[strona główna/home/retour]
[rozdz.1-5][rozdz.11-15][rozdz.16-20][rozdz.21-25]
[rozdz.6][rozdz.7][rozdz.8][rozdz.9][rozdz.10]
Nina

Me, Myself and I

or

what would happen if...
 

częsć.II

Rozdział VI

Czy to na pewno koniec studiów?



 
 
 
 

Po powrocie z Francji Nina znalazła się na drugim semestrze trzeciego roku. Natalia, uradowana jej powrotem, postanowiła towarzyszyć jej w zajęciach, które sama formalnie miała już zaliczone. Nina z mocnym postanowieniem jak najszybszego skończenia studiów ostro zabrała się do pracy. Zapisała się na kilka zajęć z czwartego roku, udało się jej jednocześnie dostać na dwa proseminaria i seminarium, w charakterze słuchacza, jako że była przecież jedynie studentką trzeciego roku. Wiedziała, że nie zależy jej na świetnych ocenach, lecz na zaliczeniu przedmiotów. Uczyła się więc w pośpiechu, solidnie, lecz krótko, wybierała zawsze jak najwcześniejsze terminy egzaminów, dzięki temu już w połowie sesji miała stres i zaliczenie semestru za sobą. Dzięki temu udawało jej się często wyjeżdżać do Francji, aby choć przez chwilę zobaczyć się z Pierrem .

A jednak nie zamierzała rezygnować z przyjemności życia studenckiego. Zarówno ona, jak i Natalia i Nicole ogromnie lubiły wpadać w każdej wolnej chwili na poranną, czy popołudniową kawę do kawiarni Giovanni, mieszczącej się w piwnicznym pomieszczeniu kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu, należącej do Uniwersytetu. Tuz na lewo od bramy wychodzące z dziedzińca Uniwersytetu dziewczęta napotykały schodki. Tam zstępujących ogłuszała niezwykle głośna, jednak sympatyczna muzyka. Wnętrze było ciemne, światła wtopione w kamienne ściany, przytłumione, oszczędne, jedynie silniejsze przy barze i tuż nad małym stołem z piłkarzykami, które Nina nieodmiennie nazywała z angielska brzmiącym słowem, a zapożyczonym we Francji, "baby foot". Nina i Natalia zazwyczaj wybierały miejsca z przeciwnej do wejścia strony baru, która, przeznaczona dla niepalących, spokojniejsza była, jaśniejsza i nierzadko niemal wyludniona.

Nicole nie zawsze chciała im towarzyszyć, znacznie sumienniej pojawiała się też na zajęciach swej katedry, niż jej przyjaciółki. To prawda, Nina niejednokrotnie poświęcała nudne dla niej wykłady z gramatyki historycznej czy językoznawstwa dla całkowicie nieobowiązkowych, bowiem spoza jej wydziału zajęć w katedrze Romanistyki. Nie potrafiła sobie odmówić przyjemności słuchania pasjonujących cyklicznych monograficznych wykładów profesora Rykowskiego, który fascynował ją śmiałymi ideami i tematami. Był specjalistą od epoki renesansu. Tę znał też jak własną kieszeń od każdej strony, literackiej, historycznej, ideologicznej...Nina uwielbiała słuchać tego człowieka, który z niezwykłym talentem przekazywał swą wiedzę, a i poszerzał pośrednio horyzonty myślowe Ninine i sporej rzeszy studentów, którzy pojawiali się na jego dwugodzinnym wykładzie.

- Jakże często - myślała Nina - ludzie studiujący na uniwersytecie zapatrzeni w swą specjalizację, nie potrafili podnieść wyżej wzroku, wyjść poza zakres przeznaczonych im zajęć i lektur. Wąski widnokrąg kultury stawał na przeszkodzie rozwoju swobodnej myśli.- Nina czuła wówczas, jak ściśle przynależała do nowego pokolenia ludzi, którym obce było trzymanie się dogmatów, standardów, ustalonych idei, a którzy z łatwością surfowali mentalnie, swobodnie tworząc asocjacje na złączu różnorakich dziedzin, filozofii, literatury, socjologii, psychologii...i ogólnie pojętej kultury. Być może dlatego Ninę tak fascynowały wykłady profesora Rykowskiego, który poza gruntownym przygotowaniem tematów, o których mówił i widocznym zgłębieniem ich u ich źródeł, prowadził swą myśl swobodnie, nie w sposób sztucznie erudycyjny, ale jednak pełen aluzji, skojarzeń i zaskakujących pozornie alogicznych wniosków.

