[strona główna/home/retour]
[rozdz.1-5][rozdz.6-10][rozdz.11-15][rozdz.16-20]
[rozdz.21][rozdz.22][rozdz.23][rozdz.24][rozdz.25]

 
 
 
Nina

Me, Myself and I

or

what would happen if...

częsć V

początek
Rozdział XXI

List nie wysłany



 
 

Znów jestem w pociągu. Znów unosi mnie gdzieś, wciąga wir czasu, porywa do tyłu . Lubię siadać tyłem do biegu pociągu. Moja świadomość bierności i bezradności wzrasta wówczas w dwójnakroć. Nie znam przeznaczenia, nie znam przyszłości, odwracam się tyłem do biegu zdarzeń i wir wciąga mnie. Cóż dałoby stanięcie twarzą w twarz? Czyż nie próbowałam? I owszem, lecz ostatecznie czujesz tylko na policzku gorzki dotyk śliny, którą opluwa cię bezczelnie los, tylko przymykasz powieki instynktownie chroniąc oczy przed pędem powietrza. Gdyby wiedzieć jak wielką część mego życia zajmują podróże pociągiem. On umiałby to obliczyć. Cyferki są namiętnością księgowych. On, tak rozsądny i dojrzały i ja, kruszyna obok niego, zdolna do tylu szaleństw dla miłości jednego człowieka. Nasza historia musiała mieć widać tak smutny koniec. A może nie musiała? Oczywiście decyzję podjąłeś ty, nawet mnie nie pytając o zdanie, nie dając wielkiej możliwości reakcji. Rozstanie? O nie, mój drogi, to było zerwanie. Wycofującym się byłeś ty, ty zerwałeś nasz układ, zwinąłeś szyki. I czemu, czemu pragniesz jeszcze do mnie pisać? Dlaczego zachować kontakt? Przyjaźń? Nie wierzę w przyjaźń, która rodzi się z miłości zranionej w sytuacji zerwania. To taka dojrzała, rozsądna decyzja - tak myślisz z pewnością. Oczywiście - nie było szans, nie ma ich na kontynuację związku na odległość, gdy każde z nas osadzone w innej kulturze, zmuszone byłoby do trudnej rezygnacji z pewnej cząstki swej osobowości. Lecz ja byłam na to gotowa . Porzucić ojczyznę dla ciebie, dla szczęścia z tobą w obcym kraju. Nie chciałeś, odrzuciłeś mnie, nie wierząc w możliwość powodzenia moich profesjonalnych planów za granicą, nie chcąc obarczać się brzemieniem kobiety na utrzymaniu. Tak, rozumiem.

A jednak chcesz, byśmy utrzymali kontakt. Po co? O ileż łatwiej byłoby mi przekonać samą siebie o twej śmierci, zapomnieć o wspólnych chwilach szczęścia, niż tłumiąc rozpacz, pisać do ciebie suche wyrozumowane listy! Oczywiście, akceptuję i to wyzwanie. Lecz nie mogę pozbyć się refleksji - gdzież jest twoja miłość do mnie, jeśli tak łatwo przyszło ci się wyzbyć wszelkiej czułości i słów przepełnionych uczuciem? Jak łatwo się mnie wyrzekłeś. I jeszcze teraz pragniesz, bym informowała cię o mym losie, powierzała ci informacje o postępach mojej kariery profesjonalnej, o moim życiu osobistym...Ach, po co? Dlaczego zasiewasz w moim sercu tę nadzieję, że może kiedyś, w przyszłości będziemy jeszcze razem...Znam cię przecież odrobinę, cztery miesiące to niedużo, a jednak znam twój pociąg do kobiet, łatwość , z jaką udaje ci się je przyciągnąć do siebie. Każesz mi wierzyć, że pozostaniesz samotnikiem? Że nie pojawi się w twoim życiu inna kobieta? Bzdura. Czuję jak zaplątuję się w twoje sieci, gubię w matni. Nie potrafię myśleć o tobie bez zazdrości, mamże czekać na ciebie. skazując siebie samą na samotność? I po to jedynie, by pewnego dnia dowiedzieć się, że jesteś z inną, żonaty, stadko dzieci...Że osiągnąłeś wszystko to, czego mi nie dałeś możliwości doświadczyć!

Jednak w głębi serca wierzę, że uda mi się odzyskać cię. Muszę to przemyśleć. Tak, pomyślę o tym jutro - odzywa się we mnie Scarlett O'Hara.
 

początek
Rozdział XXII

Kraków był uroczy tej niedzieli...



 
 
 
 

Nina wciąż wracała do swej ulubionej wieczornej rozrywki - surfowania na Internecie. Poznawanie nowych ludzi z różnych stron świata dawało jej zadowolenie. Wielu, jak się okazało szukało kontaktu z kimś, kto mógł stać się przewodnikiem po nieznanym kraju, mieście, które miało stać się kilkudniowym lub kilkutygodniowym miejscem pobytu. Jedną z sympatycznych poznanych w ten sposób osób był Bulent z Turcji. Spędzili wspólnie i miło jedną z niedziel mroźnego listopada 1999 roku. Ten mężczyzna, niezwykle inteligentny i sympatyczny okazał się być nie tylko dobrym towarzyszem i przyjacielem lecz i niezastąpionym rozmówcą. Nina nie podejrzewała nawet, że ten nieznany jej przecież zupełnie człowiek - znali się od kilku tygodni dzięki ICQ i poczcie elektronicznej - stanie się tak cierpliwym słuchaczem. Nina spotkała się z nim dwa razy, w ciągu dwu tygodni. Nagromadzone pomiędzy jedna niedzielą a drugą niesforne i powikłane Ninine przemyślenia znalazły ujście w listach pisanych do Bulenta. Nina coraz częściej dochodziła do absurdalnego wniosku, jak to szalone i bezsensowne jest jej życie; życie w ogóle. Szukała ona miłości. tak, miłości, czułości, ukochanego mężczyzny...i naprawdę nie mogła go odnaleźć.

