Moje drogie dziecko...

 

 

 

1.

Te fotele były tak szalenie wygodne, wygięte odpowiednio do ciała ludzkiego, niby leżanki, wyściełane ciemnoniebieskim materiałem. Gdyby nie chłód przestronnego pomieszczenia Anna byłaby zasnęła w kilka sekund. O dwa fotele dalej w przy samej szybie która oddzielała od przejścia do drugiej hali odpoczywał starszy mężczyzna, poza nim ani w pierwszym ani w drugim rzedzie nie było nikogo. Cisza i spokój. Czasami chrapanie młodzieńca o długich nogach, który wyciągnął się tuż za nią. Powieki opadały ze zmęczenia, powstrzymywała się jeszcze chwilę siłą woli przed zaśnięciem, ale sen był silniejszy. Śniła przez kilka sekund. Kilka sekund wystarczyło aby przyśnic ten dziwaczny sen, którego nie mogła później zapomniec. Za nic. To dziwne. Sny przecież zapomina się tak szybko. Ale nie ten.

Usnęła znów. A przecież przysiadła tu jedynie na chwilę. W oczekiwaniu na niego. A przecież nie chciała już spac i śnic dalszego ciągu tego snu o makabrycznie snujących się wątkach z nią w roli głównej, w roli czarnego charakteru. Znów obudziła się wraz z głośniejszym chrapnięciem mężczyzny śpiącego na leżance za nią. Przykryła się kurtką po sam nos i zaczęła uważnie obserwowac przesuwające się leniwie po pasach startowych samoloty różnych linii lotniczych. Najbliższej szyby British Airways właśnie przyjmował pasażerów na pokład. Szeroki rękaw korytarza szczelnie przylegał do ściany samolotu. Obserwowała nie licząc minut. W pewnym momencie, spanikowana spojrzała na zegarek w komórce. Jeszcze dwadzieścia minut do umówionego spotkania z Faridem. Zawsze była za wcześnie. Nie znosiła się spóźniac i nie tolerowała spóźnialskich. Zawsze wolała być pół godziny wcześniej. W razie nieprzewidzianych okoliczności – tłoku na drodze, zmiany planu odlotów. Mieli oboje całkowicie różne podejście do czasu. On wyluzowany, zawsze wkraczał na peron, wskakiwał do autobusu, przybiegał do bramki lotniczej w ostatniej chwili. Ona nie znosiła stresu przed podróżą, pośpiechu i obaw o spóźnienie, utratę połączenia. Na szczęście od kilku lat już podróżowali niezależnie od siebie. Jeśli podróżowali razem, każde z nich, zabiegane, zajęte własnymi sprawami przybywało na spotkanie przed podróżą samodzielnie. Pamiętała jednak te lata na początku ich związku, gdy ona zawsze wolała podróżowac z nim. W jego towarzystwie. On rezerwował loty i kupował bilety online. W ostatniej chwili. Jego system sprawdzał się, był efektywny. Ceny biletów przez niego zakupionych zawsze były niższe od tych które ona zdołała wyszukac online. Poddała się w końcu. Do dziś on kupował bilety. Jeden email z prosbą i dokładnymi datami. Nie zdarzyło się, aby zapomniał. Wiedziała, że może na niego liczyc. A jednak podróżowanie niezależne było zdrowsze. Przyniosło odpreżenie i spokój umysłu obojgu. Choc ona nie mogła pogodzic się początkowo z myślą o samotności przed i w trakcie podróży, on nie mógł przełknąc myśli o jej samotnych wypadach i niezależności, o wszystkich tych przystojnych podróżujących flirciarzach, których znał jak nikt. Czyż nie należał do tego samego rodzaju – podróżnych uwodzicieli - jak mówiła sama?

Podniosła się. W oddali usłyszała głos kobiecy zapowiadający otwarcie bramki dla lotu do Nowego Jorku. A jego jeszcze nie było. Nie zdążą się zapewne nawet wspólnie napić herbaty. Anna założyła lekki płaszczyk, mały zgrabny plecaczek który zastępował jej torebkę – nawyk od lat, który wpoiła sobie pod wpływem rady jej ulubionego „lekarza od kości". Wciąż słyszała jego uwagi – proszę nie nosić nic na jednym ramieniu. Proszę nosić podkładkę pod prawą stopą. Nie jest pani przecież już dzieckiem. Ile razy można panią strofować, pani Anno! - Kochany stary profesor, który wszystkich bez wyjątku pacjentów traktował jak niesforne dzieci.

Anna skierowała się nieco ociężale w kierunku małej kafejki Nescafe tuż obok sali z wygodnymi leżankami. Lotnisko Heathrow było jej ulubionym. Znała je jak własną kieszeń, dziś jednak czuła się trochę zdezorientowana i zagubiona. Usadowszy się już przy jednym ze stolików, zamówszy kawę z mlekiem, bez cukru, zdała sobie sprawę, że nie ma apaszki. Musiała zostać na leżance. Wróciłą się po nią, pozostawiając na krześle płaszczyk, walizkę na kółkach i torebkę biorac z sobą. Jest! Cienka jedwabna wiśniowa apaszka zsunęłą się pod siedzenie. Wracając do stolika i stygnącej kawy Anna dostrzegła już z odległości kilku kroków machajacego do niej i uśmiechającego się Farida, który stał przy ladzie zamawiając z pewnością również chai, herbatę z mlekiem.

- Witaj kochanie. Źle wyglądasz. Coś nie tak? – przywitał ją czule dotykając jej dłoni. Nigdy nie przyzwyczaiła się do jego azjatyckiej natury i nawyków, które nie pozwolały mu na wyrażenie czułości wśród obcych. Jej, Polce, która już w dzieciństwie przeniosła się do Anglii, przyzwyczajonej do otwartej i przyjaznej kultury europejskiej brakowało pocałunków na powitanie, tych intymnych dotknięć policzka i zapachu jego dezodorantu i after shave, blisko, tuż przy jej twarzy, włosach, ciele. Brytyjskie zimne maniery były jej obce, podobnie jak muzułmański, zdystansowany i chłodny styl bycia, który wyraźnie zaznaczał odmienność płci. To, co akceptowała w środowisku muzułmańskim Pakistanu i krajów arabskich, tego nie potrafiła przyjąć w otoczeniu europejskim. Przeszkadzała jej ta dwulicowość, ta hipokryzja, ta gra, którą grała jako Europejka, żona muzułmanina. A przecież tyle lat już minęło i przyzwyczaiła się do kompromisów, do tajemnic i układów. Akceptowała życie takim jakie jest, nie miała złudzeń. Już nie. Marzeń też już nie miała. Tylko sny.

- Dziś kilkakrotnie śnił mi się ten sam sen. Jakby historia w odcinkach. Obudziłam się o piątej. Gwałtownie. Wtedy po raz pierwszy widziałam tę scenę – siebie samą trzymającą na rękach niemowlę. Zostawiłam je na chwilę. Sekundy mijały jak godziny. Usłyszałam płacz za plecami. Dziecko spadło z łóżka. Pamiętam własne przerażenie. Ten horror. Tę dezorientację. Przytuliłam je do piersi i zaczęło ssać. Dalej nic. Obudziłam się. Wstałam. Bałam się, że jeśli przyłożę jeszcze raz głowę do poduszki sen snuć będzie się dalej. I rzeczywiście. Ale wiesz. Dopiero tu, o tam – wskazała ruchem podbródka, na leżankach, przyśniłam ciąg dalszy. Och, jeszcze bardziej przerażający.

- Jesteś przemęczona. Nie możesz tyle pracować. To ten projekt, który cię wykańcza, stąd te absurdalne sny.

- Dlaczego uważasz że absurdalne? Nie sądzisz że to są jakieś sygnały ze strony mojej podświadomości? Jakieś utajnione, usunięte w cień pragnienia.

- Co masz konkretnie na mysli Anno? – spojrzenie zimne i ostre Farida sprawiło, że Anna postanowiła zmienić temat, żałowała, że opowiedziała mu sen. Och, żałowała, że po raz kolejny poruszyła temat, nad którym dyskusja kończyła się zawsze w ten sam sposób. Oboje wiedzieli, że dotknęli tematu tabu, który już od miesięcy nie pojawiał się w ich rozmowach. Odkąd Anna zrezygnowała z kłótni. Odkąd przyjęła jego warunki kilka lat wcześniej.

- Nic nie mam na myśli. A jak tam dzieci? Zdrowe? Wszystko w porządku? Tak dawno ich nie widziałam.

- Tak tak, wszystko w porządku. Wczoraj odprowadziłem Rabię na samolot do Houston. Będę się z nimi widział za tydzień. Masz może ochotę przyjechać?

- Nie, nie. – Anna spłoszona zastanawiała się jaki powód podać odrzucenia propozycji. Czy nie wiedział, jak trudno było jej utrzymywać dobre relacje z Rabią? Nigdy nie starał się jej zrozumieć. Zawsze tylko zarzucał jej egoizm tymczasem… Eh, znów rozczulała się nad sobą. – Nie wiesz, może innym razem. Czas mam ściśle zaplanowany. Ale dziękuję za propozycję. Pozdrów ją ode mnie. Chodźmy już może. Odprowadzę cię do bramki. Twój lot jest kilkanaście minut przed moim. Już trzeci raz proszą spóźnialskich o zgłoszenie się do odprawy.

- Jeszcze zdążymy. Spokojnie. W każdym razie chciałbym, abyś uważała na siebie. Masz już rezerwację w Days-In. Tu są twoje dane – Farid podał jej kartkę z wydrukiem rezerwacji hotelowej. – O której będziesz dokładnie w Pensacola? Dwudziesta druga dziesięc. Dwa połączenia. Tak mi przykro kochanie, że nie udało mi się załatwic nic lepszego. – Farid wpatrywał się przez dłuższą chwilę w jej bilet. - Zadzwoń do mnie po przylocie. Na komórkę. Jutro zainstaluję linię 212 w biurze. Dopiero jutro. Ja będę w Stanach w samo południe. Dobrze możemy iść – Farid jednym łykiem dopił swoją kawę z mlekiem. Wstał, rozejrzał się i jego wzrok spoczął na widocznym w oddali biurze British Airways. – Wiesz, zajrzyjmy jeszcze na chwilę do Brytyjczyków. Nie ma kolejki. Jestem pewien, że tego sama nie zrobisz po przylocie do USA. Pokaż mi swój bilet. – Farid szybkim ruchem podał oba bilety swój i Anny obsługującej biuro british airways młodej kobiecie w podobnym do stuardessowskiego granatowym uniformie z czerwonym akcentem koszuli i apaszki.

- Oboje państwo zyskują dodatkowe tysiąc punktów. Proszę oto aktualny stan konta w systemie Miles Away. Wkrótce mogą państwo liczyc na darmowy lot. – uśmiechnęła się szeroko obsługująca

- Dziękujemy – oboje skierowali się ku bramce lotu do Nowego Jorku. Stuardzi przyjmowali na pokład kilka ostatnich w kolejce osób. Anna stanęła z dala i spoglądała w milczeniu na Farida, jego sylwetkę postawną wysoką, jego powiększający się z każdym rokiem brzuszek osoby spędzającej wiele godzin przed komputerem. Ostatnio przecież cały swój czas poświęcał otwartej przed trzema laty firmie informatyczno-telekomunikacyjnej, której nowe biura powstawały jak grzyby po deszczu w nowych wciąż lokalizacjach na całym świecie. Coraz rzadziej pojawiał się w szpitalu, który założyli wspólnymi siłami w Karachi. Coraz rzadziej przyjmował pacjentów. Interesowały go jedynie przypadki najtrudniejsze, szczególne. Pozostałe pozstawiał uczniom i kolegom. Nie opuszczał jednak żadnego z sympozjów naukowych i lekarskich. Nie odrzucał żadnego zaproszenia na konferencje medyczne. Jedna z nich odbywała się właśnie w Nowym Jorku. Farid wręczył właśnie jako ostatni bilet stewardessie i zamiast podążyć grzecznie korytarzem na pokład, odwrócił się jeszcze do niej i rzucając kilka słów wyjaśnienia obsłudze ruszył ku Annie.

- Kochanie, uważaj na siebie. Będę za tobą tęsknił i czekał na ciebie w Nowym Jorku. Aha, pamiętaj – tylko Toyota, nie wypożyczaj nic innego. – dotknął delikatnie jej włosów i rąk, dostrzegła błysk czułości i pożądania w jego oczach. Tak lubiła te ciemne oczy, te zmrużone powieki i długie rzęsy uwodziciela. – I love you baby.

- Ja też cię kocham – odpowiedziała przekornie po polsku. – idź już. Czekają.

Została sama. Spoglądała jeszcze przez chwilę na krzątającą się obsługę bramki, na zamknięte już po chwili drzwi, które przed chwilą prowadziły na pokład samolotu do Nowego Jorku. Zapowiadali lot do Pensacola. Spóźniony dziesięć minut. Ruszyła w kierunku swojej bramki myśląc o czekającej ją podróży, o pogodzie w Pensacola. Zapowiadali upalne lato. Floryda przywita ją zapewne słońcem, jak zawsze. Nie pojawiała się tam przecież nigdy porą zimową. Nigdy w pełni lata, gdy upał nie pozwalał opuszczać przez większą część dnia zacienionych ścian domu. Lubiła Alabamę i Floridę wiosną, która przypominała europejskie lato. Ale dlaczego on zawsze musiał być tak zasadniczy i tak… okrutny. Och, jak mogła kochać mężczyznę o tak apodyktycznym charakterze? Ale te jego oczy. I dotyk, delikatny i czuły, intymny. Nie wierzyła, aby jakikolwiek inny mężczyzna mógł być bardziej męski i kobiecy jednocześnie. Androgyn! – zaśmiała się nagle głośno – przednia myśl. Genialna. Mój ukochany androgyn. Dobry temat na książkę. A może powinnam pójść w ślady pani Nydell pisząc Zrozumieć Hindusów! Oh, powstałaby chyba raczej groteska! Pastisz.

 

 

 

2.

Frank obudził się tego ranka wcześniej , otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Była piąta. Za godzinę miał wstac i przygotowac się do wyjścia do pracy. Spojrzał na żonę, która spała odwrócona do niego tyłem. Poruszyła się i przekręciła na wznak. Usłyszał ciche świstanie. Westchnął. Nie lubił odgłosu żoninego chrapania. Mógł dotknąc ją lekko, przyzwyczajona obróciłaby się znów odruchowo na bok. Ten ranek jednak rozpoczął się jakoś inaczej. Nie nie działo się tak jak zwykle. Frank nie wiedział jeszcze na czym polegała jego odmiennośc, postanowił jednak po cichu wstac i ubrac się. Skrzypnęło łóżko. Odwrócił się. Nie. Ona wciąż spała, nie drgnęła nawet na dźwięk jego ruchów i potem szurania w kierunku drzwi kuchennych. Zdjął z krzesła wczorajsze poplamione dżinsy i wczorajszą niezbyt już świeżą koszulę w ciemnozielone kraty i wyszedł. Spodziewał się odnaleźc parę skarpetek w łazience, gdzie zostawił je poprzedniego dnia, aby wyschły po ręcznym przepraniu. Po chwili siedział już przy stole sącząc powoli stygnącą szybko herbatę i wpatrując się otępiale w okno. Słońce stało już dośc wysoko. Co chwila spoglądał na wiszący nad kredensem zegar. Nie było jeszcze szóstej. Dlaczego obudził się wcześniej. Coś się śniło. Tak, to była ona. Znów za nią tęsknił. Minęły już dwa tygodnie odkąd widzieli się po raz ostatni.

Nie był głodny. Nie tknął chleba, nie miał ochoty na mięso. Po chwili gwatłownym ruchem wstał, chwycił kanapki, które przygotowała mu Angelica poprzedniego wieczoru i wyszedł. Trzasnęły cicho drzwi. Stara furgonetka stała przed domem. Wsiadł, odpalił silnik, nastawił ulubioną stację Home country i sięgnął po papierosy. Otwarta paczka zawsze leżała w zagłębieniu obok drążka biegów. Nie palił dużo. Starał się odzwyczaic, dlatego nigdy nie nosił fajek przy sobie. Jeden papieros, w czasie jazdy, to co innego. To uciszało nerwy. Odsuwało natrętne niepotrzebne myśli.

Wyjechał na ulicę, nie zastanawiając się nawet dokąd jedzie. Jak to dokąd? Dokąd mógł jechac, ta droga wiodła go zwykle w stronę Mobile, gdzie znajdował się warsztat Billa. Wiodła go też do niej. Dokąd więc jechał? Skręcił w lewo. Kilometr dwa i ukazac miał się jej dom. Za nim jeszcze kilka kilometrów rozwidlenie. Drogi rozchodziły się i szersza dawała możliwośc wyjścia na międzystanówkę i stamtąd już prosto mknęło się setką do Mobile, do stolicy stanu Alabama. Tam stał nowoczesny garage, w którym pracował. Dostał tę pracę kilka lat temu. Nie mógł narzekać. Nie było to zbyt blisko, potrzebował około godziny aby dojechać na miejsce, ale pensja była odpowiednia i warunki pracy również. No i Bill był równy facet. W radio zabrzmiała właśnie jedna z ulubionych jego melodii. Zaczął towarzyszyc jej gwizdaniem, rozmarzył się i przycisnął mocniej pedał gazu. Dziewięcdziesiąt mil na liczniku. Wokół ani żywej duszy. Za wcześnie. Poczuł nagle ściskanie w żołądku. Kanapki. Miał jednak ochotę na filiżankę mocnej kawy. Tu będą mieli jak zwykle tę aromatyczną kawę. Frank wjechał na parking i wszedł do kafeterii. Niewielu klientów jeszcze o tej godzinie. Dwu znajomych kierowców na prawo, w części dla palących. Po drugiej stronie, w kącie przy oknie jakaś drobna sylwetka blondynki, pochylonej nad stołem. Pusto. Frank zamówił kawę, grzanki i jajecznicę na bekonie. Niewiele myśląc usiadł po przeciwnej stronie dużej sali, tak, że mógł obserwować młodą nieznajomą. Kim była? Nie stąd. W Atmore i okolicach znał przecież niemal wszystkich. Nie odrywała wzroku od kartki, zawzięcie coś pisząc w notatniku. Popijąc kawę drobnymi łykami. Piętnaście minut nie minęło, wezwała kelnerkę, zapłaciła rachunek i złożyła zeszyt gotowa do wyjścia. Miła twarz, regularne rysy. Bardzo ładna kobieta, uroda nietypowa tutaj, jakby nie amerykańska. Była obca. Po chwili już jej nie było. Bill skończył śniadanie zapłacił i wyszedł. Na parkingu obok niego dwa trucki, a w pewnym oddaleniu elegancka terenowa toyota. Land Cruiser, na którego niewielu w tych okolicach było stać. Wiedział, że to jej samochód. Jej sylwetka majaczyła zresztą wewnątrz wozu, schylona. Dlaczego jeszcze nie odjechała? Zastanawiał się co przydarzyc się mogło temu jednemu z nowszych modeli japońskich.

