Przepis na życie we dwoje
 

 

 

 Spis treści

 

I gra wstępna

II to co najważniejsze

III europejskie inspiracje

IV deser


Cz I

Gra wstępna


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Bhadźi z groszku, kartofli, pomidorów

 

4 średnie kartofle

3 małe pomidory

zielony groszek – pół szklanki

bakłażan – opcjonalnie – 1 mały

cebula – 1 średnia

sól – 1 łyżeczka

czerwony pieprz chili –  1/3  łyżeczki

kurkuma– ¼ łyżeczki

kolendra– szczypta

zielone papryczki ostre – 2 posiekane w plasterki


 

 

Jak to się stało że ja, Polka znalazłam się w Amsterdamie, to historia zbyt długa. Ważne jest to, że tego właśnie marcowego ranka dotarłam do miasta pokrojonego siecią kanałów na wielokąty lądu. Dotarłam tam pociągiem międzymiastowym, nowoczesnym, nie tak superszybkim jak francuskie train rapide, a jednak dalece lepszym od naszych polskich zbiedniałych expresów. Przyjeżdżałam z północy lądu, z prowincji, gdzie zakupił mi bilet i pożegnał mnie przyjaciel Holender. Niemo zazdrościł mi mojego wypadu do stolicy. Tam cisza i spokój. Nuda. Przestrzeń agrarna jak okiem sięgnąć i ani skrawka niezagospodarowanej albo zabałaganionej płaszczyzny zieleni. Tu gwar i ruch za sprawą turystów. Stoliczanie, spokojniejsi i dystyngowani, porzucają samochody dla rowerów.

Z dworca z mapą i przewodnikiem w ręku, pieszo, udałam się na poszukiwanie jednego z owych tanich schronisk niedaleko dzielnicy czerwonych świateł. Od terytorium tego dzieliło schronisko jedynie kilka przecznic. Co istotniejsze jednak, od kawiarenki internetowej dzieliła mnie tylko jedna, jedna, powtarzam, szerokość ulicy.

Lało. Początkowo Amsterdam przywitał mnie zdradliwie łagodnie - słońcem. Po kilku godzinach jednak jakby niebo się oberwało. Włóczyłam się po mieście z zaciśniętymi ze złości zębami. Błądziłam w labiryncie kanałów, gubiłam ślad. Odnajdowałam się mozolnie z pomocą przewodnika. Amsterdam jest podobno logicznym w swej strukturze miastem. Może więc za krótko studiowałam mapę, a moja nędzna orientacja w terenie ze względu na pogodę zupełnie odmówiła współpracy. Zmęczona i zniechęcona wróciłam o zmierzchu do schroniska. Modliłam się o dobrą pogodę następnego dnia. Za tydzień przecież kończył się mój urlop. Tymczasem postanowiłam wziąć prysznic, coś przekąsić i skoczyć online po drugiej stronie ulicy.

Tłum. Wszyscy wpadli na ten sam pomysł tego deszczowego popołudnia. Dostałam bilecik i zaczęło się oczekiwanie w kolejce do komputera. Zdążyłam zamówić kawę przy barze – tylko tam było miejsce siedzące, gdy podszedł młody mężczyzna i zapytał o pozwolenie zajęcia sąsiedniego stołka. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się - To bar dla wszystkich – Czułam, że za chwile zagai, zastanawiałam się tylko, czy uznał mój uśmieszek za obelgę czy zachętę. Pierwsze pytanie–zagadka, dla przełamania lodów – Czy domyślam się skąd pochodzi?  - zaczęłam zgadywać. Źle. Dowiodłam jedynie mojej nikłej znajomości świata, kultur i ras. Okazało się, że jest z Pakistanu. Wiedziałam gdzie leży Pakistan, mogłam w głowie nakreślić linie granic, choć z mozołem próbowałam z dna pamięci wydobyć nazwę stolicy lub jednej z metropolii. Przyszedł mi z pomocą, podając nazwę miasta, w którym mieszkał. Karachi. Nad oceanem indyjskim, po zachodniej stronie.

