[strona główna/home/retour]
[rozdz.1-5][rozdz.6-10][rozdz.16-20][rozdz.21-25]
 [rozdz.11][rozdz.12][rozdz.13][rozdz.14][rozdz.15]

Nina

Me, Myself and I

or

what would happen if...
 
 

częsć III

początek
Rozdział XI

Polki we Francji



 
 
 
 

Nicole poślubiła Antonio w 1999 w czerwcu. Zamieszkali jednak nie we Włoszech lecz we Francji, w Paryżu, gdzie Włoch otworzył małą z początku firmę, zatrudniającą projektantów i stylistów. Nicole dostała się na studia doktoranckie w Paryżu. Nie było jej pragnieniem pozostanie na uniwersytecie, jednak wobec trudności ze znalezieniem pracy zdecydowała się przetrwać w ten sposób kilka lat. Praca naukowa zaczynała ja wciągać, ostatecznie Nicole zdawała się być zadowolona ze swej pozycji naukowca i dumna z męża zarabiającego dostatecznie dużo , by zarobić na wkrótce mającą się powiększyć rodzinę.

Nina, spoglądając na swą przyjaciółkę zdawała się widzieć swoje niespełnione przeznaczenie. Tak właśnie prawdopodobnie wyglądałoby jej życie. Droga do kariery naukowej, codzienne wyprawy na Uniwersytet, zajęcia ze studentami, wykłady, prelekcje, konferencje i własna badawcza praca w Instytucie Literackim, aktywność w Societé du Théatre, Balet et de l'Opéra Baroques...

Nina nigdy nie pogodziła się z myślą utraty możliwości pracy na Uniwersytecie i współpracy z jej ulubionym profesorem literatury dawnej. Wiedziała jednak doskonale, jak trudne warunki materialne towarzyszyły zwłaszcza początkującym doktorantom i badaczom nikomu niepotrzebnej, jak zwykła mówić ironicznie, literatury dawnej, polskich starodruków i rękopisów. Ach, stypendium we Francji, na francuskiej Sorbonie to było zupełnie co innego. Wiedziała, że Nicole zupełnie dobrze dawała sobie radę i jej pensja to nie był całkowity próg mizerii, lecz przyzwoity dochód.

Cóż, los nie był dla Niny dobrą wróżką, spełniającą jej nieśmiałe marzenia, a i Nina niewątpliwie idealizowała życie Nicole, ponadto zapominała często o fakcie, że ona sama nie miałaby prawdopodobnie szczęścia pracować na Sorbonie, lecz na jednym z prowansalskich uniwersytetów. Wszak chciała pozostawać wówczas jak najbliżej Pierre'a, a ten był człowiekiem o niezmiennych przyzwyczajeniach, nimijczykiem głęboko zakotwiczonym w swym rodzinnym mieście. Nina znalazłaby być może pracę w Montpellier lub Aix-en-Provence.

Montpellier słynęło przede wszystkim dzięki swej katedrze medycyny, o długiej historii i głęboko w średniowiecze sięgających tradycjach. Nina nigdy nie zapomniała jej wielokrotnych wypraw tamże i przechadzek po tym pięknym zabytkowym ośrodku nauki. Zwaliste mury chroniły w swym wnętrzu chłodne przestronne sale i korytarze ozdobione pamiątkowymi kamiennymi tablicami. Zwalisty budynek osadzony był niejako w zagłębieniu i przypominał typowo średniowieczny zamek warowny, do którego wkroczyć można było po murowanym pomoście, wzniesionym tak, że łączył poprzez przestrzeń fosy okalający plac, schody i chodniki, z potężnymi drzwiami wejściowymi gmachu. Z prawej strony wtuliła się w wiekowe mury mała kaplica. Wiodły do niej wąziutkie, kręte, prowadzące w dół schody. Cała ta budowla skonstruowana została na pochyłości, stąd dziwaczne wrażenie niestałości, a jednocześnie jej zwalistości.

Nina z radością przyjęłaby pracę na uniwersytecie w Montpellier. Cóż, katedra humanistyki mieściła się w całkowicie nowoczesnym gmachu na peryferiach miasta, lecz był to aktywny ośrodek nauki, w którym młoda kobieta miałaby okazję rozwinąć swe umiejętności, nie tracąc energii i zapału inicjującego życie naukowe badacza. Wszystko to jednak stało się udziałem Nicole, która zawsze, jak na ironię losu, wzbraniała się przed myślą choćby o podjęciu pracy naukowej.

Nicole wkrótce miała urodzić oczekiwanego syna. Ciążę przechodziła ciężko. Nina kilkakrotnie więc przyjeżdżała do Paryża, ofiarowując pomoc swej przyjaciółce, jednocześnie zaś udawało się jej, dzięki tym częstym podróżom, utrzymać kontakt z profesor z Sorbony pochodzenia polskiego, której Nina wiele zawdzięczała w okresie swych studiów i starań o stypendium. Nina lubiła ogromnie owe naukowe dyskusje i spory, jakie toczyły się w gronie członków Societé du Théatre, Balet et Opera Baroques. Te stałe kontakty z środowiskiem naukowym Sorbony podsycały w niej nadzieję na możliwe jednak w przyszłości studia doktoranckie i uwieńczenie ich pracą doktorską na temat, który od czasu napisania pracy magisterskiej stał się dla Niny jej idée fixe.

Wiosną 1999 miała okazję uczestniczyć w jednym ze spotkań w ścianach budynku na rue Inconnue w dzielnicy położonej blisko Cité Universitaire, na wprost którego mieszkała starsza pani profesor. Nina otrzymawszy oficjalne zaproszenie, uzyskała również propozycje uprzedniego spotkania z panią Barbarą w jej paryskim apartamencie. Mieszkała ona tam czasowo, w okresach jej dłuższych cyklów wykładów i konferencji w stolicy. Zazwyczaj bowiem, jako emerytowany pracownik uniwersytecki wolała pozostawać w jej mieszkaniu w normandzkim Deauville, położonym nad morzem, na północ od Paryża. Tam toczyło się dziwne, jakby oderwane od rzeczywistości życie "babci", matki profesor, która samotna w Polsce zdecydowała się na pozostanie u boku córki w obcej jej całkowicie Francji, której mieszkańców nie rozumiała zupełnie nie znając ani słowa po francusku. Jej staczający się ku zmierzchowi chorobliwy starczy żywot jedyną radością wypełniały jedynie rozmowy i obecność sama małego polskiego chłopca, imieniem Staś, adoptowanego przed dwu laty przez panią Barbarę. Tych dwoje często tygodniami mieszkających samotnie w obszernym apartamencie w pobliżu morza zdawało się żyć jakby na marginesie francuskiej rzeczywistości. Chłopczyk przywieziony tu przed dwu laty dotychczas nie mógł się w pełni zaaklimatyzować wśród kolegów szkolnych, jego żywa natura szybko zjednała mu przyjaciół, jednak lekcje wciąż pozostawały nieznośnym koszmarem, a nauka francuskiego, naturalna i prosta jak myśleli wszyscy, bo w środowisku ciągłego nieustannego kontaktu z żywym językiem, przychodziła Stasiowi z wielką trudnością. Z babcią wciąż rozmawiał po polsku, w domu słuchano niemal 24 godziny na dobę ortodoksyjno-katolickiego radia Maryja. Środowisko to, które udało się Ninie poznać bliżej, środowisko Polaków na obczyźnie, środowisko profesor Barbary, jej przyjaciół, rodziny świadczyło otwarcie o katolickich polskich tradycjach. Nina jednak dusiła się niemal w tej atmosferze, mimo że dobrodusznej i swojskiej, to jednak zaściankowości własnego kraju. Daleka była już od wyznawanych dawniej, bliskich wspomnianym ideom pani Barbary, ortodoksyjnych poglądów i tak ograniczającego wolność spojrzenia na rzeczywistość.