- Dzien dobry. Jak mogę pomóc. Zabrakło pani benzyny? Mam tu cały kanisterek. Mogę wspomóc.

- Nie nie, wie pan. To jest dziwne. Zostawiłam tu wóz przed barem, tak jak zwykle, na hamulcu ręcznym. Wie pan, odruch, zawsze to robię.

- No i?.

- Hamulec nie działa. Nie rozumiem…

- Hmmm. Dziwne. Nowa toyotka, prawda?

- Och, to nie moje auto. Z wypożyczalni. Nie pamiętam roku produkcji ale tak, chyba dość nowe. Jest ubezpieczone. Ale co się mogło stać?

- Wygląda na to, że układ hamulcowy siadł. Mogę zajrzeć?

- Oczywiście proszę. – Frank roześmiał się spoglądając na zdezorientowaną minę Anny – No tak, po prostu zablokowały się pani hamulce. To się rzadko zdarza, musiała pani, przepraszam za bezpośredniość, nadmiernie przy nich manipulować. Sam nie wiem. A jak szybko pani jechała przed postawieniem wozu tu na parkingu?

- Szybko.

- I ten hamulec ręczny… Może zresztą wcześniej coś było nie tak. Proponuję, aby przejechała się pani ze mną do warsztatu. To nie jest daleko. Tam wezwiemy kogoś od nas i ściągną wóz do warsztatu. Wziąłbym tę toyotkę na hol, ale w tym przypadku nie jest to bezpieczne. Ma pani kartę AAA?

- Ale może ja poczekam tutaj. Tak będzie szybciej. Tak, jestem członkiem AAA. Pan dla nich pracuje?

- Tak. Nasz warsztat jest autoryzowanym przez nich punktem napraw.

- Och, świetnie. Jak dobrze, że na pana trafiłam. Cóż, to może zadzwońmy. Nie mam amerykańskiej komórki. Mam kartę.

- Ja mam służbową. Proszę zgłosić – Frank podał jej telefon podając jednocześnie wizytówkę warsztatu, w którym pracował – proszę poprosić aby ściągnęli wóz do nas. Na I-65 Service Road. Mobile. Poczekam z panią aż przyjadą. Nie spieszy mi się. Zaczynam pracę dopiero za godzinę.

- Ah tak. To może wejdźmy jeszcze do baru, stawiam panu kawę za pomoc.

- Dobrze. Chodźmy. – Frank poczuł się nagle trochę niezręcznie, poczuł, że musi jej wytłumaczyć, wyjaśnić

- Przepraszam, ja nie chciałem się narzucać. Muszę coś wyjaśnić. Wie pani, tu jest warsztat autoryzowany AAA w Pensacola, jest ich kilka, a jednak chciałem aby przyjechała pani do nas. Może mi pani zaufać, a tam, nie wiadomo na kogo pani trafi. Różnie bywa prawda? – Frankowi plątały się słowa, i czuł że jego wywód jest coraz mniej logiczny i wiarygodny. Anna uśmiechnęła się dostrzegając jego nieporadność.

- Ależ niech się pan nie tłumaczy! Nawet jeśli mnie pan podrywa, albo miał pan ochotę na chwilę rozmowy z nieznajomą o dziwacznym akcencie, nie wezmę panu tego za złe. Gdyby tak było, nie zaprosiłabym pana na kawę. Cóż, przyznam szczerze, że rzadko zdarza mi się rozmawiać z osobami takimi jak pan. Lubie takie przypadkowe historie. Lubię poznawać nowych ludzi. Nowe typy – niechże się pan nie obrazi – nowe typy osobowe, które pozwalają mi wzbogacić moją galerię postaci, moją wiedzę o ludzkich charakterach. To niezbędne podczas pisania. Och, ma pan taką śmieszną minę. A ja jestem okropna i cyniczna. Przepraszam. Jaka kawa dla pana? – Anna ucięła wywód na widok podchodzącej do stolika kelnerki

- Ja poproszę z ekspresu z mlekiem.

- Dla mnie też mała, z mlekiem. Wracając do tematu samochodu i warsztatu, wiem, że jest warsztat w Pensacola. Mieszkałam tu kiedyś kilka lat temu. Ale i tak miałam zamiar udać się do Mobile. Jest mi to całkowicie na rękę. Mam nadzieję tylko, że naprawa nie potrwa zbyt długo. Mam dziś po południu spotkanie z przyjaciółką. Promuje swoją nową książkę. Tak dawno nie widziałyśmy się. Och, wieki! Po jutrze zaś ruszam do Nowego Jorku. Czy sądzi pan, że dwa dni w warsztacie wystarczą? Mam nadzieję, że mi pan pomoże – Anna spojrzała na niego spod oka, wzrokiem niewinnego dziewczątka, jakim na pewno nie była. Frankowi zrobiło się gorąco. Nigdy nie wiedział jak zachować się wobec kobiety, która przewyższała go sprytem. Przecież nie wyglądała na kokietkę. Była urocza i naturalna. A jednak było w niej coś, co nie pozwalało oderwać wzroku. Zgramna niska szczupła o harmonijnych kształtach, długich rozjaśnianych prostych blond włosach, przypominała te Rosjanki, które poznał kiedyś w barze w Mobile.

- Oczywiście, spróbujemy to załatwić jak najszybciej. Porozmawiam z szefem.

- Dziękuję…

- Frank, przepraszam, nawet się nie przedstawiłem

- Anna, miło mi.

- A więc Frank, pracujesz w Mobile, ale mieszkasz tu, w Atmore?

- O nie, w Pensacola. Miałem tu coś do załatwienia, ale to mało istotne. Załatwię to po południu.

- Rozumiem. Jesteś żonaty?

- Tak. Od wielu lat. Żona ma na imię Angelika. Pracuje w szpitalu. I w przedszkolu, dorywczo. Pomaga przyjaciółce. Angelica uwielbia dzieci.

- Hmm… macie własne?

- Nie.

- My też nie mamy. Nie chcieliśmy.

- Angelika bardzo chciała mieć dziecko, ale są jakieś komplikacje.

- Leczy się?

- Tak, chyba tak. – Anna próbowała wyobrazić sobie postać Angeliki. Nie mieli dzieci. Frank zachowywał się dziwnie. Nie do końca potrafił się zrelaksować w towarzystwie kobiety. Zupełnie jakby kobiety pociągały go, a jednocześnie jakby się ich bał, obawiał. Nie chciał skrzywdzić? Czuł się winny. Czyżby interes który można było załatwić po południu w Atmore był również kobietą? Coś w zachowaniu Franka było aż nazbyt nienaturalne. W sposobie w jaki mówił o Angelice Anna dostrzegała czułość zmieszaną ze smutkiem i rozczarowaniem. Nie, to było coś innego. Rezygnacja. Żal? Poczucie winy? Ile takich par spotkała już w czasach, gdy pracowała dorywczo w szpitalu w Karachi? Niedomówienia, strach rozczarowanie i poczucie winy. Większośc takich związków rozpadała się po kilku latach. Niepłodność była bezwzględnie istotnym powodem rozwodu. Zwłaszcza w Pakistanie.

- Na jak długo pani przyjechała do Stanów? Och, to znaczy. Czy dobrze zrozumiałem, że Państwo tu nie mieszkają?

- Nie, mieszkamy z Faridem w Londynie. Frank, mów mi po imieniu, proszę.

- Dobrze

- Przyjechałam w odwiedziny do przyjaciół, szczególnie do Suzanne, która ma tę promocję. Wspominałam już. Uczestniczyłyśmy kiedyś wspólnie w warsztatach literackich w Atlancie. Emocjonujące doświadczenie. Suzanne wkrótce potem zdołała wydać swoją pierwszą książkę. Zajmuje się też malarstwem i instalacjami. Mnie zawsze najbardziej interesowała kaligrafia. Mimo wszystko jednak są to pokrewne dziedziny sztuki. Ale dosyć. Za dużo mówię o sobie.

- Ależ nie. To ciekawe. Prowadzi pani, prowadzisz Anno zupełnie inne życie, odmienne od mojego. Moje jest monotonne i nudne. Nigdy nie byłem dalej niż w Nowym Jorku.

- Nigdy nie wiadomo, co życie przyniesie. Ja jadę do Nowego Jorku po jutrze. Mąż będzie tam czekał. W tej chwili trwa sympozjum medyczne World Congress of Fertility and Sterility, na które został zaproszony aby wygłosić wykład.

- Przepraszam, ale nie pamiętam imienia męża – Farid?

- Tak, Farid Ahmed. Jest doktorem medycyny. Ginekologiem.

- Tak… Słyszeliśmy o nim z Angeliką, a raczej to ona mówiła mi o nim. Jest specjalistą w swojej dziedzinie, nieprawda?

- W istocie. – Anna zdawała się trochę rozczarowana faktem, że rozmowa zeszła na temat, o którym nie miała ochoty rozmawiać. Była wciąż pod wpływem wczorajszych dyskusji z Suzanne. Nie spały wiele, całą noc spędzając na rozmowach o dawnych czasach, wspomnieniach i planach na przyszłość, o tekstach wydanych i tych, które starały się wydać, o projektach ekspozycji i odczytów.

- Chodźmy Anno, człowiek z serwisu właśnie się pojawił. – Frank pozostawił banknot na stole, płacąc rachunek za obojga, mimo protestów Anny. – To ty jesteś gościem w moim kraju. Ja zapraszam.

- Niech tak będzie. Być może będę jeszcze miała okazję się zrewanżować.

3.

Zmierzch zaskoczył go w połowie drogi do domu. Do Pensacola jeszcze kwadrans, może nieco dłużej. Zaczynało padać. Frank zdjął delikatnie nogę z gazu. Wóz zwolnił do sześćdziesięciu mil na godzinę. Ostatecznie dlaczego miałby się spieszyć. Za późno było na odwiedziny u Jane. Minie kolejny tydzień bez niej, bez jej czułych delikatnych dłoni, bez jej cichego głosu. Mówiła zawsze półtonami, jakby bała się naruszyć ciszę – tak mówiła – ciszy nie należy naruszać. Ciszę trzeba szanować. Godziny spędzone z nią były chwilami odprężenia. Ona nie zadawała pytań. Nie musiał mieć przygotowanego zestawu prawidłowych odpowiedzi przed spotkaniem z nią. Jane była zawsze taka sama. Cicha spokojna, niewidoczna. Może inni nazwaliby ją oportunistką, nudziarą, ale dla niego była istotą kobiecości. Ona powinna nosić imię Angelika. Czy to nie zabawne, że nosiła je jego żona, która i wyglądem i osobowością daleka była od anioła. Jej wysoka postawna sylwetka, jej energiczne ruchy, wyniosły podbródek, wyraźnie rysy twarzy to były znamiona pani domu, gospodyni, która zawsze nieco podniesionym głosem wyrażała opinie, niezaleznie czy tematem była kuchnia polityka czy religia. Łagodność kryła się w odrobinę zbyt okrągłym kształcie twarzy, w jej uśmiechu który unosił niezanacznie górną zmysłową wargę i pokazywał białe piękne zęby, w ciemnych lokach hiszpanki której dziadkowie zamieszkiwali Meksyk. Jej kształty kobiece, w które hojnie wyposażyłą ją natura, tak wyraźnie mówiły, że ta kobieta powinna być matką. Może być matką. A jednak nie mogła. Komplikacje po przejściach gruźliczych pozbawiły ją możliwości zapłodnienia drogą naturalną. Frank nie znał się na tych sprawach. To były jej sprawy. Angelika zawsze sama chodziła z wizytą do lekarza, na badania, testy i konsultacje. Nigdy nie pozwoliła, aby poznał szczegóły jej dolegliwości. Wstydziła się, czy po prostu uważała, jak jej matka i babka, że nie są to sprawy o których dyskutować należy z mężczyzną, skoro problem dotyczy kobiety. Nie potrafił jej jednak wybaczyć tej ciszy, tych dni pełnych ciężkiego milczenia gdy wracałą przygnębiona po jednej z cyklicznych wizyt u ginekologa. Dlaczego nie chciała się zwierzyć. O ileż łatwiej byłoby jej. I jemu. Nie był pewien, a jednak zdawało mu się, że ich małżeństwo stało się tak puste i monotonne w momencie, gdy ona zamknęła się w sobie. Pamiętał ją inną. Była otwarta. Rozmawiali. Dzieliła się z nim swoimi przemyśleniami. Rozmowy z nią pod wieczór, w sypialni, w łóżku, były chwilami na które czekał. Tak niemal jak na seks i zaspokojenie. Kiedyś była prawdziwą Angeliką. Zmieniłą się. Nie pamiętał już kiedy. Zamknęła w sobie. Szczelnie. Nie potrafił jej zrozumieć. Zrezygnował. Czy nie widziała jednak tej pustki pomiędzy nimi dwojgiem? Czy była jakaś szansa na uratowanie tego małżeństwa. Jane nie mówiła ani słowa. A jednak on sam myślał już tyle razy o rozwodzie. Jak mógł ją jednak zostawić? Jak mógł odejść po tylu latach. Kochali się przecież , kiedyś. Jak mógł zapomnieć o tamtych chwilach.

Brent Lane, skręt w lewo. W domu świeciło się tylko jedno światło. Angelika czekała zapewne na niego w kuchni. Wiedział, że będzie czekała z obiadem. Dochodziła dziewiąta. Został dłużej w warsztacie, chcąc przyspieszyć naprawę toyoty. Pozostał jeden dzień. Nie był pewien, czy zdołają dotrzymać obiecanego terminu. Anna chciała wyjechać w środę.

- Witaj kochanie. Nie musiałaś na mnie czekać. Trzeba było takiego łobuza jak ja ukarać zimną kolacją. – Frank podszedł do Angeliki i uśmiechając się żartobliwie pocałował ją w policzek. Odgarnął włosy, i założył za ucho. Niesforne wymykały się jednak i opadały na czoło. Tak lubił zapach jej ciemnych włosów. W dotyku sztywne, niesfornie, chaotycznie splatały się w male wałeczki i opadały wedle własnego widzimisię. Były kwintesencją jej natury. Angelika odsunęła powoli jego dłoń i poprawiła sama niesforny kosmyk.

- Siadaj proszę. Zaraz podam. Jak tam w pracy? – starała się być miła, choć czuł drganie w jej głosie, które równie dobrze mogło być przejawem zmęczenia jak i rozgorycznia, rozżalenia i smutku.

- Dobrze, nie mogłem jednak przyjechać wcześniej. Mamy dodatkowe nieprzewidziane zlecenie. Na po jutrze wóz musi być gotowy. Zostałem dłużej. Podobnie john i Stephan. Jutro będzie tak samo.

- Ah tak. Rozumiem. Przyzwyczaiłam się kochanie. – Frank usłyszał ukrytą zjadliwość w jej głosie.

- Nie musisz być złośliwa Angel. Praca to praca. Nic nie poradzę, sama wiesz.

- Dobrze. Skończmy tę bezsensowną dyskusję i chodźmy spać. Włóż naczynia do zlewu jak zjesz.

- Angeliko. Chodź, usiądź jeszcze na chwilę koło mnie. Mam ci coś do opowiedzenia. – uśmiechnął się tajmniczo i zaczął opowiadać historię spotkania Anny, pomijając chwile wspólnej dyskusji przy kawie i nie wspominając dokładnego miejsca przypadkowego spotkania. Angelika słuchała uważnie. Gdy usłyszała jednak, że Frank nie próbował nawet zagadnąć Annę o długość pobytu jej męża w new yorku oraz możliwość umówienia się na wizytę, oburzyła się i zaczęła skarżyć na jego niezręcznośc, na jego nieporadność.

- Frank, to była wspaniała okazja. Taka może nam się już nie trafić. Ty nic nie wiesz. Ty nie rozumiesz! Dr Farid niemal nie przeprowadza już zabiegów, nie zajmuje się pacjentami. Jeździ tylko na te swoje sympozja, a ja potrzebuję specjalisty i pewnej ręki. – Frankowi zdawało się, że Angelika za chwilę wybuchnie płaczem, zaleje się łzami , ona jednak kontynuowała cała podniecona, wzburzona. – Ja potrzebuję lekarza, który postawi prawidłową diagnozy, a taką myslę tylko on jest w stanie postawić. Ostateczną. Liczę na to, że jutro załatwisz tę sprawę z jego żoną. Och, ale jak mogłeś… Żeby nawet nie zapytać. Nie wspomnieć o mnie.

- Ależ wspomniałem. – Frank zaczynał się denerwować. Dobry humor prysł - Ale szczegóły? Czy kiedykolwiek powiedziałaś mi cokolwiek na temat swojego stanu? Co ja wiem? Co ja wiem? Nic, zero, jestem mało ważny w całej tej sprawie bezpłodności!

- Frank. Nie mów tak. Wiem to moja wina. Próbowałam ci powiedzieć, ale nie potrafię. I jest to dla mnie trudne. Wiesz, słysząc ten ciąg okrutnych diagnoz od lekarzy, to było tak jakby ktoś mówił mi uparcie, wciąż na nowo – ty nie jesteś kobietą. Nie jesteś i nie będziesz. Jesteś ułomna. Niepełnowartościowa. I potem przyjść i powiedzieć to tobie… Nie mogłam. Och Frank, tak bardzo chciałam abyś kochał mnie tak jak dawniej, aby te problemy nic między nami nie zmieniły.

- Angela, myszko, ależ ja kocham cię tak jak dawniej. Ale sekrety w małżenstwie? No, nie wiem. – mówiąc to, czuł się jak największy w świecie hipokryta, podświadomie jednak wiedział, że to właśnie była odpowiednia w tej chwili w kłótni z żoną strategia. W głębi duszy chciał być szczery. W głębi duszy był szczery! Czyż nie desperacja, i jej ciągłe narzekania, jej żale sprawiły że coraz częściej uciekał z domu, szukając ciszy, ciszy i spokoju u boku Jane? Kim była Jane? Och, nie mogła się równać z Angeliką którą kochał od tak dawna, od wieków. Frank ciągnął dalej, opanowawszy zmieszanie, uspokoiwszy nerwy. Przekonywał ją – Angeliko, ale mi się wydaje, że prawda zawsze jest lepsza. Ona łączy. Buduje porozumienie. Nie sądzisz? Angela, nie płacz, no tylko nie to. Proszę. – Frank przesiadł się na sąsiednie krzesło, blisko niej i przysunąwszy do siebie zaczął gładzić jej włosy. – Wiesz. Wszystko jeszcze przed nami. Głowa do góry. Jutro porozmawiam z Anną. Ale muszę to sam rozumieć. Nie chcę wyjść na głupka. Na zimnego drania, który nic nie wie o kobiecych kłopotach żony. – roześmiał się cicho ironiczne i pocałował ją

- Widzisz, to jest tak. – zaczęła – kilka lat temu, przechodziłam bardzo ciężko gruźlicę. Pamiętasz na pewno. Jej skutkiem były moje problemy płodności. Jestem płodna w tym sensie, że moja macica jest gotowa na przyjęcie komórki, moje jajniki funkcjonują i produkują te maleńkie jajeczka, a jednak nasienie, twoje nasienie nie przedostanie się tam. Jajowody są niedrożne. Te kanaliki, którędy plemnik się dostaje do kobiecego ciała.

