
spojrzał w zupełnie inną stronę.
-Okay, jeśli masz ochotę mnie uwiecznić... - zgodziłam się w myślach.
Postanowiłam go nie płoszyć i pozwolić zrobić sobie zdjęcie. Spoglądałam więc
uparcie w okno lub ku mojej pisaninie, nie chcąc go deprymować i płoszyć weny,
a próbując odgadnąć, która to z moich pozycji, nachylenia, ułożenia głowy
przyciągnęła jego uwagę... Nie mogłam otrząsnąć się z podziwienia, kto jak kto,
ale ja naprawdę nie jestem szczególnie fotogeniczna, a i nie jestem skończoną
pięknością. Nigdy nie znosiłam mojej okrągłej zbyt, typowo słowiańskiej,
twarzy. Cóż więc? Być może zamyślenie i melancholia i natchnienie stworzyły
ciekawą mieszankę i ukształtowały w ciekawy grymas twarzy. Może, może...
Pstryknął kilkakrotnie aparat. Zauważalnie, słyszalnie, lecz bez nadmiernego
rozgłosu... bez flesza - to lato, pora wczesna, popołudniowa. Pstryknął i
rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie i schował aparat. Za jakieś kilka minut po
prostu wstał i wyszedł. Jego stacja. Jego gdzieś tu dom.
I tyle. A jednak cóż za niemiłe uczucie, gdy zapragnęłam w pewnej chwili to
zdjęcie zobaczyć i... nie, nigdy go nie zobaczę - zdałam sobie sprawę. Nie
dowiem się nigdy, czy udało mu się uchwycić to, co uchwycić pragnął. Czy ciało
sfotografował, czy myśl, czy wenę, czy ducha? Czy wreszcie... duszę? I
pomyśleć, że prymitywne, jak mówią niektórzy, plemiona wierzą w możliwość
kradzieży duszy za pośrednictwem fotografii. Pstryk i nie ma cię... Lecz ja
jestem, i myślę, i czuję, i piszę. A przecież, by pisać i ciała potrzebuję i
duszy...
Pociąg z....
Sobota rano. Wsiadam.. Ku
memu zdziwieniu pociąg szalenie ciasny. Rzadko zdarza mi się jeździć sobotnim
pociągiem w stronę Warszawy. Stanęłam gdzieś pomiędzy siedzeniami. Przejście
było dość szerokie.. w pociągach podmiejskich jest to około 80 centymetrów.
Stało obok mnie kilka osób, te wsiadły najwyraźniej późno, równie późno jak ja,
na stacjach bliższych Warszawie. Miejsca siedzące zajęte były bowiem przez
tych, którzy jechali z daleka. Duże zróżnicowanie wiekowe. Od babć, które z
tobołkami, chustkami zawiniętymi, pełnymi wiktuałów, kubełkami jagód i grzybów,
przez mamy z dziećmi, bobasami i młodzież. Atmosfera familiarna. Nie wiedziałam
wielokrotnie jaki był cel wyprawy tak dalekiej tych ludzi. Babinki jechały
zapewne na bazar, a mamy? młodzież? Zakupy, poszukiwanie rozrywki... Nie
dociekałam. Początkowo nie starałam się nawet obserwować całej tej familiady
wielopokoleniowej. Stojąc, czytałam książkę. A jednak wyrywana co chwilę z
zaczytania przez osobę, która oczywiście uprzednio przeprosiwszy uprzejmie,
pragnęły przedostać się przejściem pomiędzy siedzeniami, które ja swoją osobą
najwyraźniej tarasowałam. Zamknęłam lekturę i zirytowana lekko zaczęłam wodzić
wzrokiem po otoczeniu. Oczywiście najpierwszym obiektem, który nie mógł ujść
mojej uwadze były przechodzące osoby. Zauważyła najpierw młodą dziewczynę,
wstała ze swojego miejsca obok matki ciotki czy sąsiadki.., przesuwała się w
kierunku pomostu.. Do toalety pomyślałam. Rzeczywiście, a jednak
zauważyłam, jak wychodząca podaje jakiś mały przedmiot kolejnej osobie, która
już stała pod drzwiami czekając. Młody chłopak tym razem.. I znów szła, przepuściłam
ja w wąskim przesmyku między siedzeniami... potem chłopak.. przepuściłam,
wraca, zrobiłam miejsce.. A potem jeszcze jedna z cioć, mam, jakiś mężczyzna w
średnim wieku, starsza pani, zasuszona nawet staruszka.. Ta swoje tobołki
powierzyła sąsiadce, oglądała się jeszcze kilkakrotnie na spoczywający
nieruchomo na siedzeniu dobytek.
Dokąd że ta pielgrzymka? Za potrzebą? Dopiero, gdy kolejny raz
przechodził obok mnie młody chłopak, niedbale ubrany.. opadające brudne dżinsy,
jakiś t-shirt bez rękawów, kolczyk w uchu.. adidasy.. dostrzegłam jak ten mały
podłużny przedmiot oddaje dziewczynce, która cały czas warowała pod drzwiami
toalety. Najwyraźniej brak było zamka. Zaczynało mnie bawić obserwowanie..
Dostrzegłam w końcu. To była zapalniczka.
A więc pielgrzymka w celu zakurzenia papierosa? Dlaczego w toalecie? Była
tak przyzwyczajona do cudzego kurzenia fajek na pomoście, ze nie przypuszczałam
istnienia tak wielkiej kultury u nie-miastowych ludzi, którzy zamykają się w
toalecie by sobie zakurzyć.. (!)
Nota bene, do toalety w pociągu nie zaglądam nigdy. Już sam jej własny zapach
zdaje mi się nie do zniesienia, tak że z każdą najmniejszą potrzebą czekam do
momentu wejścia w próg własnego domu, natomiast mieszanina tych dwu odorów toaletowego i papierosowego zdaje mi się
zabójcza...
W istocie.. istnieją niezaprzeczalnie głębokie różnice kulturowe pomiędzy
mieszczuchami i wieśniakami..
Toaleta
w pociągu
Niedziela. A może sobota. to był
jeden z wolnych dni weekendowych. Nie, to musiała być niedziela, bo pociąg był
niemal pusty. Żadnych przekupniów z tobołkami, żadnych nawet licznych rodzin,
matek z dziećmi, z bobasami drącymi się w niebogłosy.
Niedziela rano. Siedziałam gdzieś tam w końcu pociągu. Nieliczni pasażerowie za
mną, przede mną, obok nikogo. Na jednej ze stacji wsiadła kobieta w średnim
wieku, niemłoda niestara, może około czterdziestki. Trudno było ocenić jej wiek
tak, jak ocenia się zwykle wiek kobiety. Miała widocznie wiele cech męskich i
taki też styl. Nie mogłam skojarzyć na jakiej stacji wsiadła. Oh, to
niewątpliwie relatywna sugestia, a jednak czasami byłam zdolna ocenić
pochodzenie, życie człowieka, spoglądając na jakiej stacji wsiadł.. (Zakładając
że wsiadł na swej rodzimej stacji). Kobieta... mogła wsiąść w Falenicy, która,
z przeproszeniem jej mieszkańców, wiejskie dawała im mieszkanie. A właściwie
nie Falenica sama, lecz jej przyległości terytorialne... Pola, pola..
Kobieta, która wsiadła, którą zaczęłam obserwować, była w pewien sposób
schłopowaciała. Stwardniały okrągłości kobiece, przybrało jej ciało postać
kształt męski. Sygnalizowała to jej krótko, prosto ścięta fryzura,
sugerowały to jej rysy i sugerowało ubranie. Miała na sobie spodnie, luźne
lekkie z cienkiej bawełny (Francuzi mówią na nie indiańskie) szerokie
we wzory, biało-granatowe, jakiś t-shirt bez rękawów, którego koloru nie
pamietałam, tylko tego byłam pewna, że nie pasował zupełnie do spodni. Na
nogach sandały z gatunku wygodnych, na rzepy na grubszej podeszwie bez obcasów
oczywiście! Nogi odziane w skarpetki. Jej włosy kręcone krótkie zaczesane za
uszy były jeszcze mokre zapewne myte tuż przed wyjściem, skręcały się
teraz w fale.
I co w tym widoku ciekawego? Kobieta w średnim wieku jakich tysiące.
Zainteresował mnie nie sam jej wygląd, który ostatecznie dopełniał tylko
całości, lecz zachowanie tak niepasujące do jej wyglądu. Kobiecie tej zdawało
się ogromnie zależeć na jak najlepszym wyglądzie. Wyraźnie widoczne było, że
siedziała na swoim miejscu jak na szpilkach, co chwila zmieniała koncepcję i
zajmowała się innym elementem ... toalety. (sic!)
Toaleta improwizowana w pociągu była najwidoczniej ciągiem dalszym tej
nieukończonej w domu. Zauważyłam, że wyciąga pilniczek, piłuje i wygładza
paznokcie. Trwało to czas jakiś... Potem poprawia ubranie. Zamyka, otwiera,
przytwierdza lepiej do wózka tekturowe pudełko, które miała tuż przy sobie, u
swoich stóp, i jakby i ono było elementem całości, częścią jej wizerunku.
Wychodzi na chwilę do niewielkiego pociągowego WC. Wraca. Tym razem wyjmuje
pincetę i zaczyna wyrywać sobie włoski na brodzie. Powoli. Dokładnie. Odwróciła
się na wpół ode mnie, która siedziałam na prawo od niej w odległości może
metra..
Nie wiem czy zdołała zakończyć tę toaletę, może coś jeszcze było w planie...
Makijaż? Manicure? Niee. To niewątpliwie nie mieściło się już w jej męskim
stylu. Wysiadła na stadionie , pociągnęła za sobą swój wózek na kółkach z
przytwierdzonym tekturowym pudełkiem.. Pozostałam niemal sama w przedziale.
Sama z dwoma idiotycznymi pytaniami, które natarczywie domagały się odpowiedzi,
której nie było.
p1 Jak wyglądał facet dla którego starała się być piękną ta kobieta?
p2 Co było w pudełku???