Czy coś było z nią nie tak? Spotykała mężczyzn, często bardzo interesujących mężczyzn. stwierdzała, że są godni zainteresowania, poznawali się wzajemnie, wymieniali numery telefonów, zakochiwali się w sobie, pozostawali przez jakiś czas razem, kochali się..., rozstali się. Nie mogła tego już znieść. Zawsze było coś nie tak. Wystarczyło spojrzeć na jej obecną sytuację. Właśnie poznała mężczyznę, obcokrajowca, który mieszkał daleko stąd, który pozostawał w Polsce jedynie przez kilka tygodni, i z którym Nina mogła spędzić jedynie kilka dni. A przecież pragnęła dzielić z nim przynajmniej tych kilka dni weekendu. Po prostu być z nim. Był żonaty. Oto dlaczego Nina nie mogła związać się z nim na stałe, a może ona mogłaby, lecz on nie zdecydowałby się na to...nawet gdyby był sam. Wielu żonatych mężczyzn zwracało na Ninę uwagę. W pociągu do Krakowa miało miejsce spotkanie z sympatycznym Piotrem. W tydzień później Nina dowiedziała się, że mężczyzna, którego poznała w drodze do Krakowa był żonaty. Mężczyźni! Zawsze scenariusz był ten sam. Nigdy nie powiedzieli, ze są żonaci, ona nigdy nie miała dość odwagi, by o to zapytać i ostatecznie dowiadywała się o tym w najmniej odpowiednim momencie. Świadomość takich zdarzeń doprowadzała Ninę do pasji z początku, w końcu ...przyzwyczaiła się, myślała o tego typu zdarzeniach z rezygnacją i sarkazmem - wszyscy przystojni mężczyźni są już żonaci lub powołani do służby kościelnej - zwykła powtarzać. A jednak spotykała niejednokrotnie mężczyzn nieżonatych, którzy stwierdzali, że jest śliczna, zakochiwali się w niej, pozostawali z nią przez jakiś czas, lecz....niedługo. Zawsze pojawiały się jakieś problemy. Być może dlatego, że ci mężczyźni zawsze byli obcokrajowcami. Nina lubiła obcokrajowców. Czy było w tym coś nienormalnego? Jakieś skrzywienie charakteru? Nie potrafiła odpowiedzieć, odkryła jednak, że Polacy nie interesują się nią jako kobietą w takim stopniu, jak obcokrajowcy. Dziwne. Wiedziała, że piękno jest rzeczą względną, dlaczego polscy mężczyźni nie uważają jej za interesującą, a inni i owszem? Nina nie miała najmniejszej ochoty "szukać męża", co ostatecznie w Polsce, a zwłaszcza w mniejszych miastach było bardzo popularne i utwierdzone tradycją. Pójść na dyskotekę, której zresztą nie tolerowała, jedynie po to, by poderwać mężczyznę - nie przemknęło jej to przez głowę. W istocie, i przyznawały to jej przyjaciółki, bardziej obiektywne od niej samej, Nina wciąż kochała Pierre'a z Budapesztu. Tak wiele dała mu miłości, czułości, zdolna była ofiarować mu o wiele więcej... Być może rozstanie z nim było dla niej pozytywne. Pierre zbyt wielki miał na nią wpływ, żądał zbyt wiele, całkowicie zmienił jej życie, jej przyzwyczajenia, jej osobowość niemal. Kochała go ślepo, bezgranicznie. Nawet po rozstaniu, gdy jedyną rzeczą, jakiej rzeczywiście pragnęła było zapomnienie o nim, nie mogła uwolnić się od wspomnień. Rozmowa z Bulentem była lekiem na całe skumulowane w niej rozczarowanie, żal i nienawiść.