- Jakie pozostaje rozwiązanie? – Frank miał twarz dziecka, które słucha baśni tysiąca i jednej nocy, maksymalnie skupiona uwaga, szeroko otwarte oczy, całe ciało skierowane w kierunku mówiącej. Angelika poczuła nagły przypływ najcieplejszych uczuć dla tego mężczyzny, który nieporadnie, ale jednak starał się jej pomóc. Próbował.

- Trzeba dokonać bardzo ryzykownego, delikatnego zabiegu, którego szanse powodzenia nie są wielkie, Właściwie nie ma absolutnie żadnej pewności, że się całość powiedzie. Chodzi o to, aby w sposób sztuczny, niejako mechaniczny pobrać moje jajeczko i połączyć je z twoim nasieniem poza moim organizmem. Tam musi dojść do zapłodnienia. W tej probówce, w tych warunkach sztucznych, sztucznie przystosowanych, labolatoryjnych. Potem ten maleńki zarodek wszczepia się wewnątrz mnie, w mojej macicy. Tam musi się on zaadoptować, musi znaleźć swoje ulubione miejsce i tam zacząć się rozwijać. Nie obumrzeć. Musi przeżyć. Musi. To moje pobożne życzenie. Trzydzieści procent pewności! To tak niewiele. Ale to właśnie jest moje pragnienie, mój sen. Oczywiście, nic nie musi się stać. Może nie dojść do adaptacji komórki z nieokreślonych powodów. Cała najdelikatniejsza pod słońcem operacja może zakończyć się fiaskiem.

- Ale, kochanie, jeśli są jakiekolwiek szanse, trzeba podjąć ryzyko. Rozumiem, że ten enigmatyczny doktor Farid, którego tak chwalisz od dawna, jest specjalistą w dziedzinie kobiecej bezpłodności…

- Tak. To prawda. Większość jego pacjentek poczęła i urodziła zdrowe dzieci. Jest znany z „dobrej ręki". Jego diagnozy i rady są zazwyczaj trafne.

- Rozumiem. Pozostaje mi więc stawić jutro czoła Annie i prosić o wizytę u sławnego ginekologa. – Frank wstał i wyciągnął dłoń do Angeliki, która wstała opierając się na jego ramieniu, jakby poczuła się nagle o kilkanaście lat starsza. Czyż nie powinno jej ulżyć? Czy nie powinna się cieszyć, że mąż zrozumiał jej frustracje, jej problemy i żale? Cieszyła się. Była szczęśliwa. A jednoczęśnie była przerażona. Ten moment, na który czekała, wymarzona chwila podjęcia decyzji o rozpoczęciu starań o dziecko była źródłem kolejnych frustracji. Jakże się bała, że ciężko zarobione pieniądze, odkładane od lat nie przyniosą efektów. Bała się porażki. Bezradności i depresji. Skąd jednak ten nagły pesymizm u niej, która była nieustającą optymistką, która tryskała energią niezależnie od okoliczności? Czuła się stara. Taka stara i samotna. Ostatecznie to w jej ciele rozegrać miał się dramat. Ostatni akt decydujący o życiu lub śmierci. Ale dlaczego samotność? Angelika poczuła lekkie dotknięcie dłoni.

- Chodź już kochanie. Głowa do góry. Będzie dobrze. – Pocałował ją w czoło, zgasił światło w kuchni i pociągnął ją do sypialni. Była już dwunasta. Zasiedzieli się oboje. Kilka godzin snu a jutro nowy dzień. Usnęli oboje ledwie przyłożywszy głowy do poduszki, przytuleni do siebie ściśle, ciało przy ciele, kochankowie sprzed lat.

 

 

 

4.

Zapukał do drzwi cicho. Wiedział, że spotkanie trwało już od godziny i trwać miało jeszcze kolejne sześćdziesiąt minut, nie wiedział jednak czy ma dłużej czekać pod drzwiami, czy może wejść do środka zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Umówili się przecież na ósmą. Samochód był gotów. Chciał przekazać Annie nowinę osobiście. Terminy dotrzymane. Wszystko jak w zegarku. Nie tylko toyotka była gotow. I on sam, on Frank także był gotów. Przygotował się należycie do rozmowy z Anną. Chciał jej wszystko wytłumaczyć. Chciał opowiedzieć o żonie, o ich problemach. Chciał, aby zrozumiała. Czy nie była i ona kobietą? Jak trudno było jednak powstrzymać ciekawość. Co też robiły tam te baby, sam na sam z sobą? Feministki. Pisarki. Dyskutowały. Zaśmiewały się. A potem nastawała cisza. Na kilkanaście minut. Nie wytrzymał. Powoli otworzył ciężkie drewniane drzwi z okienkiem chronionym metalową kratką i wsunął nieśmiało głowę. Jedynie głowy dwu siedzących przy stole kobiet, po stronie najbliższej wyjścia skierowały się w jego stronę. Przyłapał roztargniony, pytający wzrok szczupłej blondynki w okularach i na chwilę spuścił oczy. Po chwili szybkim ruchem zdjął swoją czapkę z daszkiem, z którą nie rozstawał się niemal nigdy, i wykonawszy głową niezręczny ruch powitania wsunął do pomieszczenia całe swoje bardzo wysokie szczupłe ciało. W niskiej długiej sali poczuł przypływ nękającej go od dziecka klaustrofobii. Od sufitu dzieliło go nie więcej niż pięć centymetrów. Stał tak bez ruchu kilka sekund, nie wiedziąc, czy powinien wycofac się, czy próbowac przyciągnąc uwagę Anny. Na szczęście jednak po chwili ona sama dostrzegła wysoką niezgrabną sylwetkę Franka. Dała porozumiewawczy ruch ręką pod wpływem którego mężczyzna wycofał się z sali najciszej jak potrafił. Zdawało mu się jednak, że zamknięcie drzwi zabrzmiało zbyt hałaśliwie. Dlaczego zawsze był taki niezgrabny? Nie potrafił kontrolować swoich zbyt długich nóg i zbyt długich rąk. Tak było jednak jedynie w otoczeniu wielu kobiet. Nie czuł się pewnie. Te intelektualistki oceniały go zapewne. Jego powierzchownośći, jego umiejętności intelektualne i fizyczyne. Anna była jedyną pisarką jaką znał. Drugą znaną mu osobiście kobieta, która wykonywała pracę zwaną umysłową. Pierwszą była jego matka. Nauczycielka historii w szkole publicznej. Umiała barwnie opowiadać. Frank uwielbiał w dzieciństwie słuchać jej opowieści. Gdy zmarła nikt nie mógł jej już zastąpić. Bajki i historie czytane suchym głosem ojca były jedynie cieniem tamtych.

- Jestem. Przepraszam za spóźnienie, ale przedłużyło nam się spotkanie. Jak zwykle. Tak. Powinnam była cię uprzedzić. – gwałtowny potok słów, pełen pośpiechu i entuzjazmu przerwał rozmyślania Franka. Anna. A więc koniec?

- To ja przepraszam, powinienem był poczekać na zewnątrz, myślałem jednak, że toyota… że chciałabyś wyjechać dziś jeszcze. Auto jest gotowe. Czeka.

- Świetnie, możemy pojechać odebrać je teraz, ale wyjazd zaplanowałam dopiero na jutro. Jest jeszcze kilka spraw, które chciałabym z koleżankami omówić. Wybieram się również na kolację z Suz. Och, już jest szalenie późno!

- Dochodzi ósma.

- Tak, jedźmy, jedźmy. Gdzie jest twój wóz?

- Tam. Anno… Chciałbym z tobą przez chwilę porozmawiać, jeśli to możliwe.

- Oczywiście, może podczas drogi do warsztatu? Czy coś się stało? – Frank wyczuł zaniepokojenie w głosie Anny. Zdążył już zauważyć, że szybko i łatwo przywiązywała się do ludzi. Była ufna. Być może naiwna? A jednak sympatię wzbudzał sposób w jaki traktowała nowych przyjaciół i znajomych. Była do dyspozycji. Jej oferta pomocy nigdy nie była jedynie słowną deklaracją. Płynęła z serca. Była typem osoby, na którą można liczyć. Frank wiedział że tak właśnie było. Wiedział, że Anna nie będzie chciała ani potrafiła odmówić jego prośbie, choć prawdopodobnie nie od niej zależała ostateczna decyzja o wizycie u słynnego ginekologa. Frank postanowił wyłuszczyć sprawę wprost. Tak było najlepiej. Zresztą nie potrafił mówić inaczej. Po co owijać w bawełnę coś co wymaga jasnej i szybkiej odpowiedzi?

- Anno, moja żona jak wiesz ma problemy ginekologiczne. Wiem, że leczy się już od dłuższego czasu, wszystkie jednak dotychczasowe badania stwierdzają, że nie będzie ona w stanie począć dziecka inaczej niż za pośrednictwem metody probówkowej. Nie znam się na tym. Nie jestem specjalistą. Mam nadzieję, że nie przeinaczam tu faktów. Chodzi jednak o to, aby Angelika uzyskała możliwość widzenia z doktorem Ahmedem. Angelika wierzy, że jest on najlepszym w tej chwili specjalistą i chciałaby, aby on nadzorował przebieg zabiegu. Słowem, Anno, liczymy na twoją pomoc.

- Och…. Rozumiem – Anna spuściła głowę na chwilę, rozważając w myślach sposoby zrealizowania tej prośby, która, jak wiedziała, znacznie komplikowała plany pobytu i podróży jej męża. – Cóż, bardzo chcę wam pomóc, nie mogę jednak powiedzieć jaka będzie ostateczna decyzja mojego męża. Proponuję jednak abyśmy niejako postawili go przed faktem dokonanym. Porozmawiam z nim dziś telefonicznie. Niezależnie jednak od decyzji…. Och, moi drodzy, po prostu jedźcie ze mną do Nowego Jorku. Tak długa podróż będzie przyjemniejsza w towarzystwie, nie mówiąc już o korzyści jaką jest większa ilość kierowców i obecność mechanika samochodowego! – Anna roześmiała się beztrosko i lekko, jak mała dziewczynka. Frank lubił słuchać tego dziwnego śmiechu o wysokich tonach połączonego z nerwowym jakby zachłystywaniem się, śmiechem cichym, o którym świadczył jedynie ruch krtani, nieraz ruch całego delikatnego ciała.

- Rozumiem, że mogę przekazać pomyślną nowinę żonie – Frank wolał się jeszcze upewnić co do ostatecznej decyzji Anny

- Tak tak, bądźcie gotowi jutro rano. Ha! Nie wiem jednak gdzie mieszkasz Franku. Jakie proponujesz rozwiązanie?

- Myślę że możemy się spotkać pod moim warsztatem w Mobile. Nie ma zresztą sensu żebyś jechała do nas. Przy okazji zostawię swój wóz chłopakom do przeglądu. Akurat termin się zbliża.

- Świetnie. Jestesmy wiec umówieni. – zapadła chwila ciszy, która zdała im się nagle obojgu nienaturalna i niewygodna. Anna rzuciła więc pytanie, które rozluźniło dziwne napiętą nagle atmosferę, jakby w powietrzu wisiało coś niedopowiedzianego, coś nienazwanego, co miało się wyjaśnić jednak nieco później – Czy nie uważasz że kobiety są lepszymi kierowcami o mężczyzn? – Frank zaskoczony spojrzał z ironicznym uśmiechem na rozmówczynię.

- Co masz na myśli? To podchwytliwe pytanie?

- Ależ nie – Anna udawała powagę

- Cóż, biorąc pod uwagę męską o wiele lepszą znajomość budowy samochodu, działania maszyny, ich możliwości…

- No właśnie właśnie! – przerwała. Kobiety tych rzeczy nie wiedzą. Z natury rzeczy będą więc próbowały podchodzić do sprawy delikatniej i ostrożniej. Uważam, że kobiety jeżdżą dalece ostrożniej. Mają mniej wypadków.

- Ależ ty pytałaś czy mężczyźni jeżdżą lepiej! Uważam że rzeczywiście to mężczyźni jeżdżą lepiej

- Och, zależy od definicji słowa „lepiej" – droczyła się ona. Dojeżdżali właśnie do warsztatu, przerwać więc musieli ironiczną żartobliwą dyskusję, która pozwoliłą obojgu z przyjemnością pomyśleć o niedalekiej wspólnej wyprawie. Anna wysiadła więc po chwili z wozu i skierowała się w stronę swojej toyoty, która czekała już na nią na parkingu. Odwróciła się jeszcze i wykonała pożegnalny ruch ręką. Wyglądała o dziesięć lat młodziej. Tak. Co najmniej o dziesięć. Mówiła, że ma trzydzieści tymczasem wyglądała na dwudziestolatkę. To spostrzeżenie pojawiło się nagle, jakby teraz dopiero zrozumiał dlaczego tak dobrze czuł się w jej towarzystwie. Nie była nadętą intelektualistką. Nie miała w sobie nic z typowej feministki, tak jak je sobie on, przeciętny obywatel Ameryki wyobrażał. Była urocza, czasami dziecinna. Była sympatyczną babką. Czy nie przypominała mu trochę Jane? Równie złudne było wrażenie, jakie tamta wywierała na mężczyznach przy pierwszym spotkaniu. Naiwna dziecinna kobietka okazywała się osobą upartą, która wiedziała czego chce. To jej milczenie, te tajemnice. Ta cisza. Pozory otwartości a w rzeczywistości skrytość. Może wszystkie kobiety były do siebie odrobinę podobne? Wiedział, że coś wydarzyło się w życiu Jane, a o czym nigdy ona nie chciała opowiadać. Pisała tylko ten swój pamiętnik. I połykała tony książek o miłości, które nazywała harlequinami. To prawda. Co robić można było w salonie fryzjerskim na obrzeżach Atmore, gdzie klienci pojawiali się tak rzadko?

 

 

 

5.

Anna obudziła się przed świtem. Nie spała dobrze tej nocy. Czy było to zdenerwowanie przed daleką podróżą, czy też może tęsknota za nim? Położyły się z Suz bardzo późno, przegadawszy cały wieczór. Tyle spraw było do opowiedzenia, tyle rzeczy do uregulowania. Ich wspólne projekty europejskie, wystawy i promocje nowych tekstów. Suzanne miała pojawić się w Londynie już za kilka tygodni. Do tego czasu Anna zobowiązała się skontaktować z jedną z galerii sztuki nowoczesnej, podpisać kontrakt, ustalić warunki. Ale to nie było to. Nie dlatego męczył ją ciągły ból głowy i bezsenność. Tęsknota za mężem też nie była wystarczającym powodem dla tych zaburzeń zdrowia i psychiki. Tęskniła za nim! Och, jeszcze jak! Przecież w tym miesiącu widzieli się zaledwie kilka razy. Farid spędził kilka tygodni w Pakistanie z Rabią i dziećmi. Przyjechali wszyscy razem do Londynu, zamieszkali u jego rodziny. Annę odwiedził kilkakrotnie. Spędził z nią kilka nocy. Ale cóż, oboje dnie mieli wypełnione pracą. Anna tęskniła za chwilami, gdy pracowała jedynie w domu. Pisała i zajmowała się domem. Była jak sama o sobie mówiła zwykłą kurą domową. Wówczas widywali się z Faridem codziennie. Domowe biuro było dla niego wystarczającym i doskonałym miejscem pracy. Podróżowali razem. Był nierozłączni. Jednak to właśnie bycie razem dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery było przyczyną nieustannych kłótni, których trudno było uniknąć biorąc pod uwagę odmienność ich charakterów, zwyczajów, ambicji. Anna tęskniła za tamtymi czasami. Często powracała do nich myślami. Wzdychała. A jednak wiedziała, że sytuacja, w jakiej znajdowali się obecnie była o wiele lepsza. Farid otworzył biuro niezależne w centrum Londynu. Anna otworzyła własną księgarnię i galerię. Współpracowała z kilkoma wydawnictwami. Rzadko pisała w domu. Gotowała w czasie weekendów. Te spędzali zwykle razem. Z wyjątkiem tych miesiący gdy on wyjeżdżał z kraju. Wówczas ona pracowała dwa razy więcej. Aby zapomnieć o samotności. O tęsknocie, o zazdrości.

Dochodziła piąta. Zbliżał się czas porannej modlitwy. Nie pamiętała dokładnego rozkładu czasowego modlitw, przypuszczała jednak że zbliża się fajr. Cztery godziny snu to nie było wiele. Czuła się tak zmęczona. Dokuczał ból głowy i kości. Była staruszką. W jej wieku trzydziestu dwu lat była już staruszką. Reumatyczne dolegliwości skoliozowatego kręgosłupa dokuczały zwłaszcza w porze deszczowej. Pada. Na pewno padało. Była pewna. W istocie na szybie pojawiły się maleńkie kropelki deszczu. Anna założyła szlafrok, który pożyczyła jej Suzanne i powędrowała do łazienki. Bose stopy chwytały chłód podłogi. Zimno. Gdzie zostawiła klapki? Apartament wypełniało niemrawe jeszcze promienie wschodzącego słońca. Ostre światło w łazience raziło w oczy. Bismillah a rahman i rahim. Anna rozpoczęła rytualne obmycie. Najpierw dłonie do łokci. Każda trzy razy. Usta, przepłukać trzy razy, nos, cała twarz, włosy, szyję, uszy i stopy do kostek. Wszystko obmyte jedynie woda, powoli, trzykrotnie. Po obmyciu było jeszcze zimniej. Prędko, do pokoju. Na dywanie rozłożyć mogła jedynie mały wąski kocyk, który musiał zastąpić matę do modlitwy. Chustka pakistańska, długi pas materiału zakrywała umiejętnie i szczelnie ciało aż do pasa. Widoczna była spod niej nocna koszula długa aż do stóp. Cisza. Dwa rakaty poranne. Kilkakrotne skłony i pochylenia. Pokłon najgłębszy, czterokrotny. Szeptane cicho arabskie słowa chwały i prośby. Kilka długich minut pozostawała jeszcze siedząc na kolanach w postawie kończacej modlitwę. Nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz. Niema prośba. O szczęśliwą podróż. O snu wyjaśnienie. Tego, który prześladował ją od wielu dni. Migawkowo powracał. Nie dawał o sobie zapomnieć. Cóż to za problem, cóż to za zmartwienie, czyich to żalów ona właśnie we śnie musiała być świadkiem. Co miało się wkrótce wydarzyć?