Sny i opowiastki pod-różne
Hanover
Tak więc czekał na mnie w
Hanowerze kochanek - jak zauważyłaś słusznie - i czekały na mnie dwa pełne
seksu dni. Pamiętam chłód. Gotowe rozpłakać się w każdym momencie niebo, szare
i smutne. Nam smutno nie było. Tylko na chwilę kilkakrotnie wysunęliśmy nos za
drzwi wynajętego pokoiku w jakimś motelu, którego nazwy żadne z nas już nie
pamięta. Pierwszego dnia.. jakaś parada na ulicach miasta... Zaciekawiona
zmusiłam go do opuszczenia pościeli. Przelotnie pojawiło sięw mojej głowie
pragnienie zwiedzania. To nowe miasto. Nigdy tu nie byłam. Niemcy. Po raz
pierwszy dane mi jest słyszeć niemiecką gwarę w naturze.. Popatrzeć na
niemieckie kobiety, na niemieckich mężczyzn.. Wiosna. Wszyscy byli zbyt jescze
otuleni wełną w obawie przed deszczem i chłodem. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania.
Odstraszyła nas szarosć betonu.. nowoczesne niemieckie miasto nie miało wiele
do zaoferowania przygodnym turystom.. przypadkowym turystom .
Na obrzeżach
miasta nasze lokum. Daleko od centrum. Spokojnie. Po otwarciu drzwi za każdym
razem witał mnie charakterystyczny zapach pościeli... i jeszcze.. potu spermy i
pizzy... Okno. Tylko na chwile – błagałam.. On wskoczył w piżamę i pościel.. ja
twardo trwałam przy otwartym oknie probując nałykać świeżego powietrza...
- Cóż za różnica... Za chwilę
przyzwyczaisz się. Za chwilę wyprodukujemy nową dawkę zepsutego powietrza –
żartował z nosem ponad brzegiem pościeli.
Rzeczywiście. Zamknęłam więc
okno. Wsunęłam się do łóżka obok niego.
... Przecież nie jestem
pięknością. Co we mnie widzisz?... – pomyślałam i po chwili zaczęłam wypowiadać
na głos te wątpliwości. W drugim zdaniu towarzyszył mi jego prześmiewczy głos.
Przerwałam.. Rzeczywiście , znał to na pamięć. Nie wiem ile razy już zadałam mu
te pytania. Natrętnie. Tym razem jednak usłyszałam w odpowiedzi nie ciąg
komplementów ale moje pytanie .. Przecież nie jestem .. Faktycznie nie był ósmym
cudem świata. Odrobinę za duży brzuszek. Odrobinę za grube rysy twarzy. Ale
wciąż należał do mojej kategorii „przystojnych śniadych”. Nazywał siebie
czarnym. Murzyn! Raczej Hindus..
- Jak to się stało, że weszłam w
tę „drugą” fazę.. zastanawiałam się później wielokrotnie. Na poziomie
pragnienia i pożądania i seksu sytuacja była tak prosta.. A może nie istnieją
żadne fazy. Przecież mnie samej z trudnością udawało się odsunąć w myślach moją
reakcję na widok jego erekcji od
szaleńczego bicia serca gdy budził się i spoglądał na mnie mówiąc mi
wzrokiem jednocześnie dzień dobry i coś co chciałam koniecznie od początku
nazywać wyznaniem miłości.. Od początku? W istocie.. Ten wzrok zapisany w moim
mózgu i to bicie serca towarzyszyło mi od momentu gdy.. gdy po raz pierwszy
ofiarował mi sztuczna! różę. Czy może kiedy po raz pierwszy ofiarował mi tę
żywą.. Może kiedy po raz pierwszy mnie pocałował.. Kiedy po raz pierwszy
dotknął mnie.. a od tego momentu nieustannie i uparcie twierdził że jest w
stanie doznać orgazmu jedynie pod wpływem dotyku mojej gladkiej jak dziecięca
skóry. Ha! Pusty śmiech.
.. Przypomniałam sobie po chwili
tę zapyziałą pizzerię na pograniczach miasta. Postanowilismy w ktoryms tam
momencie .. przewietrzyc sie.. zmarznac..
W pizzerii ten Niemiec o
wyglądzie Turka. Śniady przystojniak. Jeszcze jeden. Oczekiwanie
dziesięciominutowe. Dłużyło się nam dziesięć minut poza łóżkiem. Próbowaliśmy
zabić cenny czas bezsensownymi zakupami. Lemoniada w nieznośnym żółtawym
kolorze. Ostre przyprawy do oczekiwanej pizzy. Chusteczki. Trzy rodzaje
chusteczek. Guma do żucia. Kolejna para szczotek do zębów.. Pasta do zębów.
Wybielająca..
Zapachniało. Nawet smacznie.
Pizza gotowa..
Aaa... Sos! Sos konieczne. .. – Ale proszę pana ,
pizza zrobiona została z dodatkiem wyśmenitego sosu pomidorowego..
Sos.. Byłam pewna, że nie uda nam
się wyjść z lokalu bez kłótni. Właściciel zamiast sprzedać nam te dziesięć
buteleczek z różnymi sosami które bezczelnie świeciły fosforyzującym napisem –
na sprzedaż, wolał bronić honoru swej pizzy...
Najwyższy czas wtrącić się do
rozmowy – pomyślałam – i nie uczyniłam nic przez kolejne dwie minuty zachowując
się wciąż jak wstydliwa nieśmiała naiwa Poleczka blondynka.
- Sir, bierzemy tylko ten jeden .
Hanowerski . Na pamiątkę pobytu. – Wyszczerzyłam w uśmiechu zęby.. nie tak
białe jak bym chciała.. może ta wybielająca pasta.. Nie wytrzymałam napięcia
trzeciej minuty. Nie wytrzymałam siły bombardujących mnie obrazów-myśli
seksualnych ekscesów których nie uda nam się wykonać z braku czasu..
Sos zabrałam do
Polski. Zasmakował rodzicom. Pizza była w istocie pomidorowa o smaku
ketchupu...
Trawka w
Amsterdamie
- Żartujesz! Przepis na
holenderską trawkę? Poczekaj no... – zapaliłam małą lampkę i sięgnęłam ręką po
poduszkę, która zsunęła się poza łóżko i podłożyłam sobie pod plecy
półsiadając.. Zrozumiałam że nie uda nam się zasnąć wcześnie.. - Może to być
jedna paczka trawki.., i jedna bibułka , ale inne składniki – nieznane. A
sposób użycia byłby według mnie...
dowolnie skuteczny – wybuchnęłam śmiechem na widok jej zdezorientowanej miny. –
Salima, wiesz że w życiu nie miałam w ustach papierosa.. Tym bardziej nie
probowałam żadnych mieszanek odurzających. Może szkoda.. Podobno jednak każde
spożycie narkotyków zostawia trwałe ślady w mózgu.. Ubytki w masie szarych
komórek to nie byle jaka strata czy nie?
-A więc nie. Nigdy nie
skorzystałaś z możliwości zapalenia trawki. – powtórzyła z niedowierzaniem.
Przewracając się na wznak i wlepiając oczy w sufit, potem koncentrując się na
leniwie poruszających się pod sufitem serduszek mobile. – Zgaś lampę. Łatwiej
rozmawiać po ciemku, i mobile zgrabniej wyglądają w świetle księżyca. Widzisz?
– wskazała kierunek ruchem podbródka.
-Nie i nie. – powtarzałam
zniecierpliwiona spoglądając odruchowo na zegar.. i gasząc lampę. Było już po
północy - Odmówiłam przyjacielowi, który hodował zielsko we własnym mieszkaniu.
Odmówiłam wielokrotnie na całonocnych balangach. Zapewne ze strachu. Może z
obawy utraty opinii grzecznej dziewczynki... Odmówiłam sobie podczas pobytu w
Amsterdamie, który wydawałoby się być doskonałym miejscem, aby wreszcie
pofolgować zasadom i dać się skusić. Zupełnie bez sensu. Moja opinia w moich
własnych oczach była już i tak zaszargana – włóczyłam się za facetami moich
marzeń po świecie. Dawałam się uwieść i przywieść do łóżka. Szłam na lep
słodkich słów. Ale o tym wiedziałam ja i oni. I moja najbliższa przyjaciółka.
.. I moi rodzice w momencie gdy dałam im do przeczytania moją autobiograficzną
nowelę, i ciotki.. i kuzyni, i przyjaciele.. Nikt nie odwrócił się odee mnie,
nikt nie zmienił o mnie zdania. Być może nowela mimo oczywistych
autobiograficznych wątków, uznana została za fikcję. Do dziś jestem grzeczną
dziewczynką. Niewiele traciłam puszczając się w Amsterdamie. Kłamiesz. Kłamię.
Z nikim się nie puściłam właśnie w Amsterdamie. Podróżowałam samotnie. Czułam
się samotna i mało interesująca. Kto interesowałby sięblondynką w kraju
blondynek.. Spotkanie z wirtualnym przyjacielem na południu Holandii było miłym
przeżyciem, ale przydeptane sumienie nie pozwalało mi otwarcie czerpać
przyjemność z „bycia w Holandii” , z
„bycia z mężczyzną”. Cudzysłowy. Oczywiście. Holandii poza tym małym
miasteczkiem na południu i Amsterdamem nieco później, nie udało mi się zwiedzić
, nie udało mi sięw pełni i głebi tego słowa „być” tam właśnie. (Dopiero młody
człowiek którego miałam poznać dał mi tę możliwość – wiesz o kim mówię prawda?
– skierowałam ku niej wzrok w ciemności
- . I oczywiście. Holender poznany wirtualnie nie był mój. Był wypożyczony za
jego własnym przyzwoleniem i mojego sumienia, oraz za .. niewiedzą jego
narzeczonej... – zamilkłam na chwilę zastanawiając się czy moja historia
zdążyła ją już uśpić..
- Nie śpię. Słucham cię –
rozwiała moje wątpliwości po kilku sekundach.
- A więc abstrahując od maryśki i
od wielu wielu speluniastych coffeeshopów – ta speluniastość być może właśnie
mnie odstraszyła? Ja i moje poczucie estetyki przeszkadzamy sobie jeśli chodzi
o odkrywanie świata. – Amsterdam jest pięknym miastem. Uroczo starym. Kanały
oplatają je ściśle. Zaborczo. Miasto zdaje się mało przystępne w porze
deszczowej gdy mgła topiąc wzrok w chmurach dotyka stopami powierzchni wody.
Harmonijna architektura kamienic odsłania wówczas swój urok tylko cześciowo,
leniwie i z łaski. Przechadzka w strumieniach deszczu. Podnieść głowę można
lecz parasol lub krople mgły i wody zasłaniają czubki wyższych budowli. Wąskie
okna. Kwiaty na balkonach i parapetach. Nie wszystkie kwitną. Marzec to dopiero
mokry początek wiosny... – ucichłam. Usłyszałam jednak jej ciche..
– Hmm.. chciałabym tam kiedyś pojechać...