Jakże inne były zajęcia w jej rodzimej katedrze polonistyki z jednym z profesorów ze starszego pokolenia, który wykładał gramatykę historyczną. Ninę pasjonował język jako taki, lubiła uczyć się również języków obcych, jednak nie potrafiła pozbyć się wrażenia podczas tych właśnie zajęć, że uczestniczy w dziwacznej grotesce. Nina przypominała sobie wówczas stres swojej szkoły średniej i metody edukacyjne niektórych nauczycieli, którzy nade wszystko cenili dyscyplinę, posłuszeństwo i pamięciową znajomość określonego, przepisowego zestawu definicji, pojęć, lektur... Metoda profesora Kowalskiego była łudząco podobna. Nie zgadnąć jakim tropem kierował się w przekazywaniu studentom określonego zakresu wiedzy dotyczącej przemian języka na przestrzeni historii. Nina już na pierwszym roku swych studiów dostrzegła jak ulotna i zmienna była w istocie wszelkiego typu nauka, wiedza, w której jedne koncepcje zastępowały wciąż inne, jedne teorie - inne, a te zaś, przeciw którym minimalna istniała ilość przekonujących zarzutów uznawano za wystarczająco trwałe, przekazywano jako pewne i nienaruszalne dzieciom w trakcie ich edukacji przed-uniwersyteckiej. W istocie proces nauki okazywał się być przeglądem życiorysów uczonych i kalejdoskopem zmieniających się, nie zawsze dostrzegalnie, bo przez transformację, idei. Nina przyjmowała tę wszechobecną teorię względności, nie potrafiła więc usiedzieć spokojnie na zajęciach gramatyki historycznej, gdzie w każdej chwili mogła zostać wezwana do odpowiedzi, zapytana o regułę zacytowaną na tej i tej stronie książki, o definicję podaną słowo w słowo dotyczącą konsekwencji przegłosu polskiego, rozwoju jerów lub iloczasu w języku polskim. Ze sprawdzianów otrzymywała trójki, a najczęściej nie zaliczywszy materiału za pierwszym podejściem, zmuszona była wielokrotnie nawiedzać gabinet profesora, który zawsze pytał o to samo i za drobną zmianę kompozycyjną danej definicji odsyłał "do następnego szczęśliwego razu" z niczym, bez noty, bez oceny. W ten sposób Nina w nieskończoność przesiadywała nad podręcznikiem do gramatyki historycznej i ten wkrótce poznała z dokładnością do najmniejszej linijki na stronie. Zaliczyła w końcu ten przedmiot na trójkę za kolejnym którymś podejściem, gdy to za tę samą odpowiedź na to samo od początku całej pielgrzymki egzaminacyjnej pytanie profesor, zapewne znudzony tak jak i ona, wyciągnął rękę po indeks i wstawił z wahaniem upragnione - trzy. Ach, to był cudowny dzień! Natalia, która zaliczyła egzaminem te same zajęcia dzień wcześniej, i Nina postanowiły świętować wolność od gramatyki historycznej i od profesora Kowalskiego w jednym z pubów w okolicy Uniwersytetu. Nina ogromnie lubiła Morgan's pod muzeum Chopina na Tamce, dotrzymującym towarzystwa unieruchomionej w kamieniu, samotnej w jej jeziorkowej fontannie zaczarowanej królewnie-kaczce. Po kilkugodzinnej zabawie i sporej ilości skonsumowanego Guinnessa udały się wraz z przyjaciółmi do niedalekiej dyskoteki w podziemiach, nazywanej Stereo. Natalia nie przepadała za muzyką techno, Ninę jednak ten rytm pulsujący, rytm falujący rave'u wprawiały w stan ulotny, stan odosobnienia i zapomnienia wśród tłumu. Dziwna muzyka - jak stwierdzała Natalia, która stanowczo wolała polski rock i często zaglądała z grupką przyjaciół do sali obok, gdzie królowały stare dobre przeboje lat sześćdziesiątych i polskie nastroje muzyczne - a jednak i ona po jakimś czasie, a zwłaszcza po odpowiedniej dawce alkoholu wpadała w lekki trans muzyczny zmuszający ciało do pulsujących ekstatycznych ruchów. Nina czuła się dobrze w atmosferze każdej niemal muzyki, aż dziwne jak wiele jej gatunków akceptowała jej osobowość. Jej zmienne nastroje, kapryśna natura potrzebowały podtekstu i tła, tymże była dla Niny muzyka. Od klasyki i folku, muzyki dawnej, średniowiecznej przenosiła się w strefy reggae rapu i rave'u, hip-hopu i jazzu. 
Około piątej rano grupa młodych ludzi zmęczona, ale już niemal trzeźwa po dużej dawce całonocnej gimnastyki na parkiecie, udała się do małej kawalerki jednego z chłopców na pobliskiej Saskiej Kępie, gdzie, znajdując sobie miejsca na łóżku i materacach , jak kto mógł próbował przespać się odrobinę. Nina jednak długo nie mogła zasnąć. Kręciła się na wersalce, na której spała obok Natalii, mężczyźni zajęli bowiem miejsca na podłodze. Po wrażeniach całonocnej zabawy powróciły myśli o zdanym przed kilkunastu godzinami egzaminie. Nina zastanawiała się nad swoją przyszłością. Zamartwiała się, próbując wyobrazić sobie jej przyszłe życie we Francji, u boku Pierre'a. Cóż ona tam będzie robić? Gdzie pracować? Nie pracować? Rodzić dzieci? Wychowywać dzieci? Dostawała gęsiej skórki na samą nawet myśl o tym. Pragnęła aktywności. "Jeszcze trochę pożyć" - jak zwykła mówić o sobie ironicznie, co w jej ustach znaczyło zdecydowaną ucieczkę przed małżeństwem. Ono jednak okazywało się kluczem do jakiejkolwiek pozytywnej rzeczywistości za granicą. Bez obywatelstwa będzie nikim. A może uniwersytet? Wówczas po raz pierwszy zapewne pomyślała o pracy naukowej

Nazajutrz, pełna dobrej woli, zerwała się z rana - był to piątek i Nina miała jedynie zajęcia językowe po południu - i pobiegła na Piękną, gdzie stał nieestetyczny, ponury płaski budynek ambasady francuskiej. Przyjął Ninę malutki człowieczek, młody brunet, ruchliwy żywy energiczny, z panieńskimi wypiekami na policzkach. - typowy Francuz - sklasyfikowała go Nina w myślach. On mimowolnie zasiał w jej myślach nadzieję. Po rozmowie z nim Nina postanowiła dokładnie przejrzeć przewodnik po szkołach , kursach i katedrach uniwersytetów we Francji, a zdobywszy kilka adresów i nazwiska profesorów zajmujących się literaturą siedemnastego wieku, barokową czy antyczną, napisała wiele listów, przedstawiających jej pragnienie kontynuacji studiów pod ich kierunkiem. W istocie, jak okazało się później, w próbach uzyskania stypendium ambasady francuskiej pomogła jej o wiele bardziej poznana przypadkiem na jednym z tysiąca nadobowiązkowych wykładów i konferencji na których pojawiała się Nina, wykładająca od lat na Sorbonie profesor Barbara. Z nią Nina utrzymywała i później ścisły kontakt, mimo fiaska idei pracy naukowej we Francji.

Cóż, los jak zwykle zakpił sobie z Niny.
 

 początek

Rozdział VII

Andromacha czy Fedra?



 
 
 
 

Pod koniec czwartego roku Nina miała już za sobą wszystkie wymagane egzaminy i zaliczenia. Pozostał jeden egzamin z literatury współczesnej. Zawsze onieśmielała ja ta epoka. Tak rozległa i rozpływająca się w niepoliczalnym ogromie dzieł "na czasie", nowych nurtów prozy, poezji, twórczości najmłodszego pokolenia, o której nie miała właściwie ani zielonego ani bladego pojęcia. - Czemuż znalazłam się na Polonistyce? - wzdychała - Nasza literatura rodzima jest mi przecież tak niejednokrotnie ...obca.