Nina nie próbowała nawet dyskutować o tego typu sprawach z Nicole. Zastanawiała się jednak niejednokrotnie, jaki ją właśnie czeka los, jak jej przyjaciółka rozwiąże sprawę kulturowych różnic w jej rodzinie, czyje tradycje i przyzwyczajenia uzyskają prymat. Wiedziała, że Nicole , podobnie jak sama Nina niegdyś , była osobą niezwykle wierzącą. Cóż, wybór męża, Włocha z kraju o równie jak polskie, katolickich tradycjach, niejako jej poglądy potwierdzał. Jednak Francja była krajem z gruntu liberalnym, Nina jak i Nicole dobrze zdawały sobie z tego sprawę. Przyszła mama zapowiedziała już wszakże, że jej syn niewątpliwie podjąłby w przyszłości naukę w polskiej szkole w Paryżu, która zapewnić mogłaby mu wychowanie w polskich tradycjach a i znajomość podstaw wiary katolickiej - w żadnej wszak szkole francuskiej nie istniał przedmiot w Polsce nazywany nauką religii lub katechizmu! Cóż, Nina wiedziała, nawet nie przyznając się otwarcie do tego przed samą sobą, że jej postawa byłaby znacznie bardziej chwiejna i liberalna. Ona wolałaby, by jej dziecko dobrze czuło się w kraju, w którym żyje. Nic nie zastąpiłoby więc w tej materii popularnej szkoły francuskiej, a lekcje religii? Ach, czyż ona sama nie miała negatywnych wspomnień z okresu własnej edukacji, gdy ta godzina nauki przekształcała się w bałagan, stratę czasu lub czystą indoktrynację. Nina pragnęłaby swojemu przyszłemu dziecku przekazać raczej istotę wiary i tradycji wiary, bez przymusów i dogmatów. Do tych samo doszłoby na odpowiednim etapie rozwoju jego wiary. Lecz Francja w jej liberalizmie zaprzeczała tym myślom Niny. To kraj pogański - zauważała Nina - kościoły stoją osamotnione nawet podczas mszy niedzielnej. Katolickie nawet dzieci niewielkie mają szanse przedarcia się przez grubą powłokę pogańskich, materialistycznych obyczajów. - To właśnie stałoby się z moim życiem i życiem mojej rodziny gdybym zamieszkała we Francji - dumała ponuro Nina. Te smutne refleksje wielokrotnie zaprzątały jej głowę, gdy przekraczała próg domu pani Barbary i spoglądała na obficie zawieszone wizerunkami Maryi i świętych ściany.

Masz ochotę wypić filiżankę kawy expresso? - zawołała z kuchni pani Barbara. Nie czekając już jednak na odpowiedź zaczęła nastawiać zgrabny mały czajniczek na kawę ? la italienne. Wiedziała dobrze jak bardzo Nina uwielbiała tę jej aromatyczny, esencjonalny napój zaprawiony kofeiną. - Musimy wyjść za godzinę, jeśli nie chcemy się spóźnić - odezwała się znów pani Barbara wchodząc do pokoju. Nina skinęła głową. Zainteresowało ją kto ma pierwsze wystąpienie. Swój program konferencji, traktującej tym razem o postaciach antycznych, przeczytała w pośpiechu, rzucając okiem jedynie na godzinę i datę własnego referatu. Odezwał się nagle nieprzyjemny wybijający kobiety z rytmu popijanej z rozkoszą kawy i cichej rozmowy brzęczący dźwięk telefonu. Okazało się, że profesor Barbara musi udać się nieoczekiwanie na jedno z licznych i niezliczonych spotkań w siedzibie uniwersytetu. Być może przybędę nieco spóźniona -rzuciła Ninie na odchodnym - przekaż ode mnie kilka słów usprawiedliwienia. - Nina uśmiechnęła się potakując głową. Znały się już dostatecznie długo z profesor aby rozumieć się bez słów. Nina miała własne klucze do jej mieszkania, niejednokrotnie to ona musiała w zastępstwie zaganianej kobiety rozpoczynać czy kończyć spotkania Societé na Sorbonie. Starsza pani żyła w ciągłym pośpiechu. To już taka natura - kwitowała jej zachowanie Nina w swych myślach - Ha, ciekawam jak poradzi sobie z tym nieustającym wirem zajęć konferencji i spotkań moja droga Nicole? Wszak jej charakter jest łudząco podobny do charakteru Barbary. - zastanawiała się Nina.

Nie miała jednak poświęcić więcej czasu tej myśli, zaraz bowiem zajęło ją przygotowanie do własnego wystąpienia. Miała mówić o jej ulubionej "Andromasze" Jean Racine'a i jej rozlicznych na przestrzeni kilku wieków tłumaczeniach. Nina znała temat od podszewki, zastanowiła się więc jedynie nad podstawowymi elementami swego wywodu, wypróbowała kilka możliwych sposobów rozpoczęcia referatu i była gotowa. -Późno- spojrzała na zegar. Opuściła w pośpiechu mieszkanie. Podjechał niezadługo jej autobus. To tylko kilka przystanków. Nina wysiadła na rueTelle-et-telle i podążyła ku gmachowi Instytutu Badań literackich Sorbony. Sala, w której zazwyczaj spotykali się członkowie koła znajdowała się w piwnicach. niewielkie pomieszczenie dawało wrażenie kameralności. Nina zaanonsowała zebranym przyczynę spóźnienia profesor Barbary. Wszyscy się uśmiechnęli przyzwyczajeni do zabiegania i spóźnień przewodniczącej Societé. Po krótkim wprowadzeniu jednego z zasłużonych profesorów przybyłego z Uniwersytetu z Anglii, gdzie prowadził on badania nad teatrem elżbietańskim, konferencję uznano za otwartą. Nina miała wystąpienie jako trzecia. Po południu zwykle zostawiano czas na dyskusję i refleksje. Była bodaj najmłodszą członkinią tego Towarzystwa, ceniła sobie wiec możliwość usłyszenia opinii i wypowiedzi większości tych zasłużonych badaczy. Jednak wielokrotnie również te spotkania pobudzały ją do szalonego śmiechu. Nina zawsze miała dystans do wszelkiego typu dyskusji naukowych, uwielbiała je lecz i potrafiła spojrzeć na nie z pewną siebie ironią. Wiedzieli o tym zgromadzeni tu młodzi ludzie i starsi profesorowie. Nina była jednak bardzo lubiana w ich gronie. Jej proste śmiałe i trafne uwagi spotykały się z uznaniem a i otrzeźwiały indoktrynacyjne i autorytatywne opinie niektórych mówców. Atmosfera często tak nabrzmiała wobec zbliżającego się słownego starcia i różnic poglądów, lub niejednokrotnie niezadowolenie wywołane powtarzającymi się do znudzenia spóźnieniami i "ucieczkami w trakcie z niezwykle ważnych powodów" profesor Barbary, ulegała rozluźnieniu dzięki celnemu sprytnie i niezauważenie wtrąconemu komentarzowi Niny. Wszyscy wybuchali śmiechem lub hamowali rozsierdzone temperamenty. Tak i tego dnia, Nina musiała łagodzić skutki ponad godzinnego już spóźnienia Barbary i delikatnie zwracać uwagę dwóm z rzędu profesorom o konieczności trzymania się limitów czasowych w momencie wygłaszania prelekcji. Ach, jakże butni i dumni bywali ci mądrzy przecież, ludzie, zakopani w książkach w swych rodzimych instytutach. Przepełnieni nieczęsto widać mającą ujście wiedzą, nadmiarem wiedzy, której nie mogli w pełni sprzedać studentom, własnymi przemyśleniami, teoriami i refleksjami, tu, w ciągu własnych dwudziestu minut prelekcji próbowali dać ujście. Oto starsza pani profesor z Hiszpanii z niezłym akcentem francuskim lecz zbyt wyraźnym wszak hiszpańskim "r" zagalopowała się daleko popędzając wciąż do biegu swoje ciekawe jednak refleksje o szaleństwie, przeznaczeniu i natchnieniu Fedry i ich religijnych źródłach jako podstawowych rysach hiszpańskich tłumaczeń tej tragedii. Mówiła jednak tak ciekawie, że nikt nie ośmielił się przerwać jej już ponad półgodzinnego wywodu. Ot co! Znów po prostu w najciekawszym momencie popołudniowej a przedłużonej do późnych wieczornych godzin, dyskusji wygłodniali, bo rezygnujący jak zawsze w dniu konferencji z pełnego godzinnego obiadu członkowie Towarzystwa zostaną wygonieni przez sprzątaczkę z zagubionej w piwnicach sali. To było standardowe zakończenie comiesięcznych spotkań Societé. Pochłonięci dyskutowanym tematem badacze, na których wystąpienie zbrakło czasu często już nawet nie buntowali się próbując jedynie uzyskać na przyszłe wystąpienie lepszą bo poranną godzinę dla wygłoszenia referatu.

