[strona głowna/home/retour]
[rozdz.21-25][rozdz.1-5][rozdz.6-10][rozdz.11-15]
         [rozdz.16][rozdz.17][rozdz.18][rozdz.19][rozdz.20]
Nina

Me, Myself and I

or

what would happen if...

częsć IV

początek
Rozdział XVI

Jak dobrze znów być we Francji...



 
 
 

Już dawno minął czas wakacji, Nina tego roku nie dostrzegła nawet ich obecności. Nie miała prawa do urlopu a i nie miała nań najmniejszej ochoty. Jedynie coraz bardziej pasjonująca ją praca pozwalała zapomnieć o prywatnych sprawach. Formalnie opuszczała biuro o siedemnastej, a jednak ileż razy zdarzało jej się pozostać do osiemnastej czy dziewiętnastej. Wracała do domu zmęczona, mając ochotę jedynie na gorący prysznic, ciepły obiad i sen. Jakie życie stało się proste!

W połowie września jednak Ninę wysłano na miesiąc do Francji. zupełnie nie znała tych północno-wschodnich okolic Pikardii Północnej z jej stolicą w Lille. Nina opuściła Polskę o zmierzchu lata. Zapakowała w walizkę mieszankę letnich i jesiennych kolorów i dużo czerni, od której obsesyjnie nie mogła się uwolnić. Lille przywitało ją piękną słoneczną pogodą. Jak mówiono, Nina trafiła w ciągu jej czterech tygodni pobytu na najpiękniejszy okres późnego lata. Pierwszy samotny weekend we Francji. Poranek. W pustym niemal hotelu na obrzeżach Lille unosił się zapach parzonej kawy, aromat ciszy przerywanej pykaniem wyskakujących z tosterów grzanek i słowami, które rzucone półgłosem lekko zawisały w zsiadłej atmosferze senności wczesnej godziny. Dopiero ósma...I po cóż tak wcześnie wstawać? - pomyślała pół godziny wcześniej Nina, a jednak nie przyłożyła już głowy do poduszki lecz opuściła łóżko i zmyła brutalnie senność pod prysznicem gorącej wody. Włożyła letnią jasnoniebieską sukienkę. - Błękit, kolor melancholii i bluesa, mój kolor - wykrzywiła usta ironicznie w kierunku swego odbicia. W chwilę potem wypiła duszkiem kawę, zjadła jogurt i grzankę i wybiegła w lepszym już humorze na przystanek autobusowy.

Przez kilka godzin Nina wędrowała samotnie pustymi niemal zalanymi słońcem ulicami miasta. Zauroczyła ją jego stara część, sięgające średniowiecza zdobione kolorem i płaskorzeźbami kamienice spoglądające na siebie ponad brukiem ulicy i pragnące jakby fizycznego zbliżenia, tak wąskie przesmyki uliczek tworzyły. Ninie doskwierała samotność. Tak, miasto zdało się sympatyczne lecz jednocześnie obce małej Polce nieznającej żywej duszy w Lille. Około południa zmęczona żarem letniego jakby jeszcze słońca, przysiadła w jednej z kawiarenek na placu........... Hmm..- zachwyciła się smakiem wyszukanej "salade", która całkowicie zaspokoiła Nininy niewielki w takim upale apetyt. Ta kawiarnio-restauracja od tamtego dnia nieodmiennie kojarzyła się jej z przypadkowym a niezwykle miłym spotkaniem z mężczyzną o imieniu Jean-Pierre. On stał się jej przewodnikiem po mieście, po okolicy, dzięki niemu ten miesiąc z dala od kraju nie był tak trudny i samotny. Odwiedzali wieczorami miejskie kluby, dyskoteki, kina i puby. Nina później nie mogła powstrzymać uśmiechu na wspomnienie rozkosznego smaku irish coffee, która była przyczyną silnej chrypki i pozbawiła Ninę siły głosu na ponad tydzień. Spotkanie z Jean-Pierrem nie było jednak jedynym miłym wydarzeniem podczas wlokącego się niemiłosiernie długo miesiąca samotności w Lille. Jeden z nudnych poniedziałkowych wieczorów, gdy Nina zbyt zmęczona po pracy nie miała ochoty na najkrótszy wypad do centrum Lille, przyniósł zupełnie nieoczekiwanie nową ciekawą znajomość. W okolicach jej hotelu znajdował się typowo francuski bar samoobsługowy Flunch. Jedzenie, nie najlepsze i niewyszukane a jednak tanie i szybko serwowane satysfakcjonowało Ninę ogarniętą lenistwem i zmęczeniem wieczoru.