W istocie, najczęściej Nina sięgała po powieści z kręgu współczesnej angielskiej lub dziewiętnastowiecznej i początków dwudziestego wieku francuskiej prozy. Od poezji stroniła zaś zupełnie. Uraz szkoły średniej i wspomnienie "sekcji zwłok" i operacji analitycznych na Bogu ducha winnych wierszach? Nie. Te analizy czyniły jej wszak złośliwą przyjemność, to włażenie z butami do duszy poety...Nina uważała jednak wiersze za wrażenia tak ulotne, nietrwałe, wiązki słów, które ulegały zapomnieniu zaraz po zamknięciu tomiku, jako że nie związane fabułą i akcją w logiczną i zapamiętywalną całość. I owszem, Nina sięgała po wiersze T.S.Eliota, fascynował ją swą enigmatycznością, wyzywał i zmuszał do myślenia. Podobnie wielki szacunek i podziw wzbudzały w niej wszelkiego typu, maści i języka skomplikowane poetyckie łamigłówki epoki baroku. Poetyckość jako taką tolerowała jedynie pod pokrywką zabaw formą lub też tę, która związana była akcją i tworzyła dramatyczną opowieść. Nina potrafiła w nieskończoność odczytywać, znane już niemalże na pamięć, tragedie Szekspira czy Racine'a.

- Tragedia, tragedia - myślała. Należało przecież zdecydować o temacie pracy magisterskiej. W końcu czerwca 1998 Nina przekazała swemu promotorowi jej ostateczna decyzję. Postanowiła zająć się od strony analitycznej i translatorskiej tekstem, który podsunął jej ów profesor, tekstem tragedii polskiej, tłumaczonej z francuskiego. Oryginałem była "Andromacha" Jean Racine'a. Racine był jej niezwykle bliski. Lubiła czytać jego tragedie w oryginale, jednak zajrzawszy do staropolskiego tekstu Stanisława Morsztyna, Nina doznała szoku. Cóż, klasycyzm jako taki w siedemnastowiecznej Polsce nie miał niejako prawa bytu. Kwitł barok, w każdej niemal cząstce kultury polskiej - barok w jego barwności, nieregularności, kapryśnej naturze...barok. Tekst Morsztyna był rzadką w tejże epoce próbą adoptowania elementów klasycyzmu francuskiego do warunków polskiej literatury. Był próbą, nie w pełni udaną, a jednak godną podziwu. Nina z ową mglistą jeszcze ideą jej pracy magisterskiej wyjechała na dwa miesiące do Francji, był to przecież czas wakacji. Pierre jednak miał jedynie dwa tygodnie urlopu, który spędzili wspólnie w Paryżu, tymczasem długie godziny samotności i swobody w Nimes Nina spędzała w ukryciu przed męczącym ją już słońcem Śródziemnomorza. Potrafiła całymi dniami analizować drobiazgowo i porównywać dwa teksty tragedii. Tak, to dzięki tym analizom narodziła się właściwie już tego lata jej praca magisterska. Nina pragnęła napisać ją jak najszybciej dlatego po powrocie z Francji, wykorzystując te notatki złożyła całość i przedłożyła ją promotorowi. Postawiła go w istocie przed faktem dokonanym samodzielnie formułując temat i dokonując analizy. On spojrzał na jej tekst przychylnym okiem.

W istocie, im głębiej Nina studiowała tragedie Racine'a i poznawała jego teorie, jego jansenistyczne wpływy i antyczne inspiracje, tym bardziej żałowała, że nie dane jej było zająć się osobowością innej jego bohaterki, Fedry. Wszak tłumaczenie tej tragedii Racine'a na polski zaistniało dopiero w dziewiętnastym wieku. Andromacha, nawet jako postać z dzieł Racine'a twarda wierna swym ideałom kobieta, a tym bardziej u Morsztyna cnotliwa bogobojna małżonka, zdawała się jej zbyt jednolita pod względem osobowości i w gruncie rzeczy...nudna. Co innego Fedra. Ekspansywna, ekstrawagancka zaborcza i zazdrosna kobiecość rzeczywiście Ninę fascynowała. Nina w nieskończoność odczytywała fragmenty "Fedry" Racine'a. Dostrzegała najmniejsze oznaki jej zniewolenia i zatopionej w szaleństwie osobowości. Racine wykreował kobietę zdeterminowaną, kobietę nad którą ciążyło przeznaczenie, kobietę zdominowaną nakazami i regułami religijnymi i moralnymi. Kobietę opętaną miłością, rządzą , cielesnością. Popadającą w obłęd w momencie, gdy jej miłość nie doznała spełnienia. Odrzucona przez mężczyznę, nie potrafiła się uwolnić od myśli o nim. Szaleństwo doprowadziło ją do śmierci. Fedra była w oczach Niny w jakimś sensie obrazem kobiety współczesnej.

- Nie, w istocie... - stwierdziła Nina odkrywczo - w istocie, Andromacha i Fedra, obie stanowią dwie strony kobiecej osobowości...Każda kobieta nosi w sobie pierwiastek Andromachy i pierwiastek Fedry. Kto decyduje jednak o ich układzie, równowadze lub braku równowagi między tymi pierwiastkami?
 

 poczatek

Rozdział VIII

Wirtualna rzeczywistość to nieodparta pokusa...



 
 
 
 
 
 

Nina miała w końcu za sobą nerwówkę przygotowań do obrony magisterskiej. Z uśmiechem przyjęła uroczyste słowa jej profesora oświadczającego przyznanie jej tytułu magistra z piątką na dyplomie. Uuff! Ulga, ale jednocześnie ogarnęło ją też poczucie pustki. Tak, właśnie to był moment, w którym musiała podjąć niezwykle ważną w jej życiu decyzję. Jak się okazało jednak, nawet najrozsądniej rozważane posunięcia nie gwarantują ich trwałości.