Nina opuściła budynek Instytutu w towarzystwie młodego doktoranta z Niemiec, który mówił tego dnia , krótko , bo zbrakło czasu przed południem, na temat ulubionej Nininej Andromachy. Próbowała ona wyciągnąć od niego informacje, których nie zdołał w pośpiechu podać w czasie wystąpienia. Pochłonięci rozmową nie zauważyli odjeżdżającego właśnie autobusu. Peter zdecydował się więc towarzyszyć Ninie na przystanku do momentu pojawienia się "następnego środka komunikacji miejskiej", jak zabawnie stwierdził w swym, twardym z niemiecka, francuskim. Musieli jednak wkrótce zakończyć miła dyskusję. wkrótce pojawił się autobus. Nina wsiadła zastanawiając się jeszcze przez chwilę , czy młody człowiek potraktuje serio własną obietnicę. Zaproponował on spotkanie nazajutrz w znanej obojgu kafejce w dzielnicy łacińskiej i wspólną wizytę w kinie na najnowszym filmie Lyncha. Nina zaakceptowała propozycję śmiejąc się - Ach, więc twój stos książek naukowych na biurku nie sięga tak wysoko byś nie mógł dostrzec zapowiadanego w telewizji wchodzącego na ekrany świetnego filmu! - Nie mam w domu telewizora - Odpowiedział Peter zupełnie nieurażony lecz rozbawiony jej żartem.
 

 początek
Rozdział XII

Niezapomniane lato 1999



 
 
 
 

Nina wróciła z Paryża tuz przed wakacjami. Nie mogła niestety pozostać z Nicole dłużej niż tydzień. Nie mając jeszcze prawa do urlopu w ośrodku informatycznym biblioteki, w którym pracowała niecałe pół roku, wzięła kilka dni wolnych , które zamierzała odpracować w soboty. Nie planowała wyjazdu do Budapesztu do Pierre'a. Wszak on również nie mógł pozwolić sobie na kilka nawet dni urlopu. A jednak tuż po powrocie Niny do Warszawy Pierre zadzwonił, że pragnie przyjechać na weekend. Okazało się, że umówił się na spotkanie w jednej z firm francuskich, które zainteresowane były zatrudnieniem go. Pojawił się w początkach lipca i nieoczekiwanie oświadczył, że dostał kilka dni urlopu. Wynajęli więc na tydzień, tanio i po znajomości małe M1 na Mokotowie.

cudownie było przez te kilka dni chodzić spać i budzić się obok siebie, mieć dla siebie i tylko dla siebie wszystkie noce, dzwonić do siebie bez ograniczeń czasowych i myślenia o trudnych do spłacenia niewyobrażalnie wysokich kwotach za międzynarodowe rozmowy telefoniczne, cudownie było wychodzić wspólnie na lunch i przygotowywać wspólnie kolację.

Przyjazd Pierre'a był dla Niny w dużym stopniu zaskoczeniem. On pojawił się jednak tak pełen energii, optymizmu, wiary w ich wspólną przyszłość, że nastrój ten udzielił się również i jej. Pierre z podnieceniem opowiadał o propozycjach pracy, jakie otrzymywał i o przebiegu jego spotkań z pracodawcami. Pewnego dnia pojawił się niezapowiedzianie w biurze. był podniecony. Opowiedział Ninie o ostatnim przesłuchaniu, które wywarło na nim bardzo miłe wrażenie. Jak okazało się później, złudne...

Pierre uzyskał konkretną ofertę pracy i tygodniowy termin oczekiwania na decyzję. Entuzjastycznie i beztrosko zaproponował Ninie szaleńczy, krótki wyjazd do Gdańska. Jakże pragnął spojrzeć na od kilku lat nie widziane morze....Było to czwartkowe popołudnie... Postanowili wyjechać w piątek po południu wrócić zaś w początku przyszłego tygodnia. Nina wolała nie zastanawiać się zbyt długo nad kłamstwem jakie musiała wymyślić dla usprawiedliwienia swej nieobecności w pracy. Wszak miała jeszcze tyle wolnych dni do odrobienia! A jednak kusiła ją ta niespodziewana wyprawa. Ta zaskakująca, spontaniczna, dziwaczna część osobowości Pierre'a niezwykle Ninę pociągała a jednocześnie czuła się ona w jakiś sposób zagrożona...Pierre wciąż zdawał się gdzieś podążać, wciąż w pośpiechu...Nie potrafił niegdzie długo zagrzać miejsca. Pragnął podróżować, poznawać, zmieniać otoczenie, zmieniać swe życie, zmieniać...wszystko wokół ...i ją samą....

Nina zdecydowała, że nie pojawi się w pracy już w piątek. Telefonicznie jedynie postawiła swą szefową przed faktem dokonanym. Tego dnia miała bowiem również własną rozmowę kwalifikacyjną w firmie, która odpowiedziała na jej zgłoszenie.

Wszystko poszło gładko. Spotkali się oboje z Pierrem na dworcu. Cztery godziny podróży. Cztery godziny wspólnej lektury. Gdańsk przywitał ich pięknym słońcem. I wówczas zaczęło się podniecające dziwaczne bycie w bezczasie, po prostu bycie razem, wakacje... Nina nigdy nie widziała Pierre'a w takiej sytuacji. Pogardził "ciociną herbatką" , u której to mieli pojawić się dopiero pod wieczór i zdecydował o wyprawie nad morze. Morze! Dotarli na plażę. Jak cudownie było zanurzyć stopy w piasku, poczuć jego grząskość i ciepło, położyć się obok siebie, dotykając nagrzanymi słońcem ciałami, wskakiwać jak dzieci pomiędzy fale...