Wiedziała, że już nie zaśnie. Narzuciła więc szlafrok Suzanne. Odnalazła kapcie i skierowała się ku kuchni. Zapach porannej kawy budził i orzeźwiał. Nie stniały poranki bez kawy po turecku, gotowanej w małym dzbanuszku, jaki odnalazł się również w kuchni Suzanne. Sama go jej kiedyś ofiarowała. Nie istniały również poranki bez pisania. To nie był pamiętnik. A jednak niejednokrotnie pamiętnik przypominał. To były zapiski chaotyczne i niespójne ale też nie chodziło w nich o spójność, ale o wylanie na papier wszystkiego, co pojawiało się w jej głowie, która nie w pełni jeszcze opuściła rzeczywistość snu. Chodziło o to, aby wypisać żale, skargi, obawy tuż obok entuzjazmu i optymistych wizji na przyszłość, tak dalece jak sięgał wzrok. A ten bardzo często nie wybiegał dalej niż na podwórze, ogród, ulicę naprzeciwko, albo jeszcze bliżej, dotykał i dostrzegał lodówkę, stół i biurko do pracy. I ten wierny laptop, który miał już tak wiele lat. Anna pisała w ciszy. Pssst, nie zdążyła wyłączyć kawy, która wystąpiła z brzegów czajniczka i zalała kuchenkę. Och, czy nie była do tego przyzwyczajona? Kawa z mlekiem, grzanki z miodem i marmoladą. Ich zapach sprowadził zapewne do kuchni zaspaną Suz.

- Dzien dobry kochanie. Co robisz tu o tak rannej porze? Och, piszesz.

- Nie mogłam spać. Obudziłam się na fajr, więc wstałam. Rzadko się budzę. Zwykle modlę się później, och sama wiesz jakim jestem leniem. Ale tym razem tak widać było zaplanowane. Nie będę się buntować – roześmiała się Anna. Suzanne znała ten ton głosu, ironiczny i prześmiewczy, a w gruncie rzeczy śmiertelnie poważny, wówczas gdy przyjaciółka mówiła o sprawach wiary. Suzanne nie potrafiła jednak zrozumieć fenomenu religijności. Zwłaszcza tego islamskiego, który obwarowany był tyloma zakazami i nakazami. Anna na każde jednak pytanie odpowiedała tylko – nie ma przymusu w religii. – albo – To jest tylko i wyłącznie kwestia twojej wiary. Nie rób czegoś w co nie wierzysz! Popełniasz grzech jeszcze większy. , albo jeszcze – Nie mnie oceniać. Każdy odpowiada za siebie.

I tak było niezależnie od tematu rozmowy, czy chodziło o chustkę, o modlitwę czy pojawianie się w meczecie. Anna posiadała odpowiedzi niezmienne. Tak jak niezmienna była również jej odpowiedź w sprawach pisarstwa – Aby podnieść jakość pisarstwa, aby stać się lepszym, aby wydać, aby odnieść sukces – odpowiedź byłą zawsze tylko jedna, i taką też miała Suzannae, - Po prostu należało pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Pisanie było dobre na wszystko.

- O której wyjeżdżacie? – Suzanne podeszła do kuchenki zamierzając umyć dzbanuszek, którego używała Anna i przygotować sobie kawę. – chcesz dolewkę kawy? Zrobić trochę więcej?

- O nie, dziękuję. Moja jest wyjątkowo mocna. Zresztą zrobię sobie za chwilę herbaty. A ty masz ochotę na grzanki?

- Tak proszę, wrzuć dla mnie kilka.

- Kiedy wyjeżdżamy. Umówiłam się o siódmej przy warsztacie Franka. To pięć minut stąd.

- Rozumiem. Cóż, będę z tobą tęsknić, kochanie. Teraz spotkamy się już dopiero w Europie. Za miesiąc.

- Tak. – Anna zamyśliła się nad swoją kawą i pisaniem. Kilka stron miała za sobą. Zamknęła zeszyt. – Suz, bardzo mi się podoba twój nowy domowy design. Te marokańskie klimaty. Zawsze chciałam pojechać do Maroko. Tunezja też musi być ciekawym miejscem.

- Cieszę się. Kuchnia i salon są skończone. Mam jeszcze kilka pomysłów na sypialnię i pozostałe pokoje. Ale to obejrzysz dopiero w trakcie przyszłej wizyty. Dziura budżetowa chwilowo.

- Hmm, rozumiem. – Anna spoglądała na drobną sylwetkę Suz, gdy ta przygotowywała kawę, która właśnie się zaparzyła. Były do siebie odrobinę podobne. Ona była jednak starsza o jakie dziesięć lat. Blond włosy zawsze skrupulatnie farbowane, szczupłe ciało nastolatki. Jedynie zmarszczki dawały świadectwo wieku. Była wciąż ładna. Czterdziestolatka. Przed kilkoma miesiącami wyszła ponownie za mąż. Szczęśliwa, nareszcie. - Pozdrów ode mnie Johna

- A ty Farida – uśmiechnęła się Suzanne

- Oczywiście. Kochanie, idę wziąć prysznic, zbliża się szósta a ja jestem jeszcze w proszku. – Anna podeszła i pocałowała Suzanne w policzek, figlarnie. Tamta roześmiała się i próbowała przyłożyć przyjaciółce solidnego klapsa. Ona jednak już zdążyła schronic się w łazience. Suz usłyszała jeszcze tylko przytłumioną prośbę o zrobienie herbaty i przykrycie jej spodeczkiem aby nie wystygła. Potem słychać było już tylko szum prysznica.

Anna była przed warsztatem za dziesięć siódma. Frank i Angelika pojawili się punktualnie. Anna wysunęła się z Toyoty. Przymknęła za sobą drzwi nie zamykając i ruszyła w kierunku przybyłych. Frank machnął dłonią na powitanie i zostawiając żonę na parkingu, pojechał w stronę wejścia do warsztatu, zatrzymał się i otworzył bramę z zamiarem pozostawienia auta. Wszystko trwało kilka minut, tymczasem Angelika i Anna ruszyły ku sobie. Angelika energicznie, pochylając się jednocześnie w jedną stronę co krok, w miarę jak szła, ciążyła jej zapewna spora torba na ramieniu. Drugą, większą pozostawiła za sobą. Zabierze ją za chwilę Frank. Angelika. Postawna brunetka, o ciemnych wesołych oczach. Lubiła mówić, lubiła pogaduszki i babskie plotki – westchnęła Anna, oceniając przybyłą z niechęcią. Być może myliła się. Dlaczego już od pierwszych chwil nastawiała się do niej negatywnie? Angelika. Ładne imię. Być może będzie to miła towarzyszka podróży, ostatecznie musi być ktoś, kto będzie chciał podtrzymywać konwersację i nie pozwoli kierowcy na chwile znudzenia znużenia i niebezpiecznego w czasie drogi – snu. Angelika. Zdecydowany uścisk śniadej dłoni o długich palcach i krótkich paznokciach. Anna zauważyła, że tak jak ona sama, żona Franka nie nosiła pierścionków. Anna zakładała je jedynie sporadycznie. W chwilach uroczystych wyjść, spotkań i prezentacji. Na co dzień pierścionki przeszkadzały jej, uciskały delikatną skórę, która miała tendencję do wysuszania, alergii, urazów i ranek. Nie nosiła nawet obrączki. Dlaczego zresztą miałaby to czynić. Nie był to przecież zwyczaj muzułmański, Anna witała zawsze wzruszeniem ramion i uniesieniem zdzwiwionych brwi te pary muzułmańskie które tłumaczyły nieco mętnie – Och, wiesz, sytuacja, europejskie zwyczaje, te spojrzenia mężczyzn… I cóż z tego? Dlaczego czerpać z kultury Europy akurat to, co najmniej wartościowe, najbardziej wątpliwe i dziwaczne? Angelika przyłapała wzrok Anny, w momencie, gdy podawały sobie dłonie. Roześmiała się – Jak inne miały dłonie! Jej śniade duże stwardniałe od pracy, poranione przy pracy w ogrodzie, o krótkich paznokciach, Anny zaś delikatne małe niczym ręce dziecka, małej dziewczynki, miękkie, białe, gładkie o długich paznokciach niewypielęgnowanych jednak niemalowanych, lecz zdrowych ładnych. – Anna towarzyszyła jej śmiechem, a jednak po chwili ujawniła własne myśli. Dziwiła się, jak zupełnie odmienne miały obie spostrzeżenia. Jak uważne i szybkie w ocenie były ich spojrzenia. Anna poczuła odrobinę sympatii dla Angeliki. Wyczuwała wyjątkowo inteligentą bystrą kobietkę. Nie wiedziała jednak jeszcze jak dalece bliska się stanie, wkrótce. Jak dalece ściśle zwiąże los ich powikłane życiorysy.

Po chwili siedzieli już wszyscy troje w toyocie. Torby Franka i Angeliki zapakowane w bagażniku. W samochodzie przez dłuższą chwilę trwała cisza. Anna upewniła się, że wszystkim jest wygodnie, że wszyscy mają zapięte pasy i dość miejsca i włączyła radio. Zabrzmiał blues. Anna spojrzała w lusterku na Franka. Nic nie mogła wyczytać z jego oczu, które zamykały się zmęczone. Powieki opadały leniwie, po chwili już spał. A więc jemu było niewątpliwie wszystko jedno jaki typ muzyki wybierze kierowca. Siedząca obok Angelika nie miała nic przeciwko bluesowi. Mówiły to wyraźnie jej podnoszące się rytm muzyki kolana, wystukująca rytm cicho stopa, palce dłoni które złączone uderzały lekko o kolano.

- Lubisz blues, prawda? – Annie ciążyła mimo wszystko cisza i nieco napięta atmosfera pierwszych chwil znajomości. Należało przełamać lody. Angelika spojrzała na nią z uśmiechem i potakująco skinęła głową.

- Bardzo lubię blues, choć jest jeszcze lepsza stacja, ale nigdy nie pamiętam jej częstotliwości. – roześmiała się głośno, tak że Frank podniósł na chwilę głowę i rozejrzał się zdezorientowanym wzrokiem, po sekundzie jednak znów powrócił do wcześniejszej wygodnej pozycji, głowa oparta o walizę, nos wtulony w brązowy gruby koc podróżny, który Anna zwykła zawsze zabierać ze sobą w każdą dalszą podróż. Angelika kontynuowała – a jednak przyznam, że jestem ogromnie ciekawa, jak brzmi ta wasza muzyka. Musi być ogromnie egzotyczna. Cóż ja zresztą mówię! Dla ciebie egzotyczna może być również muzyka meksykańska, która mi jest bliska, której wspomnienia zachowałam z dzieciństwa do dziś. Ale wasza muzyka jest dla wielu niewątpliwie czystą egzotyką.

- Ale o jaki typ muzyki konkretnie chodzi, Angeliko? – Anna domyślała się, że Angelika mówi o muzyce hinduskiej, udawała jednak nieco złośliwie, że nie wie o co chodzi.

- Hmm, Frank mówił mi, że jesteś Polką z pochodzenia, Anno, ale nie interesuje mnie raczej muzyka polska, bez obrazy, myślę, że jest bliska muzyce europejskiej i amerykańskiej. Czy tak? Mówiłam o muzyce azjatyckiej. Czy interesujesz się może kulturą swojego męża? Miałaś okazję być w Pakistanie? Masz może jakieś kasety z nagraniami muzycznymi? – Angelika zasypała Annę natrętnymi pytaniami, na które ta nagle nie miała już ochoty odpowiadać. Jakże jej towarzyszka była męcząca. Czyż nie mogła zachować ciszy, spać, milczeć, jak jej mąż? Anna była rozdrażniona. Nie umknęło to uwadze Angeliki. Poczuła się być może urażona, a jednak nie powiedziała ani słowa. Zamilkła i w ciszy wpatrywała się już tylko przed siebie, a potem spoglądała na dłonie Anny, które powoli wyjęły kilka kaset ze schowka pod radiem, wybrały jedną z nich i włożyły do odbiornika magnetofonowego. Zabrzmiała muzyka. To nie była żadna z piosenek filmowych, które usłyszeć można było nawet na odpowiednich kanałach amerykańskich, to nie były indian songs, które mixowane sprytnie przez hip hopowców i raperów stawały się przebojami raz jeszcze w innej części świata. Muzyka, którą wybrała Anna była delikatna chwilami, intensywna jednak w tonacji, melodyjna, a jednak rytm i melodyka odmienne były od znanych Angelice.

- Nusrat Fateh Ali Khan – usłyszała Angelika po dłuższej chwili ciszy – tak nazywa się wykonawca. To Pakistańczyk. Tworzy bardzo ciekawą muzykę. Nie sądzisz? – Angelika wciąż czuła się odrobinę obrażona, a jednak z natury optymistka wielkoduszna i wesoła, nie potrafiła długo chować urazy do nikogo. Stwierdziła, że skoro Anna wyciąga do niej dłoń, proponuje rozmowę i zawarcie przyjaźni, nie powinna propozycji odrzucać.

- Tak, podoba mi się. Choć z początku raził mnie trochę ten sposób śpiewania. Wciąż zdaje mi się dziwaczny, ale w miarę słuchania człowiek się przyzwyczaja. – Anna roześmiała się

- Odpowiedź godna wykwalifikowanego dyplomaty.

- Co? Ależ nie, naprawdę mi się podoba. Ja jestem otwarta na wszelkie nowości, na obce kultury. Zawsze chciałam wyjechać gdzieś, podróżować. Europa jest jednak tak daleko. Zapewne nigdy nie będę miała okazji jej odwiedzić. – w głosie Angeliki słychać było rzeczywisty smutek.

- Cóż, faktycznie jest to daleko. A jednak zapraszam cię do Londynu. Jeśli kiedykolwiek będziesz miała okazję wyjechać. Zanocujesz u mnie. Dobrze?

- To miło z twojej strony. Wiesz, osoby naszej klasy i naszego usytuowania bardzo rzadko podróżują. Ale faktycznie, jeśli wygramy kiedyś los na loterii, obiecuję, przyjedziemy! – Angelika potrafiła wszystko obrócić w żart, spojrzeć okiem cynicznego odrobinę optymisty. – Opowiedz mi może jednak coś o Europie, o Anglii, abym nie była nadmiernie zaskoczona w czasie mojej pierwszej wizyty.

- Nie lubisz niespodzianek?

- Hmm.. lubię. A więc opowiedz mi coś o sobie.

- O mnie? Mam trzydzieści dwa lata, jestem z pochodzenia Polką, meżatką, mieszkam na stałe od wielu lat w Londynie, jestem pisarką, dziennikarką po trochu, właścicielką małej pół kawiarenki pół galerii. Co więcej mogę ci powiedzieć? Nie wiem

- Czy jesteś szczęsliwa? – rzuciła bez namysłu Angelika

- Bywam. A ty?

- Bywam – Angelika roześmiała się a Anna zaczęła jej towarzyszyć.

– Przepraszam, ale to pytanie jest trochę retoryczne, a trochę niemądre i bez sensu. Mój mąż zwykł zadawać mi to pytanie średnio raz w tygodniu. Na początku naszej znajomości zawsze mówiłam – tak, potem zaczęłam się zastanawiać, nie było już odpowiedzi odruchowej, była odpowiedź – Bywam, bywam szczęśliwa,- ostatecznie nie dawno, może dwa tygodnie temu powiedziałam, że – Nie. Nie do końca jestem szczęśliwa. – Na co on rzucił tylko – Czyżbyś stawała się coraz bardziej wymagająca? – Odczułam to jako atak, jak agresję. Jak zarzut… Ja chciałam może tylko pożałować wspólnie tamtych chwil, gdy przebywaliśmy ze sobą częściej.

- Rozumiem cię. Wiesz rzeczywiste pytanie powinno brzmieć – Czy czujesz się kobietą spełnioną. Czy masz wszystko czego pragnęłaś jako kobieta? Czy jesteś zaspokojona? Mówię o emocjach, o pragnieniach kobiecych.

- Mówisz o dzieciach prawda? – Anna wyczuwała, że Angelika pragnie rozmawiać o jej własnych problemach kobiecych. O obawach co do zabiegu, leczenia, możliwości poczęcia. Sama jednak nie miała ochoty o tym dyskutować, od tak dawna unikała już tego tematu, stał się on dla niej niejako tematem tabu. Nie znosiła słuchać żalów kobiet na temat ich bezpłodności. Och, dlaczego zgodziła się na tę przeklętą podróż w towarzystwie tych dwojga? Odpowiedź jednak pojawiała się szybko w jej umyśle. Polubiła Franka, polubiła już niemal Angelikę, choć wolała myśleć o nich jako o dwóch niezaleznych osobach, jako para byli w jej umyśle połączeniem nieznośnym. Może było też i tak, że rzeczywiście chciała pomóc. Powracały starutkie, przysypane latami wspomnienia z odległej przeszłości, jej własne obawy związane z niepłodnością. Wypowiedzi lekarzy ginekologów opinie absurdalne specjalistów. Wtedy jednak nie chciała nikogo słuchać. Co obchodziła ją ta nieznośna uczona gadanina. Statystycznie niemal co druga kobieta ma problemy hormonalno-ginekologiczne, wiele par podejmuje zaś wciąż na nowo nieudane próby koncepcji. Ona zaś nigdy dziecka mieć nie będzie, nie dlatego że nie będzie mogła, lecz dlatego że mieć nie będzie chciała!

- Tak. Myślałam o dzieciach. – Angelika przerwała zamyślenie Anny

- A ja nie chcę mieć dzieci. Nigdy nie chciałam. Zgadzamy się oboje pod tym względem. On również uważa, że dziecko zakłóciłoby nasz spokojny tryb życia, wprowadziłoby zmiany których nie chcemy. Problemy troski, konieczność porzucenia pracy, odsunięcia na bok projektów i skoncentrowania się jedynie na nowym przybyłym, poza tym brak czasu dla siebie, na intymność, na brutalnie mówiąc – seks. Nie mam na to ochoty. Może nie jestem do tego stworzona. Może nie posiadam instynktu macierzyńskiego – śmiech Anny zabrzmiał dziwnie nienaturalnie, sztucznie. Angelika nie wiedziała w czym rzecz, mogła jedynie domyślać się, że jest coś, czego nie wie, o czym Anna nie chce mówić. Uważała jednak, że nietaktem jest drążenie tematu i dalsze stawianie pytań. Jeśli jest to dla niej istotne, sama opowie. Wyczuje, że Angelika jest jej przychylna. Sama opowie. Starała się delikatnie zmienić temat. O czym jednak dość neutralnym mogła opowiadać. Aby zagadać tę ciszę.

- Niecały rok temu zaczęłam pracować w przedszkolu. – zaczęła – Nie płacą mi za to wiele. Jest to zresztą przedszkole mojej przyjaciółki. Znamy się od dawna. Ponad dwadzieścia lat będzie. – Anna spojrzała badawczo na mówiącą. Ona przyłapała jej wzrok – Oczywiście. Jestem od ciebie starsza Anno, trzydziesty szósty rok idzie. Moja przyjaciółka ukończyła niedawno szkołę pedagogiczną, postanowiła z pomocą męża otworzyć przedszkole domowe. Dla dzieci muzułmańskich. Uważam, że to genialny pomysł.

- Twoja przyjaciółka jest muzułmanką? – zainteresowała się Anna

- Tak. Dokonała konwersji. Wyszła za mąż za Marokańczyka.