Zaopatrzona w sałatkę, uwielbiane przez nią naleśniki na słono zwane "galettes" z warzywami i deser owocowy, skierowała się ku najodleglejszemu spokojnemu zaułkowi przestronnej sali, skąd mogła obserwować zachowanie gości restauracji, ignorować kaprysy i krzyki dzieci, podsłuchiwać rozmowy dorosłych, dostrzegać lekkie wprawne ruchy palców pianisty, którego fortepian umieszczony na środku sali na podwyższeniu przyciągał częste spojrzenia wszystkich obecnych.

Nina kończąc już swój posiłek i zamierzając udać się po filiżankę kawy, dostrzegła kątem oka dwie wysokie sylwetki mężczyzn, którzy rozglądali się w poszukiwaniu wolnego spokojnego miejsca. Zdecydowali się w końcu zająć stolik na prawo, o jaki metr od Niny. Zajęci byli głośną swobodną rozmową, którą przerywały ich wybuchy śmiechu. Byli obaj w świetnych humorach. Nina z zazdrością spojrzała ku nim, nagle odczuwając ogromne pragnienie towarzystwa i rozmowy.

- Przepraszam, czy mogliby panowie rzucić okiem na moje rzeczy, chciałabym pójść po kawę - zagaiła nieoczekiwanie Nina, zdobywszy się na odwagę. Gdy wróciła, zaprosili ją do swego stolika. Potoczyła się spontanicznie miła rozmowa. Okazało się, że Jean-Marc i François pochodzą z Lille jednak mieszkają w Bordeau. Dziennikarz i właściciel prywatnej firmy i wytwórni tkanin byli bardzo interesującymi rozmówcami. Obaj starsi od Niny o niemal dziesięć lat mieli wiele do powiedzenia, ale i z uwagą potrafili słuchać sympatycznej i uroczej małej Polki o typowo słowiańskiej i dziecinnej nieco naiwnej urodzie.

Poważna rozmowa przeplatana żartami, plączące się tematy ekonomii kultury polityki ploteczki i realne wydarzenia w Polsce i Francji wypełniły im bezszelestnie mijające godziny wieczorne. Wszyscy troje w pewnym momencie, dostrzegając pustoszejącą restaurację, ze zdziwieniem spojrzeli na zegarki. była blisko dziesiąta. Z żalem postanowili sięrozstać obiecując sobie jednak kolejne spotkanie "przy okazji". Jedną z tych okazji stał się dla Niny wyjazd do Paryża z François, który niestety musiał wcześnie opuścić Lille, jeszcze przed nadejściem weekendu, kiedy to obiecywali sobie wspólnie z Niną zwiedzić znane im od dzieciństwa Lille. Nina, nie chcąc pozostać samotnie w obcym jednak jej mieście, postanowiła skorzystać z okazji i odwiedzić wówczas przyjaciół w Paryżu.

Tamtego jednak dnia, zasypiając w pokojowym hotelu po spotkaniu we Flunchu wspomniała z uśmiechem zabawny komplement François, który pod wpływem tej rozmowy zapragnął odwiedzić Polskę i poszerzyć o nią teren swej aktywności handlowej : "jesteś, Nino, wspaniałą ambasadorką własnego kraju..."
 

początek
Rozdział XVII

Popołudnie w Paryżu



 
 
 
 
 

Sobota. Dzień zaczął się leniwie. Ósma. Zbudził ją włączony automatycznie telewizor. Pospać jeszcze trochę! Dziewiąta. Cóż, lepiej jednak porzucić już ciepłą pościel i udać się na śniadanie. W istocie wiedziała, że musi opuścić pokój hotelowy przed dwunastą. Tuż przed południem pojawił się, zgodnie z umową, François. Korzystając z okazji, postanowiła spędzić tę sobotę w Paryżu. Dotarli tam dopiero około godziny piętnastej.

Umówiona była z przyjacielem, mieszkającym na stałe w miasteczku pod Paryżem, jednak jej duże spóźnienie sprawiło, że nie spotkali się. Ironia losu, czy zwyczajny przypadek? Zmęczona, zatrzymała się w jednej z kafejek otaczających Ogród Luksemburski. Mała czarna za 16 franków – ach, takie są paryskie ceny w lepszych kawiarniach – myślała Nina - plus karafka wody darmo. Stolik wystawiony na chodnik tuż przed kawiarenką, krzesło ustawione przodem do ulicy. Paryżanie uwielbiają ten ruch, bliskość ulicy, kawiarnianych gości i przechodniów zaglądających im w talerze i filiżanki.