Amsterdam
po raz pierwszy
.. Amsterdam
zamoknięty w każdym jego zakątku. Leje od kilku dni. Nie mam parasola.
Pozostaje zaszyć się w schronisku, barach, kawiarniach internetowych. Te
ostatnie są przepełnione. Oczekujący na miejsce przy pececie znajdują
tymczasową miejscówkę przy barze. Atmosfera wilgotna. Schną kurtki i parasole.
Powietrze przesiąknięte dymem papierosowym. Zapewne dlatego podszedł do mnie. Z
daleka, w oparach dymu niewątpliwie wyglądam lepiej. – zachichotała nerwowo
spoglądając na słuchającą jej histori, niepewna reakcji.. Salima odpowiedziała
wymuszonym półuśmiechem.. Eh, za późno by się wycofywać.. ciągnęła więc
dalej – On siadł obok i oto.. Znamy się
już drugi dzień. Nie wiem co o tym sądzić. Co o nim sądzić. Jest bardzo miły.
Słodki momentami. Zachowuje się odmiennie niż mężczyźni do których sposobu
bycia jestem przyzwyczajona. On, to takie zabawne i nieoczekiwane połaczenie
chłopięcości, urwisowatości, szarmanctwa i męskości. Co mam na myśli.. Wystaw
sobie taki imaż : Kupuje mi róże – sztuczne – które gubię niecelowo przy
pierwszej okazji w barze chińskim. Kupuje mi róże – żywe – które zachowuję
suszę i zamierzam zawieść w dobrym stanie do domu. Fetyszyzm. Wiem. W kawiarni
– pora późna – bezpardonowo kładzie głowę na moim ramieniu (te piękne
kruczoczarne gęste włosy..) jednocześnie
wyciągając nogi w czarnych butach i białych skarpetach na krześle przed sobą.
Włóczy się za mną wszędzie. Wodzi wzrokiem za moimi ustami oblizując wargi w
taki sposób że rzeczywiście mam nieodpartą ochotę na pocałunek, jednocześnie
nie odrywa oczu od mojego biustu. – spojrzałam na Salimę. Blada jak ściana.
Opowiadając zapomniałam kim jest słuchaczka... Kontunuowałam więc próbując
obrócić sytuację w żart.. - Nie. Nie
wiem czy to fizycznie możliwe. Opisuję w tej chwili moje wrażenie nie fakty.
Odłóż na bok logiczno-techniczne myślenie. - ...I mówi mi, że mnie kocha w
pierwszym dniu znajomości. Proponuje noc w hotelu najdroższym w mieście – nie
wyglądał na „faceta z forsą” – podejrzewając zapewne że odmówię nie dając wiary
jego zapewnieniom – spaliśmy oboje w niezbyt oddalonych od siebie schroniskach.
Odmówiłam. Dla innych zupełnie powodów. W końcu zaprasza mnie na wyprawę
wynajętym mercedesem ( najlepszy silnik na świecie..) gdzie oczy poniosą, przed
siebie, jak droga wiedzie, w nieznane.
Nie jestem świętoszką. Świętoszką
w negatywnym tego słowa znaczeniu, obłudną i pruderyjną. Nie jestem idiotką.
Nie jestem dziewicą. Wiedziałam co stać się może w trakcie lub u końca podróży.
Sami we dwoje. Ale uczucia były i tak już zmącone i powikłane. Miałam święte
postanowienie dochować wierności wirtualnemu mężczyźnie z Portugalii o imieniu
Paulo- którego zdążyłam już zdradzić z pewnym poznanym wcześniej Holendrem –
ale czym był wirtualny związek wobec zapowiedzi rzeczywistego. Przyznaję,
miałam nadzieję, że ta znajomość przerodzi się w coś ciekawego i
niepowtarzalnego... Po kilku dwu dniach
było już cudownie.. Byłam zakochana. Nie bez kozery. Łatwo kobietę
omamić, mówią : Sheraton, Bruksela, wyśmienite jedzenie, przytulny apartament i
szerokie łóżko. I bardzo delikatny kochanek spełniający prawie wszystkie moje
zyczenia.
Tego więc dnia
wciąż jestem zakochaną idiotką, mimo że przed chwilą wysłuchałam rozmowy w
obcym azjatyckim języku, z której zrozumiałam tyle, że on jest żonaty. Po
kilkunastu minutach wiedziałam więcej – on jest żonaty i urodziło mu się
właśnie drugie dziecko. Syn.
- Czy to nie wspaniała
wiadomość.. – zapytał wtedy podniecony a jego ciemne oczy słały mi radosne ogniki
– Wspaniała, w istocie. Congratulations. – odpowiedziałam płaczliwym głosem.
List z
Ameryki - I
Ile to dni uplynelo od naszego
niepisania? Nie dni, mowisz, a godzin? Fakt, ze kontakujemy sie codziennie za
posrednictwem emaili I messengerow I innej masci posrednikow , kotrych teraz
tyle online. Ale zawsze tak mi brak naszych dlugich opowiesci. Wiec niech
bedzie jeszcze I ten list. Moze znajdziesz chwile dla mojego marudzenia.
Ostatecznie czyta sie moje slowa gladko – sam mowiels… Ach, I odpisa nie musisz..
Tak tylko, dla porzadku powtarzam.
A wiesz, jest w
Stanach Zjednoczonych cala grupa restauracji, ktore dla pewnosci, zwiekszenia klienteli I innych samym
Amerykanom wiadomym powodow, zrzeszaja sie w zgrupowania, lacza tworzac
lancuchy, po angielsku zwane Chains.
Doughnuts jest
jedna z takich lancuszkowych struktur.
Do Doughnuts’
baru?kawiarni? po prostu do Doughnuts zagladamy niemal codziennie; zawsze, gdy
jestesmy w “miescie” (to znaczy w Pensacola, w stanie Floryda). Nasz apartament
miesci sie tuz za granica stanowa Florydy, kilka mil za kawalkiem metalu z
napisem Alabama.
Miejscowosc nosi nazwe Atmore I
jest malenkie, ale jednak mozna je znalezc jezdzac palcem po ekranie wzdluz
linii maps.yahoo.com. (www.maps.yahoo.com – dla
zainteresowanych).
Ale przejdzmy do rzeczy.
Przejedzmy ponownie przez granice stanowa, ku Pensacoli, pod drzwi Doughnuts,
ktorych nie ma w Atmore. (choc sa inne lancuszki, jak chocby wszedobylski
MacDonald). Przed nami lokal, ktorego ogniwo w duzo lepszym stanie I wyzszym
mam wrazenie standardzie, znajduje sie chocby w Warszawie. Ale wciaz to
Doughnuts. Nazwa ta sama. Wyrob takowoz. Atmosfera jednak I obsluga
niepowtazalna I daleka od wszystkiego, co udalo mi sie zaobserwowac kiedykolwiek
w Polsce. Zazwyczaj akcja z udzialem moim I mojego towarzysza w rolach glownych
rozgrywa sie nastepujaco: Podjezdza samochod (blagam o wybaczenie dociekliwych
czytelnikow – nie jestem zdolna zapamietac najprostszej nazwy czterokolowego
pojazdu..). Z samochodu wysiada .. z wahaniem, jedna osoba. Wysiada mezczyzna.
Zamyka dzrzwi, dwa kroki od wejscia do Donuts zawraca – pada pytanie w kierunku
towarzyszki w samochodzie – czy na pewno nic nie chce. Ona kiwa glowa. On
bierze od niej pieniadze, o kotrych zapomnial. Wchodzi do baru. Po chwili
pojawia sie I ona. Drzwi samochodu pozostaja niezamkniete.
Oboje w
oczekiwaniu na swoja kolej patrza niecierpliwie kazde w inna strone baru. Ona
obserwuje sytuacje w glebi po prawej, on tuz za lada I dalej, za szklanymi
drzwiami, gdzie na ruchomych tasmach przesuwaja sie pachnace wytwory
Donnuts. Jego wzroku nic nie jest w
stanie oderwac od tych poruszjacych sie bez ustanku smakowitosci, jej uwage
wciaz inna pochlania osoba I jej z gruntu zdaje sie obce jej przyzwyczajeniom
socjologicznym zachowanie. Jego wzrok odrywa sie jednak od poczkow za szklanymi
drzwiami na dzwiek glosu poteznych kraglych rozmiarow Murzynki za lada – How
may I help you – domysla sie mezczyzna dzieki doswiadczeniu jezykowemu raczej
niz bieglosci organu sluchu. Murzynka ma szalenie barwny, otwarty , ekspresyjny
sposob wypowiadania sie, lecz jej akcent zdaje sie miazdzyc coniektore gloski,
zgniatac je na korzysc innych , wydluzonych. Dla kobiety, towarzyszki mlodego
mezczyzny jej wypowiedz byla raczej przyjemnoscia znow socjologiczna , niz
jezykowa, muzycznym doznaniem raczej jak mentalnym. Mezczyzna poprosil o dwa
swieze , FRESH!, doughnuts’y, co dla murzynskiej ekspedientki zdalo sie byc
niemal afrontem. Padl glosny komentarz, po kotrym nastapil glosny smiech innych
ekspedientem, lecz jakby wszystkie mowily w calkowicie unikalnym narzeczu,
zrozumialym tylk dla nich. Tylko one sie smialy, tylko one wiedzialy kogo I jak
wystawiaja na posmiewisko. Krecac nosem, Murzynka o krotkich, sztywnych , odstajacych
na karku wlosach zniknela za szklanym drzwiami zaplecza, po chwili wrocila z
goracymi pachnacymi poczkami. Cacko! Oba z dziurka. – to mezczyzna w strone
kobiety, ktora juz kilka minut temu zajela miejsce w glebi baru na wysokich
stolkach. –Hmmm… odpowiedziala. Uslyszal ja chyba jedynie towarzysz, a moze po
prostu domyslal sie z jej usmiechu, o czym pomyslala. Ty tez wiesz o czym
pomyslala, moj drogi. Zawsze odbieralismy na tej samej fali. Cieszy mnie to.
Przeciez uwielbiam niedopowiedzenia, czy nie tak?
