Opowiastki pociągowe

Dziewojka

 
Warszawa Zachodnia. Otwarty dworzec. Dworzec w plenerze. Rozrzucone jak kępki trawy grupki ludzi rozmawiają, gwarzą... Wspólnie spoglądają ze zmęczeniem w kierunku mającego nadjechać pociągu. Stoję i ja. Samotna trawka. Rozglądam się, czy nie odnajdę gdzie znajomej twarzy, sylwetki, ubrania, szczegółu. Nie, nikogo. Nieznośne czekanie. Znów lekkie opóźnienie pociągu. Standard... 
 Jest. Pilawa. Kilka kroków ku przodowi wagonu.
-Och, nie zauważyłam cię! - zawołałam zdziwiona - I w życiu bym cię nie poznała! Ten kolor włosów...
-Nie podoba ci się?
-Och, nie! Świetnie ci w nim. Że też ja nigdy nie mam ochoty, ni czasu, żeby takie eksperymenty robić na własnej koafiurze... - Wsiadłyśmy obie do wagonu, w pośpiechu poszukując wygodnego miejsca, ukrytego przed natręctwem słońca. Gadu gadu, od słowa do słowa, nie widziałyśmy się długo, a tematów mnóstwo... zauważyłam jednak w pewnym momencie ciekawą postać dziewczęcą. Dziewojka... Taka sobie dziewojka. Siedziała naprzeciwko mnie. Od dawna? Kiedy usiadła? Nie wiedziałam. Oh, co z twoją uważnością, moja droga! - zganiłam samą siebie. Hmm, kobiece paplanie przynosi czasem rozkosz tak wysokiej miary, że zmysł obserwacji zanika lub obniża znacznie swoją czujność. 
 Dziewojka... Dziewojka siedziała w postawie półschylonej, pogrążona w jakowejś lekturze. Dlaczego dziewojka? Dla czego? Dla jakiej jej (dziewojkowatej) cechy... Cóż, moje słowotwórcze skojarzenie wypłynęło zapewne pod wpływem (wypływ, wpływ... jakoś mokro się tu robi ) jej wyglądu. Była niewątpliwie wysoka... długie nogi, obute w sandały bez rajstop oczywiście, gładkie, aż korciło dotknąć i pogłaskać (Czy takie pragnienie jest naturalne u kobiety - ja nią jestem chyba... - hmm, o tym w innej bajce). Te dłuuugie nogi śledzącego je od stóp ku górze wścibskiego obserwatora rozczarowywały w pewnym momencie prostym brzegiem spódniczki wpół uda i ani milimetra wyżej. Aczkolwiek dla pocieszenia otwierał się malutki z boku uda rozporek. Spódniczka koloru nijakiego, do tego stopnia, że za skarby świata nie przypomnę sobie tego szczegółu. Brąz, czerń, beż? Nie wiem. 
 Postać cała dziewojki schowana była w przepastnym do granic możliwości, rozciągniętym, czarnym, ręcznie zapewne robionym (bo żaden zakupiony produkt wełniany takich możliwości rozciągania nie posiada), swetrze. To wielgachne swetrzysko nie było jedyną warstwą okrywającą ponętne zapewne ciało dziewojki. Długie, za-długie były ramiona czarnego wełnianego wdzianka i jego szerokość nadmierna, tak że dwie dziewojki bliźniaczki ze swobodą zmieściłyby się w nim..., i długość nie ta, a dekolt ogromny, tak, że jedno nagie ramię odsłonięte było bez żenady, a seksownie. Ten dekolt pozwalał wyzierać spod spodu czarnej, zabawnej koszulce bez rękawów. Czemu zaczęłam opis od stóp dziewojki, podczas gdy czekacie zapewne na wizerunek jej twarzy? Och, bagatelka! To manewr pisarski... celem wzrostu napięcia i doprowadzenia czytelnika do stanu nieopisanej ciekawości i  niecierpliwości itp itd etc ... Pomińmy więc szybko szczegóły ciała niewidoczne, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby ciekawe... Cóż to ja mówiłam? Ach, tak... ramiona, ramię jedno odsłonięte, seksowne, asymetryczne zsunięcie swetra, koszulka, szyjka i twarz. No właśnie... Od kiedy to kobiety przestały nosić kapelusze? Od kiedy to odkrycie głowy przez kobietę pozbawione zostało wymiaru moralnego, etycznego, estetycznego...?? Białogłowa nie jest już nią, bo chusty białej nie wdziewa. Aczkolwiek zdarzają się jeszcze (gatunek wymierający) paniusie, gustujące w kapelusikach i te, które odważą się założyć chustę w chłodne, jesienne dni, bez obawy usłyszenia komentarzy na temat ich rustykalnej genealogii, czy antychrześcijańskich, religijnych przekonań. I zdarzają się takie, jak ta oto dziewojka, która siedziała wówczas na wprost mnie w pociągu, nieświadoma, że staje się łupem dla mojej ciekawości i wyobraźni. Jej głowę, zgrabną głowę, okrywała śmieszna, z długim daszkiem, czarna, chłopięca czapeczka. To ta czapka tworzyła szczególny styl dziewojki... wyluzowany i sexi zarazem. Byłam, nie zaskoczona oczywiście, lecz...  ujęta i rozbawiona odważnym odsłonięciem, wyeksponowaniem dla świata długich, zgrabnych nóg z jednoczesnym zakryciem twarzy. Tak, bo czapeczka o bardzo długim daszku tę twarz, o delikatnych rysach, niemal przysłaniała. Dla nieodgadnionej przyczyny...

Nie mogły chronić jej krótko przystrzyżone włosy. Chroniła ją przed wzrokiem ludzkim czapka z daszkiem. 

Zastanowiła mnie perwersja tej młodej dziewczyny, świadome? nieświadome? połączenie wyzywającego, śmiałego odsłonięcia ciała z jednoczesnym skrywaniem oczu - jak to mówią , zwierciadeł duszy i osobowości zarazem... Jej niedbałość i kokieteria. Intelektualizm (książka, o której, najwidoczniej zainteresowana, nie odrywała oczu!) i, w jakimś sensie, prostota, by nie rzec prostactwo... ot i dziewojka, nie jedyna chyba wśród dzisiejszych nastolatek. 


Chłoptasie

 

Wracałem do domu. Pociągiem. Późny wieczór. Godzina? Z pewnością minęła już wtedy ósma. Wagony, wszystkie poza pierwszym, do którego zresztą nie wsiadłem, dla niewyjaśnionych bliżej powodów, były niemal puste. Kolej traci swych klientów. Już jedynie tam, gdzie połączenie autobusem jest utrudnione korzysta się z PKP. 

Usiadłem gdzieś tam w zaułku siedzenia, z dala od innych, licząc na możliwość rozmyślań i lektury w spokoju. I cóż, ledwie opuściliśmy Warszawę już po chwili słyszę głosy wsiadających do pociągu młodzieńców. Głosy, przyznajmy, w ich słownictwie nieszczególnie miłe dla najbardziej odpornego na wulgaryzmy ucha. Weszli do wagonu obok. Odetchnąłem z ulgą. Mogłem widać, mimo wszystko, liczyć na podróż w spokoju... Ale nie! Przedefilowali kilkakrotnie przez cały pociąg, w żadnym z przedziałów nie pozostając dłużej. Dochodziły do mnie jedynie odgłosy demolowanych przedziałów, wybijanych szyb... - Boże - westchnąłem - Czemu nie siadłem w pierwszym przedziale, gdzie więcej ludzi, spokojniej i bezpieczniej. Nie czułem się zagrożony. Bagatelka. Chłoptasie zdawali się nie zwracać nijakiej uwago na obserwujących ich z obawą ludzi. Zajęci byli sobą i między sobą wymieniali pikantne komentarze. Jednak w pewnym momencie ze zdziwieniem usłyszałem słowa jednego z nich skierowane do jakiejś osoby..., kobiety... Sytuacja rozgrywała się dwa siedzenia za mną. Mogłem dostrzec czupryny i barki nastolatków ponad barierkami siedzeń, lecz nie widziałem tej osoby. Oni stali, ona siedziała. Pomyślałem, że musi to być młoda, ładna, nieśmiała może trochę kobieta. Jeden z nich przysiadł się do niej. Potem usiadło dwu innych. Pozostali stali chwile i zaraz znudzeni najwyraźniej przemieścili się do dalszych wagonów, by kontynuować przerwane, wciągające zajęcie dewastowania własności publicznej. Usłyszałem rozmowę. Padło najpierw standardowe pytanie o jej imię. Odpowiedziała cicho. Nie usłyszałem. Bała się być może, może zawsze mówiła tak cicho... Ja zaczynałem się o nią obawiać. Przebiegły mi przez głowę wyobrażenia wszelkich możliwych sposobów nadejścia jej z pomocą, zerwania się z miejsca na najmniejszy znak jej przerażenia, jej krzyk... Lecz, póki  co, czekałem i najbezczelniej w świecie podsłuchiwałem tę rozmowę. A rozmowa trwała... Młodzieniec, jeden i wciąż ten sam zagadywał kobietę. Inni przysłuchiwali się i zaśmiewali tylko, gdy ten puścił jakiś żart.  Usłyszałem w pewnym momencie z zaskoczeniem bezczelne jego pytanie. - Czy chciałabyś się ze mną kochać? - Cisza. Próbowałem wyobrazić sobie minę i reakcję tej kobiety. O, to nie była żadna prowincjonalna gąska najwidoczniej, która na takie dictum poderwałaby się spłoszona w panice i z wielkim krzykiem zwiała, i nie była to cnotka, niewiniątko... Usłyszałem jej cichy, lekki śmiech. Śmiała się! Potem padły jej słowa... - Doprawdy, chciałbyś? A czemu to? Nie masz dziewczyny? - I on, sympatyczny w pewien sposób łobuz, na to - Oj, lubię to robić ze starszymi kobietami. - Ile ona mogła mieć lat? - zastanawiałem się. 
-Hmm - ona znów. - Niestety, ktoś bardzo by się na mnie pogniewał, gdybym to zrobiła - znów jej śmiech. Ktoś - pomyślałem. Ma kogoś albo to wymyślone na poczekaniu kłamstwo. Ale odpowiedź dobra. 
- Ma pani bardzo ładne piersi - znów on. - Ha ha! Na pewno się zaczerwieniła, ale ma tupet, gówniarz. Ona tylko na to - Dziękuję. Wiem o tym. Zapewne uśmiechnęła się... a może przybrała kamienną maskę na twarz, chcą pokryć zażenowanie... 
-Więc nie chcesz? - on znów powracał do swojego pytania? 
-przykro mi. 
-Dobra. Nie będę się narzucał. I nie będziemy pani przeszkadzali - O! Cóż za nieoczekiwane maniery! - zakpiłem w myślach - spływamy, chłopaki!
-Co to jest? Piszesz list? - odezwał się jakiś nowy głos. 
-Nie, pisze książkę. 
-Książkę? - zdziwił się.
-Książkę? - zdziwiony pomyślałem. Wow! Intrygujące. 
-Naprawdę piszesz książkę? O czym? 
-O miłości, o samotności i o innych jeszcze ludziach i rzeczach... 
-Aha, jaki tytuł? 
-Spójrz tu... - No, nie dane mi było usłyszeć jaki to był tytuł, chłopak coś tam odczytywał pod nosem, a ona najwyraźniej nie miała ochoty wypowiadać go na głos. 
-Idziemy chłopaki! Zostawcie tę panią w spokoju - zadecydował w końcu ów rezolutny, prowadzący wcześniej rozmowę, chłopak. - Cześć - rzucił jej. 
-Cześć - odpowiedziała.
Przeszli do następnego wagonu. Pojawili się jednak jeszcze raz w swej pielgrzymce od początku ku końcowi i od końca ku początkowi pociągu. Rzucił jeszcze jedno pytanie ten sam chłopak w stronę tej samej kobiety - Nie boi się pani sama podróżować pociągiem? Różne rzeczy się przydarzają...kradzieże czy co inne - zabrzmiało to jak groźba. 
- Zaśmiała się znów, lecz tym razem wyczułem w jej głosie nutę obawy i drżenie. 
-Oh... Ja nie mam przy sobie nic cennego. Nie zarabia się wiele pisaniem książek... - urwała. 
 Odeszli. Wysiedli z pociągu na następnej stacji. Tuż przed odjazdem pociągu już po sygnale ostrzegającym przed zamknięciem drzwi, usłyszałem hałas. To ten sam młody chłopak. Uchwycił się otwartego okna po zewnętrznej stronie pociągu na wprost siedzenia kobiety i krzyknął w jej kierunku z zabawnym entuzjazmem - cześć cześć cześć!!! - Rozbawiło mnie to... Oryginalny łobuz, a jednak łobuz. Dziwaczna cała ta historia...
 Młoda kobieta wysiadła na kolejnej stacji. Rzuciłem jej spojrzenie, gdy wychodziła. Miła, wrażliwa twarz, jasne oczy, lekki makijaż... I odeszła. Spoglądałem przez ono odjeżdżającego pociągu na jej oddalającą się sylwetkę... aż znikła.     