Popołudnie wśród piasku i wody, wylegiwanie się na słońcu. Pod wieczór pojawili się oboje w mieszkaniu ciotki. Ta, uprzedzona o ich przyjeździe, przyjęła ich mile. Jeszcze tylko padło kłopotliwe dla Niny pytanie - Gdzie będziesz spała, dziecko? W moim pokoju? Pan może przespać się w małym pokoiku... - i jej - Nie, ciociu, my razem...będziemy spali...W małym pokoiku. Dobrze?

- Aha - zakończyła ciocia rozmowę, rzucając już tylko Ninie przenikliwe, lecz figlarne spojrzenie.

Sobota mijała, nastąpiło niedzielne rześkie rano...Nieoczekiwanie dla Niny Pierre obudził się z postanowieniem powrotu do Budapesztu właśnie w niedzielę, mimo że planowali oboje pozostać do poniedziałku. Po wieczornych i nocnych włóczęgach sobotnich, pragnęli odrobinę dłużej pospać. Dziewiąta rano. Trzeba było jednak wstać. Zerwali się pierwsi, mieszkanie pogrążone było jeszcze w sennej ciszy. Postanowili zjeść cokolwiek na chybcika i pobiec jeszcze nad morze tuż przed wyjazdem. Ciotka zaczęła się właśnie krzątać w swym pokoju, starali się oboje nie ściągać na siebie jej uwagi.

- Szszszuut....nie trzeba by przybiegła do nas zatroskana i nie zaczęła robić nam śniadania - roześmieli się oboje. Nina jednak wiedziała, że nie byłoby to raczej w stylu jej cioteczki, która była cudowną, spokojną, niezależną i nienarzucającą się nikomu staruszką. mieszkała od lat w swym wielkim zdawałoby się, bo przedwojennym jeszcze o wysokich stropach apartamencie w jednej z nielicznych w dzielnicy portowej niegdyś, niedaleko od morza, kamienic. Do mieszkania prowadziły skrzypliwe, drewniane solidne schody. Czwarte piętro. Ciotka pokonywała kilka razy dziennie tę wysokogórską wspinaczkową trasę. Nina sama dostając zadyszki podziwiała kondycję swej ciotuni.

Tymczasem udało się im przegryźć po kawałku chleba, wypić łyk kawy i zapakować bez szmeru mały plecak w drogę powrotną. Skrzyp drobnych kroków. To jedno z dzieci (wszak ciocia przyjęła na kilka tygodni swoje wnuki, które miały wakacje) jeszcze nie w pełni obudzone, przecierające oczy, zmierzało w kierunku toalety.

Ha! Należało jednak uprzedzić domowników o tym tak rychłym opuszczeniu domu i ... podziękować za gościnę. Nina poczuła wyrzuty sumienia - A może jednak choć słówko szepnąć, zajrzeć do pokoju... Głupio tak...- Pierre podał jej już jednak szybkim gestem kartkę papieru i długopis. Nina naskrobała kilka słów podziękowania i wytłumaczenie. Znała zdanie Pierre'a o ciotczynych herbatkach i kłopotliwych pytaniach, które wszystkie ciotki zwykły zadawać młodym ludziom. Przekonywanie go jednak, że jej ciotka była inna nie zdałoby się na nic. Cicho wiec wymknęli się z domu. Kawałek na piechotę. Spacer przez sosnowy, piękny las porastający obrzeża morza i właśnie ona, turkusowo-błękitna i zielonkawo-czarna przestrzeń falującej wody i ulewa słońca na piasku. Miło było wylegiwać się na plaży przez tych kilka godzin, które pozostały im do odjazdu pociągu do Warszawy. Dostrzegłszy smakowito wyglądające niesione przez grupkę dzieciaków gofry i naleśniki, z rozmarzeniem wyobrażając sobie smak bitej śmietany i kruchego ciasta, postanowili wybrać się na wędrówkę brzegiem morza w poszukiwaniu tych typowo nadmorskich, jak stwierdziła Nina, łakoci. Ninie rzeczywiście gofry z puszystą bitą śmietanką i czekoladą kojarzyły się nieodmiennie z wakacjami, które często spędzała dawniej w gronie przyjaciół w jednej z nadbałtyckich mieścin.

Zaspokoiwszy apetyt na słodkości, Pierre i Nina postanowili opuścić plażę z innej niż zwykle strony. Jakie było jednak ich zaskoczenie, gdy okazało się, że przystanek tramwajowy jedynej linii, która mogła zaprowadzić ich znad morza do centrum miasta, był o jaki kilometr, czyli w okolicach pierwotnie wybranej znanej im ścieżki ku plaży. Czasu nie pozostało im wiele. Odjazd pociągu za godzinę, a oni wciąż znajdowali się daleko od dworca w oczekiwaniu na autobus, potem zaś należało przesiąść się do tramwaju. Ninę stresowała ogromnie ta sytuacja. Pierre zaś kpił sobie z jej zdenerwowania i ze stoickim spokojem spoglądał na zegarek, zapewniając ją, że zdążą na pociąg. W istocie w ostatniej chwili wpadli na peron, minutę przed planowym odjazdem pociągu, jakie jednak było ich zdziwienie i złość, gdy ogłoszono jego opóźnienie. Nina żachnęła się - Czemuż ostatecznie tak się spieszyli, czyż nie można było spokojnie wyjechać wieczornym pociągiem do Warszawy? - Dopiero wówczas Pierre, spoglądając jej prosto w oczy, wyznał bez ogródek, że zamierza wrócić do Budapesztu tej nocy. Nina w zaskoczeniu nie była zdolna wymówić słowa sprzeciwu, czy komentarza. Spoglądała na niego bez najmniejszego poruszenia. Nie skomentowała tego ani słowem, choć Pierre zauważył jak bardzo zraniła ją ta nagła decyzja podjęta bez jej świadomości. Zrobiło mu się przykro, a jednak twardy charakter i spora dawka egoizmu kazała mu pozostać przy tym wyborze. dodał jednak oszczędny komentarz , jakoby chciał przygotować się lepiej do spotkania w sprawie pracy w jednej z firm, od której otrzymał ofertę. W istocie zaś pragnął powrócić owej niedzieli, bowiem tylko w ten sposób udałoby mu się zdobyć bilety na koncert Faithless i zrobić odpowiednio wcześniej rezerwację na wycieczkę na Korsykę. Zaplanował to dużo wcześniej, jednak nie chcąc najwyraźniej denerwować Niny, nie zwierzył jej się ze swoich planów. Nina, wyczuwając wahanie w głosie Pierre'a, stała się nieufna, podejrzewała, że ten nie mówi jej całej prawdy. Dotknięta w swym uczuciu do niego, z zachwianym zaufaniem, zamknęła się w sobie. Podróż upłynęła im w ciszy. Pierre próbował oswoić ją, zagadując na obojętne tematy, Nina jednak pozostawała obojętna i urażona.