Podczas
gdy oddawalam sie dygresjom, dwoje mlodych ludzi zdazylo usiasc po prawej
stronie dlugiego baru, na wysokich barowych stolkach. Na rogu, tak, ze jego
dzinsy dotykaly jej jasnozielonej wyszywanej pieknej sukni w stylu hinduskim,
spod ktorej widac bylo dol nogawek rowniez zielonych , ciemno zielonych
spranych nieco spodni plociennych. Ona w ciagu kilku sekund zjadla pol paczka I
nagle podniosla sie, odwracajac ku drzwiom. Spojrzala jednak na jedzacego
towarzysza I jego zlosliwy usmiech – wziela reszte niedojedzonego paczka w reke
I wyszla z baru. Po chwili wrocila na swoje miejsce – po chwili, ktora
odpowiadala kilku minutom jakich potrzea na zamkniecie drzwi samochodu. Oboje –
ona roztargniona, o slodkiej slicznej jasnej naiwnej twarzy I on – o ciemnej
karnacji, rozsadnym usmiechu pod krotkimi wasami , wydatnych wargach I
pociagajaco ciemnych glebokich oczach, zdawali sie byc niespokojni, czyms
poruszeni, podnieceni, pelni wahana a jednoczesnie I zmeczeni I znudzeni. Minelo niecale pol godziny. Para mlodych
podniosla sie ociezale. Aby wyjsc z baru. Ona zgarnela resztki jedzenia,
serwetki I kubki. Zamknely sie dzwni I otworzyly po chwili. Pchnela je
energicznie mloda blondynka. Zjawiskowo szczupla. W szczuplosci podobna do tej,
ktora przed chwila wyszla, kobiety. Och, Ameryka nie codzien widuje gustujace w
donnutsach, S jak small I size Petite koebiety.
Zreszta
nie zawracaj sobie tym glowy. Ameryka nie jest miesjcem dla ciebie, moj drogi.
Nie, nie jestem zlosliwa, po prostu znam ciebie I poznawac zaczynam to tutaj
miesjce.
Calusy I pozdrowienia. To nie
ostatni moj list. Trzymaj sie ddzielnie.
Pa.
Bialy
kruk
Śniło mi, się że
ktoregoś dnia w tygodniu nagle byłam zmuszona pójść do pracy. Wybrałam się więc
w drogę odpowiednio przygotowana psychicznie. Tuż przed samymi drzwiami budynku firmy - widziałam już ludzi
schodzących na przerwę, było około południa – stwierdziłam że to nie ma sensu.
Niepotrzebnie się tam pojawiam skoro już mam urlop.. – pomyślałam i odwróciłam się szybko. Zdaje
się że nawet nie odpowiadałam na wołania moich znajomych, których nie było
zreszta wielu, po prostu uciekłam.
Tej samej nocy śnił mi sie inny
sen, nie mam pojęcia czy był powiązany z poprzednim czy nie... Otóż śniłam, że
dokonuję zakupu białych kruków. A raczej jednego „białego kruka”. Pamietam że
cena tej książki była 20 złotych. Trzy białe kruki wystawiono na sprzedaz.
Zastanawiam się teraz na jakiej zasadzie ustala się, że dana książka będzie
białym krukiem? Zapewne wcale sie tego nie ustala. Jedynie gdy okazuje się, że
pewne wydanie jest jedynym na świecie, staje sie ono białym krukiem. O moja
ignorancjo polonistyczna i każda inna! Okropne uczucie. W każdym razie,
ponieważ we śnie wszystko jest możliwe, przyśniłam, że pewne wydanie, ładnie
zresztą przygotowane, stanie się białym krukiem. Ponieważ była to proza z
okresu lat pięćdziesiątych, proza „niepopularna”, niskolotna i ideaologiczna,
teraz mam wrażenie, że spora część tych egzemplarzy została zwyczajnie
zniszczona, czy wyrzucona przez posiadaczy po zamknięciu okresu komunizmu. Jako
mało wartościowa. Co oczywiście jest prawdą, ale jednocześnie pozwala
przewidzieć, że niektore spośród egzemplarzy prozy komunistycznej staną się
unikalne. Jakie by moje rozumowanie nie bylo, logiczne czy nie, pozwalam sobie
na takie dywagacje o godzinie raniutkiej, bo zaledwie dziesiątej, gdy za oknem
spadają pierwsze krople deszczu ( mamy w końcu porę deszczowa, porę
tropikalnych burz i huraganów).
Zapomniałam
wspomnieć, że po obudzeniu zachowałam w pamięci tytuł książki, którą zamierzałam
kupić za dwadzieścia złotych (do tej pory nie wiem, czy kupiłam czy nie...) –
„Adam i Ewa”. Nie przypomnę zazwiska autora. Przyznaje, że jak żyję nie
słyszałam o tej książce. A przecież wspominano nam na studiach o prozie ..
zaangażowanej, powiedzmy. Nie, ten tytuł jest doprawdy szokujący. Adam i Ewa.
Początek świata. Inspiracje religijne w książce komunistycznej? A może po
prostu sięganie do źródeł i budowanie świata od nowa. Cóż, szkoda, że nie udało
mi się we śnie przeczytać choćby fragmentu tej ksiązki. I szkoda podwójna już
dzisiaj, że nie mam sennika! To już kolejny dzień, ktory zaczynam mając pamięci nieoczekiwanie dziwne marzenia senne.
A tak. Dziwne. I
te dwie opowiastki nie zamykaja historii tej nocy. Pamietam jeszcze jedną.
Najdziewniejszą. Ale zanim opowiem, jeszcze jeden szczegół do opowiastki o
białym kruku. Pamiętam, ze nie byłam sama w trakcie kupowania. Pamietam
obecność męzczyzny. Kto to był? Tego nie pamietam lub nie wiem. Nie znam go.
Nie potrafię zrrszta w tej chwili przuywołać jego twarzy. Nie zdaje mie się
jednak, aby był to obecny mój męzczyzna. I czy to cokolwiek znaczy? To był
ktoś, kto doradzał mi kupno książki a sam się przed nim wzbraniał wymawiając
nieposiadaniem wystarczającej ilości pieniedzy. Dwadzieścia złoty! Tak tanio.
Dziwne. Może po prstu uważał że kupno nie jest wcale tak świetnym pomysłem. Kim
więc on był?
Trzeci zaś sen,
który śniłam tej nocy był najdziwniejszy. Widzialam moje własne podwórko przed
moim własnym domem. Własciwie było to miejsce w którym w tej chwili stoi dom
nasz były, w tejchwili dom naszych sąsiadów. Podwórko wygladało tak jak dawno
dawno temu. Jeszcze nie wyrównane. Orzechy zdaje się jeszzce pod płotem, dwa
ogromne. nie pamietam innych szczegółów. Na środku tego podwórza stały, a
własciwie poruszały się nieustannie dwa samochody. Dwie ciężarówki, nie ciężarówki lecz nowoczesne samochody
ciężarowe czy pół cieżarowe. Jeden obrócony był w jedną stronę , drugi w
przeciwną. Kierowcy wychylali się co chwila ze woich kabin i coś do siebie
krzyczeli na odległość. Nie znałam żadnego z nich. Samochody poruszały się
monotonnym ruchem wciąz w jedna stronę, jakby po krawędzi okręgu. Jakby jeden
za drugim, fizycznie w rzeczywistości nie jest to zapewne możliwe, we śnie
miałam wrażenie że samochody, jak w krzywym zwieirciadle są odrobine wygiete.
Jak wielkie gąsienice. Samochody tarasowały przejscie z domu na ulicę. nie wiem
dlaczego nie pomyśłałam o wyjściu furtką, lecz zdecydowałam bunczucznie że
wyjdę na wprost, ze przecisnę się pomiędzy dwoma pojazdami . Zaczęłam iść w ich
kierunku, Nikt mnie nie zauważył. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Znalazłam się
wkrotce pomiędzy dwoa pojazdami, ktore nagle zaczeły zamiast poruyszaćsię po
okręgu , wyraźnie do siebie przybliżać wielkimi tułowiami. Poczułam się zagrozona.
Ale nie wydobyła z siebie ani słowa. Dopiero gdy spostrzegłam że samochody są
stanowczo za blisko mnie i nie moge wyjsć spomiedzy nich ( nie wiem ja to
możliwe że nikt mnie nie zauważył, czuałam się jakbym zmieniała co chwila
wielkość, z maleńkiej istotki ledwie zuwazalnej do tajkiej ktora nie da się
zgnieść nie wiadomo jak wielkiej ciężarówce (!!)) zaczęłam coś wykrzykiwać do
jednego z kierowców. Nie , to własciwie była osoba siedząca obok kierowcy.
Wszystko to jest mało logiczne, ale zapenw tak to jest we śnie. Czułam nieal
fizyzcnie jak samochody dotykają mnie i zaczynaja zgniatać. Krzyczałam ,aż
nagle oba odsunęły się tak że mogłam swobodnie przejśc pomiędzy. Wzruszyłam
więc ramionami i pzrzeszłam i opusciłam podwórko. koniec snu ( a w każdym razie
tu pamięć mnie zawodzi).
Sny pozostawiam bez komentarza.
Tobię życzę snów przyjemniejszych
Całuję jak zwykle. Mocno
Drive thru
Przyjacielu, w Ameryce nie musisz być bogaty, ale
musisz mieć samochód. Nie jest to tak duzy wydatek. Okazuje sie w chwilę potem
jednak, że ubezpieczenie jest drogie.
Podobno. Zreszta ja nie o tym.. Jesli kogos ciekawi
ile rzeczywiscie ubezpieczenie kosztuje prosze zadzwonic do .. chocby Geico..
Popularnej obecnie agencji ubezpieczeniowej.. Reklamuje ich w telewizji ten
dziwolag gad ... ktorego nazwy polskiej nie pamietam..
Sama samochodu własnego jeszcze nie mam. Niedługo.
Jezdze samochodem mojego mezczyzny.
Ubezpiecza sie kazdego przypuszczalnego kierowce
danego samochodu. To znaczy, ze ja, choc tylko od czasu do czasu prowadze woz
partnera, mimo wszysko jestem wpisana jako „drugi kierowca” w dokumentach
polisy ubezpieczeniowej. Prawo jednak pozwala na sporadyczne prowadzenie
twojego samochodu przez osobe trzecia .. z rodziny lub z poza rodziny. Przepisy
nie sa tak drastyczne jak dajmy na to na Bialorusi, gdzie tylko wlasciciel
(papiery zawsze nosic trzeba przy sobie!) ma prawo prowadzic swoj samochod.
Zadna tam matka ojciec maz zona! Tylko wlasciciel. Wow!.. zakrzykna zdziwienie
Amerykanie.