Nina postanowiła wyjechać do Francji i wyjść za Pierre'a. Jakkolwiek nie chciała czynić tego od razu po ukończeniu studiów i długo zwlekała z wyjazdem, jednocześnie załatwiając wszelkie formalności. Pełna obaw wobec jej przyszłości, próbowała zapewnić sobie posadę lektora języka polskiego pisząc oferty z załączonym CV do różnego typu prywatnych ośrodków edukacyjnych i uniwersyteckich, zabiegała z zacięciem o stypendium w Ambasadzie Francuskiej z myślą kontynuowania studiów i napisania pracy doktorskiej. Wszystko to pochłaniało ją ogromnie, a tymczasem dawał się jej we znaki dotkliwy brak pieniędzy, których potrzebowała bardziej niż dotychczas. Nie wystarczały już nieźle płatne przecież lekcje języka francuskiego, na które zdecydowała się tuż po przyjeździe z Francji. Roczny pobyt za granicą dodał jej odwagi i pewności siebie i swych umiejętności. Nieoczekiwanie odpowiedziano na przed wieloma miesiącami złożone CV w Bibliotece Uniwersyteckiej. Ninie spodobała się propozycja pracy w informatycznym ośrodku stworzonym dla potrzeb biblioteki. Stworzyła sobie bardzo wygodny układ godzin pracy - rano osiem godzin na uniwersytecie - ośrodek mieścił się w jednym z budynków Uniwersytetu przy Krakowskim Przedmieściu - po południu lekcje francuskiego. Ten tryb życia sprawiał, że nie miała wiele czasu dla siebie i przyjaciół. Jednak wciąż była w Polsce. Myśl o tym, że jej wyjazd nastąpi tuż, tuż, za niedługi czas, po uzyskaniu stypendium w marcu, sprawiał, że Nina częściej spotykała się z przyjaciółkami w Nowym Świecie. Jednocześnie dzięki ciągłemu dostępowi do Internetu w pracy Nina mogła codziennie, bez zamartwiania się o koszty za telekomunikację, kontaktować się z Pierrem. Wymarzona sytuacja. 
....Jednak tęskniła za nim coraz bardziej. Rzadko mieli okazję spotkać się poza rzeczywistością wirtualną w ciągu tych dwu lat, gdy Nina kończyła studia w Polsce. Jednocześnie jednak odczuwała ona ogromną obawę przez ostateczną decyzją o opuszczeniu Polski i zamknięciu na zawsze tego beztroskiego przecież w każdym sensie okresu studiów i niezależności uczuciowej. Coraz częściej pojawiała się w jej głowie strwożona myśl - Czy na pewno on? Czy jesteś absolutnie pewna swych uczuć? - Zawsze jednak starannie i niecierpliwie odsuwała te myśli jako niedorzeczne. Znajomość z Pierrem trwała już przecież blisko dwa lata. Nina miała czas na podjęcie decyzji. Zawsze jednak rezygnowała z konkretnych wyobrażeń o ich wspólnym przyszłym życiu. Potrafiła godzinami analizować układ ich przyszłego mieszkania, planować dzieci i spotkania z przyjaciółmi, jednak nie potrafiła analitycznie myśleć o swym uczuciu do Pierre'a. Wiedziała, że go kocha. Nie chciała niejako uświadomić sobie jednak dlaczego. Potrafiła wskazać jego cechy, które w nim uwielbiała, choć nie była w stanie przyznać się przed sobą, jak wiele było rysów charakteru kochanego mężczyzny, których całkowicie nie tolerowała. Nina nauczyła się sztuki zamykania oczu na te, jej zdaniem, negatywne strony osobowości i zwyczajnie niedostatki urody Pierre'a. W myślach o nim przywoływała tylko piękne, miłe momenty. Cóż, sprzyjała temu rozłąka, rzadkie spotkania. Nina dopiero znacznie później zdała sobie sprawę jak bardzo, pod wpływem tęsknoty, idealizowała Pierre'a.

Chwila przerwy w pracy. Wziąć oddech, odwrócić wzrok od ekranu komputera, na którym od rana wstukiwała mechanicznie rekordy biblioteczne do bazy danych i robiła ich korekty. Ogłupiające zajęcie. Praca w ośrodku informatycznym nie dawała jej ani szczególnej satysfakcji ani wystarczających środków finansowych. Nina coraz częściej myślała o jej zmianie. Tymczasem wolała oddać się wspomnieniom przeglądając listy Pierre'a które, stopniowo usuwane ze skrzynki na serwerze francuskim, zapełniały pliki jej dokumentów na twardym dysku i na dyskietkach. Nina nie znosiła usuwać tekstów korespondencji. Każde słowo listów napisanych jego, czy jej ręką było znakiem uczucia, cennym wspomnieniem. Jeszcze miała chwilę czasu dla siebie. Popijając kawę, weszła na jedną ze stron internetowych, surfowała chwilę, znudzona zajrzała ponownie do swej skrzynki mailowej. Pusta. Szkoda...Postanowiła poświęcić kilka minut na rozmowę z nieznajomymi Francuzami en direct. Ta, odkryta przez nią dzięki Pierre'owi, skrzynka poczty internetowej miała tę zaletę, że można było z łatwością i bezpłatnie zostać członkiem jednego z salonów dyskusyjnych. Swobodnie przechadzała się po tych prywatnych i publicznych miejscach spotkań, zamieniając słowo z przypadkowymi osobami. Niejednokrotnie zdarzało się jej zetknąć z niedyskretnymi, wulgarnymi nieraz pytaniami o jej preferencje seksualne, czy otrzymać niedwuznaczne propozycje. Tak, chyba już dla nikogo z bywalców w internetowym świecie, nie było tajemnicą jak wielu szuka tam rozrywki, zabawy i zaspokojenia swych najprostszych popędów. Ogólnodostepna była znaczna większość stron Internetu dotyczących seksu. Natomiast zupełnie nieszkodliwi i nawet rozbrajająco zabawni byli ci, którzy w pierwszych słowach już prosili o zdjęcie i spotkanie. Żałośliwe poszukiwanie miłości. - Taka internetowa randka w ciemno - pomyślała ironicznie Nina. Te myśli przywołały jednak wspomnienie jej ostatniego spotkania z Pierrem we Francji. Buszując razem w antykwariacie, odnaleźli jedną z książek de Sade'a. Kosztowała grosze, (a raczej franki!), Pierre wziął więc ją jako dodatek do stosu jego lektur o pierwszej wojnie światowej, która pasjonowała go jak żadna inna epoka historii, oraz książek Niny traktujących od strony historycznej i literackiej o "Andromasze" Racine'a. Nina nigdy nie czytała erotyki, te jednak skandalizujące lektury osiemnastowieczne pociągały ją niezmiernie. Z czystej ciekawości dała się namówić kiedyś na obejrzenie kilku filmów erotycznych i filmów X, jak mawiają Francuzi. Podniecało ją to z początku, jednak wkrótce stało się męczące i żenujące.Oglądanie pozycji łóżkowych coraz bardziej skomplikowanych i a-naturalnych, akrobacje w łóżku i poza nim stawało się w końcu nudzące. Brakowało jej wciąż w tych filmach czegoś nieokreślonego, tej "drobnostki", którą Nina nie chciała wprost nazwać uczuciem, iskrą, namiętnością, miłością. Zastanawiała się, czy to "coś" istniało aby na pewno w jej własnym związku z Pierrem...