Pech.

      Jedynym moim marzeniem jest w tej chwili to, by dzień dzisiejszy skończył się już. Ten jeszcze jeden dzień nudy w pracy. Nieobecność szefa. Luz blues. Nie lubię tego. Za dużo we mnie energii.
       W końcu upragniona godzina osiemnasta. Wychodzę. Zmierzam ku stacji szybkim krokiem - to nawyk - mam przecież dużo czasu. Stacja Włochy. Wchodzę na peron. Wokół mnie klasa robotnicza. Nie, nie jestem złośliwa, lecz ci ludzie w istocie mają wygląd istot nawykłych do ciężkiej pracy fizycznej. Bruzdy na twarzy , bruzdy na rękach. 
     Kilka kroków i znajduję się w drugiej części peronu. Znów pojawiłam się na stacji stanowczo za wcześnie. 15 minut do przyjazdu mojego pociągu do Dęblina. Ach, przynajmniej jest to bezpośredni z Włoch do Otwocka. Często nim wracam. Wsiadam do wagonu instynktownie niemal, spoglądając mimochodem jedynie na tablicę na czole pociągu oznajmiającą stację docelową. Tak jest i dziś. Oczekując na przyjazd pociągu siadam na ławce i piszę jak zwykle - to moja namiętność drugorzędnego pisarczyka i listomanki - na luźnych kartkach, które zawsze noszę ze sobą w teczce. 
     Usłyszałam szum wjeżdżającego na peron pociągu, pisk kół na szynach w momencie hamowania. Podniosłam głowę. Grodzisk Mazowiecki? Przecież to chyba w zupełnie innym kierunku...Zaraz zaraz...Wsiadłam, lecz w ostatniej chwili szalony instynkt kazał mi wyskoczyć na peron. Zamknęły się za mną drzwi. Pociąg odjechał. Peron opustoszał. A więc wszyscy wsiedli, mimo że nie był to pociąg do Dęblina? Spojrzałam odruchowo na tablicę  umieszczoną z tyłu oddalającego się pociągu. Dęblin! Oczywiście, idiotko, po prostu znów zapomnieli zamienić! Czekam więc znów piętnaście, dwadzieścia minut. Pociąg do 
Wschodniej. Cóż, dobre i to. Będę musiała się przesiąść na Śródmieściu. Między Zachodnią a Ochotą kontrola. Uff, nie zauważyli na moim miesięcznym, że obejmuje on odcinek Otwock- Warszawa Ochota. Co za ulga. Wjeżdżamy w ciemności tunelu miedzy Zachodnią a Ochotą. Podnoszę znów głowę znad moich kartek papieru  na dźwięk męskiego głosu. Co znowu? I słyszę prośbę - Czy mógłbym znów spojrzeć na pani bilet? - Podaję go z rezygnacją i już wiem, że kara pieniężna mnie nie minie. Wszystko we mnie jakoś tak oklapło. Smutne myśli snują mi się po głowie : Uciekł mi pociąg bezpośredni, w domu będę godzinę później, czyli po dwudziestej, głodna jestem piekielnie i zmęczona setnie i jeszcze i to...
      Obsiadło mnie stadko "kanarków", przypominających teraz raczej sępy schylone nad nieruchomą ofiarą. Spisują dane. Nie próbuję nawet zastanawiać się nad sposobami uniknięcia kary, ani kłócić z nimi. Nie, nie mam siły. Jestem zimna i bezczelna, choć mężczyzna wypisujący mi wezwanie jest całkiem, no, no...można powiedzieć, przystojny. Eh, nie chce mi się jednak bawić w kokieterię. Moje niedawne rozstanie z tym, którego kochałam źle wpływa na mój obecny stosunek do mężczyzn. 
     Słyszę pytanie - Czy mogę prosić o pani dowód osobisty? - Oczywiście- odpowiadam, lecz nie wykonuję żadnego ruchu, nie próbuję nawet szukać  go w mojej torebce, czekając bezczelnie na jego reakcję. - Czy mogę prosić o dowód? - powtarza głośniej. 
- Proszę więc poprosić - odpalam zimno, gdyż budzi się we mnie natura złośliwej dyplomowanej polonistki zawsze ironicznie nastawionej do polskich absurdalnych często formuł grzecznościowych. Mężczyzna wybucha śmiechem i inni stojący obok niego kontrolerzy, ale jest mu widocznie głupio. 
- Proszę o pani dowód osobisty - mówi w końcu. Podaję mu go obojętnie. Spoglądam w okno. To już za sekundę Śródmieście. On kończy wypisywanie. Mój podpis. Spoglądam - 50 zł do zapłaty. Siedem dni. Potem drożej. Cóż, to nie aż tak wiele. Wychodzę szybko z wagonu nie mówiąc ani słowa. Słyszę jeszcze tylko za sobą komentarz - Jakaś taka niekomunikatywna! - Ano tak, moi panowie. Macie pecha. Nie, cóż ja mówię, to ja mam dziś solidnego pecha!


Fotograf

Dzień był pochmurny. Duszne powietrze tamowało oddech (dlaczego duszne? Duszno temu, kto oddycha,  a powietrzu to chyba wszystko jedno... Ale duszne powietrze - upowszechniona, prozaiczna metafora...) Popołudnie. Musiało być już około osiemnastej. Po kilkunastominutowej podróży w korku, w zatłoczonym, od-powietrzonym autobusem dotarłam na Dworzec Zachodni. Dzień jak codzień, znów spóźnienie pociągu... Do Pilawy. Już na pierwszej stacji tłumek wsiadających, lecz jest - miejsce przy oknie, tyłem do słońca. 
Próbowałam pisać... to była już końcówka, radosna agonia, zwieńczenie, ostatnie chwile, spędzone nad moją powieścią. Siedziałam chyba zamyślona. Może dziwną, melancholijną przybrałam, całkiem nieświadomie, minę. Spojrzenie w okno, ręce splecione na podołku, sukienka w kolorze błękitu, jakieś drobne kwiatki, rozsiane tu i ówdzie na powierzchni cienkiego materiału. Na kolanach położyłam kilka czystych i zabazgranych moim kurzym pismem kartek papieru formatu A4. Ręce zajęte były zabawą długopisem. 
Poczułam nagle na sobie czyjś wzrok. Moja roztargniona uwaga szukała intruza. Po przekątnej w stosunku do mojego miejsca siedział młody chłopak. Brunet, kręcone włosy, śmiejące się, skupione, ciemne oczy... Od kilku minut najwyraźniej wahał się... Siedział na swym miejscu, jak na rozżarzonych węglach, trzymał na kolanach dużą torbę, z której wciąż wyjmował, to znów chował po sekundzie aparat fotograficzny. Odważył się. Wyjął. Zapomniał o otaczających go zdziwionych spojrzeniach, poddał się twórczemu impulsowi artysty-fotografa. Z zaskoczeniem dostrzegłam, że obiektyw kieruje w moją stronę... I znów wahał się. Dostrzegł mój zdziwiony wzrok. Speszył się. Opuścił obiektyw. Niewinnie spojrzał w zupełnie inną stronę. 
-Okay, jeśli masz ochotę mnie uwiecznić... - zgodziłam się w myślach. Postanowiłam go nie płoszyć i pozwolić zrobić sobie zdjęcie. Spoglądałam więc uparcie w okno lub ku mojej pisaninie, nie chcąc go deprymować i płoszyć weny, a próbując odgadnąć, która to z moich pozycji, nachylenia, ułożenia głowy przyciągnęła jego uwagę... Nie mogłam otrząsnąć się z podziwienia, kto jak kto, ale ja naprawdę nie jestem szczególnie fotogeniczna, a i nie jestem skończoną pięknością. Nigdy nie znosiłam mojej okrągłej zbyt, typowo słowiańskiej, twarzy. Cóż więc? Być może zamyślenie i melancholia i natchnienie stworzyły ciekawą mieszankę i ukształtowały w ciekawy grymas twarzy. Może, może... 
Pstryknął kilkakrotnie aparat. Zauważalnie, słyszalnie, lecz bez nadmiernego rozgłosu... bez flesza - to lato, pora wczesna, popołudniowa. Pstryknął i rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie i schował aparat. Za jakieś kilka minut po prostu wstał i wyszedł. Jego stacja. Jego gdzieś tu dom. 
I tyle. A jednak cóż za niemiłe uczucie, gdy zapragnęłam w pewnej chwili to zdjęcie zobaczyć i... nie, nigdy go nie zobaczę - zdałam sobie sprawę. Nie dowiem się nigdy, czy udało mu się uchwycić to, co uchwycić pragnął. Czy ciało sfotografował, czy myśl, czy wenę, czy ducha? Czy wreszcie... duszę? I pomyśleć, że prymitywne, jak mówią niektórzy, plemiona wierzą w możliwość kradzieży duszy za pośrednictwem fotografii. Pstryk i nie ma cię... Lecz ja jestem, i myślę, i czuję, i piszę. A przecież, by pisać i ciała potrzebuję i duszy... 


Pociąg z....

 Sobota rano. Wsiadam.. Ku memu zdziwieniu pociąg szalenie ciasny. Rzadko zdarza mi się jeździć sobotnim pociągiem w stronę Warszawy. Stanęłam gdzieś pomiędzy siedzeniami. Przejście było dość szerokie.. w pociągach podmiejskich jest to około 80 centymetrów. Stało obok mnie kilka osób, te wsiadły najwyraźniej późno, równie późno jak ja, na stacjach bliższych Warszawie. Miejsca siedzące zajęte były bowiem przez tych, którzy jechali z daleka. Duże zróżnicowanie wiekowe. Od babć, które z tobołkami, chustkami zawiniętymi, pełnymi wiktuałów, kubełkami jagód i grzybów, przez mamy z dziećmi, bobasami i młodzież. Atmosfera familiarna. Nie wiedziałam wielokrotnie jaki był cel wyprawy tak dalekiej tych ludzi. Babinki jechały zapewne na bazar, a mamy? młodzież? Zakupy, poszukiwanie rozrywki... Nie dociekałam. Początkowo nie starałam się nawet obserwować całej tej familiady wielopokoleniowej. Stojąc, czytałam książkę. A jednak wyrywana co chwilę z zaczytania przez osobę, która oczywiście uprzednio przeprosiwszy uprzejmie, pragnęły przedostać się przejściem pomiędzy siedzeniami, które ja swoją osobą najwyraźniej tarasowałam. Zamknęłam lekturę i zirytowana lekko zaczęłam wodzić wzrokiem po otoczeniu. Oczywiście najpierwszym obiektem, który nie mógł ujść mojej uwadze były przechodzące osoby. Zauważyła najpierw młodą dziewczynę, wstała ze swojego miejsca obok matki ciotki czy sąsiadki.., przesuwała się w kierunku pomostu.. Do toalety – pomyślałam. Rzeczywiście, a jednak zauważyłam, jak wychodząca podaje jakiś mały przedmiot kolejnej osobie, która już stała pod drzwiami czekając. Młody chłopak tym razem.. I znów szła, przepuściłam ja w wąskim przesmyku między siedzeniami... potem chłopak.. przepuściłam, wraca, zrobiłam miejsce.. A potem jeszcze jedna z cioć, mam, jakiś mężczyzna w średnim wieku, starsza pani, zasuszona nawet staruszka.. Ta swoje tobołki powierzyła sąsiadce, oglądała się jeszcze kilkakrotnie na spoczywający nieruchomo na siedzeniu dobytek. 
 Dokąd że ta pielgrzymka? Za potrzebą? Dopiero, gdy kolejny raz przechodził obok mnie młody chłopak, niedbale ubrany.. opadające brudne dżinsy, jakiś t-shirt bez rękawów, kolczyk w uchu.. adidasy.. dostrzegłam jak ten mały podłużny przedmiot oddaje dziewczynce, która cały czas warowała pod drzwiami toalety. Najwyraźniej brak było zamka. Zaczynało mnie bawić obserwowanie.. Dostrzegłam w końcu. To była zapalniczka. 
 A więc pielgrzymka w celu zakurzenia papierosa? Dlaczego w toalecie? Była tak przyzwyczajona do cudzego kurzenia fajek na pomoście, ze nie przypuszczałam istnienia tak wielkiej kultury u nie-miastowych ludzi, którzy zamykają się w toalecie by sobie zakurzyć.. (!)
Nota bene, do toalety w pociągu nie zaglądam nigdy. Już sam jej własny zapach zdaje mi się nie do zniesienia, tak że z każdą najmniejszą potrzebą czekam do momentu wejścia w próg własnego domu, natomiast mieszanina tych dwu odorów  toaletowego i papierosowego zdaje mi się zabójcza... 
W istocie.. istnieją niezaprzeczalnie głębokie różnice kulturowe pomiędzy mieszczuchami i wieśniakami..    