- Ja pytałam tylko czy jest muzułmanką. Dlaczego od razu mówisz mi o jej mężu? Och, dlaczego wszyscy myślą, że jeśli kobieta zmienia wiarę, to od razu musi to być związane z mężczyzną, którego pokochała. Jakbym słyszała mojego ojca! – Angelika otworzyła szeroko oczy widząc Annę tak rozdrażnioną.

- Kochana moja, ja nie chciałam zupełnie ciebie urazić. Wierz mi, przepraszam. Ja się nie będę już odzywać. – nastała sekundowa cisza po czym jednak Angelika ciągnęła temat – Wiesz, ja zupełnie nic nikomu nie zarzucam. Ja wierzę, że wiara jest sprawą indywidualną i każdy podejmuje decyzje samodzielnie, to oportunizm i tchórzostwo i wygodnictwo – przyjęcie wiary męża bez zastanowienia. Anno, ja nie starałam się ciebie atakować. Przecież ja nawet nie wiem czy ty jesteś muzułmanką.

- Jestem muzułmanką. Modlę się. Czytam Koran. Wierzę w Allaha, to znaczy w Boga Jedynego. Być może moja wiara nie jest dość silna, abym była w stanie zaakceptować niektóre inne tezy muzułmańskie. Może nie doszukałam się sama wystarczających powodów w Koranie… dla założenia chustki, dla odrzucenia sztuki, muzyki, dla nieuczestniczenia swobodnego kobiet w życiu społeczeństwa, w życiu profesjonalnym. Och, czyż muzułmanie sami nie są hipokrytami, walcząc ze sztuką i muzyką, a jednocześnie namiętnie słuchając tej swojej często niegustownej kociej muzyki i oglądając bezkrytycznie film z filmem boolywoodzkiej, indyjskiej produkcji? Czyż nie są są hipokrytami do kwadratu jednocześnie uznając noszenie hijabu za sine qua non, dowód wiary, oraz nie dając kobietom możliwości zatrudnienia jeśli one chustkę tę rzeczywiście na co dzień noszą.

- Nie wiem o tym wiele Anno… - Angelika ostrożnie wolała wycofać się od odpowiedzi, nie będąc pewna czy tamta znów jej nie zaatakuje. Coś było na rzeczy. Coś było nie tak z tą Anną. Jakiś sekret, jakiś problem. Angelika nie wiedziała jednak jeszcze co takiego kryła w sobie ta dziwna kobieta.

- Nie wiesz. Ja jednak wiem. Wiem jak to jest. Jak trudno jest obronić się przed krytyką. Jak zaciekle trzeba walczyć o swoje prawa w małżeństwie z muzułmaninem. Moja konwersja nastąpiła dopiero po dwu latach od momentu poznania islamu, poznania mojego obecnego męża. To nieprawda, że kobieta nie odczuwa presji z jego strony. Najważniejsze jednak to być pewnym swoich przekonań. Tymczasem jest to trudne. Zwłascza jeśli on ma silną osobowość. Tak silną osobowość… I tę swoją wersję islamu, z którą się nie zgadzam. – Anna zdawała się mówić już jedynie do siebie. Zamyślona, opadły emocje, była już tylko nieco zrezygnowana i zamyślona. Spoglądała już tylko gdzieś tam przed siebie, trochę niewidzącym wzrokiem. Nagle odróciła jednak głowę w kierunku Angeliki i zapytała czy ta nie chciałaby poprowadzić auta. Angelika odmówiła tłumacząc się niezręcznie. W istocie, Anna przypomniała sobie teraz co mówił Frank o umiejętnościach kierowcy swojej żony – ona boi się autostrady. Jest niedzielnym kierowcą. Kurs zaliczyła śpiewająco, a jednak boi się prowadzić. Dlaczego bała się?

- Czy miałaś kiedyś wypadek Angeliko?

- Nie… - wahanie w jej głosie – Nie, ale widziałam kiedyś kraksę na autostradzie. Kilkanaście samochodów, tir, który wpadł w poślizg i wywrócił się na bok, kilkadziesiąt osób rannych. Jestem pielęgniarką. Próbowałam wtedy pomóc, to było zaraz po wypadku. Było tam dwoje dzieci. Jedno zmarło po kilkunastu minutach. Drugie było poważnie ranne. Nie mogę tego opowiadać. Nie chcę. Ale widzę wciąż to dziecko. I pochyloną nad nim matkę.

- Rozumiem. Rozumiem teraz skąd twoje obawy w czasie prowadzenia wozu. Ale trzeba się przełamać. Czy chcesz abym ci pomogła? Możesz chwilę poprowadzić. Wiem co czujesz, ja przeżyłam kiedyś wypadek. Miałam podobne fobie i obawy. A jednak przemogłam się. Życie toczy się dalej. Nie można się wycofywać. To my kontrolujemy zycie, nie ono nas. Czyż nie? – Anna uśmiechnęła się ciepło. Zupełnie jakby nie pamiętała już swojego podniecenia i rozgoryczenia, i dyskusji sprzed chwili. Obie posiadały tę cenną umiejętność – szybkiego zapominania urazów, wybaczania. Ochłonąć. Szybko. Nie pamiętać o kłótni. Życie toczy się dalej.

Anna zatrzymała się na poboczu. Frank nawet nie otworzył oczu, spał głęboko. Angelika zajęła miejsce kierowcy. Ruszyła spokojnie i pewnie. Anna uśmiechała sie obserwując towarzyszkę na siedzeniu obok. Rzuciła jej jeszcze krótki komplement. Była przecież świetnym kierowcą. Spokojnym i rozsądnym. Pewnie trzymała kierownicę i niemal niewidoczne było nerwowe drganie dłoni w momencie gdy mijały ich wielkie tiry. Anna przekręciła gałkę radia, które wcześniej jedna z nich przyciszyłą maksymalnie. Zabrzmiał znów blues. Uspokajał i kołysał. Nagle pośród muzyki milczenie nie zdawało się być już aż tak trudne do zniesienia, ciężkie. Pierwsze lody zostały przełamane.

 

 

 

6.

- Jak masz na imię? Nie odpowiadasz. Znów. Nie czuję twojej obecności. Nic poza świadomością, że tam wciąż jesteś. Jesteś w moim śnie. Ale dlaczego tak przerażająco? Śnisz mi się co noc. Odkąd przyjechałam tu, jesteś. Przychodzisz do mnie we śnie i słyszę twój bezradny płacz. Nie potrafię cię ukoić. Nie wiem jak. Jestem matką pozbawioną instynktu macierzyńskiego. Jestem okrutna i nieczuła. A ty płaczesz. Nie mówisz nic. Nie potrafisz mówić.

- Mamo

- Co kochanie

- Gdzie jesteś mamo?

- Gdzie jesteś moje dziecko? Dlaczego nie widzę cię? Zamykam się w ramionach ale mam wrażenie, że chwytam jedynie pustkę. Nie ma cię.

- Jestem mamo

- Nie. Jesteś zjawą. Jesteś projekcją moich pragnień, niczym więcej. Jesteś wytworem mojej wyobraźni. Jesteś wyrazem moich obaw. Niczym więcej. Dlatego tracę cię za każdym razem gdy odchodzisz, gdy znikasz, gdy odnajduję cię znów gdzieś opuszczone na progu smierci, płaczące na cały głos.

- Ja nie odchodzę mamo, to ty zapominasz o mnie. Chcesz zapomnieć, tak jest wygodniej. Ale ja żyję wciąż w twoim ciele. Czekam, abyś dała mi prawo do życia.

Anna zastygła z palcami ponad klawiaturą. Co robiła tu o tej porannej znów porze. Od kilku dni budziła się równo o piątej. Budził ją ten sen. Dziś jednak wstała, jeszcze śpiąc niemal, bez kawy i modlitwy siadła do komputera i wstukała tekst, który utkwił jej w głowie. Tekst, który wysnuł się we śnie. Ta rozmowa dziwaczna. Te zbyt dojrzałe uwagi dziecięce były być może rozmową sam na sam z sobą. Nie wiedziała. A jednak czuła, że musi to zapisać. Cynicznie rzecz oceniając był to ciekawy kawałek dramatyczny, z którego mogła się jeszcze kiedyś ciekawa książka narodzić. Kobieca, jak mówiono o jej pisarstwie. Niech tam, kobieca. Żachnęła się nagle w myslach – zupełnie jakby problemy potomstwa nie były również problemami mężczyzn! Czy miała powrócić do łóżka? Było jej zimno. Ten hotel, w którym zatrzymali się na noc z Frankiem i Angeliką był dość tani, mało przyjemny, prosty. Było jej zimno. Wstała i skierowala się do łazienki. Należało jednak wykonać poranną modlitwę. Świtało.

Anna podeszła do okna i wpatrywała się w pierwsze promienie wschodzącego słońca. Na szczęście wschodziło i kończyła się noc, która wydawała jej się tak długa. Niemal nie spała. Męczyła ją bezsenność. Męczyła samotność. Dzwoniła dwukrotnie poprzedniego wieczora do Farida zawsze jednak zastawała sekretarkę automatyczną. Nagrała raz prośbę o telefon zwrotny. Cisza jednak. Anna wiedziała, że Farid zwykł włóczyć się do późna z przyjaciółmi po mieście podczas tych samotnych podróży, meetingów, konferencji naukowych. Dzwoniła raz jeszcze, po dwunastej. Tym razem udało się. Usłyszała zmęczony głos Farida. Zapewne dopiero się położył. Zaczęła go przepraszać za późną porę i wyrzucać mu, że nie odbiera cały wieczór telefonów. Farid zdawał się nie słuchać jej uważnie.

- Jesteś tam kochanie? – zapytała podejrzliwie

- Hmm

- Mam wrażenie, że przysypiasz przy słuchawce.

- Hmm, to prawda, jestem już w łóżku.

- Ja też, ale źle się czuję. Miałam ochotę porozmawiać.

- Co się stało

- Nic się właściwie nie stało. Po prostu mam jakiś psychiczny kryzys i tęsknię za tobą.

- Ja też za tobą bardzo tęsknię.

- Hmm… Farid, mam nadzieję, że nie zapomniałeś o moim wcześniejszym telefonie i mojej prośbie. Wiozę ci pacjentkę. Wiesz, to jest naprawdę bardzo ciekawy przypadek.

- Jaką pacjentkę? – Farid teraz dopiero przemówił nieco przytomniejszym głosem. – O czym ty mówisz?

- Żona Franka, który pomógł w sprawie samochodu, Angelika, ta Meksykanka, mówiłam ci. Naprawdę nic nie pamiętasz? Och, dobrze, zadzwonię do ciebie jutro, jak będziesz przytomniejszy i mniej zmęczony.

- Nie nie, dobrze, już pamiętam. Zobaczymy na miejscu. Muszę przejrzeć kalendarz.

- Kochanie, ale my już jesteśmy w drodze! – Anna zaczynała się denerwować

- Rozumiem, nie ma sprawy. Coś wymyślę. Nie martw się kochanie. I nie prychaj mi w telefon. Dobrze, wiem że uwielbiasz pomagać ludziom, ale dlaczego moim kosztem?

- Farid! Dwukrotnie się ciebie pytałam zanim wyjechaliśmy!

- Tak. Dobrze więc. To moja wina. Okay, przyjmę tę twoją przyjaciółkę. Dobrze już? Szczęśliwa?

- Jesteś nieznośny. Jak ja cię czasem nie znoszę. Potwór – Anna była niepocieszona. Zdenerwowanie nie przechodziło, a samotność wciąż doskwierała

- Kochanie, nie chciałem cię zdenerwować. Kocham cię, okay? Połóż się spać. No już. Weź jakieś proszki na sen. Jak zamierzasz jutro prowadzić?

- Poproszę Franka.

- Ach Franka… Interesujące. Czy jest przystojny?

- Przestań. Jest żonaty!

- Ja też. Jakoś ci to nie przeszkadzało.

- Nie wiesz czy mi przeszkadzało czy nie. Kochałam cię! Jak możesz być taki nieznośny! Frank ma również kochankę, tak sądzę. Wy faceci jesteście wszyscy do siebie podobni. Mam was dosyć. Dobranoc. Idę spać.

- Dobranoc. Ale nie złość się już. Bardzo cię kocham. Uwierz mi chciałbym być teraz przy tobie i przytulić cię. Wierzysz mi?

- Tak.

- Całusy. Kładź się. Przyjdę do ciebie we śnie – Anna usłyszała jeszcze ciepły śmiech Farida i potem już tylko ciągły ton w słuchawce. Rozłączył się. Westchnęła i położyła się spać. Ale nie spała dobrze. Budziła się wielokrotnie. W końcu wstała.

Już nowy dzień. Kolejny dzień, a przed nią długa podróż. Wkrótce jednak miała spotkać się z mężem, spędzą kilka dni w Nowym Jorku, a potem kilka miesięcy wspólnie w Londynie. Anna planowała również wspólne wakacje w południowej Ameryce. Brazylia? Meksyk? Och, nie mogła się już doczekać. Wiedziała, że oboje zabiorą ze sobą swoją pracę w postaci przenośnych komputerów. Żadne z nich nie mogło żyć bez laptopa, ona bez pisania, on bez internetu. A jednak to miał być wspólnie spędzony czas. Tylko we dwoje.

 

 

 

7.

Anna nie czuła się dobrze. Zgodnie z planem z poprzedniego wieczoru poprosiła Franka aby prowadził wóz, przynajmniej przez kilka godzin, podczas gdy ona prześpi się i odpocznie. Miała zawroty głowy. Przytulała głowę do siedzenia, zakrywała się kocem po sam nos, przymykała oczy, ale wciąż nie mogła odegnać upartego niepokojącego snu. Przywołała Brazylię. Plaże Rio de Janeiro. Bossa novę. Słońce. Przysnęła na chwilę, zdawało jej się. Obudził ją dopiero po kilku godzinach dźwięk muzyki. Otworzyła oczy i napotkała wzrok Franka. Przepraszał. Chciał wyłączyć. Tłumaczył się sennością i zmęczeniem. Muzyka nie pozwalała zasnąć. Anna podniosła się i wyprostowała na siedzeniu. Bół głowy i zawroty minęły. Zarządziła zmianę miejsc i po chwili znalazła się już za kółkiem. Przygłosiła muzykę. Przyciszyła ją jednak już po kilku minutach widząc że Frank przymierza się do snu. Samochodowa sztafeta śpiączkowa – pomyślała Anna i uśmiechnęła się w duchu na myśl o dziwacznej zbitce słownej jaką wyprodukował jej umysł. Wypoczęta śledziła uważnie przesuwające się poza ogrodzeniem ochronnym autostrady krajobrazy. Wyżyny. Zieleń, żółć, zieleń żółć. Uwielbiała to. Połykać świat – tak to nazywała. Połykaniem świata była każda bliższa lub dalsza przejażdżka, niezależnie od środka lokomocji. Chodziło o ruch. Przemieszczanie się. Ruchome obrazy układające się w pasmo, w ścieżkę filmową. Muzyka płynęła nienatrętnie. Wciąż blues. Bardziej lub mniej blue. Mniej lub bardziej smętny. Przesunęła o kilka kresek. Rock. Nie. Cofnięcie gałki. Jednak znów blues. Poczuła lekkie dotknięcie dłoni na ramieniu z tyłu.

- Tak Angeliko?

- Anno, powiedz mi jak to jest – Angelika zaczęła frazę po czym zacięła się, niepewna

- Mów dalej, słucham

- … Jak to jest stać się kimś innym. Jak to jest zmienić skórę, zrzucić starą, zaakceptować nową? Opowiedz mi o swojej konwersji, proszę. Jeśli to zbyt intymne, zrozumiem. Ale wiesz, zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafią z taką odwagą i determinacją podchodzić do życia. Ot tak, jednym posunięciem zmienić stronę w grze, jednym ruchem zatrzasnąć za sobą drzwi, odciąć się od przeszłości. Ot tak! – Angelika zamilkła oczekując odpowiedzi towarzyszki. Po chwili jednak przysunęła całe ciało bliżej w kierunku Anny, odchyliła się z siedzenia i szepcąc je niemal do ucha powiedziała - Nie musisz nic mówić jeśli nie chcesz. Ale wiesz, ja chciałam ci się tylko zwierzyć, że i ja…, i ja byłam bliska tej decyzji. Chciałam zacząć nowe życie, ale stchórzyłam. Tak, uważam się za tchórza.

- Och, przestań! Co ty opowiadasz, Angeliko? Nie jesteś tchórzem, a sprawą naturalną jest rozważenie wszystkich za i przeciw w sprawie tak istotnej jak religia. Powiem ci, dobrze, powiem, skoro chcesz znać moje zdanie na ten temat, skoro chcesz poznać moje uczucia i wrażenia w tamtej chwili. Otóż najsilniejszym i najbardziej przejmującym uczuciem po konwersji jest uczucie dezorientacji. Tak. DESORIENTACJI. Nie słuchaj bzdur, jakie opowiadają ci neofici o tej pewności, która pojawia się jakby z niebios. O tej radości i spokoju, który podobno ogarnia konwertów. Rzeczywiście pierwsze chwile to ekstaza, ekscytacja, radość. Potem jednak zaczyna się monotonia życia i najbardziej dojmującym uczuciem jest ciągły niedosyt, brak dostatecznej wiedzy, brak podstawowych nawyków, które oni, szczęsliwie urodzeni w islamie nabywali przez lata. Każdy krok osoby po konwersji wypełniony jest obawą – Czy moja postawa jest dostatecznie muzułmańska? Każda decyzja obarczona jest świadomością, że wszyscy wokół oceniają mnie muzułmanina, mnie, moje czyny, moją nową religię, islam. Obok dezorientacji pojawia się też zaniepokojenie – Czy moje świadectwo jest wystarczające, ale przede wszystkim – czy jest ono dobre czy złe? Im więcej zaś myślisz o tym, że otoczenie, twoi najbliżsi, twoi przyjaciele obserwują cię i oceniają, tym więcej popełniasz błedów. Cała sytuacja przypominała zaklęty krąg. Szereg obsesji. Wówczas zrozumiałam, dlaczego każda przemiana dokonywać powinna się w ciszy i samotności, z dala od krytycznych spojrzeń. Z dala od spojrzeń. Kropka. Każda przemiana jest przecież stopniowa. Radykalizm powoduje jedynie, że pewne etapy przeskakujemy w pośpiechu, uznajemy za jasne i oczywiste to, co w rzeczywistości takie nie jest. I czym prędzej te połknięte pigułki, elementy wiedzy i wiary, później odrzucamy, nieprzemyślane nieprzetrawione, narzucone nam przez innych i zaakceptowane przez nas jak gotowce, szablony myślowe. – Anna umilkła nagle. Oddychała jeszcze głęboko i szybko, po tak długim monologu pełnym wzburzenia i podniecenia. Angelika nie odzywała się przez dłuższą chwilę, spoglądając tylko w zamysleniu na zaciśnięte nerwowo na kierownicy dłonie kobiece. W pewnym momencie, podczas gdy Anna wyrzucała z siebie potok mknących, trudnych do doścignięcia myślą słów, Angelika zaczęła się obawiać, że kobiecy kierowca nie zapanuje nad kierownicą. Anna palce jednej dłoni trzymała na pokrytym ozdobną skórą kółku, palcami zaś drugiej gestykulowała namiętnie i dobitnie. Ruch dłoni to uderzającej o kierownicę, to unoszącej się ku górze, ku szybie, ku Angelice za jej plecami, był niczym taneczny ruch hiszpanki z kastanietami w dłoni. Podkreślał emocje. Towarzyszył im krok w krok. Pas de deux, zmiana, raz dwa trzy czteeery. Walc, tango, polka. Angelika wciąż milczała. Anna z wzrokiem utkwionym w dalekim punkcie na wprost siebie, zdawała się być nieobecna duchem. Nagle, cicho, tak, że Angelika ledwie w połowie zdania zrozumiała, o czym tamta mówiła, kończyła urwane w pół myśli.