Czy to nie dlatego właśnie tak bardzo stała się podatna na wpływ pięknych, czułych, pozornie niewinnych słów mężczyzny, z którym od kilku dni prowadziła niezwykle interesujące rozmowy na Internecie? Nie był jedyną osobą poznaną dzięki temu medium. Nina szybko nawiązała wiele ciekawych, różnorodnych znajomości z młodymi ludźmi obu płci z Polski i spoza jej granic. Niektóre z tych kontaktów przerodziły się w trwałe przyjaźnie. Wielu ludzi miała już okazję poznać osobiście. - To niezwykłe, niezastąpione doświadczenie. - myślała. Jednak ten mężczyzna był odmienny, pragnął czegoś innego niż przyjaźni, mimo, że nie wyznawał tego wprost, a i kontakt z nim dawał jej też o wiele więcej radości. Potrafiła z niecierpliwością oczekiwać na wirtualne spotkanie z nim. Nina stopniowo zaczęła nabierać przekonania, że owo "coś", czego szukała... miłość...nie, namiętność? mogła otrzymać jedynie w kontakcie z tym poznanym niedawno mężczyzną z Budapesztu. A tego drobiazgu, tego "je ne sais quoi", tego "czegoś" brakowało zawsze w związku z Pierrem, w ich relacjach miłosnych, intymnych...
 

 poczatek

Rozdział IX

To zbyt szalone, by mogło być prawdą!



 
 
 

Być może nie ma w tym nic dziwnego, że ów poznany mężczyzna potrafił oczarować ją tak łatwo i szybko. Udało mu się tę dziwna relację wirtualną wzbogacić o owo "coś', które zachwyciło Ninę. "Coś"? Cóż, to była prawdopodobnie jej rzeczywista potrzeba poczucia, że jest głęboko kochana, poczucia, że ktoś jej pożąda, pragnie, a jednocześnie potrzeba odczuwania pożądania niezależnie od chwili i sytuacji. "Coś" to była może również szczególna mieszanka pragnienia miłości i seksu w odpowiednich , rozsądnych proporcjach, połączona z ciekawością tego, co nowe, co nieznane jej, a podniecające w jej własnej kobiecej naturze.

Po raz pierwszy Nina odkryła tak silne pożądanie, które uniemożliwiało normalne funkcjonowanie organizmu, spowodowało silny stres i niepokój. Wszystko to spowodowało utratę apetytu, co ostatecznie nie było normalne u Niny, która zawsze uważała dobre, wysmakowane, wyszukane jedzenie za jedną z większych przyjemności tego świata. Wkrótce można było dostrzec, że Nina w szybkim czasie i w chorobliwy sposób straciła sporo na wadze. Schudła pięć kilo w ciągu dwu tygodni. Oczywiście! Przecież nie jadła już niemal wcale. Było tak jednak jedynie w pierwszym okresie ich znajomości. Pracowała wówczas jeszcze w biurze centrum informatycznego biblioteki uniwersyteckiej. Miejsce było bardzo niewielkie. Ciasnota sali, która nie była właściwie nawet biurem, lecz raczej częścią pokoju, który stanowił jakby przedpokój dla zespołu biur, które znajdowały się za drzwiami po lewej. Było to dla wszystkich jednakowo uciążliwe. Dzięki szafom postawionym wzdłuż ściany unikali, ona i jej koledzy z biura, nieustannego widoku osób krzątających się niemal bez przerwy między biurami na parterze i tymi, które mieściły się obok nich za drzwiami na ich piętrze. Rząd wysokich szaf tworzył rodzaj korytarza, który prowadził do drzwi wewnętrznych na wprost dwu okien. Na skutek tej drobnej zmiany topografii sali, atmosfera pracy była wystarczająca swobodna i cicha. Jednak biurko Niny znajdowało się na wprost owych drzwi wewnętrznych, które, często otwarte, pozwalały widzieć dalsze biura i ludzi ścieśnionych w ich wnętrzach. Nina nie mogła się przyzwyczaić do swego stanowiska pracy, czując się zażenowana i obserwowana. Rozpraszała się łatwo i nie potrafiła skupić, mimowolnie dostrzegając kątem oka osoby przechodzące stworzonym prowizorycznie korytarzem. Trzeba rzeczywiście wyobrazić sobie te złożone niedostatki i niewygody, aby zrozumieć sytuację Niny, stopniowo coraz bardziej zakochanej, która nade wszystko potrzebowała spokoju i koncentracji podczas niedozwolonego przecież na taką skalę w godzinach pracy, dialogowania "en direct" z mężczyzną z Budapesztu. Na jej szczęście, przez tydzień, ten właśnie tydzień, tak ważny dla Niny, w którym rozpoczęła się jej znajomość, jedna z kobiet była nieobecna z powodu choroby. Cóż za radość! Nina mogła zająć jej miejsce, gdzie nawet krzesło było zdecydowanie bardziej wygodne, i spokojnie surfować w wolnych chwilach po Internecie, nie obawiając się, że niepożądane oko spojrzy jej przez ramię na jej korespondencję lub rozmowę. Miejsce, która zajęła Nina znajdowało się w głębi sali, blisko ściany lecz ustawione tak, że Nina miała tę ścianę za swymi plecami, na prawo w sporej odległości okno i kąt kuchenny, po lewej zaś jej stronie stała jedna ze wysokich szafek, która oddzielała ją od drzwi wejściowych.