Toaleta w pociągu

 

Niedziela. A może sobota. to był jeden z wolnych dni weekendowych. Nie, to musiała być niedziela, bo pociąg był niemal pusty. Żadnych przekupniów z tobołkami, żadnych nawet licznych rodzin, matek z dziećmi, z bobasami drącymi się w niebogłosy. 
Niedziela rano. Siedziałam gdzieś tam w końcu pociągu. Nieliczni pasażerowie za mną, przede mną, obok nikogo. Na jednej ze stacji wsiadła kobieta w średnim wieku, niemłoda niestara, może około czterdziestki. Trudno było ocenić jej wiek tak, jak ocenia się zwykle wiek kobiety. Miała widocznie wiele cech męskich i taki też styl. Nie mogłam skojarzyć na jakiej stacji wsiadła. Oh, to niewątpliwie relatywna sugestia, a jednak czasami byłam zdolna ocenić pochodzenie, życie człowieka, spoglądając na jakiej stacji wsiadł.. (Zakładając że wsiadł na swej rodzimej stacji). Kobieta... mogła wsiąść w Falenicy, która, z przeproszeniem jej mieszkańców, wiejskie dawała im mieszkanie. A właściwie nie Falenica sama, lecz jej przyległości terytorialne... Pola, pola..
Kobieta, która wsiadła, którą zaczęłam obserwować, była w pewien sposób schłopowaciała. Stwardniały okrągłości kobiece, przybrało jej ciało postać kształt  męski. Sygnalizowała to jej krótko, prosto ścięta fryzura, sugerowały to jej rysy i sugerowało ubranie. Miała na sobie spodnie, luźne lekkie z cienkiej bawełny (Francuzi mówią na nie „indiańskie”) szerokie we wzory, biało-granatowe, jakiś t-shirt bez rękawów, którego koloru nie pamietałam, tylko tego byłam pewna, że nie pasował zupełnie do spodni. Na nogach sandały z gatunku wygodnych, na rzepy na grubszej podeszwie bez obcasów oczywiście! Nogi odziane w skarpetki. Jej włosy kręcone krótkie zaczesane za uszy były jeszcze mokre – zapewne myte tuż przed wyjściem, skręcały się teraz w fale. 
I co w tym widoku ciekawego? Kobieta w średnim wieku jakich tysiące.  Zainteresował mnie nie sam jej wygląd, który ostatecznie dopełniał tylko całości, lecz zachowanie tak niepasujące do jej wyglądu. Kobiecie tej zdawało się ogromnie zależeć na jak najlepszym wyglądzie. Wyraźnie widoczne było, że siedziała na swoim miejscu jak na szpilkach, co chwila zmieniała koncepcję i zajmowała się innym elementem ... toalety. (sic!) 
Toaleta improwizowana w pociągu była najwidoczniej ciągiem dalszym tej nieukończonej w domu. Zauważyłam, że wyciąga pilniczek, piłuje i wygładza paznokcie. Trwało to czas jakiś... Potem poprawia ubranie. Zamyka, otwiera, przytwierdza lepiej do wózka tekturowe pudełko, które miała tuż przy sobie, u swoich stóp, i jakby i ono było elementem całości, częścią jej wizerunku. 
Wychodzi na chwilę do niewielkiego pociągowego WC. Wraca. Tym razem wyjmuje pincetę i zaczyna wyrywać sobie włoski na brodzie. Powoli. Dokładnie. Odwróciła się na wpół ode mnie, która siedziałam na prawo od niej w odległości może metra..
Nie wiem czy zdołała zakończyć tę toaletę, może coś jeszcze było w planie... Makijaż? Manicure? Niee. To niewątpliwie nie mieściło się już w jej męskim stylu. Wysiadła na stadionie , pociągnęła za sobą swój wózek na kółkach z przytwierdzonym tekturowym pudełkiem.. Pozostałam niemal sama w przedziale. Sama z dwoma idiotycznymi pytaniami, które natarczywie domagały się odpowiedzi, której nie było. 
p1 Jak wyglądał facet dla którego starała się być piękną ta kobieta?
p2 Co było w pudełku???


Sny i opowiastki pod-różne

 

Hanover

 

 

Tak więc czekał na mnie w Hanowerze kochanek - jak zauważyłaś słusznie - i czekały na mnie dwa pełne seksu dni. Pamiętam chłód. Gotowe rozpłakać się w każdym momencie niebo, szare i smutne. Nam smutno nie było. Tylko na chwilę kilkakrotnie wysunęliśmy nos za drzwi wynajętego pokoiku w jakimś motelu, którego nazwy żadne z nas już nie pamięta. Pierwszego dnia.. jakaś parada na ulicach miasta... Zaciekawiona zmusiłam go do opuszczenia pościeli. Przelotnie pojawiło sięw mojej głowie pragnienie zwiedzania. To nowe miasto. Nigdy tu nie byłam. Niemcy. Po raz pierwszy dane mi jest słyszeć niemiecką gwarę w naturze.. Popatrzeć na niemieckie kobiety, na niemieckich mężczyzn.. Wiosna. Wszyscy byli zbyt jescze otuleni wełną w obawie przed deszczem i chłodem. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. Odstraszyła nas szarosć betonu.. nowoczesne niemieckie miasto nie miało wiele do zaoferowania przygodnym turystom.. przypadkowym turystom .

Na obrzeżach miasta nasze lokum. Daleko od centrum. Spokojnie. Po otwarciu drzwi za każdym razem witał mnie charakterystyczny zapach pościeli... i jeszcze.. potu spermy i pizzy... Okno. Tylko na chwile – błagałam.. On wskoczył w piżamę i pościel.. ja twardo trwałam przy otwartym oknie probując nałykać świeżego powietrza...

- Cóż za różnica... Za chwilę przyzwyczaisz się. Za chwilę wyprodukujemy nową dawkę zepsutego powietrza – żartował z nosem ponad brzegiem pościeli.

Rzeczywiście. Zamknęłam więc okno. Wsunęłam się do łóżka obok niego.

... Przecież nie jestem pięknością. Co we mnie widzisz?... – pomyślałam i po chwili zaczęłam wypowiadać na głos te wątpliwości. W drugim zdaniu towarzyszył mi jego prześmiewczy głos. Przerwałam.. Rzeczywiście , znał to na pamięć. Nie wiem ile razy już zadałam mu te pytania. Natrętnie. Tym razem jednak usłyszałam w odpowiedzi nie ciąg komplementów ale moje pytanie .. Przecież nie jestem .. Faktycznie nie był ósmym cudem świata. Odrobinę za duży brzuszek. Odrobinę za grube rysy twarzy. Ale wciąż należał do mojej kategorii „przystojnych śniadych”. Nazywał siebie czarnym. Murzyn! Raczej Hindus..

- Jak to się stało, że weszłam w tę „drugą” fazę.. zastanawiałam się później wielokrotnie. Na poziomie pragnienia i pożądania i seksu sytuacja była tak prosta.. A może nie istnieją żadne fazy. Przecież mnie samej z trudnością udawało się odsunąć w myślach moją reakcję na widok jego erekcji od  szaleńczego bicia serca gdy budził się i spoglądał na mnie mówiąc mi wzrokiem jednocześnie dzień dobry i coś co chciałam koniecznie od początku nazywać wyznaniem miłości.. Od początku? W istocie.. Ten wzrok zapisany w moim mózgu i to bicie serca towarzyszyło mi od momentu gdy.. gdy po raz pierwszy ofiarował mi sztuczna! różę. Czy może kiedy po raz pierwszy ofiarował mi tę żywą.. Może kiedy po raz pierwszy mnie pocałował.. Kiedy po raz pierwszy dotknął mnie.. a od tego momentu nieustannie i uparcie twierdził że jest w stanie doznać orgazmu jedynie pod wpływem dotyku mojej gladkiej jak dziecięca skóry. Ha! Pusty śmiech.

.. Przypomniałam sobie po chwili tę zapyziałą pizzerię na pograniczach miasta. Postanowilismy w ktoryms tam momencie .. przewietrzyc sie.. zmarznac..

W pizzerii ten Niemiec o wyglądzie Turka. Śniady przystojniak. Jeszcze jeden. Oczekiwanie dziesięciominutowe. Dłużyło się nam dziesięć minut poza łóżkiem. Próbowaliśmy zabić cenny czas bezsensownymi zakupami. Lemoniada w nieznośnym żółtawym kolorze. Ostre przyprawy do oczekiwanej pizzy. Chusteczki. Trzy rodzaje chusteczek. Guma do żucia. Kolejna para szczotek do zębów.. Pasta do zębów. Wybielająca..

Zapachniało. Nawet smacznie. Pizza gotowa..

Aaa... Sos! Sos konieczne. .. – Ale proszę pana , pizza zrobiona została z dodatkiem wyśmenitego sosu pomidorowego..

Sos.. Byłam pewna, że nie uda nam się wyjść z lokalu bez kłótni. Właściciel zamiast sprzedać nam te dziesięć buteleczek z różnymi sosami które bezczelnie świeciły fosforyzującym napisem – na sprzedaż, wolał bronić honoru swej pizzy...

Najwyższy czas wtrącić się do rozmowy – pomyślałam – i nie uczyniłam nic przez kolejne dwie minuty zachowując się wciąż jak wstydliwa nieśmiała naiwa Poleczka blondynka.

- Sir, bierzemy tylko ten jeden . Hanowerski . Na pamiątkę pobytu. – Wyszczerzyłam w uśmiechu zęby.. nie tak białe jak bym chciała.. może ta wybielająca pasta.. Nie wytrzymałam napięcia trzeciej minuty. Nie wytrzymałam siły bombardujących mnie obrazów-myśli seksualnych ekscesów których nie uda nam się wykonać z braku czasu..

Sos zabrałam do Polski. Zasmakował rodzicom. Pizza była w istocie pomidorowa o smaku ketchupu...

 


Trawka w Amsterdamie

 

- Żartujesz! Przepis na holenderską trawkę? Poczekaj no... – zapaliłam małą lampkę i sięgnęłam ręką po poduszkę, która zsunęła się poza łóżko i podłożyłam sobie pod plecy półsiadając.. Zrozumiałam że nie uda nam się zasnąć wcześnie.. - Może to być jedna paczka trawki.., i jedna bibułka , ale inne składniki – nieznane. A sposób użycia  byłby według mnie... dowolnie skuteczny – wybuchnęłam śmiechem na widok jej zdezorientowanej miny. – Salima, wiesz że w życiu nie miałam w ustach papierosa.. Tym bardziej nie probowałam żadnych mieszanek odurzających. Może szkoda.. Podobno jednak każde spożycie narkotyków zostawia trwałe ślady w mózgu.. Ubytki w masie szarych komórek to nie byle jaka strata czy nie?

-A więc nie. Nigdy nie skorzystałaś z możliwości zapalenia trawki. – powtórzyła z niedowierzaniem. Przewracając się na wznak i wlepiając oczy w sufit, potem koncentrując się na leniwie poruszających się pod sufitem serduszek mobile. – Zgaś lampę. Łatwiej rozmawiać po ciemku, i mobile zgrabniej wyglądają w świetle księżyca. Widzisz? – wskazała kierunek ruchem podbródka.

-Nie i nie. – powtarzałam zniecierpliwiona spoglądając odruchowo na zegar.. i gasząc lampę. Było już po północy - Odmówiłam przyjacielowi, który hodował zielsko we własnym mieszkaniu. Odmówiłam wielokrotnie na całonocnych balangach. Zapewne ze strachu. Może z obawy utraty opinii grzecznej dziewczynki... Odmówiłam sobie podczas pobytu w Amsterdamie, który wydawałoby się być doskonałym miejscem, aby wreszcie pofolgować zasadom i dać się skusić. Zupełnie bez sensu. Moja opinia w moich własnych oczach była już i tak zaszargana – włóczyłam się za facetami moich marzeń po świecie. Dawałam się uwieść i przywieść do łóżka. Szłam na lep słodkich słów. Ale o tym wiedziałam ja i oni. I moja najbliższa przyjaciółka. .. I moi rodzice w momencie gdy dałam im do przeczytania moją autobiograficzną nowelę, i ciotki.. i kuzyni, i przyjaciele.. Nikt nie odwrócił się odee mnie, nikt nie zmienił o mnie zdania. Być może nowela mimo oczywistych autobiograficznych wątków, uznana została za fikcję. Do dziś jestem grzeczną dziewczynką. Niewiele traciłam puszczając się w Amsterdamie. Kłamiesz. Kłamię. Z nikim się nie puściłam właśnie w Amsterdamie. Podróżowałam samotnie. Czułam się samotna i mało interesująca. Kto interesowałby sięblondynką w kraju blondynek.. Spotkanie z wirtualnym przyjacielem na południu Holandii było miłym przeżyciem, ale przydeptane sumienie nie pozwalało mi otwarcie czerpać przyjemność z „bycia w Holandii” ,  z „bycia z mężczyzną”. Cudzysłowy. Oczywiście. Holandii poza tym małym miasteczkiem na południu i Amsterdamem nieco później, nie udało mi się zwiedzić , nie udało mi sięw pełni i głebi tego słowa „być” tam właśnie. (Dopiero młody człowiek którego miałam poznać dał mi tę możliwość – wiesz o kim mówię prawda? – skierowałam ku niej wzrok  w ciemności - . I oczywiście. Holender poznany wirtualnie nie był mój. Był wypożyczony za jego własnym przyzwoleniem i mojego sumienia, oraz za .. niewiedzą jego narzeczonej... – zamilkłam na chwilę zastanawiając się czy moja historia zdążyła ją już uśpić..