Nina wybrała się do Krakowa wczesnym rankiem. Opuściła chyłkiem mieszkanie około godziny czwartej tak, by po podróży pociągiem podmiejskim zdążyć na dalekobieżny o szóstej rano. Powietrze było przenikliwie zimne. Nina drżała skulona na krześle w jednym z barów w przestronnej i zimnej hali Dworca Centralnego. Do odjazdu pozostało dwadzieścia minut. Wyciągnęła książkę, usiadła na wprost zegara dworcowego i pogrążyła się w czytaniu. Nie rozgrzała jej zupełnie okropna, zapełniona osadem do połowy plastikowego kubka czarna kawa. Nina krzywiła się za każdym haustem, zmuszając się jednak do jej wypicia - oczy kleiły jej się do snu. Nie codziennie miała okazję wstawać o czwartej rano! Już czas. Podniosła się szybko i ruszyła ku peronom. Pociąg właśnie podjeżdżał. Pustki w przedziale. Na wprost niej jedynie młody sympatycznie wyglądający mężczyzna - Piotr - jak dowiedziała się później. Sześć godzin podróży minęło szybko, mimo, że brak ogrzewania w wagonach powodował u Niny dreszcze i dyskomfort psychiczny. W Krakowie bez trudu odnalazła hotel Bulenta. Wspólne śniadanie i po półgodzinie - kierunek stare miasto! Nina starała się wcielić w osobę przewodnika. Niepotrzebnie. Bulent był najwyraźniej zauroczony, nie tylko nie najbardziej uroczym o tej porze miastem , ale i sympatyczną, pełną energii, śliczną Polką. Zwiedzili Wawel, a raczej krypty i wieżę, gdyż nie udało się dostać biletów do sal zamkowych, i zaraz potem spacerowym krokiem mimo siarczystego mrozu, ruszyli na obchód uroczych krakowskich kawiarenek. Zdecydowali się na zjedzenie obiadu w jednej z nich, która najwyraźniej urządzona była w stylu ruskim, a i takie potrawy im zaproponowano. Cóż - stwierdziła Nina - kafejka jest rzeczywiście urocza, a wystrój bardzo przytulny i miły, jednak mam ochotę ponarzekać na skąpość wyboru potraw... Lubisz bliny? Bliny, pierogi...Les raviolis - pomagała sobie Nina słownictwem francuskim, wobec nieznajomości terminów angielskich. Bulent skrzywił się nieznacznie i w pełni nieświadomie. Ninę, która cały czas obserwowała jego piękną twarz, o regularnych rysach i śniadej karnacji, ciemne brwi i kruczoczarne, gęste włosy rozbawił kapryśny grymas ust mężczyzny. Roześmiała się cicho. - A więc? Well...Jeśli nie bliny, to ....zmieniamy miejsce obiadowania, bo nie widzę tu nic godnego zainteresowania. Bulent żywo zaprzeczył. Jego żołądek wyraźnie dawał mu znaki, że nie może dłużej zwlekać z posiłkiem. Zamówili wiec dwie porcje blinów, nie bez zakłopotania ze strony kelnera, który nie mógł stwierdzić z całą pewnością, czy mieszanka mięsna zawierała więcej wołowego czy też wieprzowego mięsa. Nina zastanawiała się nad powodem tych grymasów Bulenta. Czyżby to zasady religijne zabraniały mu spożywania wieprzowiny? Dotychczas była przekonana, że ten zakaz dotyczył jedynie Żydów.

Oboje czuli się nieco onieśmieleni. Zabawne. Poznali się "wizualnie" i "na żywo" dopiero dzisiaj, polubili od razu. Już przy wspólnie jedzonym w jego hotelu śniadaniu wywiązała się żywa rozmowa. Bulent był niezwykle przystojnym, inteligentnym i ciekawym mężczyzną. Miał ponadto dar niezwykłej otwartości umysłu. Jego szczere, życzliwe zachowanie ośmielało Ninę do rozmowy i zwierzeń. Dziwiła się potem samej sobie jak wiele w ciągu dwu spędzonych razem dni sobie powiedzieli. Czuli wzajemne przyciąganie swych osobowości, byli sobą zauroczeni, zarówno swą stroną mentalną jak i fizyczną. Pozostanie niezapomnianym wspomnieniem ich wspólna namiętna żywiołowa i spontaniczna noc w hotelu. Nina wielokrotnie próbowała potem opisać swe uczucia i refleksje w pamiętniku i w listach do Bulenta, pisanych w trakcie jego pobytu w Polsce, osobiście mu potem ofiarowanych. Jeszcze teraz wspomina ona tamte dni i stara się przywołać z zakamarków pamięci sylwetkę mężczyzny i wyobrazić pochyloną głowę czytającego w samotności jej list.: "Naprawdę nie wiem dlaczego mówię ci to wszystko o moim życiu. Zazwyczaj nie wyrażam tak otwarcie moich uczuć i pragnień. Tymczasem piszę do ciebie już drugi list . Proszę nie gniewaj się na mnie. Ty masz swoje życie i ja mam swoje...Jednak naprawdę potrzebuję wyrazić to, co teraz czuję. Może to twoja otwarta natura zmusza mnie do zwierzeń przed tobą..."

Nina czuła się wówczas zagubiona. Czuła się zagubiona i było jej tak, jakby zagubiła coś w sobie samej. Gdy zaczęli rozmawiać z Bulentem na ICQ, gdy zdecydowali spotkać się w Krakowie, Nina nie myślała, że mogłoby być między nimi coś poważniejszego. Jakieś pragnienie, pożądanie, że mogłoby by zaistnieć coś, co ich wzajemnie w sobie pociągałoby. Ogromną przyjemnością dla Niny była rozmowa z nim, bycie z nim. Był taki spokojny, cierpliwy, mądry, czuły...Myślała jak miłe musiało być dzielenie z nim życia. Może właśnie wtedy poczuła, że on mógłby pomóc jej, mógłby wprowadzić trochę ładu w jej uczuciach, które były wciąż potargane, poruszone po rozstaniu z Pierrem. Jej życie zmieniało się bez przerwy i niesłychanie szybko, spontanicznie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, jednak Nina czuła, że zmiany są w jakiś sposób dla niej niebezpieczne, dla niej, dla jej osobowości.

Opowiedziała Bulentowi o jej związku z Pierrem z Prowansji, z którym była przez dwa lata. Tak. Chcieli się pobrać, być razem, być szczęśliwi razem. Pierre mieszkał we Francji. Nina poznała go podczas jej rocznego pobytu w Nimes w 1996 roku. Nawet wówczas już pojawiały się trudności, psychologiczne problemy. Nina była przecież katoliczką, dobrą surową wobec siebie i głęboko wierzącą osobą. Zawsze rozumiała i akceptowała wszystkie dogmaty, jakie Kościół podawał do wierzenia. Dlatego też wyrzekała się kontaktów seksualnych aż do 23 roku życia. Po raz pierwszy zdarzyło się to we Francji, z mężczyzną, z którym wówczas była, z jej chłopakiem. Nina szybko zorientowała się, że nie potrafiła go pokochać, tak jak on ją pokochał. Mimo to, przez wiele długich miesięcy pozostawali parą. Potem Nina spotkała Pierre'a tuż przed opuszczeniem Francji. Zakochali się w sobie. Postanowili pobrać. Jednak Nina wciąż myślała obsesyjnie o różnicach religijnych między nimi. On był niewierzący, wychowany w protestanckiej rodzinie, Nina zaś była katoliczką. Kochała go, jednak uważała, że te różnice mogłyby stwarzać problemy w ich przyszłym życiu. Zauważyła, że mogłyby spowodować zmianę jej własnych przekonań. Była zbyt słaba.