Był to koniec marca. Nina nie mogła przypomnieć sobie dokładnej daty tego dziwnego spotkania we troje w salonie publicznym, stworzonym przez nią i nazwanym "szukam Pierre'a", gdzie Pierre, Francuz z Budapesztu był zwyczajnym intruzem, lecz intruzem czarującym i miłym. Nina już po wstępnej wymianie podstawowych informacji z nieznajomym, poczuła to "coś", co ja ku niemu przyciągało. To uczucie wzrastało w miarę jak ich kontakt stawał się coraz częstszy i dłuższy, tym bardziej zaś w momencie, gdy, co oczywiste, jej Pierre z Prowansji był zbyt zajęty w jego centrum edukacyjnym by poświecić czas na chwilę rozmowy internetowej z Niną. Ile czasu rozmawiali razem, Nina i ów mężczyzna niewidoczny ale już tak interesujący? Być może godzinę...Nie więcej. Nie było żadnego sposobu zachowania, zapisu tych konwersacji, co stało się możliwe później dzięki ICQ, innemu programowi wirtualnemu, posiadającemu szersze możliwości techniczne. O czym rozmawiali? Cóż, o wszystkim, o nich samych, o ich życiu, tym , co dla każdego z nich było znaną i doświadczalną realnością. To próbowali zakomunikować w świecie wirtualnym. Nina zdała sobie sprawę, jak bardzo ta konwersacja była ważna i szczera, jeśli wywołała w niej ona tak silne pragnienie, silną potrzebę ponownego spotkania, kolejnej dyskusji "on the web". w istocie nie było nic zobowiązującego w obietnicy, którą dali sobie tego pierwszego dnia ich spotkania na Internecie. Jedynie "Do zobaczenia później", "Do następnego spotkania" w tym samym salonie, o tej samej godzinie. I w ten sposób spotykali się później wielokrotnie między dwunastą a drugą, jako że Pierre z Budapesztu miał wówczas swą przerwę na lunch. Nina była w lepszej niż on sytuacji, mając bezpośredni dostęp do Internetu ze swego PC, wysyłała mu więc tony wiadomości przez cały dzień. Nina miała ogromną, niezaspokojona potrzebę wyrażenia stłamszonych w niej uczuć. Oczekiwała go niecierpliwie online już o dwunastej, on często pojawiał się dopiero o pierwszej po południu. Wówczas wpadała w popłoch, nie znając przyczyny jego spóźnienia, czy nieobecności, jeśli nie pojawił się do drugiej. Ta nagła, nieoczekiwana, niechciana miłość ogarniała ja stopniowo bez reszty. Jej dziwne zachowanie było niemal dla wszystkich zauważalne i wywoływało zdziwienie. Nina tak nagle schudła, a jednocześnie wypiękniała. Zauważała spojrzenia mężczyzn kierowane ku niej na ulicy. Wcześniej, owszem zdarzało się jej, że mężczyzna poświęcił sekundę uwagi jej sylwetce czy twarzy w momencie gdy mijali się na ulicy. Zawieszenie spojrzenia, uśmiech dla ładnej dziewczyny. Ot i wszystko. Rozmowy z Pierrem z Budapesztu obudziły w Ninie dużo większe dotychczas odczucie własnego kobiecego uroku. Nauczyła się dostrzegać zainteresowanie, pożądanie nieraz we wzroku niektórych mężczyzn. Nauczyła się tego pozornie nie zauważać. Podobnie w rozmowach z Pierrem, czuła się uroczo kobieca a jednocześnie nie pozwalała sobie na wspominanie mu o tym. Nie ukrywała jednak przed nim faktu, że coraz bardziej pociągały ją dyskusje przypominające naukowe, socjologiczne analizy dotyczące układów mężczyźni-kobiety. Wiele tematów wciąż pozostawało tabu dla większości populacji polskiej, a również dla samej Niny. Nie do pomyślenia byłoby dla niej poruszenie pewnych intymnych , drażliwych spraw oko w oko z gronie "żywych" nie-wirtualnych rozmówców. To spotkanie "on the web", dialogi en direct zbliżyły ich bardzo do siebie i pozwoliły im odkryć wzajemnie swe osobowości, potrzeby, obawy, pragnienia, marzenia, fantazje senne, problemy i troski...

Wkrótce stało się to niemal niczym narkotyk. Pragnęli oboje wciąż więcej, dialogi internetowe przedłużały się. Pierre decydował się niejednokrotnie na szybko połkniętą kanapkę zamiast posiłku, Nina w ogóle nie była w stanie przełknąć czegokolwiek w porze obiadu. Zaczęli wysyłać do siebie również internetowe listy, które Nina pieczołowicie, jak w przypadku wszystkich listów drogich jej osób, zachowywała. Potem pojawiły się również faksy, listy przesyłane starą dobrą pocztą, rozmowy telefoniczne. Każdy nowy sposób kontaktu był nową zdobyczą i radością, jednak ich potrzeba obecności tej drugiej osoby i pragnienie dopełnienia trwającej już ponad miesiąc znajomości przez element "wizualny" była tak wielka, że zdecydowali się w końcu umówić na spotkanie. Stało się to w końcu w Budapeszcie, w połowie maja. Bieg wydarzeń nagle jakby nieoczekiwanie przyspieszył, tak jakby wszystko już działo się poza ich wolą i możliwością zwolnienia tempa. W połowie maja, w środę, Nina wsiadła do pociągu, aby nazajutrz znaleźć się tuż tuż i twarzą w twarz na dworcu praskim z odległym lecz kochanym już mężczyzną.
 

 początek

Rozdział X

I znów Nowy Świat podsłuchuje ich zwierzenia...