- Nie śpię. Słucham cię – rozwiała moje wątpliwości po kilku sekundach. 

- A więc abstrahując od maryśki i od wielu wielu speluniastych coffeeshopów – ta speluniastość być może właśnie mnie odstraszyła? Ja i moje poczucie estetyki przeszkadzamy sobie jeśli chodzi o odkrywanie świata. – Amsterdam jest pięknym miastem. Uroczo starym. Kanały oplatają je ściśle. Zaborczo. Miasto zdaje się mało przystępne w porze deszczowej gdy mgła topiąc wzrok w chmurach dotyka stopami powierzchni wody. Harmonijna architektura kamienic odsłania wówczas swój urok tylko cześciowo, leniwie i z łaski. Przechadzka w strumieniach deszczu. Podnieść głowę można lecz parasol lub krople mgły i wody zasłaniają czubki wyższych budowli. Wąskie okna. Kwiaty na balkonach i parapetach. Nie wszystkie kwitną. Marzec to dopiero mokry początek wiosny... – ucichłam. Usłyszałam jednak jej ciche..

 – Hmm.. chciałabym tam kiedyś pojechać...

 


Amsterdam po raz pierwszy

 

.. Amsterdam zamoknięty w każdym jego zakątku. Leje od kilku dni. Nie mam parasola. Pozostaje zaszyć się w schronisku, barach, kawiarniach internetowych. Te ostatnie są przepełnione. Oczekujący na miejsce przy pececie znajdują tymczasową miejscówkę przy barze. Atmosfera wilgotna. Schną kurtki i parasole. Powietrze przesiąknięte dymem papierosowym. Zapewne dlatego podszedł do mnie. Z daleka, w oparach dymu niewątpliwie wyglądam lepiej. – zachichotała nerwowo spoglądając na słuchającą jej histori, niepewna reakcji.. Salima odpowiedziała wymuszonym półuśmiechem.. Eh, za późno by się wycofywać.. ciągnęła więc dalej  – On siadł obok i oto.. Znamy się już drugi dzień. Nie wiem co o tym sądzić. Co o nim sądzić. Jest bardzo miły. Słodki momentami. Zachowuje się odmiennie niż mężczyźni do których sposobu bycia jestem przyzwyczajona. On, to takie zabawne i nieoczekiwane połaczenie chłopięcości, urwisowatości, szarmanctwa i męskości. Co mam na myśli.. Wystaw sobie taki imaż : Kupuje mi róże – sztuczne – które gubię niecelowo przy pierwszej okazji w barze chińskim. Kupuje mi róże – żywe – które zachowuję suszę i zamierzam zawieść w dobrym stanie do domu. Fetyszyzm. Wiem. W kawiarni – pora późna – bezpardonowo kładzie głowę na moim ramieniu (te piękne kruczoczarne gęste  włosy..) jednocześnie wyciągając nogi w czarnych butach i białych skarpetach na krześle przed sobą. Włóczy się za mną wszędzie. Wodzi wzrokiem za moimi ustami oblizując wargi w taki sposób że rzeczywiście mam nieodpartą ochotę na pocałunek, jednocześnie nie odrywa oczu od mojego biustu. – spojrzałam na Salimę. Blada jak ściana. Opowiadając zapomniałam kim jest słuchaczka... Kontunuowałam więc próbując obrócić sytuację w żart.. -  Nie. Nie wiem czy to fizycznie możliwe. Opisuję w tej chwili moje wrażenie nie fakty. Odłóż na bok logiczno-techniczne myślenie. - ...I mówi mi, że mnie kocha w pierwszym dniu znajomości. Proponuje noc w hotelu najdroższym w mieście – nie wyglądał na „faceta z forsą” – podejrzewając zapewne że odmówię nie dając wiary jego zapewnieniom – spaliśmy oboje w niezbyt oddalonych od siebie schroniskach. Odmówiłam. Dla innych zupełnie powodów. W końcu zaprasza mnie na wyprawę wynajętym mercedesem ( najlepszy silnik na świecie..) gdzie oczy poniosą, przed siebie, jak droga wiedzie, w nieznane.

Nie jestem świętoszką. Świętoszką w negatywnym tego słowa znaczeniu, obłudną i pruderyjną. Nie jestem idiotką. Nie jestem dziewicą. Wiedziałam co stać się może w trakcie lub u końca podróży. Sami we dwoje. Ale uczucia były i tak już zmącone i powikłane. Miałam święte postanowienie dochować wierności wirtualnemu mężczyźnie z Portugalii o imieniu Paulo- którego zdążyłam już zdradzić z pewnym poznanym wcześniej Holendrem – ale czym był wirtualny związek wobec zapowiedzi rzeczywistego. Przyznaję, miałam nadzieję, że ta znajomość przerodzi się w coś ciekawego i niepowtarzalnego... Po kilku dwu dniach  było już cudownie.. Byłam zakochana. Nie bez kozery. Łatwo kobietę omamić, mówią : Sheraton, Bruksela, wyśmienite jedzenie, przytulny apartament i szerokie łóżko. I bardzo delikatny kochanek spełniający prawie wszystkie moje zyczenia.

Tego więc dnia wciąż jestem zakochaną idiotką, mimo że przed chwilą wysłuchałam rozmowy w obcym azjatyckim języku, z której zrozumiałam tyle, że on jest żonaty. Po kilkunastu minutach wiedziałam więcej – on jest żonaty i urodziło mu się właśnie drugie dziecko. Syn.

- Czy to nie wspaniała wiadomość.. – zapytał wtedy podniecony a jego ciemne oczy słały mi radosne ogniki – Wspaniała, w istocie. Congratulations. – odpowiedziałam płaczliwym głosem.


List z Ameryki - I

 

Ile to dni uplynelo od naszego niepisania? Nie dni, mowisz, a godzin? Fakt, ze kontakujemy sie codziennie za posrednictwem emaili I messengerow I innej masci posrednikow , kotrych teraz tyle online. Ale zawsze tak mi brak naszych dlugich opowiesci. Wiec niech bedzie jeszcze I ten list. Moze znajdziesz chwile dla mojego marudzenia. Ostatecznie czyta sie moje slowa gladko – sam mowiels… Ach, I odpisa nie musisz.. Tak tylko, dla porzadku powtarzam.

A wiesz, jest w Stanach Zjednoczonych cala grupa restauracji, ktore dla pewnosci,  zwiekszenia klienteli I innych samym Amerykanom wiadomym powodow, zrzeszaja sie w zgrupowania, lacza tworzac lancuchy, po angielsku zwane Chains.

Doughnuts jest jedna z takich lancuszkowych struktur.

Do Doughnuts’ baru?kawiarni? po prostu do Doughnuts zagladamy niemal codziennie; zawsze, gdy jestesmy w “miescie” (to znaczy w Pensacola, w stanie Floryda). Nasz apartament miesci sie tuz za granica stanowa Florydy, kilka mil za kawalkiem metalu z napisem Alabama.

Miejscowosc nosi nazwe Atmore I jest malenkie, ale jednak mozna je znalezc jezdzac palcem po ekranie wzdluz linii maps.yahoo.com. (www.maps.yahoo.com – dla zainteresowanych).

Ale przejdzmy do rzeczy. Przejedzmy ponownie przez granice stanowa, ku Pensacoli, pod drzwi Doughnuts, ktorych nie ma w Atmore. (choc sa inne lancuszki, jak chocby wszedobylski MacDonald). Przed nami lokal, ktorego ogniwo w duzo lepszym stanie I wyzszym mam wrazenie standardzie, znajduje sie chocby w Warszawie. Ale wciaz to Doughnuts. Nazwa ta sama. Wyrob takowoz. Atmosfera jednak I obsluga niepowtazalna I daleka od wszystkiego, co udalo mi sie zaobserwowac kiedykolwiek w Polsce. Zazwyczaj akcja z udzialem moim I mojego towarzysza w rolach glownych rozgrywa sie nastepujaco: Podjezdza samochod (blagam o wybaczenie dociekliwych czytelnikow – nie jestem zdolna zapamietac najprostszej nazwy czterokolowego pojazdu..). Z samochodu wysiada .. z wahaniem, jedna osoba. Wysiada mezczyzna. Zamyka dzrzwi, dwa kroki od wejscia do Donuts zawraca – pada pytanie w kierunku towarzyszki w samochodzie – czy na pewno nic nie chce. Ona kiwa glowa. On bierze od niej pieniadze, o kotrych zapomnial. Wchodzi do baru. Po chwili pojawia sie I ona. Drzwi samochodu pozostaja niezamkniete.

Oboje w oczekiwaniu na swoja kolej patrza niecierpliwie kazde w inna strone baru. Ona obserwuje sytuacje w glebi po prawej, on tuz za lada I dalej, za szklanymi drzwiami, gdzie na ruchomych tasmach przesuwaja sie pachnace wytwory Donnuts.  Jego wzroku nic nie jest w stanie oderwac od tych poruszjacych sie bez ustanku smakowitosci, jej uwage wciaz inna pochlania osoba I jej z gruntu zdaje sie obce jej przyzwyczajeniom socjologicznym zachowanie. Jego wzrok odrywa sie jednak od poczkow za szklanymi drzwiami na dzwiek glosu poteznych kraglych rozmiarow Murzynki za lada – How may I help you – domysla sie mezczyzna dzieki doswiadczeniu jezykowemu raczej niz bieglosci organu sluchu. Murzynka ma szalenie barwny, otwarty , ekspresyjny sposob wypowiadania sie, lecz jej akcent zdaje sie miazdzyc coniektore gloski, zgniatac je na korzysc innych , wydluzonych. Dla kobiety, towarzyszki mlodego mezczyzny jej wypowiedz byla raczej przyjemnoscia znow socjologiczna , niz jezykowa, muzycznym doznaniem raczej jak mentalnym. Mezczyzna poprosil o dwa swieze , FRESH!, doughnuts’y, co dla murzynskiej ekspedientki zdalo sie byc niemal afrontem. Padl glosny komentarz, po kotrym nastapil glosny smiech innych ekspedientem, lecz jakby wszystkie mowily w calkowicie unikalnym narzeczu, zrozumialym tylk dla nich. Tylko one sie smialy, tylko one wiedzialy kogo I jak wystawiaja na posmiewisko. Krecac nosem, Murzynka o krotkich, sztywnych , odstajacych na karku wlosach zniknela za szklanym drzwiami zaplecza, po chwili wrocila z goracymi pachnacymi poczkami. Cacko! Oba z dziurka. – to mezczyzna w strone kobiety, ktora juz kilka minut temu zajela miejsce w glebi baru na wysokich stolkach. –Hmmm… odpowiedziala. Uslyszal ja chyba jedynie towarzysz, a moze po prostu domyslal sie z jej usmiechu, o czym pomyslala. Ty tez wiesz o czym pomyslala, moj drogi. Zawsze odbieralismy na tej samej fali. Cieszy mnie to. Przeciez uwielbiam niedopowiedzenia, czy nie tak?