Pierre, rzeczywiście jedynie dzięki wielkiemu szczęściu zdążył po powrocie z Gdańska, kilkudziesięciominutowym pobycie w domu Niny, błyskawicznym spakowaniu waliz i podróży pociągiem podmiejskim, na nocny pociąg do Budapesztu. Nina przełamując gniew i rozżalenie, zdecydowała się towarzyszyć mu na dworzec warszawski. Stojąc już na peronie, spoglądając w stronę oddalającego się pociągu, czując jeszcze na ustach smak pocałunku Pierre'a, wspomniała ostatnią cudowną i namiętną noc w Gdańsku, wieczorny spacer po plaży i molo w Brzeszczu, zabawną historię przygody Pierre'a, który tak fatalnie zabrudził swe białe spodnie, że bezwzględnie zdecydował je uprać w ciocinym mieszkaniu, mimo sprzeciwu Niny - wszak nie miał nic na zmianę, a jeansy schnąć mogły godzinami. Pora zaś była późna i słońca ani na lekarstwo o dziewiętnastej godzinie. Jednak Pierre z determinacja doprowadził do wykonania tego, co zamyślił. Cóż, potem nie pomogło nawet suszenie kompletnie mokrych spodni żelazkiem! Oboje zamierzali jednak wyjść jeszcze na spacer, spojrzeć na zachód słońca. Na tenże spóźnili się całkowicie. Jednym z powodów było długotrwałe i nieefektywne próby wysuszenia spodni a i chód Pierre'a odzianego w tę nieprzyjemnie wilgotną część męskiego odzienia, był pokraczny i spowolniony. Oczywiście było mu niewypowiedzianie niewygodnie, nie wspominając o dodatkowym bólu, jaki sprawiała mu obcierana z każdym krokiem przez sztywny materiał skóra!

- Ach, i cóż za pomysł nieoczekiwany! - żachnęła się Nina, jeszcze raz wspominając nieprzyjemny moment zakomunikowania jej przez Pierre'a jego decyzji o wcześniejszym powrocie. Odwróciła się, nie patrząc już na znikający w dali pociąg i odeszła szybkim krokiem.
 

 początek

Rozdział XIII

Domino



Świat ucieka spod kół, odsuwa się od niej z prędkością 100 km na godzinę. Nawet nie zauważyła kiedy Ekspres opuścił poznański dworzec i w tyle pozostawił dziwnie niskie tamtejsze perony. Teraz już tylko pola. Pola. Zielono, żółto, czarno. Żółto-zielono, żółto-czarno i w końcu jakoś tak nagle szarawo. Zmrok? Nie pora jeszcze. Siódma godzina. Sierpień. A jednak jesienna jakaś atmosfera osnuwa krajobraz za szybą.

Jest zmęczona. Naturalne. Po kilku tygodniach radości, ekstazy znaleźć się w sytuacji, gdy wszystkie problemy staczają jej się nagle na barki, to szokuje, to boli. Tak jak upadek z dużej wysokości. Śmiertelny? Nie, ale połamaniu uległy wszystkie delikatne kosteczki, urażone zostały jej czułe miejsca, jej pięty achillesowe. A przecież wszystko zdawało się biec ku dobremu, wszystko szło gładko jak po maśle. Przecież spotkała wreszcie tego wymarzonego, jedynego mężczyznę, poczuła, że to on może zawładnąć jej życiem. Dla niego zerwała dwuletni blisko związek z innym człowiekiem, wyrzekła się możliwości wyjazdu za granicę i zamieszkania tam.

A może po prostu otworzyły jej się oczy i zrozumiała jak dalece nierealne były jej marzenia o Francji, cichym domku prowansalskim, własnej rodzinie i ciekawej pracy tamże?

Przecież udało jej się porzucić pracę przy uniwersytecie, dostać stanowisko w międzynarodowej firmie i wysoką pensję. Mężczyzna, którego pokochała, mieszkający dotychczas za granicą, postanowił sprowadzić się do Polski, zdecydował nauczyć się języka polskiego, co jestzawsze nie lada poświęceniem ze strony obcokrajowców. Cóż więc? Czego pragnąć więcej? A właśnie tkwiła we niej utajona obawa, że to wszystko nie na jawie, ale widzi jakby we śnie; że to nie może być realne. A najsilniej szeptała jej intuicja, że to nie będzie trwać długo. I cóż? Nagle trach i wszystko obróciło się w niwecz? Nie. Z pewnością łatwiej przywołać tu dla porównania obraz klocków domina. Jedno nieszczęście pociąga za sobą drugie.

Dostrzegła najpierw, że jej cudowny mężczyzna nieustannie ją krytykuje. Zawsze bezpośredni, co ceni, często ją jednak ranił. Czy tak postępuje ten, kto kocha? Od kogo, obok szczerości, oczekuje się czułości?

Potem...tak, potem, rozczarowani, dostrzegli jak niewiele mają wspólnych pasji, zainteresowań. Ale czasem dobrze jest zachować tę cząstkę prywatności we wspólnym życiu. Dobrze, pomyślała, wszystko się ułoży, gdy zamieszkają wspólnie w Polsce. I oto ten dzień. On jest w Warszawie, ale...Polska go wyraźnie rozczarowała. I cóż to za ponure, komunistyczne, niechlujne miasto, Warszawa! Poszukuje pracy. Ciężko. Tydzień. Dwa. Coś niby jest, jakaś oferta, dwie, trzy, nawet ciekawe, lecz pensja...Ach, to już nie ten luksus, nie ten standard, co osamotniony w tej chwili Budapeszt. Stosunek płac do cen apartamentów i wydatków na życie w stolicy przyprawia o zawrót głowy . Czy szaleni są ci Polacy, czy zwyczajnie zdziercy? Znów więc powrót do Budapesztu. Jeszcze kilka ofert wysłanych, telefon, zaproszenie na rozmowę. Znów nic ciekawego nie mogą mu zaoferować ani Polacy ani Francuzi w Warszawie. Znów pensja poniżej jego oczekiwań. I w końcu decyzja, która spada na nią jak grom z jasnego nieba - żegnaj, Polsko. Nie dajesz mi perspektyw. Nie poświęcę mojej kariery i wygody dla ciebie, ukochana dziewczyno z Warszawy. Okrutne? Tylko szczere. To domino już ktoś popchnął lekko palcem, już przewróciło się kilka klocków, tratując kolejne, a ona bezradna nie wie, nie umie zatrzymać tej gierki.

Dostaje jego list. Tak, czarno na białym. Surowo. Boleśnie. Niemal pięknie, on zawsze umiał pięknie mówić, wyznał jej, że niestety, jest bez pracy, jak najszybciej też musi ją znaleźć. A miłość? Tak, ona jest tylko przeszkodą. Wprawia w roztargnienie, rozstraja, rodzi niepotrzebną melancholię. Oczywiście: zostańmy w kontakcie, ale listy raz w tygodniu, i nie dzwoń, nie chcę słyszeć twego głosu, zostaw mnie samego, a najlepiej pomyśl i nie trać ze mną czasu!

Teraz domino nabrało zawrotnej prędkości.

Co gorsza ów nieszczęsny list internetowy otrzymała będąc w Poznaniu na szkoleniu, wysłana przez firmę. To był czwarty tydzień pracy, który przyprawiał ją o szaleństwo. Miała ochotę wyć z bezradności. Czuła się nie na swoim miejscu. Praca jej się zupełnie nie podobała, a środowisko ludzi znalazła tak odmienne od tego, w jakim świetnie czuje się jej dziwaczna osobowość. Voila. Właśnie w takim stanie ducha dostała list. Miała wrażenie, że, niby Alicja, zmienia się w malusieńką osóbkę, którą jeden klocek domina może z łatwością rozgnieść.