Życie w Ameryce lekkie jest
dla tych, którzy jakis czterokołowy środek transportu posiadają. Poczatkowo ze
zdumieniem spoglądałam na Amerykanów udających się do położonego o
kilkadziesiat metrów od ich domu supermarketu. Sama jednak po kilku tygodniach
nabrałam podobnych nawyków. Tym bardziej, że czułam się jak wyrzutek
społeczeństwa, obserwowana podczas marszu brzegiem drogi (brak chodników, na
prowincji brak chodników !) przez przejeżdżajacych kierowców. A przeciez
kilkadziesiat metrów przejechać samochodem po chleb, który nie waży przezciez
tony, wyadawało mi się czystym skarłowaceniem i nienaturalnością. Podobnie
w innej sytuacji. Otóż od parku i basenu
publicznego dzieliło mój dom może pięćset metrów. Stwierdziłam, że jest to
świetna okazja do spaceru. Stwierdzilam to tylko raz. Po tym jak pewien
kierowca zawzięcie trąbiący na mnie z daleka (moze szlam za blisko drogi? Trzy
metry.. moze zbyt jaskrawa mialam sukienke i wzieto mnie za... Wlasnie, uwaga
panie – kobieta kroczaca brzegiem drogi nie jest zadna miara Bogu ducha winnym
spacerowiczem..lecz wiadomo kim!) i, miałam wrażenie, próbujący mnie z cichą
przyjemnością rozjechać, nie próbowałam wybierac się nigdzie na piechotę, jeśli
nie byłam do tego zmuszona .
Jednak ja o drive thru.. Cudowny wynalazek leniwych Amerykancow. Drive
thru posiadaja przede wszystkim osrodki zywieniowe. Nie tylko slynny u nas
MacDonald i znane tu inne fastfoody, ale najpodlejszy nawet bar bedzie mial
skromny bo skromny, ale jednak drive thru.. Czyli „wjezdzalnie”. Czyli specjalny
tor przeszkod z malym gadajacym billboardem na poczatka i okienkiem na koncu
gdzie mozna nie wysiadajac z samochodu zamowic , zaplacic i odebrac
pozywienie... Sa i innego typu drive thru – wjezdza sie w odpowiednie miejsce
parkingowe z osobista dla ciebie maszyna gadajaca – i zamawia to co wola..
Jedzonko przynosza ci na na tacy do samochodu. Mniej leniwi moga wysiasc z
samochodu i usadowic sie przy stolikach na tarasie restauracji szybkiego
zywienia..
Ja jednak przede wszystkim
cenie banki drive thru.. malo powiedziane, ja je kocham.. Dlaczego nie mamy ich
jeszcze w polsce?? Taka oszczednosc czasu.. Nikt nie zmusza nikog do stania w
kilometrowej kolejce (choc przy ilosci bankow w USA i w malym miescie jak
pensacola i tak niemal nie istnieja kolejki..). Transakcje szybkie jak
wplacenie pieniedzy na konto, depozyt i tym podobne zalatwia sie wlasnie przez
drive thru... Podjezdzasz, wrzucasz cash czy czek do szufladki lub specjalnej
butelki, pani po drugiej stronie sprawnie wydaje ci po kilku minutach poswiadczenie.
Oczywiscie kazdy bank ma swoj jeden lub kilka bankomatow drive thru...
Chyba ze ktos musi zrobic
transfer gotowki ... miedzynarodowy..
Insza inszosc.. Ale od czasu do czasu to juz nawet wypada pojsc i
pogadac z pania czy panem z banku.. W koncu nie codziennie robi sie takie
operacje wiec mozna sie pofatygowac.. A ludzie banku sa zawsze mili i uczynni..
Business to business..
Ameryka
II
Nic mi sie dzis
nie snilo... Wiesz, to az niemożliwe. Mysle, ze po prostu zapomnialam tak nagle
i brutalnie zmuszona do wstania przez dzwiek natretnego telefonu. Nie posiadamy
w domu nawet jednego dzialajacego poprawnie budzika. Moze ztreszta jest to wina
tych, ktorzy te budziki nastawiaja... Nie dalej jak dwa dni temu probowalam
nastawic na poranne dzwonienie alarm w elektronicznym notesie mojego mezczyzny.
Malo skutecznie, jak okazalo sie nad ranem. Nic nie zadzwonilo. Znowu zas
zadzwonil telefon, do ktorego nie mialam ochoty biec. Przeklinalam swiat i
mojego faceta. Oboje chodzilismy podminowani potem przez caly poranek. Brutalne
pobudki nie sa specjalnoscia poniedzialkow. Nie znosze ich kazdego dnia
tygodnia.. Co innego gdy sama, z wlasnej woli wstaje o godzinie powiedzmy
siodmej i siadam do komputera by pisac. Nikt mnie nie zmusza! Zapewne dlatego
jest to tak przyjemne.
Dzwonki i
dzwieki dzwonkopodobne i alarmowate sa zmora dzisiejszego swiata mam wrazenie.
Wprowadzaja stres i zamieszanie, trzeba to jasno stwierdzic. Bo jaka jest nasza
na nie reakcja jesli nie agresywna? Wywoluja bunt. Wywoluja lek. Pamietam, ze
reagowalam lekiem na dzwonki szkolne. Niektore szkoly ten system alarmu
dzwiekowego usunely.. A gdy sie o tym dowiedzialam pomyslalam o dzwonkach z
sentymentem. O jak przewrotna jest moja kbieca natura!
A propos dzownkow jeszcze, przed chwila
zadzwonil telefon.. Odebralam z niechecia, a moze nawet z nienawiscia w umysle
– to byl jeden z naszych klientow, ktoremu i tak nie moglam pomoc poza
zlozeniem obietnicy, ze “ktos do niego na pewno oddzwoni i jego problem
rozwiaze”. Coz, czuje sie jak uczennica przemoca zmuszona do powrotu do szkoly
podstawowej, ktora reaguje obawa na dzwiek dzwonka. Dzwonka telefonu tym razem.
Jak mam reagowac zreszta, moj drogi, powiedz! Jestem niedoswiadczona mala gaska
w tym “byznesie” i sekretarka najeta bez wynagrodzenia “na czas niekreslony”; -
na czas snu mojego mezczyzny, ktory po nocy przy komputerze niezdolny jest do
wysilku umyslowego i fizycznego o godzinie tak rannej jak osma! A telefony
dzwownia sobie i dzownia. No ale mniejsza. Odbieram. Z lekiem i odraza ale
odbieram .Grzecza jestem dziwczynka. Odbieram, mimo ze natchnienie – bo pisze
przeciez w porannych godzinach – ucieka nieraz bezpowrotnie. Psia ssskorka! ma
sie ochote powiedziec. Albo bardziej dosadnie. Po angielsku.
Sobota jest.
Powiedzialam sobota? W sobote tym bardziej dostaje wysypki na dzwiek dzwonkow.
Ale pomysl, ze jest tyle sposobow, aby uniknac sluchania tego dzwieku. Ot
chocby wowczas, gdy zamiast proponowac klientowi, aby zadzwonil ponownie, mowi
sie – ja zadzwonie. na pewno. za pol godzini, nie dluzej zadzwonie na pewno. .
“ Oczywiscie kosztuje to nas drozej. Ale jaki komfort psychiczny! Zadnych
dzwonkow.. No.. powiedzmy mniej. Moj mezczyzna jest jednak szczegolnie
uodporniony na wspomniany dzwiek. Powiedzialabym nawet, ze jest od niego w
pewien sposob uzalezniony. A moze uzalezniony jest od samej rozmowy
telefonicznej i posrednio jedynie od podnoszacych cisnienie i stezenie
adrenaliny we krwi dzwonkow. To stymuluje. To podnieca. Tak zapewne mysli. To
nuzy. To meczy. – mysle ja. On wykorzystuje wolne chwile aby dzownic. Zawsze
jest jakis zapomniany telefon do wykonania!
Dzis po poludniu
chocby, tuz po zjedzeniu tuczacych pysznych donnutsow, udal sie w kierunku
budki telefonicznej (ktorej ja nota bene nawet nie zauwazylam!!) bo padla
bateria w telefonie komorkowym – i po okolo dziesieciu minutach rozmowy z
wlascicielem domu, ktory chcemy wynajac, zabral sie za wydzwanianie pod
telefony ogloszen wiszacych we wnetrzu budki. Jedno z ogloszen bylo wyraznie
intrygujace. – dwa tysiace dolarow mozna zarobic. Dziennie! Chyba ponad pol
godziny wiszenia na sluchawce, zamiennie on i ja nie wyjasnilo nam jakiego typu
prace wykonywalby czlowiek zarabiajacy 2 tysiace dziennie!
Ameryka jest ciekawym krajem. Wszystko mozna
sprzedac. Wystarczy tylko zaopatrzyc sie w telefon i wymienic magiczna sume...
Caluje cie jak
zwykle goraco.
Przeprowadzka
Przeprowadzki to
jedno z moich dawnych wyobrażeń o radościach dorosłego zycia. Uwielbiałam
przeprowadzki w dziecieńtswie. Może dlatego, że nigdy nie udało mi się żadnej
przezyć... Uwielbiałam je wirtualnie, w marzeniu. Pierwszą przeprowadzką,
jakiej bylam uczestnikiem, och, mozna powiedzieć że i sparwczynią, była
przeprowadzka do mieszkania francuskiej rodziny. Na dobrych kilka miesięcy z
dala od domu – myślałam. Na rok – okazało się w rzeczywistości. Byłam wówczas
dorosłą już osobą, jesli przyjmujemy, że granicę dorosłości wyznaczają
osiemnaste urodziny. A te osiemnaste urodziny dawno miałam już za sobą.
Dwudzieste zresztą również. I dwudzieste pierwsez i drugie. Trzecie obchodziłam
we Francji. Można powiedzieć że była już wtedy dobrze odchowaną na garnuszku
rodzicielskim starą panną. Ale wróćmy do tematu przeprowadzek, który jest
znacznie bardziej ciekawy od problemów staropanieństwa. Tych, którzy sądzą
inaczej (czują inaczej, kochają inaczej) odsyłam do Dziennika Bridget Jones.
Bez ironii. Książka nie jest tak zła, jak wiekszość środowiska „intelektualnego
uniwersytetu sądzi.
Jak
wspomniałam ci mo drogi, a może zresztą wspominałam ci już otym nie raz.., ale
jesczze ten ostatni teraz, bo to ciekawe – nigdy nie mieszkałam sama. Sama!