Podczas gdy oddawalam sie dygresjom, dwoje mlodych ludzi zdazylo usiasc po prawej stronie dlugiego baru, na wysokich barowych stolkach. Na rogu, tak, ze jego dzinsy dotykaly jej jasnozielonej wyszywanej pieknej sukni w stylu hinduskim, spod ktorej widac bylo dol nogawek rowniez zielonych , ciemno zielonych spranych nieco spodni plociennych. Ona w ciagu kilku sekund zjadla pol paczka I nagle podniosla sie, odwracajac ku drzwiom. Spojrzala jednak na jedzacego towarzysza I jego zlosliwy usmiech – wziela reszte niedojedzonego paczka w reke I wyszla z baru. Po chwili wrocila na swoje miejsce – po chwili, ktora odpowiadala kilku minutom jakich potrzea na zamkniecie drzwi samochodu. Oboje – ona roztargniona, o slodkiej slicznej jasnej naiwnej twarzy I on – o ciemnej karnacji, rozsadnym usmiechu pod krotkimi wasami , wydatnych wargach I pociagajaco ciemnych glebokich oczach, zdawali sie byc niespokojni, czyms poruszeni, podnieceni, pelni wahana a jednoczesnie I zmeczeni I znudzeni.  Minelo niecale pol godziny. Para mlodych podniosla sie ociezale. Aby wyjsc z baru. Ona zgarnela resztki jedzenia, serwetki I kubki. Zamknely sie dzwni I otworzyly po chwili. Pchnela je energicznie mloda blondynka. Zjawiskowo szczupla. W szczuplosci podobna do tej, ktora przed chwila wyszla, kobiety. Och, Ameryka nie codzien widuje gustujace w donnutsach, S jak small I size Petite koebiety.

            Zreszta nie zawracaj sobie tym glowy. Ameryka nie jest miesjcem dla ciebie, moj drogi. Nie, nie jestem zlosliwa, po prostu znam ciebie I poznawac zaczynam to tutaj miesjce.

Calusy I pozdrowienia. To nie ostatni moj list. Trzymaj sie ddzielnie.

Pa.

 


Bialy kruk

 

Śniło mi, się że ktoregoś dnia w tygodniu nagle byłam zmuszona pójść do pracy. Wybrałam się więc w drogę odpowiednio przygotowana psychicznie. Tuż przed samymi drzwiami  budynku firmy - widziałam już ludzi schodzących na przerwę, było około południa – stwierdziłam że to nie ma sensu. Niepotrzebnie się tam pojawiam skoro już mam urlop..  – pomyślałam i odwróciłam się szybko. Zdaje się że nawet nie odpowiadałam na wołania moich znajomych, których nie było zreszta wielu, po prostu  uciekłam.

Tej samej nocy śnił mi sie inny sen, nie mam pojęcia czy był powiązany z poprzednim czy nie... Otóż śniłam, że dokonuję zakupu białych kruków. A raczej jednego „białego kruka”. Pamietam że cena tej książki była  20 złotych.  Trzy białe kruki wystawiono na sprzedaz. Zastanawiam się teraz na jakiej zasadzie ustala się, że dana książka będzie białym krukiem? Zapewne wcale sie tego nie ustala. Jedynie gdy okazuje się, że pewne wydanie jest jedynym na świecie, staje sie ono białym krukiem. O moja ignorancjo polonistyczna i każda inna! Okropne uczucie. W każdym razie, ponieważ we śnie wszystko jest możliwe, przyśniłam, że pewne wydanie, ładnie zresztą przygotowane, stanie się białym krukiem. Ponieważ była to proza z okresu lat pięćdziesiątych, proza „niepopularna”, niskolotna i ideaologiczna, teraz mam wrażenie, że spora część tych egzemplarzy została zwyczajnie zniszczona, czy wyrzucona przez posiadaczy po zamknięciu okresu komunizmu. Jako mało wartościowa. Co oczywiście jest prawdą, ale jednocześnie pozwala przewidzieć, że niektore spośród egzemplarzy prozy komunistycznej staną się unikalne. Jakie by moje rozumowanie nie bylo, logiczne czy nie, pozwalam sobie na takie dywagacje o godzinie raniutkiej, bo zaledwie dziesiątej, gdy za oknem spadają pierwsze krople deszczu ( mamy w końcu porę deszczowa, porę tropikalnych burz i huraganów).

Zapomniałam wspomnieć, że po obudzeniu zachowałam w pamięci tytuł książki, którą zamierzałam kupić za dwadzieścia złotych (do tej pory nie wiem, czy kupiłam czy nie...) – „Adam i Ewa”. Nie przypomnę zazwiska autora. Przyznaje, że jak żyję nie słyszałam o tej książce. A przecież wspominano nam na studiach o prozie .. zaangażowanej, powiedzmy. Nie, ten tytuł jest doprawdy szokujący. Adam i Ewa. Początek świata. Inspiracje religijne w książce komunistycznej? A może po prostu sięganie do źródeł i budowanie świata od nowa. Cóż, szkoda, że nie udało mi się we śnie przeczytać choćby fragmentu tej ksiązki. I szkoda podwójna już dzisiaj, że nie mam sennika! To już kolejny dzień, ktory zaczynam mając  pamięci nieoczekiwanie dziwne marzenia senne.

A tak. Dziwne. I te dwie opowiastki nie zamykaja historii tej nocy. Pamietam jeszcze jedną. Najdziewniejszą. Ale zanim opowiem, jeszcze jeden szczegół do opowiastki o białym kruku. Pamiętam, ze nie byłam sama w trakcie kupowania. Pamietam obecność męzczyzny. Kto to był? Tego nie pamietam lub nie wiem. Nie znam go. Nie potrafię zrrszta w tej chwili przuywołać jego twarzy. Nie zdaje mie się jednak, aby był to obecny mój męzczyzna. I czy to cokolwiek znaczy? To był ktoś, kto doradzał mi kupno książki a sam się przed nim wzbraniał wymawiając nieposiadaniem wystarczającej ilości pieniedzy. Dwadzieścia złoty! Tak tanio. Dziwne. Może po prstu uważał że kupno nie jest wcale tak świetnym pomysłem. Kim więc on był?

Trzeci zaś sen, który śniłam tej nocy był najdziwniejszy. Widzialam moje własne podwórko przed moim własnym domem. Własciwie było to miejsce w którym w tej chwili stoi dom nasz były, w tejchwili dom naszych sąsiadów. Podwórko wygladało tak jak dawno dawno temu. Jeszcze nie wyrównane. Orzechy zdaje się jeszzce pod płotem, dwa ogromne. nie pamietam innych szczegółów. Na środku tego podwórza stały, a własciwie poruszały się nieustannie dwa samochody. Dwie ciężarówki,  nie ciężarówki lecz nowoczesne samochody ciężarowe czy pół cieżarowe. Jeden obrócony był w jedną stronę , drugi w przeciwną. Kierowcy wychylali się co chwila ze woich kabin i coś do siebie krzyczeli na odległość. Nie znałam żadnego z nich. Samochody poruszały się monotonnym ruchem wciąz w jedna stronę, jakby po krawędzi okręgu. Jakby jeden za drugim, fizycznie w rzeczywistości nie jest to zapewne możliwe, we śnie miałam wrażenie że samochody, jak w krzywym zwieirciadle są odrobine wygiete. Jak wielkie gąsienice. Samochody tarasowały przejscie z domu na ulicę. nie wiem dlaczego nie pomyśłałam o wyjściu furtką, lecz zdecydowałam bunczucznie że wyjdę na wprost, ze przecisnę się pomiędzy dwoma pojazdami . Zaczęłam iść w ich kierunku, Nikt mnie nie zauważył. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Znalazłam się wkrotce pomiędzy dwoa pojazdami, ktore nagle zaczeły zamiast poruyszaćsię po okręgu , wyraźnie do siebie przybliżać wielkimi tułowiami. Poczułam się zagrozona. Ale nie wydobyła z siebie ani słowa. Dopiero gdy spostrzegłam że samochody są stanowczo za blisko mnie i nie moge wyjsć spomiedzy nich ( nie wiem ja to możliwe że nikt mnie nie zauważył, czuałam się jakbym zmieniała co chwila wielkość, z maleńkiej istotki ledwie zuwazalnej do tajkiej ktora nie da się zgnieść nie wiadomo jak wielkiej ciężarówce (!!)) zaczęłam coś wykrzykiwać do jednego z kierowców. Nie , to własciwie była osoba siedząca obok kierowcy. Wszystko to jest mało logiczne, ale zapenw tak to jest we śnie. Czułam nieal fizyzcnie jak samochody dotykają mnie i zaczynaja zgniatać. Krzyczałam ,aż nagle oba odsunęły się tak że mogłam swobodnie przejśc pomiędzy. Wzruszyłam więc ramionami i pzrzeszłam i opusciłam podwórko. koniec snu ( a w każdym razie tu pamięć mnie zawodzi).

 

Sny pozostawiam bez komentarza.

Tobię życzę snów przyjemniejszych

Całuję jak zwykle. Mocno

 

 


Drive thru

 

Przyjacielu, w Ameryce nie musisz być bogaty, ale musisz mieć samochód. Nie jest to tak duzy wydatek. Okazuje sie w chwilę potem jednak, że ubezpieczenie jest drogie.

Podobno. Zreszta ja nie o tym.. Jesli kogos ciekawi ile rzeczywiscie ubezpieczenie kosztuje prosze zadzwonic do .. chocby Geico.. Popularnej obecnie agencji ubezpieczeniowej.. Reklamuje ich w telewizji ten dziwolag gad ... ktorego nazwy polskiej nie pamietam..

Sama samochodu własnego jeszcze nie mam. Niedługo. Jezdze samochodem mojego mezczyzny.

Ubezpiecza sie kazdego przypuszczalnego kierowce danego samochodu. To znaczy, ze ja, choc tylko od czasu do czasu prowadze woz partnera, mimo wszysko jestem wpisana jako „drugi kierowca” w dokumentach polisy ubezpieczeniowej. Prawo jednak pozwala na sporadyczne prowadzenie twojego samochodu przez osobe trzecia .. z rodziny lub z poza rodziny. Przepisy nie sa tak drastyczne jak dajmy na to na Bialorusi, gdzie tylko wlasciciel (papiery zawsze nosic trzeba przy sobie!) ma prawo prowadzic swoj samochod. Zadna tam matka ojciec maz zona! Tylko wlasciciel. Wow!.. zakrzykna zdziwienie Amerykanie.

Życie w Ameryce lekkie jest dla tych, którzy jakis czterokołowy środek transportu posiadają. Poczatkowo ze zdumieniem spoglądałam na Amerykanów udających się do położonego o kilkadziesiat metrów od ich domu supermarketu. Sama jednak po kilku tygodniach nabrałam podobnych nawyków. Tym bardziej, że czułam się jak wyrzutek społeczeństwa, obserwowana podczas marszu brzegiem drogi (brak chodników, na prowincji brak chodników !) przez przejeżdżajacych kierowców. A przeciez kilkadziesiat metrów przejechać samochodem po chleb, który nie waży przezciez tony, wyadawało mi się czystym skarłowaceniem i nienaturalnością. Podobnie w  innej sytuacji. Otóż od parku i basenu publicznego dzieliło mój dom może pięćset metrów. Stwierdziłam, że jest to świetna okazja do spaceru. Stwierdzilam to tylko raz. Po tym jak pewien kierowca zawzięcie trąbiący na mnie z daleka (moze szlam za blisko drogi? Trzy metry.. moze zbyt jaskrawa mialam sukienke i wzieto mnie za... Wlasnie, uwaga panie – kobieta kroczaca brzegiem drogi nie jest zadna miara Bogu ducha winnym spacerowiczem..lecz wiadomo kim!) i, miałam wrażenie, próbujący mnie z cichą przyjemnością rozjechać, nie próbowałam wybierac się nigdzie na piechotę, jeśli nie byłam do tego zmuszona .

Jednak ja o drive thru..  Cudowny wynalazek leniwych Amerykancow. Drive thru posiadaja przede wszystkim osrodki zywieniowe. Nie tylko slynny u nas MacDonald i znane tu inne fastfoody, ale najpodlejszy nawet bar bedzie mial skromny bo skromny, ale jednak drive thru.. Czyli „wjezdzalnie”. Czyli specjalny tor przeszkod z malym gadajacym billboardem na poczatka i okienkiem na koncu gdzie mozna nie wysiadajac z samochodu zamowic , zaplacic i odebrac pozywienie... Sa i innego typu drive thru – wjezdza sie w odpowiednie miejsce parkingowe z osobista dla ciebie maszyna gadajaca – i zamawia to co wola.. Jedzonko przynosza ci na na tacy do samochodu. Mniej leniwi moga wysiasc z samochodu i usadowic sie przy stolikach na tarasie restauracji szybkiego zywienia..

Ja jednak przede wszystkim cenie banki drive thru.. malo powiedziane, ja je kocham.. Dlaczego nie mamy ich jeszcze w polsce?? Taka oszczednosc czasu.. Nikt nie zmusza nikog do stania w kilometrowej kolejce (choc przy ilosci bankow w USA i w malym miescie jak pensacola i tak niemal nie istnieja kolejki..). Transakcje szybkie jak wplacenie pieniedzy na konto, depozyt i tym podobne zalatwia sie wlasnie przez drive thru... Podjezdzasz, wrzucasz cash czy czek do szufladki lub specjalnej butelki, pani po drugiej stronie sprawnie wydaje ci po kilku minutach poswiadczenie. Oczywiscie kazdy bank ma swoj jeden lub kilka bankomatow drive thru...