Obserwowała paryskich przechodniów. Cóż za mieszanka kultur, ras, obyczajów, języków i mód! Łatwo jednak było odróżnić Paryżan od pozostałych przechodniów. Tubylcy posiedli szczególny sposób bycia – byli eleganccy a zarazem na luzie, ? la mode lecz i klasyczni. Zresztą nie warto bawić się w uogólnienia, inny typ zachowań prezentowali młodzi, tłumnie zebrani tej soboty na placu St. Michel dla wymiany i sprzedaży podręczników szkolnych, inny zaś starsze pokolenia. Kultura afrykańska, japońska, arabska, hinduska i europejska, tu spotykające się, dawały szczególny efekt, niepowtarzalny i barwny. Pośród tych to różnego typu mieszkańców stolicy francuskiej obserwowała obcych. Co krok słyszała język angielski często pikantnie przyozdabiany niezwykłym mu akcentem, a także niemiecki, włoski, japoński... Właśnie okolice Sorbony, bulwar St. Michel i sam Ogród Luksemburski to było między innymi miejsce spotkań międzynarodowych. Tu zawsze natknąć się można było na rój uczniów i studentów.

Zauroczył mnie Jardin de Luxembourg – pomyślała, siedząc zmęczona w kafejce, duszkiem wypijając moją karafkę wody z lodem i małą czarną. Przypominał jej on warszawskie Łazienki. Nie, Nina nie była mieszkanką Warszawy, jednak śmiało stwierdzała, że nie widziała tam nigdy tak wielu spacerowiczów, tak wielu ludzi wypoczywających w różnoraki sposób. Ha, myślała nawet, że ową specyficzną atmosferę luzu, sprzyjającą dyskusji, konwersacji, ale i wyciszeniu, lekturze, zabawie odnaleźć można było raczej na placu Uniwersytetu Warszawskiego. Tak, tak, mówiło się nawet przysłowiowo: “studenciory” wyległy na ławki i trawniki. To właśnie dostrzegała w Ogrodzie Luksemburskim. Młodzi ludzie ... i mniej młodzi, samotnie, dwójkami, grupami rozsiadali się na krzesłach w lasku, w kawiarni i wokół basenu. Czytali, rozmawiali, spali, medytowali, kontemplowali ruch promieni słońca odbitych w wodzie i małe szkraby w krótkich spodenkach zabawiające się puszczaniem statków. Pochłonięci byli grą w szachy lub w karty. Obok nich wyległy rodzinne grona, układ tatuś, mamusia, bobas, ewentualnie mamusie-koleżanki, obok nich kupa dzieciaków, układ kilku tatusiów – rzadki acz możliwy.

No dobrze, ale ile czasu można było wpatrywać się w wodę, pomagać maluchom wyciągać statki z wody, czytać, marzyć...Nudziła się. Szkoda, że jej przyjaciel na nią nie zaczekał. Samotna kawa w kafejce to nie to, nic nie zastąpi rozmowy z dawno niewidzianym przyjacielem. - Trudno – westchnęła. Kierunek dworzec północny, za godzinę była w Lille. I odnalazła jej hotelowy pokój, i ciszę i jej szerokie łóżko. Eh, Paryż był dziś dla niej zbyt hałaśliwy. A urok Jardin de Luxembourg? Może to było tylko przelotne wrażenie? Co takiego miałby w sobie Paryż? Oczarowywał ja, a chwilę potem męczył, odpychał a potem kazał za sobą tęsknić. Dziwaczne miasto. Uciekła stamtąd. Przedawkowała.
 

początek
Rozdział XVIII

Pech.



 
 
 
 
 

Nina wróciła do Polski w końcu września. Znów zaczęło się szare życie i nudne, dalekie dojazdy do pracy i takież powroty. Miesięczny pobyt we Francji uspokoił jednak jej znerwicowaną na skutek uczuciowych problemów naturę. Wielokrotnie wracała jednak myślą do tych szczęśliwych beztroskich chwil minionego lata.

Drugi tydzień w pracy. Znów nieznośny poniedziałek. Ale pechowy, niby piątek trzynastego. Już jednak za chwilę wybijała siedemnasta. Jedynym jej marzeniem było w tej chwili to, by dzień ów skończył się już. Ten jeszcze jeden dzień nudy w pracy. Nieobecność szefa. Luz blues. Nie lubiła tego. Za dużo w niej energii.

W końcu upragniona godzina osiemnasta. Wyszła. Zmierzała ku stacji szybkim krokiem - to nawyk - miała przecież dużo czasu. Stacja Włochy. Weszła na peron. Wokół niej klasa robotnicza. Nie, nie chciała być złośliwa, myśląc w ten sposób, lecz ci ludzie w istocie mieli wygląd istot nawykłych do ciężkiej pracy fizycznej. Bruzdy na twarzy , bruzdy na rękach.