Przyglądałam mu się spod oka. Do jakiej rasy należał? Gdy ostatecznie rozwiązałam problem w głowie na korzyść żółtej doszedł mnie jego głos – Są i w południowych Indiach i Pakistanie ludzie zdecydowanie czarni, bardzo ciemni  – znów więc zwątpiłam – A więc nie żółta? - Jak wiele lekcji geografii musiałam przespać, by pozostawać teraz z tak wielka białą plamą niewiedzy. Było mi wstyd. Europejczycy są do tego stopnia zainteresowani samymi sobą i swoją własną kulturą, że rzadko kiedy przyjdzie im do głowy spojrzenie na drugą stronę półkuli. Ja chciałam jednak tam zajrzeć. I brawo! Nareszcie coś się działo. Akcja zawiązała się ciekawie, zaczynałam poznawać świat i ludzi, ja, zapyziała, o jasnych oczach blondynka, Polka z warszawskiej prowincji, panna Anna.

Bałam się. Pakistanczyk wyglądał jednak przyjacielsko. Rozmowa toczyła się spokojnie, bez agresji. Odrobinę jakby rezerwy czy nieśmiałości z jego strony. Doszedł nas głos kelnera. Wzywano mnie do sali komputerowej na półpiętrze. Moją uwagę w pełni pochłonęły nie czytane od kilku dni emaile. Po chwili jednak poczułam dotyk na ramieniu. Farid wskazał mi miejsce gdzie stał przeznaczony dla niego komputer. Okay. Odwróciłam głowę, nie chcąc tracić moich piętnastu minut na zbędną rozmowę. Mój czas szybko się skończył. Podeszłam do jego stolika. Oszołomiła mnie szybkość, z jaką potrafił pisać na klawiaturze po angielsku. Nie korzystał z własnego języka. Dlaczego? Nie przyszło mi do głowy wówczas to pytanie, które potem wielokrotnie sobie zadawalam. Jak to jest – wyrzec się dobrowolnie własnego języka, używać oficjalnego angielskiego w każdej niemal, najbardziej prozaicznej sytuacji.

Stałam przy nim kilka minut zanim mnie zauważył. Nie zdałam sobie sprawy, że po prostu nie usłyszał kiedy podeszłam, tak zajęty był tym, co działo się na ekranie, piramidą listów, na które jednocześnie odpowiadał i kolejką stron internetowych, które jednocześnie otwierał i z szybkością światła zamykał. Skróty klawiaturowe. Byłam pod wrażeniem. Moja wówczas znajomość komputera nie wykraczała poza normę przeciętnego młodego człowieka, który miał za sobą pracę magisterską, czyli word processor, jakiś program typu messenger i serwis poczty elektronicznej.      

Dostrzegł mnie w końcu. Z niewiadomego powodu czekałam, aż mnie zauważy, zamiast zwrócić na siebie uwagę. Nie chciałam być natrętna, ponadto zdecydowanie hipnotyzowały mnie jego migające po klawiaturze ciemne palce i migający ekran.

Zaproponował spacer. Otworzyłam zdziwiona oczy - lało przecież niemiłosiernie. – Może przestało wreszcie padać, sprawdziłem pogodę. Zapowiadali jej poprawienie pod wieczór –  potakiwałam biernie głową jak niema księżniczka. - Czy mogłabym poczekać jeszcze chwilę? -  Mogłam. Po chwili jednak żałowałam owej obiecanej „chwili”, która okazała się pod względem długości w czasie bliska godzinie. Wyciągnęłam przewodnik, odrobinę zmarnowany już i trochę wilgotny i zagłębiłam się w jego studiowanie.