Chyba ze ktos musi zrobic transfer gotowki ... miedzynarodowy..  Insza inszosc.. Ale od czasu do czasu to juz nawet wypada pojsc i pogadac z pania czy panem z banku.. W koncu nie codziennie robi sie takie operacje wiec mozna sie pofatygowac.. A ludzie banku sa zawsze mili i uczynni.. Business to business..


Ameryka II

 

Nic mi sie dzis nie snilo... Wiesz, to az niemożliwe. Mysle, ze po prostu zapomnialam tak nagle i brutalnie zmuszona do wstania przez dzwiek natretnego telefonu. Nie posiadamy w domu nawet jednego dzialajacego poprawnie budzika. Moze ztreszta jest to wina tych, ktorzy te budziki nastawiaja... Nie dalej jak dwa dni temu probowalam nastawic na poranne dzwonienie alarm w elektronicznym notesie mojego mezczyzny. Malo skutecznie, jak okazalo sie nad ranem. Nic nie zadzwonilo. Znowu zas zadzwonil telefon, do ktorego nie mialam ochoty biec. Przeklinalam swiat i mojego faceta. Oboje chodzilismy podminowani potem przez caly poranek. Brutalne pobudki nie sa specjalnoscia poniedzialkow. Nie znosze ich kazdego dnia tygodnia.. Co innego gdy sama, z wlasnej woli wstaje o godzinie powiedzmy siodmej i siadam do komputera by pisac. Nikt mnie nie zmusza! Zapewne dlatego jest to tak przyjemne.

Dzwonki i dzwieki dzwonkopodobne i alarmowate sa zmora dzisiejszego swiata mam wrazenie. Wprowadzaja stres i zamieszanie, trzeba to jasno stwierdzic. Bo jaka jest nasza na nie reakcja jesli nie agresywna? Wywoluja bunt. Wywoluja lek. Pamietam, ze reagowalam lekiem na dzwonki szkolne. Niektore szkoly ten system alarmu dzwiekowego usunely.. A gdy sie o tym dowiedzialam pomyslalam o dzwonkach z sentymentem. O jak przewrotna jest moja kbieca natura!

 A propos dzownkow jeszcze, przed chwila zadzwonil telefon.. Odebralam z niechecia, a moze nawet z nienawiscia w umysle – to byl jeden z naszych klientow, ktoremu i tak nie moglam pomoc poza zlozeniem obietnicy, ze “ktos do niego na pewno oddzwoni i jego problem rozwiaze”. Coz, czuje sie jak uczennica przemoca zmuszona do powrotu do szkoly podstawowej, ktora reaguje obawa na dzwiek dzwonka. Dzwonka telefonu tym razem. Jak mam reagowac zreszta, moj drogi, powiedz! Jestem niedoswiadczona mala gaska w tym “byznesie” i sekretarka najeta bez wynagrodzenia “na czas niekreslony”; - na czas snu mojego mezczyzny, ktory po nocy przy komputerze niezdolny jest do wysilku umyslowego i fizycznego o godzinie tak rannej jak osma! A telefony dzwownia sobie i dzownia. No ale mniejsza. Odbieram. Z lekiem i odraza ale odbieram .Grzecza jestem dziwczynka. Odbieram, mimo ze natchnienie – bo pisze przeciez w porannych godzinach – ucieka nieraz bezpowrotnie. Psia ssskorka! ma sie ochote powiedziec. Albo bardziej dosadnie. Po angielsku.

Sobota jest. Powiedzialam sobota? W sobote tym bardziej dostaje wysypki na dzwiek dzwonkow. Ale pomysl, ze jest tyle sposobow, aby uniknac sluchania tego dzwieku. Ot chocby wowczas, gdy zamiast proponowac klientowi, aby zadzwonil ponownie, mowi sie – ja zadzwonie. na pewno. za pol godzini, nie dluzej zadzwonie na pewno. . “ Oczywiscie kosztuje to nas drozej. Ale jaki komfort psychiczny! Zadnych dzwonkow.. No.. powiedzmy mniej. Moj mezczyzna jest jednak szczegolnie uodporniony na wspomniany dzwiek. Powiedzialabym nawet, ze jest od niego w pewien sposob uzalezniony. A moze uzalezniony jest od samej rozmowy telefonicznej i posrednio jedynie od podnoszacych cisnienie i stezenie adrenaliny we krwi dzwonkow. To stymuluje. To podnieca. Tak zapewne mysli. To nuzy. To meczy. – mysle ja. On wykorzystuje wolne chwile aby dzownic. Zawsze jest jakis zapomniany telefon do wykonania!

Dzis po poludniu chocby, tuz po zjedzeniu tuczacych pysznych donnutsow, udal sie w kierunku budki telefonicznej (ktorej ja nota bene nawet nie zauwazylam!!) bo padla bateria w telefonie komorkowym – i po okolo dziesieciu minutach rozmowy z wlascicielem domu, ktory chcemy wynajac, zabral sie za wydzwanianie pod telefony ogloszen wiszacych we wnetrzu budki. Jedno z ogloszen bylo wyraznie intrygujace. – dwa tysiace dolarow mozna zarobic. Dziennie! Chyba ponad pol godziny wiszenia na sluchawce, zamiennie on i ja nie wyjasnilo nam jakiego typu prace wykonywalby czlowiek zarabiajacy 2 tysiace dziennie!

 Ameryka jest ciekawym krajem. Wszystko mozna sprzedac. Wystarczy tylko zaopatrzyc sie w telefon i wymienic magiczna sume...

 

Caluje cie jak zwykle goraco.


 

Przeprowadzka

 

Przeprowadzki to jedno z moich dawnych wyobrażeń o radościach dorosłego zycia. Uwielbiałam przeprowadzki w dziecieńtswie. Może dlatego, że nigdy nie udało mi się żadnej przezyć... Uwielbiałam je wirtualnie, w marzeniu. Pierwszą przeprowadzką, jakiej bylam uczestnikiem, och, mozna powiedzieć że i sparwczynią, była przeprowadzka do mieszkania francuskiej rodziny. Na dobrych kilka miesięcy z dala od domu – myślałam. Na rok – okazało się w rzeczywistości. Byłam wówczas dorosłą już osobą, jesli przyjmujemy, że granicę dorosłości wyznaczają osiemnaste urodziny. A te osiemnaste urodziny dawno miałam już za sobą. Dwudzieste zresztą również. I dwudzieste pierwsez i drugie. Trzecie obchodziłam we Francji. Można powiedzieć że była już wtedy dobrze odchowaną na garnuszku rodzicielskim starą panną. Ale wróćmy do tematu przeprowadzek, który jest znacznie bardziej ciekawy od problemów staropanieństwa. Tych, którzy sądzą inaczej (czują inaczej, kochają inaczej) odsyłam do Dziennika Bridget Jones. Bez ironii. Książka nie jest tak zła, jak wiekszość środowiska „intelektualnego uniwersytetu sądzi.

            Jak wspomniałam ci mo drogi, a może zresztą wspominałam ci już otym nie raz.., ale jesczze ten ostatni teraz, bo to ciekawe – nigdy nie mieszkałam sama. Sama! Nawet sama z koleżaką nigdy. Ani sama w akademiku. Tak wiele zaprzepaszczonych szans na samocdielność. Wiedziałam, że akademink to synonim dobrej zabawy i swobody. A ja mialam swobod e w moim pokoju na pietrze. I mimo że lubiłam bywać sama , lubiłam rwnież mieć nieustającą świadomośc,, że gdyby co nie bądź, sama nie jestem w rzeczywistości bo cała rodzina na parterze mieszka sobie w najlepsze. Całkowiecie nieświadoma moich dylematów i rozterek. Tak więc przez orkragłe 22 lata pozostawałam w domu rodziców , na najlepszej drodze do staropanieństwa ( ten temat to bumerang, czy nie?).

            Jeśli jednak zdaje ci się, że moja pomieszkiwanie we FRancji przez rok (dziewięc miesięcy konkretnie w ciagu ktorycg nic konkretnego się nie wylęgło ani nie urodziło poza kilkoma aferami uczuciowymi z ktorych jedna trwała nieco ponad rok..) cokolwiek w moim życiu zmieniło, to się mylisz. Ostatecznie, spoglądają na rzecz obiektywnie – mieszkałam we Francji z rodziną ! Nie moją własną, osobistą ale z rodziną. nigdy sama.

            Trzeba wiec podreślić solidnie fakt, że mój wyjazd do Stanów Zjednoczonych Ameryki i moja w tej chwili pzreprowadzka to w moim umyśle jedno z bardziej ekscytująch wydarzeń mojej epoki dorosołści. Żałuje, że nie mam tego typu doświadczeń z Polski. Ale to potwierdza jedynie regułę, że nikt nie może doświadczyć wszystkiego. Ja zwykle doświadczam rzeczy, które niewiele mają wspólneo z naturalnym biegiem życia większości osobników, podobnie jak posiadam zwykle wiedzę i znajomośc rzeczy, na które większość stada ludzkiego nie zwraca uwagi i ktore im wydają sie niepotrzebne i niepraktyczne. Wiem kim była Andromacha i Gluck , nie wiem ilu mieszkańców liczą Stany Zjednoczone; nigdy nie była w pełnym tego śłowa znaczeniu związana z męczyzną w Polsce, jestem bardzo blisko ( bardz bardzo ) związana z człowiekiem który mieszka w Ameryce.   

            Jak więc odbywa się wynajecie domu w Ameryce? Aby nie uogólniać powiem jak odbywa się wynajęcie domu w Pensacola. Monotonnie i nużąco. Objazd po okolicznych agencjach nieruchomości. Obdzwonienie dalszych agencji nieruchomości. Obdzwonienie wszystkich włascicieli, którzy niezależnie od agencji wystawili tabliczki „for rent” gdzieś przy drodze, gdzies na otwartej przestrzeni trawnika należącej , jak się trzeba domyslac (bo brak ogrodzenia) do wynajmowanego domu. Kolejnych co najmniej dwa dni poswiecić nalezy na odwiedzenie (bo broszurki agencji i ogłoszenia online rzadko okazuje się, zawieraja zdjęcia) domów które nas interesują. Na rozczarowania i marzenia i plany kolejnych kilka nocy. Czyli standard międzynarodowy, jak sądzę.

Zdecydowaliśmy się na jeden z większych domów, blisko centrum. Urokliwe drewniane podłogi, małe okna (ooczuywiscie w amerykańskich stylu – otwierane przez rozsunięcie  ku górze), trzy pary drzwi na zewnątrz, śliczna łazienka, praktyczna pralnia, kominek w dużym pokoju o skośnych scianach...  i .. i ani jednego prawdziwego drzewa na zewnatrz ( nie liczę jakiejś niezidentyfikowanej owocówki), i .. i stado moskitów i ogród do oporządzenia i trawa do skoszenia pod groźbą wysokiej kary lub opłata „kosiarza” – 100 dolców! , i wiele „drobiazgów w domu do poprawienia i naprawienia. Ale mimo wszystko uwielbiam przeprowadzki i zdania nie zmienię. A kolory wewnatrz .. biuro i mieszkanie , bedą : brąz czerń pomarańcz. I meble nowe.. Albo lepiej nie. Kto wie jak szybko będziemy się musieli przeprowadzać. Do nowego domu. Do Nowego Jorku.. I kto by tam taskał skompletowaną zastawę, choćby unikalną pomarańczową. Tak daleko... Mozna podobno wynająć dom z pełnym wyposażeniem. Ale! To nie to. nie to samo.

Nieprawda , przyjacielu?

 

Całuję cie wyjątkowo czule. Jest mi dziś samotnie. I nijako.

 


Smierc

 

Mój drogi, opowiem ci bajkę... Nie, nie obawiaj się albo może właśnie tak, bo opowiem ci znów mój sen. Moje sny są coraz bardziej zawikłane i napedzają mi strachu. Tym razem nie przesadzam. Otóż sniło mi się, że wydano na mnie wyrok kary śmierci. Odbył się sąd, którego szczegółów nie jestem w stanie sobie przypomnieć... Skazano mnie. Nie pamiętam za co. Nie pamietam gdzie. Widzę w tej chwili jedynie wyraźnie ostatnią scenę, gdzie spaceruję po przestrzennej długiej zatłoczonej plaży – jest piekny sloneczny dzień – i zastanawiam się czy pozostała mi jakaś mozliwość ocalenia. Mam przed sobą 24 godziny aby powrócić .. gdzie? .. do więzienia zapewne, choć jego wizerunku mój sen nie wykreował.