Kilka kroków i znalazła się w drugiej części peronu. Znów pojawiła się na stacji stanowczo za wcześnie. 15 minut do przyjazdu jej pociągu do Dęblina. Ach, przynajmniej był to bezpośredni z Włoch do Otwocka. Często nim wracała. Wsiadła do wagonu instynktownie niemal, spoglądając mimochodem jedynie na tablicę na czole pociągu oznajmiającą stację docelową. Tak było i wówczas. Oczekując na przyjazd pociągu siadła na ławce i pisała jak zwykle - to jej namiętność drugorzędnego pisarczyka i listomanki - na luźnych kartkach, które zawsze nosiła ze sobą w teczce.

Usłyszała szum wjeżdżającego na peron pociągu, pisk kół na szynach w momencie hamowania. Podniosła głowę. Grodzisk Mazowiecki? Przecież to chyba w zupełnie innym kierunku...Zaraz zaraz...Wsiadła, lecz w ostatniej chwili szalony instynkt kazał jej wyskoczyć na peron. Zamknęły się za nią drzwi. Pociąg odjechał. Peron opustoszał. A więc wszyscy wsiedli, mimo że nie był to pociąg do Dęblina? Spojrzała odruchowo na tablicę umieszczoną z tyłu oddalającego się pociągu. Dęblin! Oczywiście, idiotko, po prostu znów zapomnieli zamienić! Czekała więc znów piętnaście, dwadzieścia minut. Pociąg do Wschodniej. Cóż, dobre i to. Będzie musiała się przesiąść na Śródmieściu. Między Zachodnią a Ochotą kontrola. Uff, nie zauważyli na jej miesięcznym, że obejmuje on odcinek Otwock- Warszawa Ochota. Co za ulga. Wjechali w ciemności tunelu miedzy Zachodnią a Ochotą. Podniosła znów głowę znad jej kartek papieru na dźwięk męskiego głosu. Co znowu? I usłyszała prośbę - Czy mógłbym znów spojrzeć na pani bilet? - Podała go z rezygnacją i już wiedziała, że kara pieniężna jej nie minie. Wszystko w niej jakoś tak oklapło. Smutne myśli snuły jej się po głowie : Uciekł jej pociąg bezpośredni, w domu będzie godzinę później, czyli po dwudziestej, głodna jest piekielnie i zmęczona setnie i jeszcze i to...

Obsiadło ją stadko "kanarków", przypominających wówczas raczej sępy schylone nad nieruchomą ofiarą. Spisali dane. Ona nie próbowała nawet zastanawiać się nad sposobami uniknięcia kary, ani kłócić z nimi. Nie, nie miała siły. Była zimna i bezczelna, choć mężczyzna wypisujący jej wezwanie był całkiem, no, no...można by powiedzieć, przystojny. Eh, nie chciało jej się jednak bawić w kokieterię. Jej niedawne rozstanie z tym, którego kochała źle wpływało na jej obecny stosunek do mężczyzn.

Usłyszała pytanie - Czy mogę prosić o pani dowód osobisty? - Oczywiście- odpowiedziała, lecz nie wykonała żadnego ruchu, nie próbowała nawet szukać go w swojej torebce, czekając bezczelnie na jego reakcję. - Czy mogę prosić o dowód? - powtarza głośniej.

- Proszę więc poprosić - odpaliła zimno, gdyż obudziła się w niej natura złośliwej dyplomowanej polonistki zawsze ironicznie nastawionej do polskich absurdalnych często formuł grzecznościowych. Mężczyzna wybuchnął śmiechem i inni stojący obok niego kontrolerzy, ale było mu widocznie głupio.

- Proszę o pani dowód osobisty - mówi w końcu. Podała mu go obojętnie. Spojrzała w okno. To już za sekundę Śródmieście. On kończył wypisywanie. Nina złożyła podpis. Spogląda - 50 zł do zapłaty. Siedem dni. Potem drożej. Cóż, to nie aż tak wiele. Wyszła szybko z wagonu nie mówiąc ani słowa. Usłyszała jeszcze tylko za sobą komentarz - Jakaś taka niekomunikatywna! - Ano tak, moi panowie. Macie pecha. Nie, cóż ja mówię, to ja mam dziś solidnego pecha! - pomyślała w duchu ze złością.

Cóż, nie należało do najprzyjemniejszych oczekiwanie na dworcu Śródmieście na pociąg podmiejski. Pół godziny. No dobrze. Jakaś ławka, było i wolne miejsce. Nina usiadła i całą jej uwagę pochłonęło szybko pisanie. Nie zauważyła nawet, jak minęło owe trzydzieści minut. pociąg na szczęście nie miał opóźnienia, dzięki czemu za godzinę z ulgą wspinała się już na piętro i odnalazła swój przytulny pokoik. Ściągnęła płaszczyk, nie miała jednak siły ni ochoty zejść na dół, aby czymś pożywić żołądek. Ten zresztą nawet nie upominał się zbyt natrętnie. - Później - pomyślała Nina, wkładając kasetę do magnetofonu. Nareszcie odezwały się dźwięki muzyki w której była niemal zakochana...
 

początek
Rozdział XIX

Zszedł do piekieł, by odnaleźć ją..Orfeusz ...Eurydykę...