I tak się rzeczywiście stało. To, czego Nina nigdy nie zaakceptowałaby wcześniej, zaakceptowała po związaniu się z Pierrem. Przestała chodzić do kościoła, odrzuciła pewne dogmaty, nie wyobrażała sobie już zupełnie sytuacji, w której musiałaby się powstrzymywać od kontaktów seksualnych, co przecież było ściśle zakazane przez Kościół względem osób niezamężnych. Nina zaakceptowała tę sytuację, widziała jej korzyści. Wolała czuć się wolną, wolną w wyborze mężczyzny, którego pragnęła. Jednak, ponieważ jej katolicka edukacja była tak silna, tak głęboka, Nina wciąż nie mogła pozbyć się uczucia zranienia, zagubienia. Czuła jak gdyby utraciła coś ogromnie ważnego w życiu, jakąś nienazwaną, lecz cenną część jej osobowości i wrażliwości w momencie utraty żywej i niewinnej wiary w Boga. Nie wiedziała już czego właściwie poszukuje w życiu...Kiedyś była to miłość Boga i miłość mężczyzny, który uczyniłby ją szczęśliwą. Utraciła jednak wiarę w możliwość odczucia i odnalezienia Boga, który jej się gdzieś po drodze zagubił. Mężczyźni...Wciąż spotykała mężczyzn, których potrafiła pokochać, pragnąć, pożądać, ostatecznie jednak żaden z nich nie chciał z nią pozostać. Wchodzili w jej życie, na kilka miesięcy, na krótką chwilę , zmieniali bieg jej życia, odwracali całkowicie jego wartki nurt, topili jej uczucia i decydowali o zakończeniu związku. Ona pozostawała sama...
 

początek
Rozdział XXIII

Gdyby nie Internet...



 
 
 
 

Nina niezwykle późno wróciła tego dnia z pracy. Zdarzało jej się zostawać dłużej niż do zwyczajowej piątej piętnaście, choć wiedziała, że nikt nie dostrzeże jej poświęcenia, nikt nie zapłaci za nadgodziny. Lubiła mimo wszystko swą pracę, wciągały ją problemy informatyczne, wiedziała, jak wiele może się tam nauczyć. Jednak każde dodatkowe dziesięć minut kosztowało ją spóźnienie na pociąg i żmudne oczekiwanie na zimnym dworcu zachodnim. W takie dni zdarzało się, że docierała do domu po dziewiątej. Brała wówczas prysznic, który ożywiał ja i obmywał z niej zmęczenie, chłód i przygnębienie. Nabierała ochoty na pogaduszki na Internecie lub plotki u nieopodal mieszkającej Natalii. Tego dnia również postanowiła wpaść na chwilę "online", sprawdzić zawartość swych licznych skrzynek mailowych i truchtem pobiec na spotkanie ulubionej przyjaciółki. Spieszyła się więc, jak zwykle. Chciała już odłączyć się, gdy ktoś nagle wysłał jej wiadomość przez ICQ. Cóż...ciekawość była zawsze zbyt wielka. Otworzyła mały list. Pisał do niej mężczyzna, imieniem Nicolas, z Portugalii.

- Mam przyjaciela w Portugalii - pochwaliła się, zresztą zupełnie zgodnie z prawdą, myśląc o koledze, który mieszkał tam od roku.

Zaczęli rozmawiać. To było długie i miłe "chatowanie". Nina ostatecznie nie potrafiła stwierdzić ile czasu spędzili razem na wspólnej rozmowie. Poprosił ją o zdjęcie. Przesłała mu wiec je. Dostała też jego dwa zdjęcia. - Przystojny facet - pomyślała.

I potem było podobnie. Następnego dnia znów spotkali się online. Dyskutowali, rozmawiali, poznawali się coraz lepiej. Wywiązała się miedzy nimi taka miła, przyjemna konwersacja. Oboje czuli przyciąganie, magnetyczne oddziaływanie między nimi. To było miłe, to było dziwne, było zadziwiające. Powtarzała jej, że miała siłę, która sprawiała, że pozostawał długo przykuty przed swym laptopem, zapominając całkiem o marznących stopach i całym ciele w nieogrzewanym zimą biurze. Zabawne...I dodawał, że miał nadzieję, że posiadała też tę przeciwną, zdolną rozgrzać mężczyznę umiejętność - Ninę rozbroiło to żartobliwe oświadczenie. - Cóż...- pomyślała.

Rzeczywiście Nicolas pozostawał w swym biurze rozmawiając długo z Niną online. Było mu zimno w obszernym, pustym pomieszczeniu. Mógł wszak udać się do domu. Wybierał jednak możliwość pozostania i rozmowy z daleka, tajemniczą, miłą dziewczyną z Polski. Rozmowy wielogodzinnej...Ta sytuacja trwała przez wiele dni. W końcu zaczęli sobie wysyłać maile z pracy. Ile czasu to trwało? Cóż, po dwu tygodniach zapytał, czy Nina chciałaby się z nim zobaczyć. W istocie jednak on już zdecydował się przyjechać do Polski w czasie weekendu i zobaczyć się z nią. Zgodziła się. Była zadowolona i podniecona. Pragnęła przecież ujrzeć go, poznać go lepiej, po prostu pragnęła go ogromnie...