Nawet sama z koleżaką nigdy. Ani sama w akademiku. Tak wiele zaprzepaszczonych
szans na samocdielność. Wiedziałam, że akademink to synonim dobrej zabawy i
swobody. A ja mialam swobod e w moim pokoju na pietrze. I mimo że lubiłam bywać
sama , lubiłam rwnież mieć nieustającą świadomośc,, że gdyby co nie bądź, sama
nie jestem w rzeczywistości bo cała rodzina na parterze mieszka sobie w
najlepsze. Całkowiecie nieświadoma moich dylematów i rozterek. Tak więc przez
orkragłe 22 lata pozostawałam w domu rodziców , na najlepszej drodze do
staropanieństwa ( ten temat to bumerang, czy nie?).
Jeśli
jednak zdaje ci się, że moja pomieszkiwanie we FRancji przez rok (dziewięc
miesięcy konkretnie w ciagu ktorycg nic konkretnego się nie wylęgło ani nie
urodziło poza kilkoma aferami uczuciowymi z ktorych jedna trwała nieco ponad
rok..) cokolwiek w moim życiu zmieniło, to się mylisz. Ostatecznie, spoglądają
na rzecz obiektywnie – mieszkałam we Francji z rodziną ! Nie moją własną,
osobistą ale z rodziną. nigdy sama.
Trzeba
wiec podreślić solidnie fakt, że mój wyjazd do Stanów Zjednoczonych Ameryki i
moja w tej chwili pzreprowadzka to w moim umyśle jedno z bardziej ekscytująch
wydarzeń mojej epoki dorosołści. Żałuje, że nie mam tego typu doświadczeń z
Polski. Ale to potwierdza jedynie regułę, że nikt nie może doświadczyć
wszystkiego. Ja zwykle doświadczam rzeczy, które niewiele mają wspólneo z
naturalnym biegiem życia większości osobników, podobnie jak posiadam zwykle
wiedzę i znajomośc rzeczy, na które większość stada ludzkiego nie zwraca uwagi
i ktore im wydają sie niepotrzebne i niepraktyczne. Wiem kim była Andromacha i
Gluck , nie wiem ilu mieszkańców liczą Stany Zjednoczone; nigdy nie była w
pełnym tego śłowa znaczeniu związana z męczyzną w Polsce, jestem bardzo blisko
( bardz bardzo ) związana z człowiekiem który mieszka w Ameryce.
Jak
więc odbywa się wynajecie domu w Ameryce? Aby nie uogólniać powiem jak odbywa
się wynajęcie domu w Pensacola. Monotonnie i nużąco. Objazd po okolicznych
agencjach nieruchomości. Obdzwonienie dalszych agencji nieruchomości.
Obdzwonienie wszystkich włascicieli, którzy niezależnie od agencji wystawili
tabliczki „for rent” gdzieś przy drodze, gdzies na otwartej przestrzeni
trawnika należącej , jak się trzeba domyslac (bo brak ogrodzenia) do
wynajmowanego domu. Kolejnych co najmniej dwa dni poswiecić nalezy na
odwiedzenie (bo broszurki agencji i ogłoszenia online rzadko okazuje się,
zawieraja zdjęcia) domów które nas interesują. Na rozczarowania i marzenia i
plany kolejnych kilka nocy. Czyli standard międzynarodowy, jak sądzę.
Zdecydowaliśmy
się na jeden z większych domów, blisko centrum. Urokliwe drewniane podłogi,
małe okna (ooczuywiscie w amerykańskich stylu – otwierane przez
rozsunięcie ku górze), trzy pary drzwi
na zewnątrz, śliczna łazienka, praktyczna pralnia, kominek w dużym pokoju o
skośnych scianach... i .. i ani jednego
prawdziwego drzewa na zewnatrz ( nie liczę jakiejś niezidentyfikowanej
owocówki), i .. i stado moskitów i ogród do oporządzenia i trawa do skoszenia
pod groźbą wysokiej kary lub opłata „kosiarza” – 100 dolców! , i wiele
„drobiazgów w domu do poprawienia i naprawienia. Ale mimo wszystko uwielbiam
przeprowadzki i zdania nie zmienię. A kolory wewnatrz .. biuro i mieszkanie ,
bedą : brąz czerń pomarańcz. I meble nowe.. Albo lepiej nie. Kto wie jak szybko
będziemy się musieli przeprowadzać. Do nowego domu. Do Nowego Jorku.. I kto by
tam taskał skompletowaną zastawę, choćby unikalną pomarańczową. Tak daleko...
Mozna podobno wynająć dom z pełnym wyposażeniem. Ale! To nie to. nie to samo.
Nieprawda , przyjacielu?
Całuję cie wyjątkowo czule. Jest
mi dziś samotnie. I nijako.
Smierc
Mój drogi,
opowiem ci bajkę... Nie, nie obawiaj się albo może właśnie tak, bo opowiem ci
znów mój sen. Moje sny są coraz bardziej zawikłane i napedzają mi strachu. Tym
razem nie przesadzam. Otóż sniło mi się, że wydano na mnie wyrok kary śmierci.
Odbył się sąd, którego szczegółów nie jestem w stanie sobie przypomnieć...
Skazano mnie. Nie pamiętam za co. Nie pamietam gdzie. Widzę w tej chwili
jedynie wyraźnie ostatnią scenę, gdzie spaceruję po przestrzennej długiej
zatłoczonej plaży – jest piekny sloneczny dzień – i zastanawiam się czy
pozostała mi jakaś mozliwość ocalenia. Mam przed sobą 24 godziny aby powrócić
.. gdzie? .. do więzienia zapewne, choć jego wizerunku mój sen nie wykreował.
Pamiętam, że
jestem zrozpaczona. Pamietam, że ogromnie brak mi mojego męzczyzny, który
(paradoksalnie!) został skazany dzień wcześniej! Ten sen zdaje mi się być
wyrokiem dla nas oboje za nie wiadomo jakie winy. Absurdalny splot okoliczności,
których szczegółów nawet nie znam. Musiałam być rzecvzywiście przerazona skoro
obudziłam się w nocy – było to już właściwie wczesny ranek i z ulgą spojrzałam
na śpiącego obok mnie kochanego człowieka, stwierdziłam, że ani mnie ani jemu
nic nie zagraża i zamknęłam oczy aby znów usnąć.
Na jakiej podstawie mózg
człowieka tworzy tak tragiczne obrazy we śnie? Muszę znów zaprzyjaźnić się z
Freudem i Jungiem, jak sądzę. Czytanie ich po angielsku będzie jednak nie lada
wysiłkiem.
Jestem ogromnie
ciekawa jakie jest twoje zdanie o karze śmierci. Jesteś za? Stany Zjednoczone,
mimo że zjednoczone, równiez pod tym względem różnią się od siebie. W prawie
jednych (Teksas, California, Alabama..) kara śmierci jest mozliwa, inne stany
całkowicie się od niej powstrzymują na korzyść dozywotniego wiezienia.
Moi przyjaciele w Polsce,
przynależący do kościoła przedsoborowego akceptują karę smierci. Podobnie myśli
mój chłopak. Podobnie myślą wierzący i praktykujący muzułmanie. Juz przestał
mnie szokować wyrok śmierci wydany przez nich na Salmana Rushdiego. Przyznaję
niejednokrotnie rację moim przyjaciołom z Polski, którzy twierdzą, że kara
śmierci jest jedynym sposobem, by chronić się przed zbrodniarzami seryjnymi. A
mimo wszystko mam w pamięci obraz filmowy „Tańcząc w ciemnościach” i delikatną
postać .......... morderczyni. I nie potrafię zdobyć się na radykalizm.
Dlaczego więc
prześladują mnie sny o smierci? Wydawało mi się, że nie boje się śmierci.
Przeraża mnie. Tak, a jednak nie bałam się jej. Podchodzi gdzieś wewnatrz mnie
z dna żloądka ku gardłu lęk i na pytanie Czy śmierci się obawiam – odpowiadam w
razie czego Tak. A jednak posiadam wewnętrzne przekonanie, że w odpowiednim
momencie nie zawiedzie mnie moja duchowa odwaga cywilna. Tak. A jednak, wciąż
jednak drżałam podczas tornada i zastanawiałam się, czy koniecznie muszę zginąc
podczas katastrofy, z dala od kraju. Wydawało mi sie to niedorzeczne. Więc
zapewne dlatego że bałam się śmierci. Nie posiadam jednej dobrej odpowiedzi na
ważne pytania. A ty?
Całuję. Pozdrawiam.
Nie myśł za duzo. To szkodzi. I nie pomaga.
Dzieci
Czy moge
opowiedzieć ci jeszcze jeden sen? Nie chce cię jednak zanudzać. Opowiem może w
skrócie. Sen sam w sobie zdaje mi się był spójny i dość szybko przemknął mi
przed oczyma we śnie. .. Ale dlaczego właściwie tak wiele miewam teraz snów
jeśli wcześniej nigdy ich nie pamietałam... Za długo śpię?
Otóż
śnilo mi się, (tylko szszaaa, nie trzeba mówić mojemu mężczyxnie) że miałam
dziecko. Pominiety znów nieoczekiwanie łagodnie okres narodzin. Pamietam, że
byłam we snie czymś bardzo zajęta. Ja, zapracowana osoba, ciagle gdzieś
biegłam, zostawiając to biedne dziecko u znajomych lub rodziny (w co na jawie
tudno mi jest uwierzyć!). Pamiiętam poszukiwania najniezbędniejszych częsci
garderoby i odwiedziny w sklepach dawno już zamknietych, bo po godzinach ich
pracy, i całowanie klamki z zawodem. I pamiętam.. jak nieoczekiwanie po jednej
z jak mi się zdawało jednodziennych rozłak z dzieckiem, gdy je odnalazłam na
nowo – było już a całlkiem duże i mówiło do mnie bez ustanku z wyrzutem o tym
jak tęskniło za mną. Pełne bylo energiii i radości. Wygadana duża dziwczynka.
Nieoczekiwanie podobna do mojej chrześnicy blondynki! Choć jako maleństwo, we
wcześniejszej częsci snu miała ciemne oczy i włosy. Cieszyłam się wówczas że
tak bardzo jest podobna do mojego ukochanego... Tej nocy, przed zasnięciem on
opowiadał mi też własny sen, w którym mnie poślubiał, i w którym mielismy w
chwilę póxniej dzieci. Zadziwiająca zbiezność. Nota bene – ja nie chcę mieć
jeszcze dzieci! Tam, na górze , jeśli mnie słyszysz, proszę nie dopuść..