 
 
 
 
 

Uwielbiała tę operę. Gluck. "Orfeo ed Eurydice". Trudno było jej powiedzieć konkretnie dlaczego. Opery barokowe, tak jak ta, były tak szczególnie napełnione, przepełnione pasją, tak wzruszające. Nie można było pozostać obojętnym, słuchając tych arii i tych recitatiwów. Jedni z pogardą wyłączali od razu płytę, inni pozostawali ujęci, uwiedzeni, dotknięci głęboko czarem tej muzyki tak łagodnej i tak żywej zarazem, tak zmiennej, w której króluje słowo otoczone delikatnymi i nieśmiałymi, innym zaś razem gwałtownymi tonami instrumentów. Ach, Gluck. Zadziwiające było w tym to, że tekst opery w publikacji, która wpadła jej w ręce we Francji, podany był po starowłosku. Taka była przyczyna jej niedoskonałego zrozumienia sensu historii zawartej w libretcie (abstrahując już tu oczywiście od faktu, że każdy średnio wykształcony człowiek wie coś niecoś o żałosnej historii tych dwojga kochanków mitologicznych ). Otworzywszy książeczkę załączoną do płyty CD, zauważyła również, obok starowłoskiego, tekst, prawdopodobnie tłumaczony, po staroangielsku. I co za ból! Włoskiego nie znała zupełnie. Z dużą trudnością udało jej się odczytać wersję angielską.

W istocie opera wymaga bardzo dobrej znajomości tekstu. Wie to każdy niemal i powtarzanie tego faktu jest być może niepotrzebne, ale jednak powtórzę - każdy zdaje sobie sprawę, jak trudno jest zrozumieć tekst śpiewany. Muzyka, nawet ta tak nieśmiała i pozostająca w cieniu słowa jako akompaniatorka, powoduje dużą transformację wypowiedzi, przegania ona zwykły, naturalny akcent i rytm języka mówionego. Ale teraz szszsza....Oto był moment, gdy Orfeo próbował załagodzić gniew Furii. Nie pozwalały mu one zejść w głębokości piekła, lub, jak kto woli, Hadesu. Napięcie , pasja rosły. Głos Orfeusza jest bardzo miły dla ucha, łagodny choć przecież tak wysoki. Przyzwyczajono się myśleć, że czar głosu wynika z jego schodzenia do jak najniższych tonów, które lekko tylko łaskoczą, gładzą nasze uszy. To złudzenie. Głos Orfeo był czysty, jasny, lecz i łagodny. Sopran męski. Ten, jakim szczycili się niegdyś jedynie kastraci. Dziś rzadko mamy możliwość usłyszeć śpiewaka operowego posiadającego ten dar i tę łatwość śpiewania tak wysoko i osiągającego to charakterystyczne brzmienie. W istocie jest to też sprawa techniki, nabytej często już podczas pierwszych lat edukacji muzycznej danego artysty. Paradowski jest polskim śpiewakiem, znanym właśnie między innymi dzięki swemu cudownemu, rzadkiemu dziś głosowi... Nina miała świetną okazję słuchać go Warszawskiej Operze Kameralnej, śpiewającego arie oper Mozartowskich podczas festiwalu poświęconego temu twórcy.

To bardzo cenne dla niej wspomnienie. A obok niego dwa inne przychodziły jej na myśl. Widziała postać aktora odgrywającego rolę Farinellego, sławnego w swej epoce śpiewaka. Słyszała ten głos, dla potrzeb filmu spreparowany jednak, muzykę złożoną z fragmentów arii dwojga śpiewaków, których zespolenie zbliżyło wykonanie do ideału siedemnastowiecznego.

Ale zarazem słyszała głos Hani Banaszak w jej cudownej i tak odmiennej od innych piosence "Wołanie Eurydyki". Powracał więc temat miłości niespełnionej, miłości nieszczęśliwej, a przekraczającej próg śmierci, ale i zbyt niecierpliwej, by w pełni wykorzystać daną jej szansę na odrodzenie szczęścia i radość spotkania. Orfeusz, odnalazłszy ukochaną na dnie piekła, kierując się już drogą powrotną ku dziennemu światłu , wiodąc za sobą Eurydykę, złamał zakaz i odwrócił się. Chciał na nią spojrzeć , ale spoglądał po raz ostatni , bo ta pozostać musiała w otchłani. Orfeusz, znów osamotniony, opuszcza Hades.

Czemu tak różne miała skojarzenia pod wpływem jednej opery Glucka? Ach, to naturalne. Barokowa epoka zawsze dążyła do pełni, wszechstronności i bogactwa. Słowo pojawiało się tam w otoczeniu muzyki, ta znów przywoływało obraz, który wzywał gest i taniec, a razem tworzyły pełnię, jedność.