Spotkali się pewnej soboty. nie bez problemów. On musiał pozostać przez noc w Wiedniu, ponieważ wobec opóźnienia lotu z Lizbony Nicolas stracił ostatni lot piątkowy do Warszawy. Linie lotnicze zmuszone były zafundować mu noc w hotelu i zapewnić miejsce w porannym samolocie do Polski. Nina pojawiła się w sobotę rano na lotnisku. Spotkanie było...dziwaczne. Ona była zdziwiona. On był naturalny, może odrobinę zdenerwowany i odrobinę smutny - Nina nie mogła odgadnąć jego uczuć. Wciąż było to dla niej tajemnicą. Nicolas tak dobrze potrafił je ukrywać, podobnie jak i swe myśli. Cóż, Nina była zaskoczona, lecz w końcu nic dziwnego w tym. Zdjęcie, które jej Nicolas wysłał nie było aktualne. Utracił on swą szczupłą sylwetkę, przybrał na wadze, jednak wciąż przyciągały uwagę jego głębokie, piwne, melancholijne oczy..., wciąż miał swe czarne, gęste włosy..., i tak piękny, słoneczny, brązowy kolor opalonej skóry.

Cóż za różnica pomiędzy ich wcześniejszymi wirtualnymi rozmowami i dyskusjami, jakie prowadzili w czasie ich wspólnego weekendu w Warszawie. To był dla Niny niezwykle trudny czas. Wciąż odczuwała coś tajemniczego, nieznanego jej w osobowości i zachowaniu Nicolasa, było między nimi coś niewypowiedzianego, rzeczy wciąż niedopowiedziane. Rzeczy, które musiały być pewnego dnia odkryte. I zostały wysłowione.

Okazało się, że Nicolas miał małą córeczkę z kobietą, z którą pozostawał w separacji. Mówił wiele o swoim życiu, planach, obawach, pragnieniach. A ona...nic nie mówiła. Słuchała go. Była milcząca i odrobinę zmieszana i odrobinę smutna. On chciał powiedzieć jej wszystko o sobie, jednak nie zrobił tego. Nina wciąż czuła się zagubiona w słowach, które on wypowiadał, czuła, że pozostało coś w jego umyśle, czego on nie chciał wyrazić, nie chciał odkryć przed nią. Nina nie wiedziała, co to było, wyczuwała to jednak. Nicolas chciał mieć rodzinę, nową rodzinę, wobec faktu utraty szansy pozostania z byłą żoną i ukochaną córeczką. Pragnął rozpocząć nowe życie, jednak zadziwiające jak bardzo przywiązany był do trybu życia, jaki prowadził wówczas! Było dla niej oczywiste, że musiał być blisko swej małej córeczki, mieć z nią kontakt, kochał ją przecież tak bardzo...Dlaczego jednak nie rozpocząć nowego życia, z inną kobietą, mieć dzieci...rodzinę i dom? On jednak wahał się. Obawiał się. Czego się obawiał? Błędu. Oczywiście ich wspólne życie mogło być pomyłką. Nie znali jednak przyszłości. Jedyną możliwością była próba.

Nicolas zadzwonił do Niny w czasie świąt Bożego Narodzenia. Miło. Rozmawiali przez chwilę. O czymś, o niczym. Nicolas był w złym nastroju. Okay. nigdy chyba nie dowiedział się jednak, jak trudne to było dla Niny, jego mówienie o wszystkim i o niczym, jego smutek, jego zmęczony i smutny, tak smutny głos. Nina dostrzegała jak bardzo Nicolas był nieszczęśliwy, cała jej wrażliwa świadoma istota szeptała w niej - on jest tak nieszczęśliwy...Dlaczego nie zawoła jej, dlaczego nie przyjedzie do niej, aby mogła ukoić, to co w nim bolesne. Nawet jeśli ostatecznie miałoby to ją zranić, nawet jeśli nikt nie przewidział dla nich happy endu. Nina myślała sercem. To prawda. Myślała tak, jak myśleć potrafiła każda kobieta. Była kobietą. On mężczyzną. Szeptała do siebie jakby do niego - Podejmij decyzję, Nicolasie. Pozwól mi być ze sobą, lub powiedz, że nasze wspólne życie to mrzonka. - Czekanie było nie do zniesienia. Najtrudniejsza jednak była jego tajemniczość. Jego milczenie. Mówił, że potrzebuje czasu, by to przemyśleć. Tak, lecz ona chciała wiedzieć, jakie było jego zdanie o niej samej! Nie zastanawiała się nad swą urodą czy cechami charakteru. Nina wiedziała doskonale, że nie jest brzydka, że miała trudny charakter lecz jednocześnie niezwykle łatwo adaptujący się do nieoczekiwanych zmian rzeczywistości, która ją otaczała. Posiadała przecież miała otwartą z lekka również naiwną kobieca naturę. W jej umyśle zakorzeniło się jednak pytanie - co myślał o niej Nicolas jako o kobiecie, towarzyszce, kochance, jak wyobrażał ja sobie jako ...żonę... Nina musiała poznać jego zdanie. Potrzebowała tego jej osobowość. Tymczasem Nicolas wciąż był tajemniczy smutny i w złym humorze. Cóż było począć?

Może ...nic. Po prostu zapomnieć...