- … ale poczucie siły wewnętrznej, determinacji i zdecydowania i woli, jest wszechogarniające. Niepowtarzalne wspomnienie. Metamorfoza, która otwiera nam oczy, szeroko tak, że aż boleśnie. I ogarniamy wzrokiem wzystkie rzeczy na raz, wszystkie rzeczywistoście nasze i cudze, przeszłość naszą i przyszłość, realność, którą zdawałoby się utraciliśmy, i tę , w którą wstępujemy, której stajemy się częścią. Jak dziecko każda rzecz interesuje na nowo, pociąga. Chcemy połknąć wszystko jednym haustem. Biec we wszystkich kierunkach na raz. Potrzeba drogowskazów. Nauczycieli.

- Co dokładnie masz na myśli? – odważyła się wtrącić Angelika – Koran? Uczeni? Książki? Znajomi muzułmanie?

- Nie patrz na muzułmanów bo sprowadzą cię na manowce.

- A więc?

- Koran. Przede wszystkim.

W tej chwili Anna wykonała dość gwałtowny skręt w prawo. Angelika przeczytała ponad szosą napis Zjazd nr 27.

- Mało brakowało a minęłabym ten zjazd. Baltimore. Jedziemy w kierunku Baltimore? Angeliko, wyciągnij tę mapę yahoo i sprawdź, czy dobrze pamiętałam numer zjazdu. Baltimore. Hmm, nigdy nie byłam w Baltimore. – Anna znów zdawała się pogrążać we własnych myślach. Angelika miała jednak wielką ochotę ciągnąć rozpoczętą pasjonującą dla niej dyskusję.

- Wiesz Anno, to wszystko co usłyszałam od ciebie jest w istocie dość przerażające. Radykalna zmiana o wielkich konsekwencjach. To nie brzmi zachęcająco.

- Ależ to jest poważna decyzja. Nikt nikogo do niczego nie zachęca. Ani nie przymusza. Nie ma przymusu w religii. Ale nie czarujmy się. Nie jest lekko. Nie mam zresztą szacunku dla chorągiewek, natomiast czuję respekt dla osób, które nawet w związkach mieszanych pozostają przy własnym wyznaniu i potrafią taką decyzję rozsadnie obronić.

- Dobrze. A teraz powiem ci to, co staram się powiedzieć ci od kilka godzin, ale nie mam śmiałości – Angelika zrobiła głęboki wdech i kontynuowała po chwili – Podjęłam decyzję o konwersji dwa lata temu. Poznałam muzułmanów. Przeczytałam Koran. Poznałam osobiście imama w meczecie w Pensacola oraz jego żonę, rozpoczęłam pracę w przedszkolu muzułmańskim. Postępowałam dokładnie tak jak powiedziałaś – zanalizowałam za i przeciw. I… myślę, ze zbyt wiele mam do stracenia. Jedną z podstawowych, cennych dla mnie spraw jest moje małżeństwo z mężczyzną, który nie jest muzułmaninem. Nie wierzę, aby potrafił zrozumieć moją decyzję.

- A próbowałaś uwierzyć? – strzał był celny. Angelika zamilkła. Żadna z nich nie odezwała się. Anna przygłosiła muzykę. Nudził ją już blues. Rock. Jest. A może wiadomości? NPR. Lubiła tę niezależną stację. Niekonwencjonalne poglądy, dalekie od ogólnie-ogłupiającego tonu CNN. Miała poczucie jednak, że dyskusja nie jest skończona. Była jeszcze jedna rzecz, którą chciała wyjaśnić w obecności Angeliki. Po co? Nie wiedziała. Działała pod wpływem impulsu, ale wiedziała że to musi być powiedziane. Dla jej dobra. Może zresztą była to jej własna potrzeba wyznań i zwierzeń.

- Angeliko, jest jeszcze coś, co chciałam ci powiedzieć. Wybór islamu, to nie tylko wybór ścieżki klarownej i jasnej, bo Bóg jest jeden i brak komplikacji takich jak trójjedyność osób boskich. To także akceptacja pewnych spraw, które dla europejczyka i w twoim przypadku amerykanina, mogą być niezrozumiałe i niewygodne.

- o czym mówisz?

- o czym? Mówię na przykład o poligamii. Mówię o tym, że mężczyzna ma prawo żenić się nawet czterokrotnie. I posiadać nawet cztery żony, jednocześnie. Częściej spotykany wariant to taki jak nasz, trójkątny. Nasz drogi doktor Farid posiada dwie żony. – Annę ogarnęło nieodparte pragnienie śmiechu na widok niemądrej, zdziwionej miny Angeliki. – No dobrze, koniec tych pogaduszek. Posłuchajmy teraz NPR, może opowiedzą coś niecoś bardziej rozsądnego. – mówiła, wciąż tłumiąc śmiech, tak aby nie budzić siedzącego na siedzeniu obok Franka, który właśnie poruszył się, otworzył na chwilę oczy i odwrócić głowę w stronę okna. Anna zastanawiała się, czy istotnie spał, czy też drzemał jednocześnie przysłuchując się ich dyskusji.

Ściemniło się nagle jakby za chwilę miała rozpętać się burza. Chmury zasnuły niebo, nie spadła jednak ani jednak kropla. Sklepienie pozostało jednak ciemne i niskie ponad maską samochodu, tak że żadne z nich nie zauważyło kiedy zapadać zaczął zmierzch. Angelika znów zaczęłą narzekać na ból głowy i senność. Siedziała milcząca wsłuchując się w głos radia z odrobinę znudzoną miną. Anna też nie miała już ochoty na dyskusje. Pozwoliła Frankowi poprowadzić wóz po raz kolejny, dała mapę do ręki i rozpiski trasy wydrukowane z map oferowanych przez portal yahoo. Te nigdy nie były poprawne, prowadziły na manowce i Anna o tym doskonale wiedziała, a jednak postępowanie za ich wskazówkami było prostsze niż śledzenie mapy drogowej poszczególnych stanów. Anna ufając Frankowemu wyczuciu specjalisty od samochodów i dróg, ułożyła się wygodniej na siedzeniu, okryła kocem i przysnęła. Obudziło ją poczucie bezruchu i ciszy. Nie słyszała szumu silnika. Podsniosła się na siedzeniu i rozejrzała. Samochód stał na stacji benzynowej a Frank tankował bezołowiówkę. Anna wysunęła się niechętnie spod koca i lekko przymykając drzwi aby nie obudzić Angeliki opuściła samochód.

- Frank, ja zapłacę tym razem. Wczoraj fundowałeś cały bak. Rozumiem wdzięczność, ale bez przesady. Zachowaj pieniądze na Nowy Jork, będą potrzebne. - Frank pokiwał głową na znak zgody. Rzucił jednak za Anną która skierowała się stronę sklepu i kasy

- Może mogę ci chociaż postawić kawę? – Anna odwróciła się i uśmiechnęła.

- Znowu? Powtarzasz ten sam stary numer, mój drogi. - Spoglądała na wysoką zabawną sylwetkę, w chwili gdy truchtem rzucił się w jej kierunku. Był zabawny. Jak duże dziecko, jak wszyscy faceci. Czyżby próbował z nią flirtować? Jest chyba na miłość boską jakiś limit jeśli chodzi o jednocześnie rozgrywające się awantury miłosne. Żachnęła się w myślach i pozwoliła sobie kupić nie tylko kawę ale i ciastko i ulubione jej sezamki. Stanęli przy wysokim stoliku i na stojąco pociągali on nieskończenie wolno przez słomkę, colę, Anna swoją cafe latte, obok stała cappucino przykryta dla ochrony przykrywką. Czekała na Angelikę. Frank wpatrywał się nieruchomo w swoje dłonie. W bąbelki coca coli, z której zdjął przykrywkę. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Odgłos wysysanych resztek napoju z dnia papierowego kubka sprawiły, że Anna podniosła oczy sponad swojej kawy i rzuciła Frankowi zniesmaczone spojrzenie. On roześmiał się złośliwie, łobuzersko.

- Wiedziałem, że jesteś panienką z dobrego domu o nienagannych manierach. Zimna poprawna Angielka.

- Ty za to jesteś draniem. Wybacz Frank, ale nie wiem do czego zmierzasz, ani czego ode mnie oczekujesz. Zdajesz się czasami tak delikatnym i miłym facetem, niemal nieśmiałym, chwilami zaś wstępuje w ciebie szatan. Zastanawiam się która z tych osób jest prawdziwa.

- Nie wiem, to ty znasz się na ludziach, a nawet potrafisz ich stwarzać w tych swoich powieściach. Ja jestem prosty facet. Prostak jestem – jego głos wciąż brzmiał nieznośnie złośliwie i prowokująco. Co w niego wstąpiło, Anna zdawała się nie poznawać człowieka, którego poznała kilka dni temu. Być może nawet zaczynała żałować, że zgodziła się na tę podróż w ich towarzystwie.

- Wiesz co, nie bardzo rozumiem o co ci chodzi, ale żal mi jest przede wszystkim twojej żony. Nie tylko ona ma problem, ale tylko ona zdecydowała się rzeczywiście zawalczyć o swoje prawo do bycia w pełni kobietą. Dla niej, tylko dla niej zgodziłam się na wasze towarzystwo w tej podróży. Ty zaś… Cóż, gubię się w myślach i zastanawiam, co kołata się w twojej głowie, Frank. Czego ty tak naprawdę chcesz? Jeśli nie zależy ci na tych dzieciach, które niedługo mogą się urodzić, jeśli nie zależy ci na współżyciu z Angeliką, to dlaczego po prostu jej tego nie powiesz? Czy zbyt wielkiej wymaga to odwagi? Może po prostu jesteś wielkim tchórzem! Jak wszyscy faceci z rodu flirciarzy!

- Och, nie złosć się Anno. Co ty o mnie wiesz i o moim życiu. Co wiesz o życiu z kobietą która przeżywa wieczną niekończącą się depresję z powodu swojej bezpłodności. To prawda. Zgadłaś, jestem flirciarzem. Ale niegroźnym i oswojonym. To prawda, jest ktoś z kim się spotykam. Potrzebuję świętego spokoju choć przez pół godziny dziennie. Nie chcę odejść od Angeliki. Dlaczego miałbym? Kocham ją. Zresztą, co ciebie to wszystko w ogóle obchodzi. Czy ja pytam cię o two jakie układy panują w twoim małżeństwie. Czy interesowałem się tym czy żona twojego męża była szczęśliwa w momencie gdy mąż zakomunikował jej, że żeni się po raz kolejny? Nie, bo mnie to wszystko nie obchodzi. To jest twoje życie. A więc pozostaw i moje w spokoju. Zresztą uważam, że sytuacja, gdzie żona nie wie nic o kochance jest o wiele zdrowsza dla niej, jest bardziej… ludzka no!

- Świetnie. A czy pytałeś kiedykolwiek co sądzi o tym ta kobieta z którą się potajemnie spotykasz? Uważasz, że taki układ jest fair w stosunku do niej?

- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ona się nie skarży. Czy nie znaczy to że jest zadowolona?

- Ach tak… Skoro tak twierdzisz… - Anna zrezygnowana zakończyła dyskusję. – Chodźmy do wozu. Jest późno. Za godzinię będziemy na przedmieściach Nowego Jorku. Muszę skontaktować się z mężem. Trzeba wam znaleźć nocleg.

 

 

 

8.

 

Pokój zasnuł cień. Na wpół widoczne kontury sprzętów przypominały koszmary z dzieciństwa. Zawsze bała się zabaw w chowanego. Przepastna szafa kryła nie tylko ulubionego braciszka i towarzysza zabaw, ale również multum nieznanych postaci, które zawisały sprytnie pomiędzy ubraniami matki, na starych wieszakach z drewna. Anna ogarnęła wzrokiem pokój hotelowy. Od prawej do lewej, od lewej do prawej , i jeszcze raz. Ćwiczenie gałek ocznych, ćwieczenie dezorientacji umysłu. Skuteczne na przeciąg kilku sekund. Nie doceniała przebiegłości własnej wyobraźni która nocą uniezależniała się od niej, od kobiety zwanej Anną, i ożywała, i zyła przez te kilka nocnych godzin własnym życiem. Anna spojrzała w okno. Jasny rogalik. Pół jabłka w otoczeniu okruchów chleba. Wróciła wzrokiem wgłąb pomieszczenia. Poczekała aż wzrok znwów przyzwybierze właściwości kocie i dostrzegać będzie obiekty w ciemności. Pokój przypominał pobojowisko. Rozrzucane byle jak ubrania, otwarte wybebeszone walizki. Farid zwykł nie przejmować się porządkowaniem własnej odzieży i przynależności. To było kobiece zadanie. Tak. Tak został wychowany – powtarzała w duchu ona i z rezygnacją sprżatała po sobie i po nim. Nieustające syzyfowe prace. Trudy kariatydy. Odrastająca wątroba. Tfu, dlaczego miała tak dziwaczne skojarzenia, pomieszanie elementów kuchenno spożywczych z krwawo śmiercionośnymi i obrzydliwymi. Powinna zamknąć powieki i spać. Tak jak on, który obok chrapał już od dobrej godziny. Anna nie mogła jednak zasnąć. Przyciskała palcami zmęczone mięśnie gałek ocznych. Rozciągała je, masowała, przykrywała wnętrzem dłoni. Kreowała noc ciemniejszą niż była w istocie. Na nic. Oczy nie chciały odpocząć. Poddenerwowane mięśnie gałek drgały pod dotknięciem dłoni. Czuła ich drżenie nawet ich nie dotykając. To wszystko z jego winy. Jakże nie znosiła tych wieczornych kłótni! Wolała już te poranne. Miały czas rozwiać się przygasnąć i znieważnieć przed czułością i intymnością nocy. I o co właściwie te kłotnie wieczorne? O nic. Przywołała w myślach przebieg ich dyskusji sprzed kilku godzin, kiedy to dotarli nareszcie z Frankiem i Angeliką do Nowego Jorku i zameldowali w hotelu, który zarezerwował im Farid.

Mąż był wyjątkowo czuły, miły i czarujący niemal. Anna spoglądała na niego mile zaskoczona. A więc być może wszystko miało potoczyć się wedle zamierzeń. Nie będzie problemów z wizytą Angeliki, leczeniem i ostatecznym zabiegiem. Anna wiedziała, że Farid potrafił zaangażować się głęboko w sprawę pacjenta, jeśli był ku temu dostatecznie istotny, naukowo-badawczo-medyczny powód. Jeśli był to przypadek ciekawy – jak twierdził. Annie, aby zainteresować się sprawą obcego nawet człowieka, jego nowopowstającą niedojrzałą choćby sztuką, aby wyciągnąć pomocną dłoń, wystawić jego dzieła w swojej galerii wystarczała choćby chwila rozmowy, rzut oka na obraz, kilka słów w emailu. Farid jednak pierwsze lata swojej praktyki odbył w Pakistanie, gdzie ilość pacjentów, ubogich pacjentów jest ogromna, gdzie lekarz nie może pozwolić sobie na czułostkowość, żal, wahanie i filantropię. Wszyscy zasługują na leczenie a jednak jedynie najbogatsi otrzymują propozycje zastosowania najnowszych metod leczenia. Farid bardzo kochał jednak swoją żonę. Niewielu rzeczy potrafił jej odmówić, jeśli chodzi o sprawy doraźne. Inaczej jednak kwestia wyglądała, jeśli chodziło o jego niezłomne poglądy, które jak Anna skarżyła się przed sobą samą i zaufanymi przyjaciółmi, nie zawsze zgadzały się z islamem. Wielokrotnie były efektem jego silnie zakorzenionego egoizmu rozpieszczonego dziecka, syna w bogatej rodzinie pakistańskiej, który zawsze miał tradycyjnie bardziej uprzywilejowaną pozycję od córki. Nie było tu też bez przyczyny jego wieloletnie pomieszkiwanie na granicy Europy zachodniej i Ameryki. Do Pakistanu powracał już niemal jako gość, przybysz tymczasowy. Farid zdążył więc już przesiąknąć europejskością i zachodniością z całym nieznośnym dla Anny, dobrodziejstwem inwentarza, wygodnictwem, umiłowaniem komfortu, obojętnością, liberalizmem i cynizmem. Anna spoglądając więc tego wieczoru na Farida utwierdziała się w przekonaniu, że plany jej i zapoznanej pary pójdą gładko. W istocie tak też się stało. Doctor był w świetnym humorze w momencie spotkania. Umówił się z pacjentką i jej mężem na dzień kolejny, tuż po południu. W jednej z lepszych klinik nowojorskich, … gdzie miał status lekarza gościnnego, honorowego członka stowarzyszenia lekarzy, z których inicjatywy powstała ta klinika. Angelika nie potrafiła ukryć swojej radości. Anna również pełna była entuzjazmu i dobroci dla całego świata. Farid i Anna szybko rozstali się z Angeliką i Frankiem i udali do swojego pokoju na jednym z wyższych pięter. Pokój był niewielki ale przytulny, co rzadko można było powiedzieć o pokojach hotelowych. Być może to jego maleńkość, zapełnienie meblami powodowało wrażenie cosy-cosy jak mówiła sobie Anna po angielsku. Zrzuciła sweterek i położyła go na większym z foteli, przysiadła na chwilę przed gustowną szeroką toaletką i wielkim lustrem. Zajrzała w siebie. Mrugnęła okiem do Anny z naprzeciwka, zdjęła okulary słoneczne, biżuterię i ubranie i uciekła do łazienki, słysząc jeszcze tylko w ostatniej chwili natrętną prośbę męża o wyjęcie komputera podłączenie, o pościelenie łóżka, o coś jeszcze czego już nie chciała słyszeć.