Powiedz
mi, przyjacielu, czy ty wierzysz w Boga? Czy wierzysz w konieczność wychowania
w religii, wychowania w środowisku uznającym pewne określone zasady moralne? Ja
wierze, lecz widzę jak szalenie poplatane jest moje zycie, jak daleko oddaliłam
się od wyznawanych wcześniej zasad religii, choć .. zachowałam zasady moralne.
To jest dla mnie wartosciowe. To odnajduję również w innych religiach.
Wokół
mnie pojawiali się w różnych czasach ludzie, którym bliska była nie moja wiara,
katolicyzm, lecz inne wyznanie. Mam przyjaciół, którzy są prawosławnymi,
protestantami (praktykującymi i niepraktykującymi – cokolwiek by to słowo
znaczyło), katolikami wyznawcami kościoła przedsoborowego, których niektórzy
uwazają za sekte (!), muzułmanami. Wszyscy w jednakowym dużym stopniu zwracaja
uwage na wychowanie dzieci w zasadach ich religii. Dziewczynka ze snu, „moje
dziecko” – moja chrzesnica, w rzeczywistości nalezy do kościoła
przedsoborowego. Potrafi mi bezbłednie wyłozyć zasady swojej wiary i
wyrecytowac po łacinie szereg modlitw i spora część mszy, która odbywa się w
tym właśnie jezyku.
Dzieci
zawsze w jakiś sposób uczestniczą w ceremoniach religijnych. Nigdy nie zapomnę
naszego Bożego Ciała w Polsce. Procesji porannej, sypania kwiatów przed
Chrystusem w Hostii, noszenia różańca i ozdobnych poduszek. W białych
sukienkach od pierwszej komunii świetej. Wyrastałam w takich otoczeniu. Trudno
jest mi więc, przyznaje, pojąć istotę uczestnictwa w modlitwach islamu. Nie
dane mi bylo choćby zajrzeć na chwilę do sali gdzie przebywali mężczyźni –
właściwej części światyni. Mogłam wejść jedynie do części przeznaczonej dla
kobiet. Moglam pozostać tam przez cały okres trwania modlitw i mogłam założyć
chustkę na głowę, aby nie prowokować za bardzo zainteresowanych spojrzeń kobiet
(i tak moje wejście przyciagnłeło liczne źrenice zaciekawionych pań –
przyznajmy , jestem biała, moja uroda nawet nie zbliża się do hinduskiej ani
arabskiej – po prostu zjawisko).
One siedziały w
pewnym rozsypaniu i chosie, każda gdzieś pod ścianą. Każda niemal przygarniała
do siebie większe lub mniejsze dziecko. Część dzieci po prostu bawiła się na
środku sali, wyłożonej dywanem, zabawkami odnalezionymi bez trudu pod szerokim
stołem przy zasłonietym oknie. Niestety nie potrafię powiedzieć jak wygląda
stara z tradycjami i ciekawą archotekturą światynia muzułmańska. Ta, w której
byłam – zaimprowizowana była w prostym budynku w ten sposób, że jeden większy
spośród jej pokoi stał się częścią światynną dla mężczyzn , drugi –
skromniejszy i mniejszy – dla kobiet. Żadnych ozdób, podobno w żadnej z
przedzielonych części. Nic, co przypominało by mi znany mi ołtarz. Żadnych
wizerunków Boga. Nic. Jakby puste, ogołocone z mebli i ozdób, surowe
mieszkanie.. Tylko dzieci i kobiety w rozmaitych bogatych strojach w stylu
arabskim, murzyńskim i hinduskim dodawały uroku temu miejscu. I barwa
niezrozumiałego dla mnie języka, w którym wypowiadane były słowa modlitw i
nauk.
A jeśli
kiedykolwiek będziemy mieć dzieci, mow do nich po polsku – prosił mnie już po
raz kolejny mój chlopak. Będę. Na pewno. Jaki to jednak byłby mix kulturowy!
Ale dizeci lepiej się odnajdują w mieszanym środowisku niż dorośli, lepiej niz
my rozumieją drobne i duże róznice kulturowe. Przesadzam? Och, to są moje
nadzieje i może złudzenia. Nie musisz mnie ich pozbawiać , prawda?
Mimo
wszystko cię całuję. Chłodno. Dzień chłodny. Tylko trzydzieści stopni
Celsjusza.
Ochotniczka
z bozej laski
Jakie są zalety pracy
ochotniczej? Żadne. Przecież nie ma z tego pieniędzy. Tak myślałam na początku
– wiedząc, że nie stać mnie choćby na bezinteresowną pomoc kalekim dzieciom w
szpitalach czy osamotnionych na podwórkach ubogich dzielnic. Wystarczyła jedna
dluższa opowieść mojej matki o kilkuletnich gruźlikach, o dzieciach z wadami
wrodzonymi, brzydkich i cierpiących, i osieroconych, abym tchórzliwie wyrzekła
się woluntaryzmu co się zowie.. i w dalszej perspektywie w ogóle pracy z
dzieńmi. Może nawet macierzyństwo stanie się nieosiągalnym marzeniem, skoro
obsesyjnie boję się poczęcia kalekiego maleństwa i i ciąży z powikłaniami. W
miarę upływu czasu nie będą to prawdopodobnie już tylko moje urojenia, ale i
realne zagrożenie. Jestem stara. Dwadzieścia osiem lat. Powtarzam sobie to co
rano. Dla zachowania samoświadomości.. skutek uboczny – utrata humoru. Na kilka
chwil. Nie warto na dłużej o czym opowiem innym razem.
W
moim dwudziestym ósmym roku życia, niedługo po urodzinach marcowych,
postanowiłam jednak podjąć się ochotniczej pracy. W miejscu bezpiecznym. Przyjęto
mnie w bibliotece miejscowego college’u, na Florydzie. Dzieci i owszem są, lecz
większe. Kalekich zauważyłam dwoje. Na wózkach. Za duzi aby pobudzać mnie do
łez nad ich losem i pozbawiać równowagi psychosomatycznej.
A więc miejsce bezpieczne. Tylko
znów pytanie – dlaczego. W jakim celu podjęłam się tej pracy. Ochotniczo –
ponieważ na nic innego nie pozwala mi mój status turysty w USA. Poza domem, w
bibliotece .. – ponieważ zdało mi się, że to świetny sposób doskonalenia mojego
angielskiego, cyzelowania sztuki konwersacji o niczym – small talk – how do you
do – how do you do, a i możliwość poprawienia akcentu (tfu, akcent
południowców, niech tylko mi się nie utrwali..). Zamierzałam poznać nowych
ludzi, „zrobić nowych” przyjaciół, myślałam o nauce rzeczy nowych. Biblioteka
okazuje się jednak miejscem technicznie nieskomplikowanym. Mała biblioteka,
taka jak ta,w której udzielam się ochotniczo nie uczy mnie wiele. Raczej nudzi.
Tu całe nieszczęście. Liczyłam naiwnie że potraktuje się mnie jak pełnoprawnego
pracownika bez pensji. Tymczasem traktują mnie jak stażystkę bez umiejętności i
przygotowania zawodowego. „Czytam więc półki” ( ustawiam książki wedle porządku
właściwego bibliotekarskiej chronologii), robię kserokopie, układam papiery,
stempluję papiery, przynoszę nowe magazyny i gazety, wynoszę stare magazyny i
gazety. A dziś zupełnie zeszłam na manowce. Zdegenerowałam się do szczętu.
Pomiędzy regałami ukryta piszę ten dzisiejszy eseik. Więc może jedno tylko jest
jeszcze pozytywne – fakt, że wstałam rano, choć spóźniona (seks poranny ..)
dotarłam do biblioteki I staram się pracować, mimo że coraz mniej mnie to
ineteresuje i staram się wyzwalać w sobie tę energię, która tak potrzebna mi w
domu. Której nie mogłam nijak z siebie wykrzesać „na gospodarstwie”. Trzeba mi
szukać innej ochotniczej posady. Początki w najbardziej nudnym miejscu mogą być
ciekawe.. A profesjonalna apatia nie służy mojemu zdrowiu psychicznemu.
Zauważyłam to w drugim roku pracy w tej francuskiej firmie. Cofnięcie na
poziomie intelektualnym i moralnym. W najlepszym przypadku zastój.
Przesada. Niewątpliwie. Wiele
osób ( i ja wśród nich) w pewnym momencie zaczyna znajdować zadowolenie w tego
typu pracy – spokojnej leniwej przewidywalnej, z możliwością robienia tylu
przerw, że człowiek wpada w rytm rzeczywistego luzu i czerpie czystą
przyjemność z siedzenia za biurkiem. A być może przy odrobinie sprytu,
odrobinie inteligencji najbardziej stresujący zawód można zamienić w ciepłą
posadkę. Wystarczy zachować pozory , wyzbyć się ambicji i zadowolić stabilną
pensją ( lub jej brakiem jak w moim obecnym przypadku ..). Wystarczy zabić w
sobie uczucie nudy i skoncentrować na przyjemnych rzeczach, które można robić
we wspomnianych przerwach : korzystać z kopiarki, korzystać z drukarki,
rozwinąć obfitą korespondencję z przyjaciółmi, czytać magazyny, pisać
pamietniki, pisac wiersze, pisać książki, pisać parodię w odcinkach na temat
życia biurowego. Cieszyć się życiem…
Potworek
Przyjacielu,
urodzilam potworka. Potworka o glowie ludzkiej i tulowiu jakby ryby, jakby
plaza. Czy to nie straszne? Na szczescie urodzialam go we snie i gdy obudzilam
sie okazalo sie, ze moj nowonarodzony potworek nalezy do snu.
To
nie jets moj pierwszy sen o narodzinach. Powinnam chyba zaczac czytac senniki.
Te ktore kiedys posiadalam , zostaly w Polsce. Czy Amerykanie wiedza co to jest
sennik? Oo, jestem zlosliwa , tak. Ale przede wszystkim jestem dzis przerazona.
Wlasciwie mialam sie obawiac w nocy nadejscia sztormu i wichury i tornado, i
nic. Nic sie nie dzialo, a w kazdym razie nic nie slyszalam. Slyszalam tylko
wyraznie placz tego malego... To bylo okropne. patrzylam na ten film nie swoimi
oczyma.
Mloda
kobieta spozniona najwyrazniej, zaniepokojona wchodzi szybko do pomieszczenia,
ktorego wygladu zupelnie w tej chwili nie pamietam. Odnajduje dziecko w glebi
pokoju. Samotne. Owiniete w pieluche czy przescieradlo, tak ze widoczna jest
jedynie jego ludzka glowka. Dziecko ma oczy przymkniete, lecz budzi sie na
odglos krokow matki. Ona podchodzi, podnosi je, siada na podlodze po turecku i
przygarnia do piersi. Oslania w koncu lewy sutek i podaje malemu.