            Spacer. Niebo istotnie rozchmurzyło się, jakby na specjalne zamówienie Farida. Zapadał jednak zmrok, i nie można było rozeznać czy chmury deszczowe wciąż grożą czy nie. Groziły. Zaczęło znów kapać. Ale delikatniej. Włóczyliśmy się razem po mieście, przekonałam się, że jest to przyjemniejsze niż samotność. Mniejszą, niż dawniej, uwagę zwracałam na urodę miasta. Dotarliśmy aż do zakątka kawiarni jazzowych, które nie wzbudziły jego zainteresowania. Wiedziałam już, że nie znajdziemy wspólnego języka w dziedzinie muzyki, nie wiedziałam jednak jak silny związek ma to z jego wiarą i światopoglądem. Przeszliśmy w okolice uniwersytetu, kamienice na brzegu niektórych kanałów całkowicie nieoświetlone. Dzielnica czerwonych świateł i panie półnagie, stojące cierpliwie w zabarwionych ukrytymi swiatłami na różowo oknach, dla ułowienia klienta. Co za egzotyka dla młodej Polki katoliczki! Ten liberalny świat zamiast jednak fascynować, nudził. Nie wzbudzały mojej ciekawości ani atrakcyjne domy rozkoszy, ani coffee shopy gdzie można legalnie skosztować miękkich narkotyków.

Zdecydowaliśmy się w końcu na neutralną, klasyczną w stylu, przytulną kawiarenkę, bez muzyki na żywo. Niemal pusto. Niedługo wybić miała północ. Zamówiłam kawę z mlekiem. On również. Dużo później zrozumiałam, że dokuczać musiał mu ból głowy. Tylko w takich chwilach zwykł pić kawę. Nieoczekiwanie wyciągnął nogi na stojącym naprzeciw krześle. Białe grube skarpetki – serce mi krwawiło. Dlaczego nie zapytałam go wcześniej o to, co robi w życiu, z czego się utrzymuje? Potwierdziłaby się o kilka godzin wcześniej znana prawda, że technicy komputerowi nie zwykli dbać o dobry gust i stosowność odzienia. Wygoda to ich idea naczelna. To był cały on. Obraz więc malował się następująco – mężczyzna średniego wzrostu, Indus, ale nie Hindus, muzułmanin z Pakistanu, śniady, ale nie żółty, o skórze ogorzałej i opalonej, ciemnych oczach, długich rzęsach i wydatnych ustach. To była kwintesencja tego, co całkowicie subiektywnie nazywałam byciem mężczyzną przystojnym. On tymczasem wyciągnął się wygodnie, oparł głowę na moim ramieniu zdawkowo tłumacząc jedynie, że przyleciał tego ranka z USA. Kilkanaście godzin podróży. Różnica czasu. W jego czarnym, ładnym garniturze, białych skarpetkach, szarym płaszczu z naturalnej wełny – skarżył się ze „gryzie” i ociera mu skórę szyi – sprawiał wrażenie rozczulające. Wciąż jednak broniłam się przed jego uporczywie spadającą na moje ramię, głową.

- W porządku, nie spałeś entą ilość godzin, lecz poznaliśmy się dzisiaj, nic o mnie wiesz. Czy możemy zachować dystans?

- I owszem – skinął głowa, a ta po chwili i tak opadła na moje ramie.

- Chodźmy już, jest późno. Chodźmy do schroniska.

- Tak, ale wiesz co? Może wybrałabyś się ze mną jutro w podroż po Holandii. Będzie pięknie, zapewniam. – Byłam zaskoczona – Podroż pociągiem?

- Wynajmę samochód – przyłapał mój niedowierzający wzrok – żachnął się i roześmiał – Jutro będę pod twoim schroniskiem o dziewiątej. Pójdziemy razem wynająć samochód. Możesz wybrac model.

- Nie znam się na samochodach – ucięłam, niepewna czy powinnam zakończyć tę znajomość czy zdać się na los.

Farid odprowadził mnie pod samo schronisko. Był środek nocy. Wiedziałam, że będzie musiał przewędrować pół miasta w drugą stronę, aby dotrzeć do swojego lokum. Dlaczego właściwie mieszkał w schronisku? Ten garnitur i samochód do wynajęcia! Cóż, może to, co mi wydawało się niezwykłe i dziwaczne, dla obieżyświata było codziennością. Zdecydowałam zdać się na los. A na pożegnanie tej nocy dostałam różę, która kupił od samotnego sklepikarza, nocnego marka.