Nina coraz częściej zastanawiała się, jak wielki wpływ ma na jej życie Internet. Czyżby była uzależniona? Wiele osób, z którymi rozmawiała "en direct", w salonach dyskusyjnych i dzięki ICQ podzielało przecież jej pasję. Niejednokrotnie prowadziła ciekawe analizy internetowych dewiacji i zachowań internautów. Wielu bywalców wirtualnego świata było przecież informatykami, ludźmi znakomicie znającymi się na rzeczy. Oni niejednokrotnie mieli bliskie Nininemu cyniczno-zdroworozsądkowe stanowisko, pobrzmiewała jednak w ich wypowiedziach fascynacja tym nie tak jeszcze popularnym i dostępnym medium. Nina uwielbiała pasjami dyskusje z Markiem z Londynu. Z zacięciem próbowali dociec czym jest w istocie to zjawisko. Dla wielu stał się już przecież nawykiem, używką, codzienną rozrywką. Nina należała do tych właśnie osób. Inni? Nie ma sensu tłumaczyć im nawet co to jest "chat", czy też, jaka jest różnica między salonem prywatnym i publicznym, wskazywać na możliwości i niezliczone rodzaje skrzynek poczty elektronicznej. Okienka otwierające się na ekranie, coraz liczniejsze i coraz głębiej prowadzące w świat wirtualny są dla tych ostatnich zagadką i wzbudzają obawę. Pozostawiali w spokoju tych, którzy uważali Internet za zbyt arealny wymysł informatyków i tych, którzy widzieli w nim realne zagrożenie. Dla kogo? Ludzkości? Humanizmu? Nie raz Nina słyszała rzucone uwagi typu : strzeż się Internetu! - a jednak nie możliwe było uzyskanie wytłumaczenia - dlaczego. Te groźby zawsze pozostawały nieuzasadnione.

Dla niej jednak pozostawało aktualne pytanie - czy rzeczywiście Internet niósł ze sobą swego rodzaju zagrożenie? Nina przyznawała otwarcie przed Markiem, że nie była osobą szczególnie zafascynowaną techniką, a jej humanistyczne wykształcenie tym bardziej nie sprzyjało takim skłonnościom. Jej zainteresowanie Internetem zaczęło się po prostu pod wpływem realnej potrzeby utrzymania częstego kontaktu z bliską jej osobą. W ten sposób odkrywała zalety szybkości przekazu informacji i wspaniałą możliwość internetowej rozmowy na odległość. Jednak w jej przypadku internetowe długie dzienne i nocne rozmowy z poznanym człowiekiem stały się przyczyną rozpadu jej dotychczasowego związku. Internet dawał jej jednak nadzwyczajne, duże możliwości kontaktu ze światem, z innymi odległymi często osobami. Pewnego dnia uległa czarowi rozmowy z nieznajomym, zrodziła się niezwykła, wzajemna ich fascynacja. Rozmowy stały się narkotykiem, potrzebą. Zerwała związek już blisko dwuletni z człowiekiem, którego dobrze znała i kochała, pod wpływem rozmów z obcym jej przecież, lecz jak zdawało jej się, bliskim jej mężczyzną. Całkowicie opętała ją namiętność, pożądanie, pragnienie poznania go, zobaczenia, pragnienie spełnienia. Wszystko to się dokonało. Dokonało się też smutne zakończenie ich szalonej historii miłosnej. Trwała ona zaledwie cztery miesiące. Wie dziś, jak bardzo się w stosunku do tego człowieka pomyliła, jak złudne były jej o nim wyobrażenia.

Pozostawała przecież nieustannie w sferze wirtualnej, w świecie iluzji, a kontakt z nim był wszak tragicznie ograniczony. A jednak dzięki temu doświadczyła, jak miłym uczuciem jest możliwość otwarcia się na drugą osobę bez obawy zdemaskowania i zranienia. Oboje, ona i Pierre z Budapesztu byli szczerzy, a jednocześnie kontakt internetowy wyzwalał w nich inną jakby naturę. Czy byli sobą? Tak i nie. Przede wszystkim kreowali siebie i nie była to ich rzeczywista osobowość, ten obraz, który serwowali interlokutorowi. To była często poza, lub zwyczajnie część jakaś ich osobowości. John zastanawiał się, czy Internet byłby lekiem na samotność. Przecież właśnie w momentach dotkliwie odczuwanego zagubienia, samotności wchodzili oboje online, Nina i Mark. Czego właściwie szukali w wirtualnej rzeczywistości? Oczywiście kontaktu z drugą osobą, często odległą, z drugiego końca świata. Jej chcieli powierzać problemy zamiast zwrócić się do przyjaciela fizycznie obecnego w ich otoczeniu. Nina miała przyjaciół, których ceniła, a jednak niejednokrotnie łatwiej jej było powierzyć problem Henry'emu z Alabamy czy Robertowi z Holandii. Czemu? Być może rozmowy z obcymi były po prostu ekscytującą rozrywką, szukała ich, wierząc, że w ten sposób znajdowała ulgę dla chwilowo ciężkiego stanu ducha, ale, świadoma również wewnętrznie skomplikowanej swej osobowości i trudnego charakteru, szukała rozwiązań najtrudniejszych, zbyt prosta byłaby możliwość rozmowy en face z przyjaciółką. Dalecy internetowi znajomi zdawali się dobrze pojmować jej rozterki. Często ich neutralne zdanie mimowolnie pomniejszało ważność jej problemu w jej własnych oczach. Wobec odległości, jaka ich dzieliła, w obliczu dystansu przestrzennego zwiększał się też i jej dystans do wszelkiego rodzaju problemów bezpośrednio jej dotyczących.