- pomyśl przez chwilę kochanie, że jeszcze mnie nie ma. – rzuciła złośliwie. - Muszę odpocząc po podróży, muszę wziąć dłuższą kąpiel. Jeśli chcesz, chodź do mnie. – nie było odpowiedzi. Farid prawdopodobnie sam sięgnął po laptopa i w przeciągu kilku sekund już zniknął z pola widzenia słyszenia i reagowania. Był w pracy. Był przy komputerze. Był online. Wireless network był dostępny dla chętnych i skłonnych do uiszczenia rachunku za serwis. Anna również cieszyła się myśląc o możliwości sprawdzenia swojej korespondecji. Leżała w wannie, płyn do kąpieli wytworzył pięciocentrymentrową warstwę piany. Dolany olejek zapachowy sprawiał, że miała ochotę zasnąć choć na chwilę. Nie lubiła jednak chwili, w której budziła się na tyle późno, że woda zdążyła już wystygnąć. Brrr. Nieprzyjemne zakończenie cudownej relaksacyjnej kąpieli. Prędki prysznic. I była już w łóżku, obok niego. Z mokrymi włosami okrytymi skąpym ręcznikiem, który zsuwał się nieustannie. Skryła się wraz z głową w pościeli, przytulając do jego ciała i piżamy. Laptop przeszkadzał. Wysunęła się znów spod kołdry i zaczęła odruchowo spoglądać na ekran. Rozmawiał z Rabią.

- Pozdrów ją ode mnie – poprosiła - wszystko u nich w porządku? Jak minęła podróż?

- Tak, wszystko dobrze. Podróż – bezproblemowo. Dzieci były podobno marudne. Safija często o tobie wspomina, powinnaś do niej zadzwonić.

- Tak, dawno nie widziałam się już dziećmi. No ale teraz mają mnóstwo innych atrakcji, tabun kuzynów i kuzynek amerykańskich.

- Być może. Ale jeśli chciałabyś pojechać ze mną do Houston, to proszę bardzo. Gdy przyjadę przeniesiemy się i tak do hotelu. – Anna zamilkła. Nie miała ochoty jechać. Niepotrzebnie zaczęła tę rozmowę o Rabii i dzieciach. Znów. Schowała się pod kołdrę aby uniknąć odpowiedzi. Czy on nie wiedział jednak jaka będzie odpowiedź? To już nie te czasy, gdy mieszkali razem. Minęły chwilę, gdy Anna skupiała się w sobie aby kontrolować swoje emocje, aby tolerować, przyjmować kompromisy, rozumieć. Utrzymywała pozytywne relacje z Rabią. Na odległość. Obecność jej dzieci jednak, kontakt z nimi, był jedynie bolesny. Zazdrościła? Być może. Być może tak właśnie należało to nazwać.

- Mój najmłodszy syn również chciałby cię zobaczyć. – Farid przerwał ciąg myśli Anny kontynuując rozpoczęty wcześniej watek - Nie pamięta już za dobrze swojej drugiej mamy. Już mówi i chodzi. A po raz ostatni widziałaś go przecież tak dawno.

- To prawda. Był bobasem. Ale kochanie, to nie jest moje dziecko. Dobrze, świetnie, miałeś wspaniałe intencje prosząc mnie abym zajmowała się nim kiedyś, w momencie gdy był maleńki, gdy Rabia miała pełne ręce roboty przy pozostałych dwojgu. Ale to nie moje dziecko. Wiesz jak ja się czuję? Cóż, powinieneś wiedzieć, że czuję zazdrość, jako kobieta. Niezależnie od decyzji jakie podjąłeś, czy może podjęliśmy w sprawie potomstwa.

- Zazdrość? A czy wiesz jak ja się czuję za każdym razem gdy wypuszczasz się w podróż samotnie? Gdy wracasz szczęśliwa i radosna i opowiadasz mi o swoich nowych znajomych.

- Ale o kogo jesteś w tej chwili zazdrosny, o Franka, o Angelikę?

- Nie żartuj proszę. Oczywiście, że myślę o Franku. Przykro mi Anno, ale sama wiesz, że w pewnym sensie straciłem do ciebie zaufanie. Chcę więc teraz wiedzieć, czy coś między wami było.

- Ależ nic nie było. Absolutnie nic. Wiem, ze być może masz prawo do podejrzliwości, ale dlaczego nigdy nie próbujesz mnie zrozumieć? Ani nie próbujesz zrozumieć tamtej sytuacji sprzed dwu lat. Byłam samotna, pełna wątpliwości. Wokół słyszałam różne opinie i tysiące narzekań na ciebie. Sama nie wiedziałam już w co wierzyć. Wiesz sam, jak bliska byłam wtedy decyzji o rozstaniu. Być może w moim umyśle to się już właściwie wtedy stało. Chciałam być wolna, chciałam związać się z kimś, kto będzie sam wolny, kto da mi nie tylko miłość, ale i możliwość życia wedle schematów, które były mi bliższe, mnie, Europejce. Farid, zwątpiłam wtedy w pomyślność naszego związku. Dlatego… dlatego dałam się zwieść temu mężczyźnie. Dlatego cię zdradziłam. Poczułam nareszcie że niczego nie muszę udowadniać, nie muszę pilnować swoich uczuć i szukać kompromisów, mogę być w pełni sobą. Ale kochałam cię, nigdy nie przestałam cię kochać. Mimo to, to wszystko po prostu mnie wtedy przerosło. Multum problemów i ty, od którego nie mogłam nigdy oczekiwać pełnego wsparcia, bo zawsze przecież była też ona. Ona, och. Lubię Rabię ogromnie, ale nie wymagaj ode mnie za dużo, proszę. Ponadto ty, ty, czy nigdy nie zdarzyło ci się mnie zdradzić? Przecież oboje wiemy, że tak! Dlaczego te odmienne kryteria dla kobiet i mężczyzn, och jakże nienawidzę czasem tej twojej, twojej ale i mojej naszej kultury patriarchalnej. – Anna oddychała szybko, przerwała na chwilę jakby zabrakło jej tchu. Żachnęła się w końcu - Jakże nie potrafię ścierpieć tych dyskusji i sytuacji w które się wikłam. Farid, muszę na chwilę wyjść. Przykro mi. – Anna wstała gwałtownie i zaczęła się szybko ubierać.

- Gdzie chcesz iść. Późno jest!

- Nigdzie, nie wiem. Może na basen. Muszę odreagować.

- Sama?

- Dlaczego nie? Ponad siedemdziesiąt procent czasu spędzam samotnie, zdala od ciebie! Dlaczego wówczas nie pytasz dlaczego tak wiele rzeczy robię sama! – Farid usłyszał już tylko trzaśnięcie drzwiami i jej szybkie kroki na zewnątrz.

Po upływie pół godziny otworzyły się cicho drzwi. Na szczęście mimo że w afekcie Anna nie zapomniała zabrać swojej karty. Basen był jeszcze otwarty, ostatnie minuty. Zamykali dopiero o północy. Była sama, ani zywej duszy o tej porze. Była przyzwyczajona, zawsze chodziła na mało znane, puste baseny. Samotnie przemierzała długość niebieskiego zbiornika, w tę i z powrotem, raz , dwa, trzy i znów. Wiele razy, aż do zmęczenia, do utraty sił. Pływanie wprowadzało w trans, żabka, plecy, żabka, plecy, żabka, żabka, żabka. Ulga. I odprężenie.

Farid spał, lampka zapalona, laptop na łóżku, w nogach. Zapewne przyłożył głowę na chwilę, chcąc odpocząć, być może sfrustrowany po minionej dyskusji, i tak zasnął. Zrobiło jej się go żal. Czy nie starał się być dobrym mężem? Nigdy jej niczego nie brakowało. Brakowało…? Tak jego obecności. Ale to były reguły gry które przyjęła już na początku, z całą świadomością. Anna zdjęła komputer z łóżka, wsunęła się pod kołdrę, przytuliła do niego i próbowała zasnąć. Poczuła, że obudził się. Poczuł jej obecność i zaczął szukać ustami i dłońmi. Poddała się tylko, zmęczona pływaniem, pozwoliła, aby dotknął ją, pieścił i wziął. Tak jak zawsze gdy budził się w środku nocy. Trochę leniwie, trochę namiętnie. Szybko.

I leży tak już od bodaj dwu godzin, myśli, wspomina, nie może zaufać morfeuszowi. Farid znów zasnął, snem jeszcze głębszym po zaspokojeniu. Anna tymczasem postanowiła wstać i usiąść przy toaletce, otworzyć komputer i napisać kilka słów, może wiersz, może list.

Kilka minut przed lustrem przy toaletcei, oczekiwanie na wielkie otwarcie kłopotliwych okienek. W kilkanaście minut powstał list, długi, ciepły list do Rabii. Przeprosiny na zanieobecność przyszłą w Houston, pozdrowienia i pocałunki dla dzieci, zwierzenia na temat własnych planów pracy i pisania, zwierzenia na granicy intymności, o dzieciach, o pragnieniach, które zdawało się stłumione tu, w ameryce znów odżyły. Być może pod wpływem dawnych wspomnień pobytu w Pensacola, być może pod wpływem problemów i opowieści Angeliki. List na wiele długich linijek, które Rabia czytać będzie pewnie z zaciekawieniem, na który Anna nigdy nie dostanie odpowiedzi. Jak zwykle. Pozdrowienia. Podpis. Nowy plik i jeszcze ten pełen niecierpliwości i straconych złudzeń, wiersz. Anna nareszcie poczuła się senna.

 

 

 

 

9.

Najszybszym środkiem transportu w Nowym Jorku jest metro. Frank i Angelika z mapą w ręku skierowali się ku linii numer sześc, która zawieźc ich miała bezpośrednio na skrzyżowanie Lexington avenue i ulicę 68. Stamtąd należało przespacerowac się na East 70th Street gdzie znajdował się szpital Center for Reproductive Medecine and Infertility, zwany krótko CRMI, Centrum Medycyny Reprodukcji i Niepłodności. Ośrodek ten, w samym centrum miasta, w New York City, działał pod patronatem Cornell University. Stosował on ciekawą metodę wykorzystania komórek kobiecych przyszłej matki pobranych z wnętrza macicy, dla procesu zapłodnienia i rozwoju jaja w probówce. Wcześniej używano komórek zwierzęcych. Doktor Farid zdecydowanie jednak stawiał tę metodę wyżej ponad pierwotną, barbarzyńską, jak twierdził.

Angelika była zdenerwowana. Frank musiał sam czuwać nad odnalezieniem kierunku drogi i zachować orientację w terenie, ona bowiem, a widział swoją zonę w tak wielkim stanie roztargnienia po raz pierwszy, nie potrafiła na niczym skupić uwagi poza mąjącą nastąpić za niecałą godzinę rozmową z doktorem. Prawdą było jednak i to, że Frank nigdy dotąd nie towarzyszył żonie podczas wizyt u ginekologa, może była więc to jej naturalna w takiej sytuacji postawa, tak odmienna od tej jaką obserwował na co dzień, zrównoważonej i rozsądnej – myślał zachowując milczenie od momentu opuszczenia hotelu aż do chwili przestąpienia progu szpitala. Angelika zaś rzucała od czasu do czasu chaotyczne uwagi, których sensu Frank nie starał się nawet zrozumieć. Coś jej się przypominało. O czymś nie mogła zapomnieć. Za wszelką cenę musiała postawić doktorowi to właśnie pytanie. Nareszcie. Drzwi do gabinetu na piętrze były zamknięte. Angelika podeszła i delikatnie zapukała. Odezwał się zapraszający głos z wewnątrz.

- Chodź ze mną. – pociągnęła męża za sobą. Chcę abyś był ze mną, ostatecznie… zgodziłeś się – puściła mu najmniej oczekiwanie przez niego w tej chwili kpiarskie oczko. Weszli więc oboje. Anna podeszła do biurka doktora pierwsza i usłyszała zaproszenie zajęcia fotela na wprost jego biurka. Frank usiadł na krześle obok. Doktor Farid był człowiekiem dość wysokim, dobrze zbudowanym i przystojnym. Tak oceniła go Angelika w ciągu kilku minut gdy podniósł się podał jej rękę i jej mężowi w geście powiatania. Ona również poczuła, że ten mężczyzna, którego wygląd był tak egzotyczny i pociągający, bacznie ją obserwuje, jej zachowanie, sposób mówienia, ocenia jej zdolności umysłowe, charakter, studiuje jej ciało. To było niecodzienne uczucie, którego Angelika do tej pory nie doznawała w gabinetach lekarzy. Ci, których poznała byli zazwyczaj wpatrzeni w kartę pacjenta, analizy medyczne, w końcu zapatrzeni we własne pióro i biurko. Dopiero w momencie, gdy pacjentka musiała poddać się oględzinom, lekarz zwykł spoglądac na nią wzrokiem, który nie wyrażał żadnych uczuć, zupełnie jakby spoglądanie na kobiece piersi, czy narządy rozrodcze było czynnością tak naturalną i codzienną jak spoglądanie na przedmioty martwe, na okazy zoologiczne, na współziomków w autobusie. Zupełnie jakby ich oglądanie nie wzbudzało absolutnie żadnych odczuć, cóż mówić o podnieceniu, ekscytacji. Tymczasem doktor Farid zachowywał się zupełnie inaczej. Uważnie otaksował bardzo kobiecą figurę Angeliki, tak że ona poczuła się niepewnie i w chwili gdy Frank usiadł obok niej przysunęła się bliżej wraz z fotelem, przechyliła w jego stronę i położyła dłoń na jego dłoni spoczywającej na kolanie. Frank nie zareagował. Doktor zaś zrozumiał aluzję bez słowa i cofnął się w fotelu, oparł wygodnie i z dystansem zadając pytania co do przebiegu dotychczasowego leczenia ginekologicznego Angeliki, przeglądał podane mu przez nią badania, analizy i opinie medyczne lekarzy florydzkich. Po chwili poprosił tonem pełnym taktu, grzecznym a nawet przepraszającym, o możliwość rozmowy sam na sam z pacjentką. Angelika przez chwilę nie odzywała się w końcu potakująco skinęła głową w stronę męża. Frank wyszedł. W momencie gdy zamknęły się drzwi doktor zapytał czy na pewno wszystko jest w porządku jeśli chodzi o sprawy płciowe jej męża. Angelika kiwając głową przyznała, że udało jej się namówić go aby poddał się testowi płodności. Analiza wykazała, że jej mąż jest płodny. Doktor pochylił głowę. I powoli zaczął mówić

- Wyczuwam dziwny dystans w zachowaniu pani męża. Rozumiem, że zdaje sobie pani sprawę, że wiele zależy także od jego postawy pozytywnej, optymistycznej, od jego współpracy. Tak jak powiedziałem już uprzednio metoda in vitro obejmuje pobranie zarówno jaja przyszłej matki jak i nasienia przyszłego ojca. Pani mąż musi również przyjąć pewne warunki, zachować zasady, które szczegółowo zostaną państwu przekazane w momencie rozpoczęcie kuracji. – doktor Farid spojrzał w oczy Angelice szukając znaku zrozumienia i akceptacji. – Przepraszam za moje zachowanie w momencie gdy państwo weszli do gabinetu. Czasem trudno poskromić męską naturę. Zwłaszcza w obecności tak pięknej kobiety – Farid spojrzał na kobietę siedzącą po drugiej stronie biurka. Angelika westchnęła i wzruszyła ramiona.

- Och, mężczyźni, wszyscy tacy sami. Ale pan, doktorze. Anna wiele nam o panu opowiadała. Same pozytywne rzeczy – dorzuciła ostatnie zdanie widząc ironiczne zdziwienie na twarzy Farida.

- W istocie?

- Tak. Ale ja chciałabym wiedzieć coś więcej, jeśli nie uzna pan tego za niedyskretność. A raczej coś więcej o pana poglądach. Otóż Anna opowiadała mi dużo o islamie. Wiem, że oboje państwo są muzułmanami. Wydawało mi się, że sprawą naturalną dla muzułmanina jest posiadanie dzieci w związku z żoną. Nawet… - Angelika zawahała się nie wiedząc czy tak dalekie posuwanie się w kwestiach życia prywatnego doktora jest sprawą pożądaną i z gruntu stosowną w tych okolicznościach w których się oboje znaleźli. Widząc jednak przychylny uśmiech i ani śladu zażenowania a raczej zaciekawienie na twarzy Farida ciągnęła dalej. – Nawet jeśli jest to druga żona.

- Ma pani rację. Potomstwa jest istotnym elementem związku małżeńskiego. A jednak wszystko ma swój czas i miejsce. Zawsze powtarzam Annie, że przyjdzie czas odpowiedni. W tej chwili oboje jesteśmy zajęci, podróżujemy. Nie sądzę zresztą aby ona tak łatwo chciała pozbyć się swoich ambicji profesjonalnych. Firmy, galerii, pisania.

- Dlaczego miałaby się wyrzekać. Nie sądzi pan, że da się te sprawy połączyć, zawiesieć, powrócić do nich w odpowiednim czasie? – głos Angeliki podniósł się o ton.

- Pani Angeliko, o co chodzi? Mam wrażenie, że jest pani adwokatem Anny. Skąd to nagłe zainteresowanie?

- Och, nie, broń Boże. Anna! Nigdy. Po prostu ogromnie lubię dzieci, pracuję z nimi, i oczekuję z wielką nadzieją własnych jak może się pan domyślać. I szczerze mówiąc bardzo niewiele jest kobiet, które z jakichś powodów rezygnują świadomie z macierzyństwa albo przesuwają je na odległy i niekreślony w przyszłości termin, i po wielu latach gdy jest już na macierzyństwo w zasadzie za późno, nie żałują swojej dycyzji.

- Anna jest kobietą dojrzałą i rozsądną. Jest wolna i niezależna ode mnie w dużym stopniu. Nie wiem czym była pokierowana jej decyzja ale zgodziła się na moją propozycję. Jednocześnie ma pani trochę racji pytając o moje poglądy. Rzyczywiście różnią się one nieco od opinii, które usłyszy pani od tych którzy wszelkie reguły islamu traktują w sposób śmiertelnie poważny, wśród konserwatystów islamskich. Ja się do nich nie zaliczam. Uważam, że para małżeska ma prawo decydować o sobie i o chwili pojawienia się potomstwa. Ja skłaniam się ku dalekiemu terminowi w przyszłości. Oboje mamy z Anną wiele zajęć wiele obowiązków, wiele pasji. Nie sądzę, aby ona chciała porzucić obecny styl życia i poświęcić się macierzyństwu, wymienić wolność na uzależnienie od dzieci.

- Ma pan szalenie radykalne poglądy, właściwie nazwałabym je – liberalnymi.

- Nie interesuje mnie jak zaszufladkuje się moje poglądy. Mam już troje dzieci i wiem jak wielką są radością a jednocześnie ciężarem.

- Właśnie, są również radością. Dlaczego więc uważa pan, że Anna nie powinna poznać przyjemności bycia matką.