Wszystko wyglada
tak naturalnie. Dziecko uspokojone, je, ssie z zapalem, jakby nie bylo pewne
czy zdarzy sie ponownie tak swietna okazja do ssania mlecznej piersi. Kobieta
tymczasem wsuwa reke delikatnie gdzies pod pieluche, tak ze udaje jej sie
dotknac sliskiej skorki plaziego tulowia dziecka, ktory jest oblym podluznym
dziwacznym w swej budowie ksztaltem jakby weza. Nie pokryty zadna luska, ne
rani dloni, zimy w dotyku. Wywoluje przejmujace uczucie chlodu i niecheci, lecz
nie odrazy. Kobieta wciaz przesuwa dlonia wzdluz tulowia dziecka, czuje ze to
uspokaja je, czuje jak maly mniej nerwowo i zachlannie zaczyna ssac jej piers.
A jego cialo nie drga juz tak jak przed chwili, gdy zdawalo sie maly probuje
wydobyc nieistniejaca spod sliskiej skory malenka raczke, aby przytrzymac
piers. kobieta wciaz gladzi dziecko delikatnie przez chwile podczas gdy ono
spokojnie ssie jej piers. Zadziwiajaco male miala piersi, jakby nie wypelnione
zupelnie mlekiem. Dziewicze mlde jedrne piersi, nie opadajace piersi
karmicielki. Jakby psychicznie i fizycznie daleka byla od posiadania
jakiegokolwiek dziecka, a coz dopiero dziecka potworka.
Nie pamietam jak
dlugo trwalo karmienie, we snie czas przeciez plynie odmiennie. A moze w ogole
nie plynie... Zachodzila w glowe kiedy pojawilo sie to niemowle? Jakby cudownie
z pominieciem okresu dziewieciomiesiecznego oczekiwania, bez bolu narodzin, bez
wisilku i obawy i staran. Kobieta zdawal sie byc jedyna osoba w obszernym
pomieszczeniu, a jednak, moze dzieki jej myslom, ktore biegly ku mezczyznie,
wyczuwalam obecnosc kogos jeszcze. Nieustannie zadawala sobie pytanie – jak?
jak przekaze te wiadomosc o dziecku swojemu towarzyszowi? Jak a moze raczej
Czy? bylo wlasciwym dylematem. Poki co, nie rozwiazanym.
Dziecko wciaz ssalo, wciaz
lewa piers mlodej matki byla widocznie spod cienkiej bluzki, jej delikatna
jasna skora. A przeciez nie dalej jeszze jak wczoraj zastanawiala sie czy nie
jest zagrozona rakiem. Lewa piers byla wyraznie podejrzana, jak twierdzil jej
partner. Pod dotykiem jego palcow w lewej wyczuwalny byl jakis
niezidentyfikowany podejrzany guzek. Dlaczego karmi teraz lewa? Jaki to
wszystko ma zwiazek, sen i rzeczywistosc? Po chwili jednak jej mysli bardziej prozaicznie
pobiegly ku rozmowie jaka odbyla z lekarka szpitala w Atmore dzien
wczesniej... Prosze udac sie najpierw
do lekarza. Nie ma powodu do paniki. – mowil kobiecy glos na odzdziale przyjec.
Jesli pani jednak zechce mozemy zrobic badanie.. ale i tak lekarz musi
zadecydowac.. Wyczuwala zniecierpliwienie w glosie Amerykanki.
Zniecierpliwienie moze jej niezrozumialym akcentem, moze jej uporem “musi
zrobic przeswietlenie, musi! “. Odlozyla w koncu sluchawke. Dobrez. Tak tak,
pojdzie najpierw do lekarza, tak, na pewno w poniedzialek. Ale jest dopiero
sobota.. nie, jest niedziela. Za oknnem deszcz a w prognozie online zapowiedz
huraganu. Moze nie bedzie po co i nie bedzie komu isc do lekarza w
poniedzialek. I o co caly ten szum. Nawet potworkowate dziecko nie jest juz
zmartwieniem.
Caluje cie
goraco, wietrznie i deszczowo. Niespokojnie. W policzek. Moze w usta.. Wlasnie
poklocilismy sie z moim cudownym mezczyzna. Czuje jak przytlacza mnie atmosfera
zblizajacego sie tornada. Czuje jak prztlacza mnie atmosfera przygnebiajacej
ciszy w naszym malym mieszkaniu.
Prawo
jazdy prawo bycia
Prawo jazdy...
W wielu podejściach zdawałam
test. Test po angielsku, bo mimo dobrych checi pana policjanta najblizsza
polskiej wersji jezykowej w jakiej posiadali test, byla rosyjska.. Wciaz czuje
zawstydzenie gdy w zuciu przychodzi mi przyznac ze – znam francuski i angielski
lepiej niz rosyjski.. tyle lat nauki -
na nic, taka strata potencjalu! Wszyscy wiedza jak „chodliwym” zajeciem w USA
sa tlumaczenia z rosyjskiego..
Tak wiec zdawalam test po
angielsku, wybor odpowiedzi a b c .. zawsze mozna bylo sie zdac na intuicje i
strzelac. Mozna do skutku powtarzac test jednego dnia.. az sie w koncu zda...
lub straci zapal... lub zamkna urzad..
Potem przyszedl egzamin
praktyczny. Oblalam w pierwszym podejsciu...
Reguły niby są jasne i proste.
Amerykanie nie lubią komplikacji. Prawo uproszczone w porównaniu do polskiego.
W Polsce zdałam bez trudu. Tak , ponad dziewięć lat temu. Ale tu okazalo sie ze
nie potrafię parkować. Może nigdy nie potrafiłam... Moze to stres..
Zapewne stres, bo parkowanie
jedynie pomiedzy slupkami... zadnych kopert, zadnych komplikacji.. Jestem pewna
ze to delikatnosc klimatu Florydy lagodzi tutejsze obyczaje. Jestem pewna ze
egzamin nowojorski wyciska siodme poty z ochotnikow.
System jest punktowy, odpowiednia
ilosc utraconych punktow wyrzuca cie z gry i trzeba podchodzic od nowa. Nie w
tym samym dniu, ale nazajutrz... jesli taka twoja wola. Nikt nie zmusza nikogo
do przesiadania sie do nieznanego samochodu, gdzie prawdopodobienstwo bledu sie
zwieksza.. Na egzamin przyjechac trzeba wlasnym lub pozyczonym samochodem.. Z
waznymi dokumentami ubezpieczeniowymi i wazna rejestracja.. Moze to byc kazdy
typ samochodu osobowego.. niezaleznie czy posiada on automatyczna skrzynie
biegow czy nie.. Wiekszosc amerykanow nigdy w zyciu nie miala okazji prowadzic
samochodu z reczna skrzynia biegow.. Po co? Na co komu takie utrudnienie..
Obilo mi sie tylko o uszy ze ten kto zdawal prawo jazdy w samochodzie z
automatyczna skrzynia biegow, nie moze prowadzic innego typu samochodu.. Ale
gdzie to jest napisane pytam? Zadnej wzmianki nie ma na malej karcie prawa
jazdy ktore jest jednoczesnie twoim dokumentem tozsamosci.
Zdawalam jak wariat w naszej
toyocie zaden tam automatyk. Nie mielismy wtedy jeszcze automatycznego vana..
Przyznaje ze szybko sie czlowiek przyzwyczaja do wygody i wychodzi z wprawy..
Dzis ciezko mi sie przesiasc na reczna skrzynie biegow, choc jest ta
przyjemnosc... wiekszej kontroli nad samochodem... Automatyk wyluzowuje...
Miesnie odpoczywaja, lewa noga sie nudzi lub dretwieje.. Zatrzymanie na
swiatlach na jakkolwiek skierowanej pochylosci nie jest problemem.. Luz blues..
Rozgadalam sie .. tylko dlatego
by powiedziec ze dostalam w koncu prawo jazdy florydzkie.. latwo, za jakie
dziesiec dolarow z tego co pamietam... Oplata tylko za dokument, egzaminy sa
przeciez bezplatne.. W sumie i tak.. Obecnie zauwazylam ze testy robione sa
jedynie na komputerach.. Oszczedzaja wiec i na papierze... Jezdze po malym
miescie Pensacoli, swobodnie... zadnych korkow. Zasada kto pierwszy ten lepszy
na rownorzednym skrzyzowaniu (cztery znaki stopu) przyswoila mi sie
automatycznie ( dla niewtajemniczonych – na tym skrzyzowaniu kazdy ma znak
stopu , kto pierwszy podjechal do skrzyzowania, ten ma pierwszenstwo ruchu.. )
Cale to niewielkie przeciez miasto wyposazone jest w swiatla na kazdym wiekszym
skrzyzowaniu.. Pelny zestaw swiatel.. strzalki dla skrecajacych w lewo oraz
ostrzezenia – zakaz skretu w lewo na czerwonym.. Niby kazdy wie.. ale moze
zapomnial..
Czego sie nie zrobi aby
zmiejszych ilosc wypadkow i uprzedzic ewentualne konsekwencie glupoty niewiedzy
i zapomnienia..
Kocham za to Ameryke.. Sa rzeczy
w ktorych sprowadza wszystkich obywateli do jednego poziomu...
Shopping
Niedziela stała się nudnym dniem lenistwa i odpoczynku. Budzę się zwykle około dziesiątej lub dziewiątej, ale nie mam ochoty podnosić się z łóżka. Otwieram oczy. Zaczynam myśleć o dniu który obudził się o wiele wcześniej niż ja. W końcu powieki same zamykają się i drzemię tak jeszcze przez godzinę mnej wiecej. Dawniej pozwalałam sobie na to, ponieważ rzeczywiście zdarzało mi sie kłaść do łóżka w sobotę nie wcześniej jak o trzeciej nad ranem... Ameryka mnie rozleniwia! Ten nieustajacy czas wakacji dopóki nie znajdzie sie konkretnej pracy. Po miesiącu mam juz dosyć. Dopiero teraz rozumiem co oznacza taki okres bezczynności dla ludzi szukających pracy. to całkowita zmiana nawyków. Powiedziałabym, że nabywa się tabun nowych. Negatywnych! Człowiek staje się tak leniwy i pozbawiony energi! A przeciez ja co najmniej połowę dnia spedzam na pracy dla naszej firmy ineternetowej ktorej biuro mieści się wewnatrz domu. Ale to nie to