Co jeszcze zrujnowane zostanie w jej życiu...

Fragmenty jej życie, jej oczekiwania i plany leżą pokotem, bezwładne, rozdeptane.

Tak, wie. Musi wyjąć jeden z tych klocków spomiędzy pozostałych. Czasem jeden z nich, ustawiony trochę inaczej, trochę krzywo, nie daje się tak łatwo przewrócić i zatrzymuje całą lawinę domina. Czy tym klockiem może być jej miłość...?
 

 początek

Rozdział XIV

Szaleństwo jednego dnia



Nina z ulgą myślała o zakończeniu szkolenia i powrocie do Warszawy. Marzyła o zobaczeniu własnego pokoju i schronieniu się w nim. Żeby tak już być tam, we własnym głębokim fotelu, wsłuchiwać się w dźwięki opery Glucka, jedynego utworu, na który miała w tej chwili ochotę.

Niewątpliwie Poznań to sympatyczne miasto. Jakże jednak czuła się psychicznie zmęczona opuszczając je. Zerwanie z tobą. Przytłaczająca nuda codziennej pracy. Skazanie na towarzystwo ludzi, z którymi nie mogła znaleźć wspólnego języka. Lecz w końcu upragniony piątek i pośpiech, przygotowania do wyjazdu , taksówka, dworzec, nudna trzygodzinna podróż, wreszcie Warszawa i znów dworzec, taxi, tu, miła rozmowa z szoferem i w końcu upragniony dom i własne łóżko.

Powinna była niewątpliwie grzecznie wkroczyć do łazienki, spłukać z ciała zmęczenie, odprężyć się balsamując delikatnie skórę i przytulić głowę do poduszki. I spać. Posiadła jednak już na swe nieszczęście, nawyk codziennego przeglądania skrzynki internetowej. Już w progu pokoju jednym ruchem zdecydowała odpalić mój PC. Connection, automatycznie włącza się ICQ. Wiadomość? Radośnie zabiło jej serce. Niewczesne zadowolenie, po którym nastąpił szok i rozpacz. Odebrała jego wiadomość. Tych kilka słów cierpkich, suchych Pierre'a doprowadziło Ninę do płaczu. Jego twarde - zdecydowałaś się sprawić mi ból, rezygnuję więc całkowicie z połączenia internetowego.

To przecież nie wiele więcej ponad to, co już usłyszała od niego, jego słowa zwiastujące Ninie rozstanie, koniec związku. Lecz te słowa jego przepełniły czarę, to była owa kropla ponad miarę. Puściły nerwy tak starannie trzymane dotychczas na wodzy. Nadzieja na utrzymanie wirtualnego związku, którą zasiał w jej sercu list Pierre'a przed rozstaniem, teraz została jej odebrana. Siedziała nieruchoma, wlepiwszy wzrok w ekran, na którym zawisła jego samotna wiadomość. Chwilę potem, jakby jej świadomość potrzebowała tych minut, aby zrozumieć istotę sytuacji, wezbrał w niej głuchy szloch. Wpadła w histerię, nie chcąc jednak, by usłyszała ją jej rodzina, wskoczyła na łóżko, skryła głowę w poduszkę jej powierzając swój szloch. Usnęła wyczerpana. Nazajutrz obudziła się zmęczona, spojrzała z obrzydzeniem na swe odbicie w lustrze. Jej zapuchnięte oczy mogły ją łatwo zdradzić. Nie miała siły rozpoczynać tego dnia. Jeszcze trochę snu, jeszcze trochę spokoju, jeszcze odrobina nie-myślenia. Zamknęła znów oczy, powróciwszy pod ciepłą kołdrę.

Obudziła się znów w nie lepszym humorze. Usłyszała krzątających się domowników na parterze. Już niemal dwunasta. Nic to. Jest sobota. Zwlokła się z łóżka. Szybki prysznic, śniadanie na chybcika i mocna kawa. Pstryk, komputer włączony. On stał się niemal jej używką. Jemu powierza swoje teksty, dzięki niemu kontaktuje się z odległymi przyjaciółmi. Stworzyła jeden nowy tekst zrodzony z rozterki uczuć. Wydruk i spojrzenie na papier - Ha, to całkiem niezłe, moja droga!

Wówczas pojawiła się w jej głowie szalona myśl - przeciąć wreszcie tę niepewność, pojawić się nieoczekiwanie w Budapeszcie. Stanąć z nim twarzą w twarz i usłyszeć prawdę o zerwaniu, bez ogródek, bez uników. Zareagowała natychmiast. Godzina szesnasta. Jeszcze więc tylko obiad, jakieś kłamstwo rzucone rodzinie o wyjeździe do koleżanki, jakieś mało ważące słowa, minuta i spakowana torba. W niej tylko kilka najważniejszych rzeczy i ciuch na zmianę. Cóż, po nocy w pociągu będzie musiała bezpośrednio udać się do pracy w poniedziałek! Trzeba zachować pozory wypoczęcia, naturalności.

Jeszcze to nudne oczekiwanie na dworcu Warszawa centralna. Tak, zawsze jest za wcześnie. Pociąg podjeżdża, wsiada. Odnajduje swoją kuszetkę. Sama w przedziale? Cudownie. Teraz już tylko przyłożyć głowę do poduszki i usnąć. Ale nie, nocne kilkakrotne kontrole graniczne nie dają jej spokoju. Sen wciąż ulatuje, przeganiany gwałtownie pod wpływem naglącego stukania do drzwi przedziału. Przymyka oczy pod wpływem blasku żarówki. I tak wielokrotnie. Polacy, Słowacy, Czesi, Węgrzy. Na szczęście nie bałaganią jej w torbie. Podręczny bagaż jest nietykalny. Nie, nie, nic nie przewozi. Nie, nic do zadeklarowania. Nie, pieniądze też nie. Zmęczona jest już ciągłym zaprzeczaniem. W drodze powrotnej dużo gorzej - w jej przedziale pojawił się handlarz, który całą noc skrupulatnie sprawdzany przez celników i odwiedzany przez współtowarzyszy i kupców, sprawiał swą obecnością istotny zamęt w moim przedziale. Źle spał tej powrotnej nocy z niedzieli na poniedziałek.

W niedzielę rano pociąg dotarł do Budapesztu. Zaczynało ją opanowywać zdenerwowanie. - A jeśli go nie będzie w domu? Czuję, że go nie zastanę. Czuję to intuicyjnie - kołatała się w jej głowie uparta myśl.

Wymiana pieniędzy, zakup biletu na autobus. Taksówka, nawet z korporacji, o której zasięgnęła języka w jednym z guidów czytanych na chybcika w księgarni warszawskiej tuż przed wyjazdem, okazała się być dość droga. Pożałowała pieniędzy. Cóż, sam już ten wyjazd, podróż były nieprzewidzianym wydatkiem w jej budżecie. Jeszcze tylko informacja w Tourist Office o lokalizacji i transporcie i już wiedziała jak odnaleźć jego mieszkanie. Przecież była tam tylko raz i z nim. Jakże mogłaby pamiętać numer autobusu i dodatkowe szczegóły? Nie zwracała na to uwagi, zajęta obserwowaniem mężczyzny, którego widziałam po raz pierwszy i rozmową z nim, ufająca w jego wiedzę i znajomość miasta.