Nauczyła się sztuki patrzenia z dystansem na jej prywatne troski i problemy, lecz nie nauczyła się tych problemów rozwiązywać.
 

początek
Rozdział XXIV

Spiskowa teoria miłości



 
 

Nina nigdy nie znosiła poniedziałków. Jak wolno wloką się godziny. Jak daleko jeszcze upragniona siedemnasta, gdy spokojnie można było zacząć przygotowywać się do wyjścia z biura.

Nicolas, gdzie jesteś?

Tak - myśli o pracy - dziś ciężki dzień. Zebranie dyrektorów sklepów. Zjadą się z całej Polski, będą gaworzyć i czubić się dwujęzycznie, po polsku i po francusku.- Ale wciąż ta myśl przerywająca tok rozważań profesjonalnych i praktycznych - gdzie jesteś, Nicolas? Nicolas, Nicolas, Nicolas.

Jakże lubiła to imię. Jakże lubiła je wymawiać, bawić się nim, odmieniając je na wszelkie sposoby i tłumaczyć na obce języki. Nicolas, Nicolai, Mikołaj. Inaczej, ale zawsze tak miękko. miękka jest cudownie pierwsza głoska.

I czy to nie dziwaczny zbieg okoliczności, że najbliżsi jej mężczyźni, z którymi rozstała się już, ale którzy tak głęboko zapisali się w jej sercu, mieli wszyscy podobne imiona. Dziwaczny czworokąt - kwadrat? Pierre oddalił Pierre'a. Trudno było zapomnieć ich obu. Nie, nigdy nie udało się wymazać z pamięci tych wspomnień. Nie, nawet nie trzeba było chcieć. Po co? To bolesne i cenne.

Pojawił się Nicolas. Mówili, że lekiem na zawiedzioną miłość jest inna. Być może. Czyżby więc jej szukała, zmuszając myśli i serce do pokochania kolejnej, odległej jej osoby. Nie. Nie, to nieprawda. Ale jednak, może było tam jakieś ziarenko prawdy. Czemu fascynowała ją odległość, tylko ci odlegli , nieznani mężczyźni podniecali jej wyobraźnię. To przecież zupełne szaleństwo i życie w kręgu złudzeń. Ach, idealistko! Prawdę powiedział jej ten daleki mężczyzna o imieniu tak miękkim, Nicolas. Ten Portugalczyk, odległy i bliski, tak jej miły - że szukała wciąż dalej i dalej. Nienasycona wyobraźnia i pragnienia. Była Francja, Budapeszt, Anglia, Portugalia. I...no tak, te związki nie przetrwały.

Nicolas, Nicolas...To imię stało się jej obsesją. Nicolas, piękne imię. Imię świętego i natchnionego, i tak prozaiczne jednocześnie.

On był cholernie przystojny, niemal piękny, o pokrytej kolorem słońca skórze, czarnych, gęstych włosach. Kusiła, kusiła śródziemnomorskość. Czuła smak słońca, patrząc na jego letnie zdjęcie ze słonecznego Cape Verde. Daleka, daleka nieznana jej wyspa. Zapewne zielona i słoneczna. Żółto-zielona, przykryta nienagannym błękitem.

Nicolas. On pasował do tej scenerii. Opalony, kruczo-czarny Nicolas na tle palm, piasku i słońca. Nicolas. Nie, nie powinna była powtarzać tego imienia. Obsesyjnie utkwiło jej na dnie czaszki. Czemu? Nie odpowiedziałaby. Ale jednak. Dziwne. Dziwne, że właśnie to imię nieznanego, dalekiego mężczyzny stało się czwartym kątem kwadratu.

Bo Nicolas to Mikołaj. Kim był Mikołaj? Mężczyzną. Przyjacielem. Polakiem. Przystojnym brunetem o piwnych oczach. Zawsze obecnym, pomocnym.

Nina pamiętała owo wielkie, szalone zrodzone pewnego dnia tak niespodziewanie zamroczenie i oczarowanie osobowością Mikołaja. Powróciły jej zmysły. Tak, był przecież wtedy Pierre. Daleki Francuz w ziemi francuskiej, ziemi niby obiecanej. Tak, miała do niego dołączyć, z nim żyć, mieć dzieci, za niego wyjść za mąż. To nieprawda. Wszystko to już nieprawda. Odszedł jeden i drugi Pierre. Pozostał zawsze wierny Mikołaj. Kim był w końcu Mikołaj? Był wciąż i pozostał przyjacielem. Nie... był kimś więcej. To, co było miedzy nimi przybierało nieokreśloną formę uczucia zwieszonego miedzy przyjaźnią a miłością.

Czemu zawsze komplikowała swoje uczucia, żadne z nich nie potrafiło być jasne, czyste i proste, ale były tak dziwnie zagubione w przestrzeni. Odległość sprawiała, że się rozpraszały chwilami, a intensyfikowały w innym momencie. Ona dobrze o tym wiedziała, ale nie potrafiła uciec. To jakby coś na kształt przeznaczenia ciągnęło ją na głębię. Wierzyła w przeznaczenie, fatum?

Nina udawała, że nic dla niej nie znaczyły te słowa, ale czuła wówczas, jak bliskie były jej sztuki greckie i te tworzone na ich podobieństwo. Zauroczenie francuskim klasycyzmem. Niezaprzeczalnie. Wola i nie-wola. Uczucie spętane i wola zniewolona. Instynkt czy rozsądek. Brak miejsca dla rozsądku, uczucie i kara za nie. Fedra i Hermiona. To znów jedna z dręczących obsesji. Czy życie było łańcuszkiem obsesji, rzadko przerywanych miłosierną chwilą beztroskiego uczucia w zalążku? To prawda. Tylko rodzące się uczucie, tak jeszcze nieśmiałe, niepewne czy uczuciem jest czy nie, jeszcze nie przyjęło formy jawnej...byłoby na tyle delikatne i miłe, że odrzucałoby obsesję. W tę wpadało się później. W nią wpadła później. Później...? Zanikło poczucie czasu. Co znaczyło "później"? Co było wcześniej? Nic. Były tylko narodziny miłości i ...nie było rozkwitu - był upadek w obsesję. Była przepaść.