 
 
 
 

W piątkowy wieczór trzy przyjaciółki znów spotkały się w ich ulubionej kawiarni. Zupełnie nie przeszkadzał im zrozumiały o tej porze tłum kawiarenkowiczów różnej płci, wieku, narodowości. Wszystkie trzy miały sobie wiele do opowiedzenia. - co u ciebie, Nino? - zachęciły przyjaciółkę, wiedząc, że ona zawsze największą posiadała potrzebę wyrzucenia z siebie potoku trosk i radości, nagromadzonych uczuć. Nina powoli zaczęła swe opowiadanie o niedawno poznanym mężczyźnie. Potoczyła się cała dziwaczna, trudna do zrozumienia internetowa historia przypadkowego spotkania z Pierrem, który nie był jej dawnym Pierrem z Prowansji, którego wciąż kochała, lecz kimś innym, intruzem, który zdawało się całe jej życie uczuciowe i ...życie po prostu, przewrócił do góry nogami. Wprowadził Ninę w stan niepokoju wewnętrznego, jakiego nigdy dotychczas nie zaznała. Przyjaciółki pragnęły znać różnorakie szczegóły, wciąż spoglądając z niedowierzaniem w oczy opowiadającej swą prawdziwą historię, Niny. - Jego wiek? - zdziwiona, powtórzyła pytanie, Nina. W istocie, na Internecie, w trakcie jednej z konwersacji z Pierrem Nina zapytała go o wiek. Nie interesował ją to na samym początku albo też nie chciała znać osobistych szczegółów tego mężczyzny, który, czuła to dobrze, potrafił wprawić jej serce w przyspieszony rytm. Dowiedział się jednak w końcu, że miał trzydzieści lat. - Cóż, różnica pięciu lat między nami. Pozytywna różnica dla związku damsko-męskiego - stwierdziła wówczas Nina. Ona zawsze lubiła mężczyzn starszych od niej. Te pięć lat było idealną różnicą wieku. Mężczyzna w tym wieku jest już dojrzały, doświadczony. Nina była niezwykle zadowolona z poznania Pierre'a z Budapesztu. Od początku była pod jego urokiem, do czego nie ośmielała się przyznać nawet przed sama sobą, we własnych myślach. Zdawało jej się, że ulega wrażeniu, że jej uczucia zostały tymczasowo jakby zaczarowane. Jej związek z Pierrem z Prowansji był wówczas już trwały i poważny i miał doprowadzić wkrótce do małżeństwa. A więc dlaczego? Dlaczego to nagłe zakochanie, oczarowanie innym mężczyzną tak nieoczekiwane, nieprzewidywalne? Czy była wiec mu niewierna, czy posunęła się do kłamstwa? Czyżby miłość do Pierre'a z Prowansji była jedynie iluzją? Cóż, żadne złudzenie nie trwa jednak dwa lata! Choć to prawda, że uczucia wobec odległości, jaka ich dzieliła i ciągłej rozłąki mogą być mylące, fałszywe. Nie. Niemożliwe. Nina szczerze kochała Pierre'a, jednak ten, będąc o wiele starszy od niej - różnica jedenastu lat - wypełniał ich związek nieświadomie czułością i troskliwością tak wielką, że Freud niewątpliwie porównałby ich relacje do tych między dzieckiem a rodzicem. Prawda. Nigdy nie byli oboje w pełni partnerami. Pierre'a z trudnością mogła Nina porównać do mężczyzn, których znała. Jej ojciec, brat, przyjaciele byli zawsze ludźmi szalenie niezależnymi i energicznymi. Młodzi czy też w wieku dojrzałym potrafili zachować dynamizm, energie, pragnienie odkrycia "niepoznanego". W charakterze jej przyjaciół z Polski to właśnie Ninę pociągało, nigdy jednak na tyle, by być zakochaną w którymkolwiek z nich. Nina szukała swojego "coś", swojego "je ne sais quoi". Szukała czułości i rozsądku u mężczyzny, sądząc, że szaleństwo i zabawę pozostawić należy gronu przyjaciół. Sztuczny ten nieco i kulawy rozdział cech, które zazwyczaj przemieszane mieszczą się w charakterze wielu mężczyzn zdecydował o wyborze Niny. Pierre z Nimes był dla niej ideałem, niezależnie od jego cech fizycznych, braku dynamizmu i w prostym znaczeniu odwagi i siły. Nina przymykała na to wszystko oczy. Starała się zapominać, nie wiedzieć i zapominała w istocie. Miłość z rozsądku? Być może.

Ileż to razy odczuwała rozczarowanie, gdy mężczyzna, którego kochała nie odpowiadał jej wyobrażeniom, nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Często to ona właśnie była bardziej energiczna, miała więcej od niego inicjatywy. To nie było normalne! A może jednak było...Cóż ona wie w końcu o życiu, mała Nina? - zaczynała coraz częściej spoglądać na siebie w ten sposób, infantylizując swą osobowość i odczucia. Było to niewątpliwie nieświadome, jednak w istocie było to prawdopodobnie sprowokowane przez relacje, jakie zagościły w jej związku z Pierrem Z Prowansji. Nina zawsze pozostawiała mu prawo podejmowania decyzji, a przecież najczęściej była potem całkowicie niezadowolona z dokonanego przez niego wyboru. Czuła, że jej wybór byłby lepszy, inteligentniejszy.

Potem nadszedł ten dzień. Nikt już nie pamięta dokładnie jaki dokładnie, w którym Pierre, Francuz z Budapesztu brutalnie przerwał jej konwersację z Pierrem z Prowansji. Nina zauważyła zaciekawiona, że jest w tym nieznanym mężczyźnie coś ciekawego, co ją pociągało. Zastanawiała się cóż to takiego. Stwierdziła zauroczona, że Francuz po prostu posiadał ciekawy charakter, łączący przyciągające Ninę jak magnez dynamizm z delikatnością, energię z czułością i żywy temperament. Potrafił być uroczy, czarujący, pozornie nieświadomie uwodzicielski, pewien swego męskiego uroku, a jednocześnie czuły i ostrożny, pełen wahania zawsze gotowy zerwać kontakt i wycofać się, niewątpliwie wiedząc, że ten manewr przyciągał i kusił, wzbudzał tym większe zainteresowanie kobiety po drugiej stronie ekranu. Byłby świetnym taktykiem jako żołnierz i oficer - pomyślała z lekką ironią. Cóż, było wówczas już dla niej jasne, że ten mężczyzna ja kusił i uwodził, a jednocześnie Nina nie potrafiła i nie chciała się temu oprzeć. Ostatecznie, dlaczego to ona musi zawsze akceptować , tolerować niedostatki charakteru mężczyzny, jego słabości, jego braki. Widziała je u Pierre'a z Prowansji, dlaczego do tej pory decydowała się je akceptować...Zawsze w głębi jej serca zasiana była obawa, że nigdy nie znajdzie się ten, który w pełni odpowiadałby jejoczekiwaniom. Może też te były zbyt duże? Może taki "chodzący, wymarzony ideał" nie zwróciłby na Ninę nijakiej uwagi...spotkanie Pierrem z Budapesztu sprawiło, że Nina uwierzyła, że niczym nie ryzykuje cierpliwie szukając tego właściwego, jedynego mężczyzny. Pierre z Prowansji nie był więc jej przeznaczeniem. Małżeństwo to nie miało się więc spełnić...Nie?