Ha, jej angielski nie jest taki zły! Zaopatrzona w niezbędne wskazówki, dociera pod jego dom. Serce bije jej obłąkanie. Domofon, czyjś nieznany mi głos. Nie ma odwagi odezwać się. Dzwoni jednak tak długo, że ktoś znudzony w końcu naciska guzik i Nina może wejść do kamienicy. Drugie piętro. Dzwonek i oto stoi przed nieznanym mi mężczyzną. Tak, to musi być jego przyjaciel. Jest i drugi. Mieszkają tu obaj, korzystając z jego przyjaźni i dobrej woli. Dowiaduje się, że wyszedł wczoraj wieczorem. I tyle. Nic ponad to, brak szczegółów. Tak, oczywiście, on się nigdy nie zwierza nikomu ze swych planów. Kiedy wróci? Któż to może wiedzieć? Być może zaraz, może za kilka godzin...dni...

Poczuła się natrętem. Byli wszyscy troje wyraźnie zakłopotani. Oni obawiali się jego reakcji w momencie odkrycia jej niepożądanej niewątpliwie obecności w jego domu. Więc tylko trzyminutowy prysznic, rzut oka na jego rzeczy - cóż za bałagan wszędzie! - i opuściła apartament. Zamknęły się za nią drzwi i opadła ją bezradność. Co czynić do wieczora w tym obcym, choć pięknym mieście. Co czynić?

Ach, podczas gdy w Warszawie deszcz i smutek, tu przynajmniej cudowne letnie słońce próbowało trochę rozświetlić, ożywić jej stan ducha, przegnać upartą apatię. Włóczyła się godzinami po Budapeszcie wzdłuż Dunaju, przekraczając wielokrotnie miejskie mosty tak przypominające jej ulubioną Pragę. Powlokła się leniwie Vaci utca. Nic nie mówiące jej nazwy ulatywały szybko z pamięci , lecz pozostał jej przed oczami niepowtarzalny urok tej węgierskiej stolicy, jakże okazałej i chlubiącej się pięknie zdobionymi kamienicami, zbudowanymi w okresie jej świetności. Nie miała siły wspiąć się na szczyt wzniesienia i podziwiać panoramę z wysokości wzgórza. Jednak wędrując wzdłuż brzegu rzeki, przedzierając się przez tłum turystów szczególnie licznych tej niedzieli ze względu na jakieś święto narodowe i urządzane w wielu miejscach miasta jarmarki, targi, pokazy i koncerty związane z tradycyjną kulturą Magyarów, zawędrowała na dach tarasu widokowego przylepionego niejako do wzgórza zamkowego, kolumnami wspierającego się o podnóże wzniesienia. Po prawej stronie z wysokości swobodnie obserwować mogła nieustanną pracę kolejki szynowej. Opuszczając wzrok, natykała się na placyk, skąd droga piesza wiodła na wzgórze, i na ulicę w tej chwili tłumnie zapełnioną mrowiem ludzkim. Godziny wlokły się niemiłosiernie. Wylegiwała się to na wysokości na ławce, którą ktoś sprytnie postawił na skraju tarasu poza barierką ochronną, to w osłonecznionych zaułkach mostów, to na uroczych placach w okolicach ......utca. Jeszcze tylko jakieś zakupione w międzyczasie kartki , wysłane potem do niego, telefony co kilka godzin, nadzieja, że może już, może już jest, wrócił...

Jak bezsensowny wydał jej się ten wyjazd, jak głupia wydała się samej sobie! 18.30. Późno. Udaje się w kierunku jego domu. Ostatni spacer przed wyjazdem. Ostatni rzut oka na ulicę i plac, otoczenie jego kamienicy. Dziewiętnasta już. Nie może odnaleźć kabiny z telefonem na kartę. Pech. Cóż, powinna już wracać. Przecież nie do pomyślenia jest przegapienie pociągu do Warszawy! - To byłoby niewybaczalne szaleństwo, moja droga.- Jej autobus. Jak długo jedzie tym razem. Tłum ludzi. Dworzec. Ostatnia próba. Dzwoni. Czyj to głos? Czy to nie dziwne, że go nie poznała? Ach, co za ironia! On jest w domu od trzech godzin. Czemu nie zadzwoniła wcześniej? Czemu, czemu? Wszystko na marne. Przyjechać tu dla niego, dla jednej rozmowy z nim i jego nie zastać, nie móc się z nim zobaczyć. Jakże los kpi sobie ze niej. A jednak cieszy się, że mogli choć porozmawiać. Ta rozmowa godzinna, gdy oboje czuli dziwność sytuacji, rozwiązała wiele dylematów. Przecież w innym wypadku nigdy nie zechciałby ze nią rozmawiać. Jej szaleńcza podróż złamała jego stanowcze i okrutne: "nie chcę już słyszeć twego głosu, który sprawia, że cierpię."

Nic nie zostało do końca wyjaśnione, a jednak wszystko stało się dla nas jasne. Ich myśli, plany, uczucia. Nigdy nie rozmawiali szczerzej niż wówczas.

Nina nigdy nie zapomni tych słów ironii, które padły na początku rozmowy telefonicznej, które zraniły ją , ale ich piekący cynizm i ironia otworzyły ją oczy - Przyjechałaś tu, aby taniej wyniosła cię rozmowa telefoniczna?
 

 początek

Rozdział XV

Nie ma to jak Nowy Świat...



 

Nina obudziła się o świcie. Pociąg kołysał się jednostajnie. Za oknem poniedziałkowa szarówka, bure, nudne jednolite połacie pól, kikuty samotnych chudych drzew. - To jest Mazowsze moje - pomyślała Nina. - Niedługo pewnie pojawią się pierwsze zabudowania przedmieść warszawskich - z tą myślą wyskoczyła spod trzech koców, pod którymi skulona spała na kolejowej kuszetce. Z przyborami toaletowymi ruszyła ku łazience. Spojrzała z niechęcią a swoje odbicie w brudnym lustrze. Podkrążona oczy, blada twarz, niesfornie ułożone włosy. Szybko więc: szczotkowanie zębów, myło, krem, podkład , makijaż. To poprawiło jej znacznie humor. Uśmiechnęła się do siebie. Cóż, trzeba było zachować pozory. Przed Niną cały poniedziałkowy dzień pracy w biurze. - Oby do wieczora - westchnęła. dotarła do pracy tuż przed dziewiątą. Pociąg miał lekkie spóźnienie. Jak cudownie było napić się gorącej, mocnej kawy. - Hmm...boski napój - rozkoszowała się jej aromatem. W przerwie południowej próbowała skontaktować się z przyjaciółkami, jednak jedynie Natalia z ochotą przyjęła propozycję spotkania w Nowym Świecie późnym popołudniem. Spotkały się o siódmej. Nina nie mogąc wyjść wcześniej z pracy, spóźniła się. Natalia na widok nadchodzącejprzyjaciółki od razu poznała, że ta miała coś istotnego do przekazania.