- Nie, myli się pani, niczego Annie nie zabraniam ani nie odmawiam. Chciałbym aby była szczęśliwa. Bardzo ją kocham, a jednocześnie wiem, że to co robi, jej galeria, praca w wydawnictwie, pisarstwo jest jej pasją i nie chciałaby z niej tak łatwo zrezygnować. Nasze małżeństwo jest jednak jeszcze młode, Anna niedawno przeszła na islam. Jej wiara jest również świeża. Jest neofitką. Potrzebuje czasu, aby pojąc całą istotę islamu. Dzieci zaś, wychowanie muzułmańskich dzieci to odpowiedzialność. Ponadto niech pani spojrzy wokół siebie! Ile sierot na świecie. Ile wojen, potrzebujących. Ile rzeczy w które można się zaangażować. Adopcja, pomoc doraźna, pomoc dzieciom głodującym, chorym. Anna jest również członkiem kilku organizacji charytatywnych. Zajęcie się własną rodziną to w pewien sposób egoizm, nie sądzi pani? Trzeba mysleć globalnie, być społecznikem, spojrzeć szerzej, nie obejmować wzrokiem jedynie własne podwórko. To próbuję wszystkim wytłumaczyć. Annie również. Wydaje mi się, że się dobrze rozumiemy. A teraz, jeśli pani pozwoli, muszę wracać do pracy. Zagadaliśmy się nieprawda? Miło było mi panią poznać. – Angelika uśmiechnęła się nieco zażenowana, w istocie, uprzytomniła sobie, że spędziła na rozmowie z doktorem dobry kwadrans, mąż tymczasem czekał pod gabinetem i zastanawiał się zapewne dlaczego rozmowa trwa aż tak długo, być może niepokoił się i martwił, być może również niecierpliwili się oczekujący na doktora pacjenci albo współpracownicy. Czyż nie był osobą szalenie zapracowaną i zajętą? Pewne było jednak to, że jego słowa ujawniały szczególną charyzmę. Miał dar mówienia i dar przekonywania. Angelika była pod wrażeniem jego teorii do tego stopnia, że potrafiła jedynie wysłuchać tego co mówił, nie poddając tego logicznej obróbce. Nie dziwiła się już zupełnie Annie, która pozostawała pod tak wielkim wpływem tego interesującego człowieka, o wielkim autorytecie , szalenie autorytatywnego. Nie dziwiła się że Anna tak bardzo i tak ślepo była w nim zakochana. Pożegnała się więc z doktorem, umówiła na kolejną wizytę w szpitalu, tym razem miała już uzyskać konkretny opis przebiegu badań, oraz otrzymać przepisane hormony, które nakazano zażywać przez dwa tygodnie przez zabiegiem pobrania komórek jajowych z jej organizmu. Wyszła z gabinetu zamyślona, dopiero głos Franka przywrócił ją do rzeczywistości. Odpowiedziała spokojnie na wszystkie jego pytania, w głowie pozostawała jednak jedna tylko myśl – musiała zobaczyć się z Anną i wyjaśnić pewne kwestie. Za wszelką cenę musiała naświetlić sprawę dzieci, macierzyństwa i bezpłodności, adopcji. Chciała wiedzieć jaki był punkt widzenia islamu. Czy zgadzał się z jej intuicyjnym podejściem czy był raczej zgodny z ideami doktora Farida? Nie potrafiła odmówić logiczności jego wywodom a jednak pozostawała jakaś podświadoma nieokreślona wątpliwość. Dlaczego tak silnie obstawał przy oddaleniu perspektywy narodzin potomstwa ze związku z Anną? Czy miał tu znaczenie fakt, że on sam czuł się już w pełni spełniony jako ojciec? Angelika nie mogła zrozumieć do końca jakimi krętymi drogami szły myśli Farida. Skoro jego powtórne małżeństwo było jawne i zaakceptowane, a było przecież akceptowane przez islam, gdzie tkwił prawdziwy problem? Po chwili wczuwając się w sytuację Anny, którą stawała jej się coraz bliższa, zaczynała współczuć jej skomplikowanej sytuacji życiowej. Czyż jednak każdy nie był w pełni odpowiedzialny za swoje życie? Anna była panią swego losu. Angelika pogrążona w myślach nie odzywała się przez całą niemal drogę do hotelu. Po powrocie zaś odczuła potrzebę drzemki. Czuła się dziwnie emocjonalnie i psychicznie wyczerpana. Zasnęła po chwili. Spała twardo. Nie mogła usłyszeć cichych kroków Franka gdy wychodził z pokoju zostawiając jedynie krótką notatkę dla niej na szafce nocnej obok szerokiego wygodnego małżeńskiego łóżka.

 

 

 

 

10.

 

 

 

…za tym idzie potrzeba wejścia w miejską energię zakonu… - przeczytał odruchowo wycinek z prasy sponad głowy czytającego. Staruszek siedział zgarbiony i pochylony nad gazetą tak, że trudno było uwierzyć, że jest w stanie coś odczytać z odległości pięciu centymetrów od tekstu. Co to za gazeta – zastanawiał się Frank – zapewne jakiś tygodnik katolicki. Sposób pisania pachniał modernizmem neochrześcijańskim, którego on nie znosił i nie rozumiał. Te nowoczesne kazania, w których gubił wątek już w nastej minucie słuchania. Zwykle zasypiał w kościele. Raz zdarzyła mu się nawet głośniejsza drzemka. Od tej pory przestał pojawiać się w parafii, odrobinę ze wstydu, odrobinę z poczucia bezsensu uczestniczenia w nabożeństwach. Przeczytane przed chwilą zdanie utkwiło mu fragmentarycznie w pamięci – o jaką energię zakonu chodziło – zachodził w głowę. – Co autor miał na myśli używając przymiotnika „miejska". Zakon w centrum miasta? Zakonnicy zaangażowani w prace urbanistyczne? Eh, bzdury – pochylił się gwałtownie do przodu przyciskając niezręcznie staruszka do okna, bo w tym momencie autobus zahamował z piskiem opon. Frank zwymyślał pod nosem zarówno kierowcę autobusu jak i niefortunnego szofera mercedesa, który wyjechał nieostrożnie z parkingu niemal tuż pod koła miejskiej komunikacji. Frank przeprosił siedzącego mężczyznę zaczytanego w swojej gazecie do tego stopnia, że niemal nie zwrócił uwagi na incydent drogowy. Przesunął się o krok w prawo, aby nie doszło do powtórnego kontaktu cielesnego z siedzącym. Kierowca autobusu był zdaje się cholerykiem i nerwusem. Gwałtowne hamowania zdarzały mu się nieustannie. Nowa perspektywa, nieco z tyłu pozwalała widzieć wyraźniej nie tylko gazetę, ale i wystające spod długiego płaszcza dziwacznie kolorowe fałdowane szaty starca. Nieoczekiwanie siedzący podniósł głowę odwrócił ją i uśmiechnął się do Franka. Ten poczuł się zażenowany. Znane mu było to zjawisko. Zbyt długo obserwowane osoby czują niejako ciężar obcego spojrzenia. Starszy człowiek spoglądał na niego wzrokiem w którym nie pojawiła się uraza ani zdenerwowanie. Nie było nawet zdziwienia. Tylko ten szeroki uśmiech. Bardzo duże ciemne oczy. Przesunął ręką zaczesując do tyłu niemal nieistniejące resztki włosów. Wstał i spoglądając za okno jakby upewniał się, że jest to rzeczywiście jego przystanek, skierował do Franka propozycję.

- Czy chciałby pan pójść ze mną? Wydaje mi się, że usilnie pan czegoś szuka i nie może tego odnaleźć.

- W istocie, szukam mieszkania, na miesiąc dla mnie i mojej zony – odpowiedział Frank prostolinijnie i zgodnie z prawdą, nie doszukując się dwuznaczności w wypowiedzi nieznajomego. – staruszek roześmiał się

- W takim razie muszę panu coś pokazać. Niech pan pójdzie ze mną. Proszę. To nie daleko. Zupełnie niedaleko. – dodał widząc, że autobus właśnie się zatrzymuje a Frank waha się najwyraźniej nad podjęciem dezycji. Wysiedli obaj. Młody silnej budowy dryblas obok maleńskiego choć trzymającego się prosto, chudego, łysego starca wyglądał komicznie, wręcz groteskowo.

Wkrótce okazało się jednak, że starcowi nie brakowało wigoru. Bardzo szybko zdecydowanie zmierzał w kierunku Frankowi nieznanym. Autobus opuścili na przedmieściach Brooklinu. Na granicy dzielnic. Nagle bogate okolice, czyste ulice New York City zamieniły się pajęczynę węższych zarzuconych śmieciami ulic. Okolice naziemnej stacji metra były nieznośnie hałaśliwe. Już kilka minut podążali wzdłuż drogi ponad którą huczał po torach pociąg. Frank niecierpliwie spoglądał a zegarek niepokojąc się, że nie uda mu się zdążyć na umówione spotkanie z przyjacielem Anny, który poszukiwał lokatorów do swojego jednopokojowego mieszkania. Wolne dwie godziny, które radośnie zamierzał wykorzystać na włóczęgę po obcym mieście topniały w zawrotnym tempie. Tymczasem nietaktem zdawało się zadzieranie ze staruszkiem i zmienianie powziętej wcześniej decyzji. Frank miał ponadto poczucie, że rzeczywiście za chwilę w istocie wyłoni się przed nim miejsce tajemnicze i ciekawe na podobieństwo jej mieszkańca czy też wyznawcy – staruszka. Ten zaś co chwilę odwracał się do niego rzucając mu tajemniczy uśmiech i upewniając się, że przypadkowo poznany wciąż podąża za nim krok w krok i nie gubi się w tłumie Amerykanów i imigrantów handlarzy i dzieci różnych ras i kolorów. Za kolejnym zakrętem pojawił się w końcu niepozorny budynek. Szary i odrapany z farby, odpadający tynk świadczył, że właściciel nie jest bogaczem, a może po prostu nie chce aby jego siedziba nadmierną zwracała na siebie uwagę. Ponad drewnianymi drzwiami widniał napis – mała Świątynia Buddyjska, a pod spodem Chuang Yen Monastery – biuro. Nieznajomy uczynił ruch zapraszający. Frank podążył za nim do pokoju, który rzeczywiście przypominał biuro, tymczasem tuż obok znajdowało się wejście do Sali, w której kilkanaście osób siedziało ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, w ciszy. Wszyscy skierowani byli twarzami w kierunku małego ołtarzyka po przeciwległej stronie drzwi wejściowych. Półmrok zalegający pomieszczenie nie pozwalał Frankowi dostrzec dokładnie co znajdowało się na ołtarzyku. Była to jakaś maleńka figurka obok której paliło się kilka niskich świeczek.

- To posąg Buddy. – wyjaśnił starzec, jakby odgadywał myśli Franka. Spojrzał na niego i uśmiechnął się na widok miny pełnej zmieszania czy niezrozumienia – Budda to nasz duchowy przewodnik. Oświecony. On wskazuje nam ścieżkę oświecenia i nirwany. – wyraz zdziwienie ale i zainteresowania na twarzy Franka pogłębiał się. Starzec zawinięty w długą szatę z jednego czy dwu kawałków materiału, która spływała do ziemi w fałdach kontynuował wywód. Krok po kroku, powoli. – Nirwana. Nirwana to stan najwyższego spokoju, stan najwyższego oświecenia. Nie każdemu dane jest osiągnąć taki stan, choć każde z nas do niego dązy. Potrzeba wiele godzin ćwiczeń i kontemplacji.

- Ci ludzie tam… kontemplują? – odważył się zapytać Frank.

- Tak. Możesz się do nich przyłączyć. Idź, ja tymczasem zadzwonię do osoby, która zamierza wynająć swój lokal. – Frank spojrzał na niego zaskoczony. Zdołał już zapomnieć o rzeczywistym celu wyprawy do miasta. Spojrzał na zegarek. Pozostało jeszcze pół godziny do spotkania. To jednak również miało się odbyc na Brooklynie. Trzeba było spojrzeć na mapę, ocenić odległość, tymczasem jednak uparcie przyciągała go tamta sala, otwarte drzwi i grupa kontemplujących w półmroku i ruchomej poświacie świec.

- Idź. Usiądź, zaobserwuj jak robią to inni. I staraj się odprężyć, zrelaksować. Oddal od siebie wszelkie myśli. Po prostu nie myśl o niczym. Spróbuj. – Frank podążył cicho w kierunku sali, za wszelką cenę nie chciał zwrócić niczyjej uwagi, nikomu nie chciał przeszkodzić. Jego wzrost jednak przyciągnął wzrok siedzących najbliżej drzwi. Zaraz jednak powrócili do poprzedniej pozy, głowa w lekkim pochyleniu, rozluźnione ciało, nogi w postawie skrzyżnej, dłonie na kolanach, wyprostowany kręgosłup. Cisza. Frank czuł się nieco niezręcznie w swoich dżinsach, skarpetkach z dziurą. Zdążył bowiem już zdjąć u progu ciężkie podróżne, męskie buty o grubych podeszwach. Próbował wczuć się w ciszę, w ten klimat skupienia i kontemplacji. Głowa jednak wciąż opadała, czuł zmęczenie i senność, kręgosłup bolał. Ciało nie przyzwyczajone do postawy siedzącej skrzyżnej buntowało się już po kilku minutach. Bał się, że zaśnie i zauważą to wszyscy kontemplujący. Było mu wstyd. Być może nie nadawał się do tego, nie dla niego były ćwiczenia duchowe i kontemplacja. Zresztą czy kiedykolwiek interesował się tą duchowością, jak nazywała to Angelika? Absolutnie było mu to obce i obojętne. Kontemplacja jednak pociągała. Rozluźnił się i pogodził się z myślą, że jest nieudacznikiem i niezręcznym naśladawcą tych tu, buddystów. Czego właściwie chciał, czego szukał. Wstał, nagle rozdrażniony własną naiwnością i skierował się dość gwałtwownie w kierunku wyjścia. Tym razem jednak żadne oczy nie odprowadziły go do drzwi. Nikt z obecnych nie poruszył się. Frank nie zwrócił na tojednak uwagi. Zakładając buty przy drzwiach usłyszał nad głową głos starca

- Każdy na początku odczuwa trudności. Kontemplacja, skupienie, kontrola ciała, mięśni, znużenia, senności to kwestia ćwiczeń. Nic w życiu, co naprawdę cenne, nie przychodzi łatwo, chłopcze. – Frank podniósłszy oczy dostrzegł łagodny uśmiech mówiącego, była w nim jednak również odrobina ironii. – Proszę, oto adres mojego przyjaciela, buddysty, który szuka lokatorów. Zajrzyj do niego po drodze do miejsca twojego umówionego miejsca spotkania. – Skąd wiedział że Frank jest umówiony? Frank posłał mu zdziwione spojrzenie – To żadna wiedza tajemna. Wciąż spogląsz na zegarek… - roześmiał się staruszek. – I zajrzyj do nas jeszcze. Być może następnym razem zechcesz odwiedzić naszą o wiele większą świątynię w Carmelu. Proszę, oto wizytówka. Carmel to dzielnica Nowego Jorku, blisko.. Do zobaczenia. – Frank podał mu rękę na pożegnanie i odszedł kierując się wskazówkami na małej mapce, którą narysował na kartce starzec. Zadzwonił do przyjaciela Anny, zapowiadając piętnastominutowe spóźnienie. Weźmie taksówkę. Tak. Tak będzie szybciej. Machnął. Zatrzymała się biała odmienna od tych eleganckich żółtych w NYC. Wsiadł. I podał instrukcje kierowcy.

 

 

 

Anna była całkowicie uzależniona od komputera. Wstawała rano i jeszcze senną dłonią włączała srebrny mały guzik zasilania na laptopie, po czym szła do łazienki. Toaleta, prysznic, modlitwa, poranne pisanie, śniadanie na czele z nieodłączną kawą po turecku. Komputer zdążył już się uruchomić i czekał na moment zalogowania. Kilka szybkich ruchów i już otwarty był plik z muzyką, tekst nowej powieści w wordzie i skrzynka emailowa. Emaile uzależniały. Messangery były zmorą. W dniach podróży komputer był jednak jedyną niemal możliwością utrzymania kontaktów prywatnych i profesjonalnych. Anna była zmęczona. Cały dzień starała się zakończyć rozpoczęty przed tygodniem rozdział, jednak nie potrafiło. Wciąż pojawiały się natrętne wiadomości, powiadomienia o emailach. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. Wszystko uniemożliwiało pisanie, Anna wiedziała jednak, że poblemem była ona sama. Czego nie chciała powiedzieć, co starała się ukryć? Czyżby sprzeniewierzała się uczciwości pisarskiej? Zniecierpliwiona wstała. Spojrzała na komputer z odległości dwu kroków. Wyjęła szybkim ruchem kartę sieciową i w jednej chwili znikły migające wiadomości i messengery wylogowały się jak jeden mąż. Zrestartowała komputer i wyszła do kuchni aby zrobić sobie kolejny kubek ciepłej herbaty z mlekiem. Na stole leżała stara kolorowa gazeta z gatunku „kobiecych". Anna przypomniała sobie wówczas jedne z pierwszych warsztatów literackich w jakich uczestniczyła jeszcze z Suzanne. Robiły wówczas collaże. Podobno one pomagały rozjaśnić splątane myśli, zamieszanie w głowie oraz nakierować na trop dalszych ciągów niesfornych powieści, które rwały się w pół drogi. Collage. Wzięła nożyczki i zaczęła wycinać, jednocześnie naklejając bez planu kawałki papieru na białej kartce. Zamyślona dopiero po chwili usłyszała dzwonek u drzwi. Kto to mógł być i dlaczego nie zaanonsował portrier tego przybysza? Farid wczesnym rankiem opuścił miasto udając się do Houston. Czyżby coś się stało? Anna mocno zaniepokojona wyszła na korytarzyk apartamentu hotelowego i spojrzała przez wizjer. Pod drzwiami stał Frank. Anna widzieć mogła akurat kawałek jego nosa w momencie, gdy nadmiernie się zbliżył, prawdopodobnie aby zadzwonić po raz kolejny. Zawołała więc aby uniknąć natrętnego dźwięku dzwonka – Jestem, jestem. Już otwieram. – Po chwili wpuściła Franka, zaprosiła do kuchni, która połączona była z małym salonem. Zaparzyła kolejny dzbanek kawy. Nalewając kawy z czajniczka-ekspresu spoglądała kątem oka na Franka. który usiadł w przeciwległym rogu salonu, tak że częściowo zasłaniała go ścianka aneksu kuchennego z perspektywy Anny. Miał wyraz twarzy, blask oczu zwłaszcza, którego wcześniej u niego nigdy nie dostrzegła. Była zaintrygowana, starała się jednak zachowywać tak, jakby nic nie dostrzegła a wizyta Franka w jej apartamencie sam na sam, była najbardziej codzienną sprawą pod słońcem.

Frank należał do nieśmiałych. Anna nie potrafiła zmienić zdania na temat tego, szalenie dla niej wyraźnego rysu charakteru mężczyzny, mimo że wyszła na jaw sprawa jego kochanki. Frank był nieśmiały. Świadczyło o tym jego spojrzenie, które wśród obcych szukało akceptacji. To spojrzenie z ukosa, z dołu, spod wydatnych łuków brwiowych. Anna miała wrażenie, że wizyta nie była zupełnie przypadkowa. Oczy Franka, półprzymknięte jednocześnie śledziły ją bez chwili przerwy i nieobecne kontemplowały jakieś nieznane jej tajemnicze wydarzenia, które, była przekonana, miały miejsce w niedalekiej przeszłości Franka. O co chodziło? Dość miała już rozmyślań i ciszy w przedłużającej się chwili parzenia kawy. Zbyt dużo nalała wody, zbyt mało nasypała kawy, tak że