Pamiętam, że jestem zrozpaczona. Pamietam, że ogromnie brak mi mojego męzczyzny, który (paradoksalnie!) został skazany dzień wcześniej! Ten sen zdaje mi się być wyrokiem dla nas oboje za nie wiadomo jakie winy. Absurdalny splot okoliczności, których szczegółów nawet nie znam. Musiałam być rzecvzywiście przerazona skoro obudziłam się w nocy – było to już właściwie wczesny ranek i z ulgą spojrzałam na śpiącego obok mnie kochanego człowieka, stwierdziłam, że ani mnie ani jemu nic nie zagraża i zamknęłam oczy aby znów usnąć.

Na jakiej podstawie mózg człowieka tworzy tak tragiczne obrazy we śnie? Muszę znów zaprzyjaźnić się z Freudem i Jungiem, jak sądzę. Czytanie ich po angielsku będzie jednak nie lada wysiłkiem.

Jestem ogromnie ciekawa jakie jest twoje zdanie o karze śmierci. Jesteś za? Stany Zjednoczone, mimo że zjednoczone, równiez pod tym względem różnią się od siebie. W prawie jednych (Teksas, California, Alabama..) kara śmierci jest mozliwa, inne stany całkowicie się od niej powstrzymują na korzyść dozywotniego wiezienia.

Moi przyjaciele w Polsce, przynależący do kościoła przedsoborowego akceptują karę smierci. Podobnie myśli mój chłopak. Podobnie myślą wierzący i praktykujący muzułmanie. Juz przestał mnie szokować wyrok śmierci wydany przez nich na Salmana Rushdiego. Przyznaję niejednokrotnie rację moim przyjaciołom z Polski, którzy twierdzą, że kara śmierci jest jedynym sposobem, by chronić się przed zbrodniarzami seryjnymi. A mimo wszystko mam w pamięci obraz filmowy „Tańcząc w ciemnościach” i delikatną postać .......... morderczyni. I nie potrafię zdobyć się na radykalizm.

Dlaczego więc prześladują mnie sny o smierci? Wydawało mi się, że nie boje się śmierci. Przeraża mnie. Tak, a jednak nie bałam się jej. Podchodzi gdzieś wewnatrz mnie z dna żloądka ku gardłu lęk i na pytanie Czy śmierci się obawiam – odpowiadam w razie czego Tak. A jednak posiadam wewnętrzne przekonanie, że w odpowiednim momencie nie zawiedzie mnie moja duchowa odwaga cywilna. Tak. A jednak, wciąż jednak drżałam podczas tornada i zastanawiałam się, czy koniecznie muszę zginąc podczas katastrofy, z dala od kraju. Wydawało mi sie to niedorzeczne. Więc zapewne dlatego że bałam się śmierci. Nie posiadam jednej dobrej odpowiedzi na ważne pytania. A ty?

 

Całuję. Pozdrawiam. Nie myśł za duzo. To szkodzi. I nie pomaga.

 

 


 

Dzieci

 

Czy moge opowiedzieć ci jeszcze jeden sen? Nie chce cię jednak zanudzać. Opowiem może w skrócie. Sen sam w sobie zdaje mi się był spójny i dość szybko przemknął mi przed oczyma we śnie. .. Ale dlaczego właściwie tak wiele miewam teraz snów jeśli wcześniej nigdy ich nie pamietałam... Za długo śpię?

            Otóż śnilo mi się, (tylko szszaaa, nie trzeba mówić mojemu mężczyxnie) że miałam dziecko. Pominiety znów nieoczekiwanie łagodnie okres narodzin. Pamietam, że byłam we snie czymś bardzo zajęta. Ja, zapracowana osoba, ciagle gdzieś biegłam, zostawiając to biedne dziecko u znajomych lub rodziny (w co na jawie tudno mi jest uwierzyć!). Pamiiętam poszukiwania najniezbędniejszych częsci garderoby i odwiedziny w sklepach dawno już zamknietych, bo po godzinach ich pracy, i całowanie klamki z zawodem. I pamiętam.. jak nieoczekiwanie po jednej z jak mi się zdawało jednodziennych rozłak z dzieckiem, gdy je odnalazłam na nowo – było już a całlkiem duże i mówiło do mnie bez ustanku z wyrzutem o tym jak tęskniło za mną. Pełne bylo energiii i radości. Wygadana duża dziwczynka. Nieoczekiwanie podobna do mojej chrześnicy blondynki! Choć jako maleństwo, we wcześniejszej częsci snu miała ciemne oczy i włosy. Cieszyłam się wówczas że tak bardzo jest podobna do mojego ukochanego... Tej nocy, przed zasnięciem on opowiadał mi też własny sen, w którym mnie poślubiał, i w którym mielismy w chwilę póxniej dzieci. Zadziwiająca zbiezność. Nota bene – ja nie chcę mieć jeszcze dzieci! Tam, na górze , jeśli mnie słyszysz, proszę nie dopuść.. 

            Powiedz mi, przyjacielu, czy ty wierzysz w Boga? Czy wierzysz w konieczność wychowania w religii, wychowania w środowisku uznającym pewne określone zasady moralne? Ja wierze, lecz widzę jak szalenie poplatane jest moje zycie, jak daleko oddaliłam się od wyznawanych wcześniej zasad religii, choć .. zachowałam zasady moralne. To jest dla mnie wartosciowe. To odnajduję również w innych religiach.

            Wokół mnie pojawiali się w różnych czasach ludzie, którym bliska była nie moja wiara, katolicyzm, lecz inne wyznanie. Mam przyjaciół, którzy są prawosławnymi, protestantami (praktykującymi i niepraktykującymi – cokolwiek by to słowo znaczyło), katolikami wyznawcami kościoła przedsoborowego, których niektórzy uwazają za sekte (!), muzułmanami. Wszyscy w jednakowym dużym stopniu zwracaja uwage na wychowanie dzieci w zasadach ich religii. Dziewczynka ze snu, „moje dziecko” – moja chrzesnica, w rzeczywistości nalezy do kościoła przedsoborowego. Potrafi mi bezbłednie wyłozyć zasady swojej wiary i wyrecytowac po łacinie szereg modlitw i spora część mszy, która odbywa się w tym właśnie jezyku.

            Dzieci zawsze w jakiś sposób uczestniczą w ceremoniach religijnych. Nigdy nie zapomnę naszego Bożego Ciała w Polsce. Procesji porannej, sypania kwiatów przed Chrystusem w Hostii, noszenia różańca i ozdobnych poduszek. W białych sukienkach od pierwszej komunii świetej. Wyrastałam w takich otoczeniu. Trudno jest mi więc, przyznaje, pojąć istotę uczestnictwa w modlitwach islamu. Nie dane mi bylo choćby zajrzeć na chwilę do sali gdzie przebywali mężczyźni – właściwej części światyni. Mogłam wejść jedynie do części przeznaczonej dla kobiet. Moglam pozostać tam przez cały okres trwania modlitw i mogłam założyć chustkę na głowę, aby nie prowokować za bardzo zainteresowanych spojrzeń kobiet (i tak moje wejście przyciagnłeło liczne źrenice zaciekawionych pań – przyznajmy , jestem biała, moja uroda nawet nie zbliża się do hinduskiej ani arabskiej – po prostu zjawisko).

One siedziały w pewnym rozsypaniu i chosie, każda gdzieś pod ścianą. Każda niemal przygarniała do siebie większe lub mniejsze dziecko. Część dzieci po prostu bawiła się na środku sali, wyłożonej dywanem, zabawkami odnalezionymi bez trudu pod szerokim stołem przy zasłonietym oknie. Niestety nie potrafię powiedzieć jak wygląda stara z tradycjami i ciekawą archotekturą światynia muzułmańska. Ta, w której byłam – zaimprowizowana była w prostym budynku w ten sposób, że jeden większy spośród jej pokoi stał się częścią światynną dla mężczyzn , drugi – skromniejszy i mniejszy – dla kobiet. Żadnych ozdób, podobno w żadnej z przedzielonych części. Nic, co przypominało by mi znany mi ołtarz. Żadnych wizerunków Boga. Nic. Jakby puste, ogołocone z mebli i ozdób, surowe mieszkanie.. Tylko dzieci i kobiety w rozmaitych bogatych strojach w stylu arabskim, murzyńskim i hinduskim dodawały uroku temu miejscu. I barwa niezrozumiałego dla mnie języka, w którym wypowiadane były słowa modlitw i nauk.

A jeśli kiedykolwiek będziemy mieć dzieci, mow do nich po polsku – prosił mnie już po raz kolejny mój chlopak. Będę. Na pewno. Jaki to jednak byłby mix kulturowy! Ale dizeci lepiej się odnajdują w mieszanym środowisku niż dorośli, lepiej niz my rozumieją drobne i duże róznice kulturowe. Przesadzam? Och, to są moje nadzieje i może złudzenia. Nie musisz mnie ich pozbawiać , prawda?

 Mimo wszystko cię całuję. Chłodno. Dzień chłodny. Tylko trzydzieści stopni Celsjusza.

 

Ochotniczka z bozej laski

 

Jakie są zalety pracy ochotniczej? Żadne. Przecież nie ma z tego pieniędzy. Tak myślałam na początku – wiedząc, że nie stać mnie choćby na bezinteresowną pomoc kalekim dzieciom w szpitalach czy osamotnionych na podwórkach ubogich dzielnic. Wystarczyła jedna dluższa opowieść mojej matki o kilkuletnich gruźlikach, o dzieciach z wadami wrodzonymi, brzydkich i cierpiących, i osieroconych, abym tchórzliwie wyrzekła się woluntaryzmu co się zowie.. i w dalszej perspektywie w ogóle pracy z dzieńmi. Może nawet macierzyństwo stanie się nieosiągalnym marzeniem, skoro obsesyjnie boję się poczęcia kalekiego maleństwa i i ciąży z powikłaniami. W miarę upływu czasu nie będą to prawdopodobnie już tylko moje urojenia, ale i realne zagrożenie. Jestem stara. Dwadzieścia osiem lat. Powtarzam sobie to co rano. Dla zachowania samoświadomości.. skutek uboczny – utrata humoru. Na kilka chwil. Nie warto na dłużej o czym opowiem innym razem.

            W moim dwudziestym ósmym roku życia, niedługo po urodzinach marcowych, postanowiłam jednak podjąć się ochotniczej pracy. W miejscu bezpiecznym. Przyjęto mnie w bibliotece miejscowego college’u, na Florydzie. Dzieci i owszem są, lecz większe. Kalekich zauważyłam dwoje. Na wózkach. Za duzi aby pobudzać mnie do łez nad ich losem i pozbawiać równowagi psychosomatycznej.

A więc miejsce bezpieczne. Tylko znów pytanie – dlaczego. W jakim celu podjęłam się tej pracy. Ochotniczo – ponieważ na nic innego nie pozwala mi mój status turysty w USA. Poza domem, w bibliotece .. – ponieważ zdało mi się, że to świetny sposób doskonalenia mojego angielskiego, cyzelowania sztuki konwersacji o niczym – small talk – how do you do – how do you do, a i możliwość poprawienia akcentu (tfu, akcent południowców, niech tylko mi się nie utrwali..). Zamierzałam poznać nowych ludzi, „zrobić nowych” przyjaciół, myślałam o nauce rzeczy nowych. Biblioteka okazuje się jednak miejscem technicznie nieskomplikowanym. Mała biblioteka, taka jak ta,w której udzielam się ochotniczo nie uczy mnie wiele. Raczej nudzi. Tu całe nieszczęście. Liczyłam naiwnie że potraktuje się mnie jak pełnoprawnego pracownika bez pensji. Tymczasem traktują mnie jak stażystkę bez umiejętności i przygotowania zawodowego. „Czytam więc półki” ( ustawiam książki wedle porządku właściwego bibliotekarskiej chronologii), robię kserokopie, układam papiery, stempluję papiery, przynoszę nowe magazyny i gazety, wynoszę stare magazyny i gazety. A dziś zupełnie zeszłam na manowce. Zdegenerowałam się do szczętu. Pomiędzy regałami ukryta piszę ten dzisiejszy eseik. Więc może jedno tylko jest jeszcze pozytywne – fakt, że wstałam rano, choć spóźniona (seks poranny ..) dotarłam do biblioteki I staram się pracować, mimo że coraz mniej mnie to ineteresuje i staram się wyzwalać w sobie tę energię, która tak potrzebna mi w domu. Której nie mogłam nijak z siebie wykrzesać „na gospodarstwie”. Trzeba mi szukać innej ochotniczej posady. Początki w najbardziej nudnym miejscu mogą być ciekawe.. A profesjonalna apatia nie służy mojemu zdrowiu psychicznemu. Zauważyłam to w drugim roku pracy w tej francuskiej firmie. Cofnięcie na poziomie intelektualnym i moralnym. W najlepszym przypadku zastój.