- A co na to Pierre z Budapesztu? Jaka była jego sytuacja, jego postawa, Nino? - pytały podejrzliwie przyjaciółki, podejrzewając intuicyjnie jakieś nieporozumienie, nieszczęście w szalonej historii Niny. Tak, on rzeczywiście zachowywał się dziwnie. Nieufny, podejrzliwy w stosunku do Niny, starał się bezwzględnie zachować dystans. Oczywiście, przecież pojawił się online a potem w salonie "szukam pierre'a"jedynie powodowany ciekawością, któż to tak niecierpliwie i beznadziejnie szuka tajemniczego Pierre'a. Czyżby ktoś szukał jego właśnie? Nosił wszak imię Pierre. Nie jedyny wśród Francuzów - pomyślały trzeźwo przyjaciółki - Osobiste przypadki Pierre'a z Budapesztu pozwalały mu łudzić się, domyślać kto może kryć się w salonie o tej nazwie, kto może jego właśnie szukać. Istniała przecież kiedyś kobieta...pewna kobieta, którą kochał. Zachował nadzieję, że pewnego dnia zechce ona go odnaleźć po tak długiej rozłące i definitywnym jakkolwiek rozstaniu, które dla niego zawsze pozostawało jednak czasowe. Pierre wszedłszy do wspomnianego salonu został nieoczekiwanie zaskoczony. Los był dla niego okrutny. Ha ha, ukrywała się tu para zakochanych - Polka i Francuz, który w dodatku nosił to samo , co on imię. To jego szukała poznana później z imienia Nina. Wszystkie elementy pasowały do jego własnej układanki-łamigłówki, która kiedyś tworzyła kompozycje istotną w jego życiu. Ale nie było to jednak jego życie, ten Pierre wyraźnie różnił się od niego samego. A owa Polka? Nie, nikt nie zdoła usunąć z jego pamięci rysów twarzy, sylwetki, ciała jego kobiety z przeszłości, jego Polki ze Strasburga. Piękna i inteligentna, żadna inna nie zaspokoiłaby wymagań Pierre'a tak jak ona. A mimo to, podniecała i intrygowała go dyskusja z Niną. Odnalazł w niej rysy charakteru, które go pociągały. Miał mimo wszystko wrażenie, że rozmawia ze swoją Marią ze Strasburga, a jednocześnie owa Nina potrafiła go wielokrotnie zaskakiwać podczas ich konwersacji tak, że zdumiony dostrzegał jak absurdalne było porównywanie jej do Marii.

- Nino - przerwała jej Natalia - czy nie zauważyłaś, jak egoistyczne i nienaturalne było jego nastawienie do ciebie? - Szszut , Natalia - zgasiła ją Nicole, jednak było już za późno. Nina poczuła się zraniona i obrażona. - Jak możesz tak mówić? On mnie naprawdę kocha! Teraz, gdy wreszcie jestem pewna swego szczęścia, gdy w końcu znalazłam mężczyznę, który odpowiada moim ideałom, ty zarzucasz mi, że to złudzenie? - Nina zacięcie broniła swych uczuć. Ucichła jednak po chwili, a przyjaciółki spoglądały po sobie zażenowane. Aby nieco rozluźnić sytuację i oddalić mieszane uczucia, rozterkę i gniew, które wisiały wciąż w powietrzu, Nicole zaczęła w podnieceniu opowiadać o spotkanym niedawno mężczyźnie. Jako studentka archeologii miała ona niedawno okazję wyjechać na praktyki do Niemiec. Tam poznała niezwykle przystojnego Włocha - tak, wszyscy Włosi są przystojni, ale i uwodzicielscy, moja droga - skomentowały przyjaciółki ze śmiechem. Nicole puściła uwagę mimo uszu i kontynuowała z uśmiechem swą opowieść. Ha! Plaża, kawiarenki, kolacja we dwoje, dyskoteka w plenerze...

Nicole obwieściła, że Antonio wkrótce przyjeżdża do Warszawy. Tu zamierzał ukończyć swe studia na wydziale architektury. - I co potem? - spytały równocześnie Natalia i Nina. - Cóż, zobaczymy co czas przyniesie -skonstatowała trzeźwo Nicole. On może stać się dla mnie wszystkim lub...niczym. He can be for u everything, anything or nothing - Nina przypomniała sobie komentarz jednego z jej przyjaciół podczas jednej z wielu rozmów internetowych...

Jak się wkrótce okazało Antonio stał się osobą niezwykle ważną w życiu Nicole. Rzadziej spotykała się ona z przyjaciółkami odkąd jej mężczyzna pojawił się Warszawie. Udawało się im jednak wygospodarować od czasu do czasu kilka chwil i poświęcić je na sercowe plotki w niezastąpionym Nowym Świecie. Pewnej słonecznej wiosennej niedzieli Nicole przyniosła nowinę - zamierzali się zaręczyć z Antoniem i wkrótce po ukończeniu studiów, wyjechać do Włoch. Do Włoch! To oświadczenie zaszokowało Ninę, która tego samego dnia zamierzała opowiedzieć przyjaciółkom o jej zerwaniu z Pierrem z Francji. Była absolutnie pewna, że jej decyzja była tą właściwą i rozsądną, jednak oświadczenie Nicole boleśnie pobudziło jej wspomnienia z Francji. Włochy. Nicole będzie mieszkać za granicą z człowiekiem, którego kocha. Los po prostu bawi się ludzkim przeznaczeniem. Trzy kobiety zawsze myślały, że taka sytuacja możliwa będzie w przypadku Niny. Ta jednak zrywając związek z Pierrem zaprzeczyła swemu domniemanemu przeznaczeniu.
 

[początek][ rozdz.11-15 ]