- Nino, co się stało? Kiedy zadzwoniłaś od razu wyczułam, że coś jest nie tak...Opowiadaj! - zachęciła ją troskliwie przyjaciółka, spoglądając z niepokojem w jej oczy. W istocie, Nina miała ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie jej żalu, gorzkich myśli i uczuć, które ogarnęły jej serce i umysł. Musiała zwierzyć się przyjaciółce. Wiedziała doskonale, że stłumienie tylu bolesnych doznań w niej samej mogło skończyć się szeregiem nieprzespanych nocy, chandrą lub załamaniem nerwowym. Zaczęła powoli opowiadać Natalii historię jej zerwania z Pierrem i wypadki szalonego wyjazdu do Budapesztu. Natalia słuchała nie przerywając jej ani słowem, coraz bardziej jednak nabrzmiewał w niej żal, współczucie i bunt, złość skierowana wobec mężczyzny, który stał się przyczyną cierpienia jej przyjaciółki. Wybuchnęła w końcu - Nina, Nina! On jest zwykłym ... - powstrzymała brutalne słowo cisnące się jej na usta - Musisz o nim zapomnieć - dodała już łagodniej. To egoistyczny drań, to wszystko.

Zamilkły obie wpatrując się każda w niedopitą na dnie filiżanek kawę. Natalia podniosła w końcu oczy na Ninę. Ta uciekała jej wzrokiem ku oknu, próbując ukryć łzy. Natalia czuła się bezradna. - Nina - powiedziała cicho - Nineczko, chodźmy się przejść. Dobrze nam to zrobi. Natalia zapłaciła rachunek, i obie wyszły. Skierowały się ku Staremu Miastu, które pogrążone było już w zmroku i jedynie lampy rozpraszały ciemność. Kobiety przeszły szybkim krokiem kocie łby Placu Zamkowego, ulica Świętojerska była rzęsiście oświetlona dzięki iluminowanym wystawom sklepów. skręciły w prawo. Schodkami w dół. Znalazły się na małym wysuniętym placyku widokowym. Pustki. Jakaś para, która na ich widok spłoszona odeszła. Spojrzały ku odległej na drugim brzegu Wisły Katedrze. Od wyjścia z kawiarni żadna nie odezwała się ani słowem. Cisza odpowiadała nastrojowi Niny, a Natalia, choć ogromnie pragnęła podzielić się swą radosną nowiną z przyjaciółką, uszanowała jej smutek. Wiedziała doskonale jak bardzo nieodpowiednie i przygnębiające byłaby dla Niny konieczność wysłuchania opowieści Natalii o nowym w jej życiu mężczyźnie, o jej zauroczeniu, i o planach jakie z tym człowiekiem wiązała, o jej małżeństwie i pragnieniu wspólnego zamieszkania w Polsce. Natalie te myśli odwiodły na chwilę od świadomości czasu i miejsca i obecności przyjaciółki. Stanęła jej przed oczami sylwetka Roberta. Wysoki, potężny wysportowany płowy blondyn, przy którym szczupła i wysoka lecz drobnej budowy Natalia czuła się bezpiecznie i pewnie, pojawił się w jej życiu przed kilkoma tygodniami. Natalia miała wówczas kilka dni urlopu. Postanowiła wybrać się do Amsterdamu, gdzie mieszkał poznany wcześniej dzięki Ninie Holender. Był to przyjaciel Niny, którego ta poznała drogą internetową. W Polsce pojawił się na zaproszenie Niny, która wcześniej miała okazję spotkać się z Robertem w Amsterdamie. Natalia, zapatrzona w Roberta, nie miała w istocie pojęcia o przeszłości tego mężczyzny i relacjach , jakie łączyły go z Niną. Wiedziała, że był to jeden z jej przyjaciół internetowych. Nawet jeśli coś szczególnego rozegrało się między nimi, Natalia nie chciała o tym i wiedzieć. Nie pozwoliła Robertowi opowiedzieć historii jego pięcioletniego małżeństwa i niedoszłego narzeczeńskiego związku z Katarzyną, Polką, mieszkającą od lat w Holandii, nieszczęśliwą w jej małżeństwie i utrzymującą potajemne kontakty z Robertem. Jedynie Nina znała szczegóły życia prywatnego Roberta, historię jego miłości do Katarzyny, narodziny tego uczucia, jego niespełnienie i zazdrość, Nina i Rob utrzymywali wszak kontakt internetowy przez blisko pół roku. Od początku wyczuli bliskość i podobieństwo charakterów, łączyła ich wspólna wrażliwość i spojrzenie na świat. Stali się bliskimi przyjaciółmi.. Jedynie oni dwoje wiedzieli o sobie niemal wszystko i o swych intymnych związkach. Nina miło wspominała swój pobyt w Amsterdamie, gdzie, tak...rzeczywiście doszło do zbliżenia, a jednak nie zniszczyło to ich przyjaźni. Wiedzieli oboje, że to, co ich łączy jest zrozumieniem, które wykracza poza normy przyjaźni, jest na granicy przyjaźni i miłości. Ich zbliżenie, kontakt cielesny, wspólna namiętna noc sprawiła tylko, że przekroczyli granicę. Oddalili element pożądania, który zawsze istniał w ich relacji i zaczęli postrzegać siebie dużo spokojniej i dojrzalej. Podobną relację posiadała Nina ze swym wieloletnim przyjacielem, Mikołajem. Przepadali za sobą. Kiedyś Nina była nim oczarowana. Zadurzenie bez wzajemności trwało zaledwie dwa miesiące. Wszystko odzyskało kształt przyjaźni, a jednak dla Niny i to było zawsze coś więcej, niż przyjaźń, a nie zupełnie miłość. Dlatego też moment zbliżenia, zupełnie przypadkowego, w poimprezowej sytuacji konieczności spędzenia nocy we wspólnym łóżku, był w jakimś sensie spełnieniem odwiecznego pragnienia Niny, nasyceniem i wyzwoleniem. Wówczas, to spóźnione zbliżenie, pragnienie seksu wyzwolone obudzone w nich obojgu było znów przekroczeniem granicy i uwolnieniem pożądania tak, by istniała już tylko czysta a jednak czuła przyjaźń.

Wszystkie te myśli nie zaprzątały wówczas głowy Niny, a jednak wiedziała ona doskonale o rzekomym "sekrecie" Natalii. Historię zdążyła jej już opowiedzieć Nicole. Natalia spojrzała nagle na Ninę, otworzyła usta jednak zrezygnowała w końcu z planowanej wypowiedzi i rzekła tylko - Chodźmy , Nino. Późno już. - Nina skinęła głową. Widziała doskonale pragnienie Natalii podzielenia się jej radością, a jednak świadomie swym zachowaniem nie przyzwalała jej i nie zachęcała do zwierzeń. Egoistycznie buntowała się przeciw słuchaniu o cudzym szczęściu, tym bardziej, cóż za ironia losu! , z osobą, która była przecież jej tak bliska. Nina poczuła lekkie ukłucie w sercu. Czyżby zazdrość? Zawsze odczuwała przecież palącą ironię losu, postrzegając jak kolejno odchodzą z jej życia mężczyźni, których kochała, jak dziwacznie plótł się jej los, gdy przeznaczenie, które miało być jej, Nininym, przypada w udziale Nicole, spełnia się w życiu Natalii. Nie wyjechała do Francji, nie zamieszkała z Pierrem w Polsce, a przyjaciele, którzy mogli być może, przy większej dozie szczęścia, stać się towarzyszami życia, pozostali tylko...przyjaciółmi, żeniąc się z jej przyjaciółkami.

Coraz częściej Nina odbierała rację istnienia w jej życiu uczuciu nazywanym miłością.

- A jeśli dla mnie istnieje tylko przyjaźń? - stawiała sobie pytanie.
 

 początek  rozdz.16-20