Opera - symbol sztuki siedemnastowiecznej.

Opera - być może sztucznych i rozdmuchanych, a jednak teatr pasji i namiętności.

Gluck . Orfeusz i Eurydyka. Miłość i śmierć. Radość i ból. Piękno kontrastów. Voila tout.
 

początek
Rozdział XX

A może uczcimy to w Nowym Świecie?



 
 
 

Trzy przyjaciółki spotkały się w dawno nieodwiedzanym Nowym Świecie późnym popołudniem. Postanowiły uczcić w ten ich własny osobisty sposób mała czarną moccą niedawne zaślubiny Nicole z Antoniem i Natalii z Robertem.

Zaczęły opowiadać jak dawniej, spontanicznie i wpadając sobie w słowo, komentując wzajem swe wypowiedzi nowinki ze świata, nowinki z ich życia. Wspominały i obgadywały bez żenady spotkanych niedawno na ślubie Natalii czy Nicole, a przez wiele lat nieraz nie widzianych znajomych i przyjaciół. Natalia i Nicole były bardzo ożywione i radosne, Nina jednak nie podzielała ich humoru. Była jakby przygaszona, jak zwykle roztargniona i trochę nieobecna, bardziej niż zwykle jednak dawała jej się we znaki melancholia i samotność. Z łatwością dostrzegły to przyjaciółki. Nicole zagaiła życzliwie rozmowę o życiu przyjaciółki w Polsce. Nina dała się wciągnąć w zwierzenia.

To prawda. Czuła się samotnie. Bardzo samotnie. Coraz więcej czasu spędzała na Internecie. do czego prowadziły ją te rozmowy? To powierzchowne kontakty, które dawały złudzenie bliskości, ciepła, zrozumienia. Co kilka tygodni zmieniały się osoby, z którymi utrzymywała kontakt. Jedni przychodzili, inni milknęli. Usuwała ich z listy. I ot, tyle. Kontakt silniejszy z Hakanem. Czy nie za daleko się posunęła? Historia się powtarzała. Takie internetowe rozmowy były jednak bardzo ekscytujące. Nina albo przestawała do kogoś pisać, zapominała albo pragnęła spotkania z tą osobą tak gorąco i silnie, że to się w końcu stawało rzeczywistością. Miała jednak przecież za sobą jeden związek z nieznajomym z Internetu. Nieudany. Cóż, faktycznie dzieliło ich tyle rzeczy. On zrezygnował, przestraszył się, uciekł. Jak tchórz. Ale ona go wciąż i mimo wszystko kochała. On ją odrzucał, poniżała się dzwoniąc do niego. Pisała do niego listy wspominając nawet, że zaistniał ktoś nowy w jej życiu. Myślała o Frederiku. Tak znów Francuz i znów związek na odległość. Właściwie nawet nie związek. On już nie pisze. Przeszło. Znudziło się. Łączy ich właściwie wspomnienie o wspólnej nocy. Carpe diem, powtarzał i rzeczywiście wykorzystali, nie dzień właściwie a wieczór i noc. Bez prezerwatywy nie odważyli się na stosunek pełny, zabawne...żadne z nich jej nie miało, nikt nie przewidział takiego zakończenia wieczoru. A jednak była to swego rodzaju ograniczona przyjemność i ostatecznie jedna nieprzespana noc więcej. Nina potrzebowała mężczyzny. Częste stosunki, tak, oczywiście, pragnęła tego, pragnęła być pożądana, widzieć rozbudzone pragnienie mężczyzny, to w jakiś sposób jej pochlebiało. Pragnęła tego rozpaczliwie. Nina czuła, że nadszedł jej czas. Jej zmysły były rozbudzone, pragnienie miłości ogromne i możliwości darzenia nią również. Po związku z Pierrem tym bardziej pragnęła miłości. Całkowicie mu się przecież oddała, zaufała mu, on podeptał wszystko, co mu dała. Wciąż szukała opieki mężczyzny. było jej to niezbędne. Pragnęła czuć jego obecność, ciepło, obejmujące ją ramiona, jego sylwetkę postawną wysoką za jej plecami, jego oddech na jej karku, dłonie we włosach. Pragnęła tego, pragnęła...a w istocie pragnęła tylko Pierre'a. Myślała nieustannie , że nie potrafi uwolnić się od jego imienia, jego obrazu, wspomnień o nim. Krótka chwila spędzona z innymi mężczyznami pomagała, lecz nie trwała dostatecznie długo. Czy stawała się cyniczna? Jej bliski przyjaciel, Mikołaj twierdził wszak, że już poznając Pierre'a z Budapesztu i decydując się na związek z nim była nieco cyniczna, przekroczyła pewną granicę. Jaką granicę? Czy miłość mogła mieć jakieś granice? Jeśli była to granica przyzwoitości, miłość do Pierre'a ją przekroczyła, to pewne. Pierre był mężczyzną, który potrafił doprowadzić do zmiany osobowości Niny, ona sama nawet na to się godziła. Godziła się na wiele, kochając go ...za bardzo. Bez wahania zgodziłaby się na odnowienie związku, gdyby tylko on to zaproponował...Szaleństwo. Tak, a teraz skłonna jest popełnić inne. Przyjąć zaproszenie jednego z jej internetowych przyjaciół. Ktoś pragnie ją zobaczyć. Czy to szaleństwo? On płaci. Pojechałaby. Spotkałaby się z nim. Może doszłoby nawet do jakich bądź kontaktów, choćby bliższych, nic ponad to. Nina chciałaby by tak było. Nie mogła przecież po raz kolejny uplątać się w związek na odległość. Tyle już z ich powodu wycierpiała. Czy dlatego że byli obcokrajowcami? Nina nie wierzyła w różnice kultur. Nawet, jak sądziła , bariera językowa, nie była aż tak poważna. Jej angielski okazał się nie tak zły, jak sądziła. A jednak, te różnice kultur...Nina wróciła myślą do swych minionych związków z mężczyznami. Z Tarikiem we Francji - to było tak dawno, przed wiekami. Związek nieudany. Nina nigdy nie kochała tego chłopca, potrzebowała jego opieki. Z pewnością poczuł się oszukany, gdy go opuściła. Jakże trudno było jej jednak doprowadzić do rozstania. Jak smutne były jego oczy, Nina nigdy nie zapomniała jego wzroku, jakim spojrzał na nią potem w momencie przypadkowego spotkania w mieście. Jemu jednak Nina ofiarowała to, co miała najcenniejszego być może, swoją niewinność, swoją dziewiczość. Nie wspominała pozytywnie ich wspólnie spędzonych chwil, zbyt wiele żądał, ona była zbyt młoda i całkowicie jeszcze "zielona".