Przesada. Niewątpliwie. Wiele osób ( i ja wśród nich) w pewnym momencie zaczyna znajdować zadowolenie w tego typu pracy – spokojnej leniwej przewidywalnej, z możliwością robienia tylu przerw, że człowiek wpada w rytm rzeczywistego luzu i czerpie czystą przyjemność z siedzenia za biurkiem. A być może przy odrobinie sprytu, odrobinie inteligencji najbardziej stresujący zawód można zamienić w ciepłą posadkę. Wystarczy zachować pozory , wyzbyć się ambicji i zadowolić stabilną pensją ( lub jej brakiem jak w moim obecnym przypadku ..). Wystarczy zabić w sobie uczucie nudy i skoncentrować na przyjemnych rzeczach, które można robić we wspomnianych przerwach : korzystać z kopiarki, korzystać z drukarki, rozwinąć obfitą korespondencję z przyjaciółmi, czytać magazyny, pisać pamietniki, pisac wiersze, pisać książki, pisać parodię w odcinkach na temat życia biurowego. Cieszyć się życiem… 


Potworek

 

Przyjacielu, urodzilam potworka. Potworka o glowie ludzkiej i tulowiu jakby ryby, jakby plaza. Czy to nie straszne? Na szczescie urodzialam go we snie i gdy obudzilam sie okazalo sie, ze moj nowonarodzony potworek nalezy do snu.

            To nie jets moj pierwszy sen o narodzinach. Powinnam chyba zaczac czytac senniki. Te ktore kiedys posiadalam , zostaly w Polsce. Czy Amerykanie wiedza co to jest sennik? Oo, jestem zlosliwa , tak. Ale przede wszystkim jestem dzis przerazona. Wlasciwie mialam sie obawiac w nocy nadejscia sztormu i wichury i tornado, i nic. Nic sie nie dzialo, a w kazdym razie nic nie slyszalam. Slyszalam tylko wyraznie placz tego malego... To bylo okropne. patrzylam na ten film nie swoimi oczyma.

            Mloda kobieta spozniona najwyrazniej, zaniepokojona wchodzi szybko do pomieszczenia, ktorego wygladu zupelnie w tej chwili nie pamietam. Odnajduje dziecko w glebi pokoju. Samotne. Owiniete w pieluche czy przescieradlo, tak ze widoczna jest jedynie jego ludzka glowka. Dziecko ma oczy przymkniete, lecz budzi sie na odglos krokow matki. Ona podchodzi, podnosi je, siada na podlodze po turecku i przygarnia do piersi. Oslania w koncu lewy sutek i podaje malemu.

Wszystko wyglada tak naturalnie. Dziecko uspokojone, je, ssie z zapalem, jakby nie bylo pewne czy zdarzy sie ponownie tak swietna okazja do ssania mlecznej piersi. Kobieta tymczasem wsuwa reke delikatnie gdzies pod pieluche, tak ze udaje jej sie dotknac sliskiej skorki plaziego tulowia dziecka, ktory jest oblym podluznym dziwacznym w swej budowie ksztaltem jakby weza. Nie pokryty zadna luska, ne rani dloni, zimy w dotyku. Wywoluje przejmujace uczucie chlodu i niecheci, lecz nie odrazy. Kobieta wciaz przesuwa dlonia wzdluz tulowia dziecka, czuje ze to uspokaja je, czuje jak maly mniej nerwowo i zachlannie zaczyna ssac jej piers. A jego cialo nie drga juz tak jak przed chwili, gdy zdawalo sie maly probuje wydobyc nieistniejaca spod sliskiej skory malenka raczke, aby przytrzymac piers. kobieta wciaz gladzi dziecko delikatnie przez chwile podczas gdy ono spokojnie ssie jej piers. Zadziwiajaco male miala piersi, jakby nie wypelnione zupelnie mlekiem. Dziewicze mlde jedrne piersi, nie opadajace piersi karmicielki. Jakby psychicznie i fizycznie daleka byla od posiadania jakiegokolwiek dziecka, a coz dopiero dziecka potworka.

Nie pamietam jak dlugo trwalo karmienie, we snie czas przeciez plynie odmiennie. A moze w ogole nie plynie... Zachodzila w glowe kiedy pojawilo sie to niemowle? Jakby cudownie z pominieciem okresu dziewieciomiesiecznego oczekiwania, bez bolu narodzin, bez wisilku i obawy i staran. Kobieta zdawal sie byc jedyna osoba w obszernym pomieszczeniu, a jednak, moze dzieki jej myslom, ktore biegly ku mezczyznie, wyczuwalam obecnosc kogos jeszcze. Nieustannie zadawala sobie pytanie – jak? jak przekaze te wiadomosc o dziecku swojemu towarzyszowi? Jak a moze raczej Czy? bylo wlasciwym dylematem. Poki co, nie rozwiazanym.

Dziecko wciaz ssalo, wciaz lewa piers mlodej matki byla widocznie spod cienkiej bluzki, jej delikatna jasna skora. A przeciez nie dalej jeszze jak wczoraj zastanawiala sie czy nie jest zagrozona rakiem. Lewa piers byla wyraznie podejrzana, jak twierdzil jej partner. Pod dotykiem jego palcow w lewej wyczuwalny byl jakis niezidentyfikowany podejrzany guzek. Dlaczego karmi teraz lewa? Jaki to wszystko ma zwiazek, sen i rzeczywistosc? Po chwili jednak jej mysli bardziej prozaicznie pobiegly ku rozmowie jaka odbyla z lekarka szpitala w Atmore dzien wczesniej...   Prosze udac sie najpierw do lekarza. Nie ma powodu do paniki. – mowil kobiecy glos na odzdziale przyjec. Jesli pani jednak zechce mozemy zrobic badanie.. ale i tak lekarz musi zadecydowac.. Wyczuwala zniecierpliwienie w glosie Amerykanki. Zniecierpliwienie moze jej niezrozumialym akcentem, moze jej uporem “musi zrobic przeswietlenie, musi! “. Odlozyla w koncu sluchawke. Dobrez. Tak tak, pojdzie najpierw do lekarza, tak, na pewno w poniedzialek. Ale jest dopiero sobota.. nie, jest niedziela. Za oknnem deszcz a w prognozie online zapowiedz huraganu. Moze nie bedzie po co i nie bedzie komu isc do lekarza w poniedzialek. I o co caly ten szum. Nawet potworkowate dziecko nie jest juz zmartwieniem. 

 

Caluje cie goraco, wietrznie i deszczowo. Niespokojnie. W policzek. Moze w usta.. Wlasnie poklocilismy sie z moim cudownym mezczyzna. Czuje jak przytlacza mnie atmosfera zblizajacego sie tornada. Czuje jak prztlacza mnie atmosfera przygnebiajacej ciszy w naszym malym mieszkaniu.

 


Prawo jazdy prawo bycia

 

 

Prawo jazdy...

W wielu podejściach zdawałam test. Test po angielsku, bo mimo dobrych checi pana policjanta najblizsza polskiej wersji jezykowej w jakiej posiadali test, byla rosyjska.. Wciaz czuje zawstydzenie gdy w zuciu przychodzi mi przyznac ze – znam francuski i angielski lepiej niz rosyjski.. tyle lat nauki  - na nic, taka strata potencjalu! Wszyscy wiedza jak „chodliwym” zajeciem w USA sa tlumaczenia z rosyjskiego..

Tak wiec zdawalam test po angielsku, wybor odpowiedzi a b c .. zawsze mozna bylo sie zdac na intuicje i strzelac. Mozna do skutku powtarzac test jednego dnia.. az sie w koncu zda... lub straci zapal... lub zamkna urzad..

Potem przyszedl egzamin praktyczny. Oblalam w pierwszym podejsciu...

Reguły niby są jasne i proste. Amerykanie nie lubią komplikacji. Prawo uproszczone w porównaniu do polskiego. W Polsce zdałam bez trudu. Tak , ponad dziewięć lat temu. Ale tu okazalo sie ze nie potrafię parkować. Może nigdy nie potrafiłam... Moze to stres..

Zapewne stres, bo parkowanie jedynie pomiedzy slupkami... zadnych kopert, zadnych komplikacji.. Jestem pewna ze to delikatnosc klimatu Florydy lagodzi tutejsze obyczaje. Jestem pewna ze egzamin nowojorski wyciska siodme poty z ochotnikow.

System jest punktowy, odpowiednia ilosc utraconych punktow wyrzuca cie z gry i trzeba podchodzic od nowa. Nie w tym samym dniu, ale nazajutrz... jesli taka twoja wola. Nikt nie zmusza nikogo do przesiadania sie do nieznanego samochodu, gdzie prawdopodobienstwo bledu sie zwieksza.. Na egzamin przyjechac trzeba wlasnym lub pozyczonym samochodem.. Z waznymi dokumentami ubezpieczeniowymi i wazna rejestracja.. Moze to byc kazdy typ samochodu osobowego.. niezaleznie czy posiada on automatyczna skrzynie biegow czy nie.. Wiekszosc amerykanow nigdy w zyciu nie miala okazji prowadzic samochodu z reczna skrzynia biegow.. Po co? Na co komu takie utrudnienie.. Obilo mi sie tylko o uszy ze ten kto zdawal prawo jazdy w samochodzie z automatyczna skrzynia biegow, nie moze prowadzic innego typu samochodu.. Ale gdzie to jest napisane pytam? Zadnej wzmianki nie ma na malej karcie prawa jazdy ktore jest jednoczesnie twoim dokumentem tozsamosci.

Zdawalam jak wariat w naszej toyocie zaden tam automatyk. Nie mielismy wtedy jeszcze automatycznego vana.. Przyznaje ze szybko sie czlowiek przyzwyczaja do wygody i wychodzi z wprawy.. Dzis ciezko mi sie przesiasc na reczna skrzynie biegow, choc jest ta przyjemnosc... wiekszej kontroli nad samochodem... Automatyk wyluzowuje... Miesnie odpoczywaja, lewa noga sie nudzi lub dretwieje.. Zatrzymanie na swiatlach na jakkolwiek skierowanej pochylosci nie jest problemem.. Luz blues..

 

Rozgadalam sie .. tylko dlatego by powiedziec ze dostalam w koncu prawo jazdy florydzkie.. latwo, za jakie dziesiec dolarow z tego co pamietam... Oplata tylko za dokument, egzaminy sa przeciez bezplatne.. W sumie i tak.. Obecnie zauwazylam ze testy robione sa jedynie na komputerach.. Oszczedzaja wiec i na papierze... Jezdze po malym miescie Pensacoli, swobodnie... zadnych korkow. Zasada kto pierwszy ten lepszy na rownorzednym skrzyzowaniu (cztery znaki stopu) przyswoila mi sie automatycznie ( dla niewtajemniczonych – na tym skrzyzowaniu kazdy ma znak stopu , kto pierwszy podjechal do skrzyzowania, ten ma pierwszenstwo ruchu.. ) Cale to niewielkie przeciez miasto wyposazone jest w swiatla na kazdym wiekszym skrzyzowaniu.. Pelny zestaw swiatel.. strzalki dla skrecajacych w lewo oraz ostrzezenia – zakaz skretu w lewo na czerwonym.. Niby kazdy wie.. ale moze zapomnial..

Czego sie nie zrobi aby zmiejszych ilosc wypadkow i uprzedzic ewentualne konsekwencie glupoty niewiedzy i zapomnienia..

Kocham za to Ameryke.. Sa rzeczy w ktorych sprowadza wszystkich obywateli do jednego poziomu...


Shopping

 

Niedziela stała się nudnym dniem lenistwa i odpoczynku. Budzę się zwykle około dziesiątej lub dziewiątej, ale nie mam ochoty podnosić się z łóżka. Otwieram oczy. Zaczynam myśleć o dniu który obudził się o wiele wcześniej niż ja. W końcu powieki same zamykają się i drzemię tak jeszcze przez godzinę mnej wiecej. Dawniej pozwalałam sobie na to, ponieważ rzeczywiście zdarzało mi sie kłaść do łóżka w sobotę nie wcześniej jak o trzeciej nad ranem... Ameryka mnie rozleniwia! Ten nieustajacy czas wakacji dopóki nie znajdzie sie konkretnej pracy. Po miesiącu mam juz dosyć. Dopiero teraz rozumiem co oznacza taki okres bezczynności dla ludzi szukających pracy. to całkowita zmiana nawyków. Powiedziałabym, że nabywa się tabun nowych. Negatywnych! Człowiek staje się tak leniwy i pozbawiony energi! A przeciez ja co najmniej połowę dnia spedzam na pracy dla naszej firmy ineternetowej ktorej biuro mieści się wewnatrz domu. Ale to nie to