Nicolas. Portugalczyk. Był kolejną obsesją? Nie. Więc jednak istniała sfera pomiędzy momentem wylęgania się miłości - to uczucie już się wykluło - a obsesją miłości. Gdzieś na granicy tych obu.

Kobieta balansowała na linie. Oczywiście i tak spadła tam wgłąb. Nie było innej drogi. Nie, nieprawda, być musiała! Inna. Nie w dół. W górę?

Nicolas to Mikołaj. Nicolas to Mikołaj?

Odeszli z jej życia Pierre i Pierre. Pierre jeden, Pierre dwa...Gorzko i cierpko brzmią te słowa z ust Mikołaja. Skrzywiona numerologia jej życia osobistego. Cóż zresztą...numerologia...wystarczyła wówczas prosta matematyka serca by dostrzec, że pozostali dwaj istotni w jej życiu mężczyźni, Mikołaj i ...Mikołaj. Nicolas. Portugalczyk.
 

początek

Rozdział XXV

I znów mała czarna w Nowym Świecie...



 
 

Nina nieczęsto miała okazję widywać w Nowym Świecie swe przyjaciółki po ich zamążpójściu, przeprowadzkach, narodzinach dzieci i piętrzących się obowiązkach rodzinnych. Cóż, czuła się tez i dziwnie malutka, osamotniona w ich towarzystwie, towarzystwie kobiet, które szczęśliwie weszły w nowy niejako okres ich życia.

Spotkały się jednak pewnej zimowej niedzieli nowego roku 2000. Nicole przyjechała na kilka dni z Francji, aby zobaczyć się z rodzicami. Wciąż mieszkała w Paryżu z mężem, którego firma prosperowała coraz lepiej, i z dwojgiem "szkrabów", jak mówiła sama żart oliwie o swych dwu synach, jednorocznym Maćku i dwumiesięcznym Sebastianie. Natalia zaś przeniosła się z mężem do Warszawy, gdzie wynajmowali trzypokojowy nowoczesny apartament na Woli. Nie planowali na razie dzieci. Natalia pragnęła najpierw ukończyć kursy językowe, księgowe, informatyczne i , jak mówiła, znaleźć "odpowiednią dla siebie pracę". W istocie pragnęła jeszcze nacieszyć się swobodnym, przypominającym studenckie życiem. Robert zarabiał nieźle, a na jej własne potrzeby wystarczało to, co zdołała zarobić na korepetycjach z języka angielskiego. Przyjaciółki, spoglądając na Natalię i widząc jej niezdecydowanie i obawy co do wyboru zawodu spodziewały się prędzej usłyszeć nowinę o zajściu w ciąże niż o ofercie ciekawej pracy. Natalia jednak była szczęśliwa i spokojna. A Nina?

Nina po powrocie z Francji przed czterema laty, który to pobyt odmienił mimo wszystko jej życie, doprowadził do transformacji światopoglądu i osobowości, po kilku dłuższych i krótszych, poważnych i mniej poważnych związkach z mężczyznami, których kochała do szaleństwa, albo których ..."trochę lubiła", po kilkakrotnych zerwaniach, rozpaczach i powrotach do równowagi psychicznej i train train quotidien - codzienności, wciąż była sobą, wciąż była Niną o dziwacznej kapryśnej osobowości, samotną i szczęśliwą w jej wolności, po prostu była Niną. Pracowała nadal w firmie francuskiej, marzyła o agencji reklamowej, wciągała się w tryb nadgodzinowy pracy, poświęcała swój wolny czas, nie zauważała jak mijała upragniona siedemnasta i zostawała do siódmej bo... problem do rozwiązania, bo nie można było tego załatwić nazajutrz...i mailowała namiętnie dzięki Intranetowi z przyjaciółmi z różnych stron świata. Pewnego dnia zadzwonił mężczyzna. Pragnął umówić się na spotkanie z jej szefem. Niestety ten, osiągalny był jedynie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Podany został adres mailowy szefa i ot, tyle. A jednak mężczyzna ten zadzwonił po chwili, pragnąc prosić o przekazanie i przypomnienie szefowi o wysłanym mailu i propozycji spotkania, na którym najwyraźniej mężczyźnie po drugiej stronie linii bardzo zależało. Nina zaproponowała przesłanie listu do szefa z zawiadomieniem do jej skrzynki. Podała własny adres i .... otrzymała nie ten jedynie list lecz i kolejny z podziękowaniem i inne , bardzo miłe słowa. Wywiązała się ciekawa korespondencja, która zmieniła tak negatywna opinię Niny o polskich mężczyznach. Jan odbywał staż w Niemczech. W Polsce pojawić się miał dopiero w maju 2000.

- Dlaczego ja zawsze muszę na nich czekać? Przestrzeń i czas zawsze były moimi tak względnymi ale i tak rzeczywistymi przeszkodami dla uczuć, dla związku. Tak, tym razem jednak ta przestrzeń jest do przejścia a czas płynie szybciej niż zwykle, no i cóż za swoboda dla języka nieuwikłanego w obcojęzyczne gwary. Polak, Polak...czyżby wiec Polak? - westchnęła Nina filozoficznie. - Maj...Ha, cóż to nie przytrafia się ludziom z nadejściem wiosny. A co nam?
 

[początek]