Związek z Pierrem - dziwny, choć tak długi przecież. Dwa lata. A i to...Nie mieszkali razem. On we Francji, ona w Polsce. Korespondencja, telefony. Za mało. Widywali się raz na kilka miesięcy. Po ukończeniu studiów, gdy gotowa była wyjechać do Francji, pojawił się intruz - Pierre z Pragi i zburzył wszystko, całe misternie poukładane życie Ninine. Zniszczył jej marzenia o wspólnym życiu w Prowansji z Pierrem, sprawił, że spojrzała na niego inaczej. Wydał jej się brzydki. Zawsze widziała, że nie był ideałem piękna, wówczas jednak pomyślała o różnicy wieku między nimi, o jego braku siły, o reumatyzmie. Wyobraziła sobie ich życie za kilka lat. Być może dobrze, że skończyło się to wtedy , nie zaś za kilka lat, gdy zranienie ich obojga byłoby jeszcze cięższe. Czy to prawda? Któż mógł jej na to odpowiedzieć? - Bóg - stwierdziła Nicole - Ty się już w ogóle nie modlisz, Nino? - spytała z obawą. Bóg...Z pewnością, ale Nina rzeczywiście już dawno z nim nie rozmawiała. nie chciała. Mało miała do zwierzenia Bogu. Gubiła się w wątpliwościach. Była zbyt uczciwa, by prowadzić podwójną grę wobec Niego, a mimo to miała jakby wrażenie posiadania dwu odmiennych osobowości. Była wciąż zwykła dziewczyną, prostą uczciwą wierzącą katoliczką, a jednocześnie czuła doskonale, że stała się również pod wpływem doświadczeń kulturowych i obserwacji refleksji podczas pobytu we Francji kobietą inną, odrzucającą częściowo katolickie zasady, wolną i niezależną w swym myśleniu. Nina była bowiem zbyt uczciwa, by współżyć seksualnie, co oznaczało przecież życie w grzechu, i jednocześnie chodzić jakby nigdy nic do kościoła w każdą niedzielę, przystępować do komunii. W kościele Nina zaglądała w twarze młodych ludzi i ciekawa była poznać ich myśli, opinie.. Czy wszyscy oni są czyści i bez zmazy grzechu, ci przystępujący do komunii? Kompromis czy obłuda? Czy jedynie ona była rzeczywiście tą czarną owcą w bogobojnej owczarni? Nina zastanawiała się, czy w Polsce, wśród otaczających ją , tłumnie każdej niedzieli na mszy ludzi panowała tak wielka obłuda, czy rzeczywiście realna wiara i tradycjonalizm i ortodoksja? Brakło jej odpowiedzi na to pytanie. Spojrzała w oczy Nicole i Natalii. Wiedziała, że Nicole rzeczywiście była głęboko zachowującą przykazania katoliczką i ...rzeczywiście poza delikatnym i nieśmiałym jeszcze, nie w pełni świadomym onanizmem miała swe pierwsze kontakty seksualne dopiero po ślubie. Onanizm był uznawany przez Kościół za grzech ciężki. Tak, ale któż dziś przyznawał się do tego na spowiedzi? Trudno było pogodzić wypowiedzi i opinie seksuologów i psychologów, rady ginekologa i nakazy księże. A Natalia? Ona nigdy nie była wierną katoliczką. Wychowana w tej wierze, już w dzieciństwie buntowała się przeciw modlitwie i obowiązkowym lekcjom religii. Była pierwszą osobą, która potrafiła inteligentnie dostrzegać nonsensowność wielu dogmatów i nakazów tradycji Kościoła. Jej zdroworozsądkowe podejście do życia zawsze było przedmiotem zazdrości ze strony romantycznej i naiwnej często Niny. Nina wiedziała jaka jest sytuacja jej przyjaciółek, jakie są ich poglądy. Kiedyś odbyły poważną rozmowę na ten temat, pragnąc ustanowić czysty grunt dla ich kobiecego porozumienia. Zawiązały pakt. nie pragnęły więcej wracać do tej drażliwej zawsze kwestii. Dlaczego wrażliwej? Temat religii i nakazów moralnych, wolności seksualnej i wolności od grzechu zawsze stanowił w Polsce, w polskich realiach niezaprzeczalne tabu. Nina wiedziała o tym doskonale. Nie chciała mówić o tych jej dylematach z przyjaciółkami, mimo że te wyciągały od niej na siłę zwierzenia. Nie pragnęła burzyć ich dobrego nastroju, ich harmonii uczuć, porządku mentalnego, ich optymistycznego spojrzenia na świat.

Nina zamilkła. Pozwoliła im na opowiadanie o zwykłych codziennych troskach. Obie wkrótce, Natalia i Nicole nie zauważyły, jak bardzo Nina oddaliła się od nich myślami. Dlaczego nie mogła znaleźć nikogo, kto pokochałby ją tu, w Polsce - myślała. W czym tkwił problem? W niej samej? Podobała się mężczyznom nie w kraju właśnie, lecz poza nim. Znała Polaków ,którzy uważali ją za godną uwagi, lecz nic z tego nie wynikało. Byli zajęci, za młodzi, po prostu nie zakochani, ot , stwierdzali szczerze fakt - ładna dziewczyna. Nikt nie brał jej na poważnie poza obcokrajowcami lub znajomymi z Internetu . Nina ostatecznie zawsze natykała się na miłych uczuciowych lecz życiowych fajtłapów, i owszem, z humorem , dowcipnych cudownie miłych, czułych, nie zawsze pięknych lecz i nie brzydali, za to zupełnie bez siły charakteru. Dopiero Pierre to zmienił. Nina zobaczyła, że mogła spodobać się mężczyźnie pewnemu siebie, silnemu psychicznie, mającemu niezłą pozycję finansową i profesjonalną. "Przystojniak silny i ustawiony", jak mawiali o nim niektórzy, a jednak zauważała w nim Nina od początku dużą dozę cynizmu. Udało jej się go oczarować, lecz jakże szybko ocknął się, zbudził się w nim materializm i pragnienie wygody. Opuścił Ninę.

A Polacy? Traktowali ją jak małą dziewczynkę, delikatną, bez siły charakteru, smarkulę. Nie była to prawda, ale rzeczywiście takie sprawiać musiała Nina wrażenie. Nie zachowała żadnych bliższych kontaktów z ludźmi ze studiów. Polonistyka, wydział przeludniony żeńską częścią świata nie był zresztą wymarzonym miejscem dla spotkań z mężczyznami. Nina w czasie studiów rzeczywiście spotkała bardzo miłego chłopca, lecz to była rzecz tymczasowa, mało poważna z jej strony, tak że po latach nie jest w stanie przypomnieć sobie ani wyglądu ani głosu ani nawet jego imienia. W pracy...była początkującą młodą asystentką. Oczywiście mężczyźni na wyższych stanowiskach traktowali ją z uprzejmym pobłażaniem i delikatną obojętnością. Cóż miała począć? Czekać na księcia z bajki? Jak zaklęta królewna? Gdzież jest ten królewicz, odległy rzeczywiście o jakie sto lat świetlnych, że nie mogła go Nina nijak spotkać? Może przespała moment, w którym właśnie należało się obudzić? Nie poczuła zbyt delikatnego pocałunku? Ach, Nina!
 

[początek]
[rozdz.21-25]