Następnego dnia rozpoczął się niezapomniany tydzień. Wspaniała podróż, w czasie której dotarliśmy aż do granic Belgii, przedsmak wielkiej podróży która czekac mnie miała już niedługo - Europa jest tak mała -  mówił i aby to udowodnić w drodze powrotnej w kilkanaście godzin próbował dotrzec do granic Amsterdamu. Niemal uciekł mi sprzed nosa mój autobus do Polski. On czekać musiał na swój samolot, wylatujący dopiero dwa dni później.

            To, co myślałam na jego temat w momencie pierwszego naszego spotkania zupełnie nie pokrywało się z tym, co wiedziałam pod koniec naszej podroży. Pakistanczyk o ciemnych oczach ujawnił swoją naturę czarującego mężczyzny, dowcipnego i inteligentnego, z którym nie mogłam rozmawiać o muzyce poważnej i jazzie, ale który mimo wszystko intrygował mnie i pociągał.


 

Droga Anno

 

Odpowiadając na twoje zapytanie odnośnie kuchni pakistańskiej, muszę powiedzieć, że niestety nie jestem koneserem w tej dziedzinie. Moja matka byłaby właściwą i godną polecenia znawczynią kuchni pakistańskiej. Niestety żadną miarą nie umiem wyobrazić sobie jej ślącej ci przepisy i porady droga emailową. Jestem obecnie w Stanach i wiesz, nawet w tym przypadku trudno mi jest nakłonić ją, by siadła przy komputerze i porozmawiała ze mną. Messengery są wciąż dla niej zmorą i pewien jestem, że śnią jej się po nocach w postaci koszmarów. Eh, żal mówić. Jest jednak ktoś, kogo chciałbym polecić. Oto adres emailowy Mariam msmariam@yahoo.com. To moja kuzynka, Pakistanka. Znajdziecie wspólny język jak sądzę, w tym samym jesteście wieku. Życzę  powodzenia. A dziś Mariam zdecydowała przesłać ci ten oto pierwszy przepis, który ja tu wiernie z słuchawką przy uchu dla ciebie zapisywałem. Doceń wysiłek leniwego mężczyzny!

To jest potrawa warzywna, zwiemy ja w Pakistanie bhadźi z groszku, pomidorów, kartofli, z dodatkiem pakistańskich przypraw. Mariam podpowiada, że potrzebujesz poniższe składniki :  Cztery średnie kartofle. Lepiej jasne, żółte, czerwone będą zbyt słodkie, trzy małę pomidory - Mariam kupuje jedynie owalne, zwane sałatkowymi, o dość twardej skórze, ja jednak nie sądzę, aby to miało znaczenie. Następny składnik to pół szklanki zielonego mrożonego groszku oraz jeden mały bakłażan, to śmieszne, purpurowe warzywo i jedan średnia  cebula. Co do przypraw, potrzebujesz jedną łyżeczkę soli, jedną trzecią łyżeczki  czerwonego pieprzu chili. Nie kupuj jednak pieprzu kajeńskiego tylko czerwony pieprz chili. Znajdziesz go w sklepach z orientalnymi produktami. Szukaj produktów oryginalnych, hinduskich.  Kolejna przyprawa to jedna czwarta łyżeczki kurkumy, inaczej szafranu indyjskiego. Kurkuma to ten żółty proszek. Nie można w sklepie przeoczyć. A na koniec garść zielonej, świeżej kolendry, opcjonalnie może być natka pietruszki i dwie  maleńkie  zielone  papryczki,  posiekane w plasterki.Całość będzie ostra. Przygotuj szklankę wody i tabliczkę czekolady na pierwsze testowanie smaku potrawy. Nie zmniejszaj jednak ilości przypraw. Potrawa może zmienić, co mówię, stracić! właściwy smak!

Gdy zgromadzisz składniki usmaż cebulę na złoto, do niej dodaj wszystko z wyjątkiem kolendry, czyli – kartofle pokrojone w czworo, pomidory drobniutko pokrojone w kosteczkę, zielony groszek, bakłażan pokrojony drobniutko, oraz wszystkie przyprawy. Smaż na średnim lub małym ogniu, gdy wszystko zmięknie i woda wyparuje, posyp po wierzchu kolendrą, podawaj z roti. Czy to nie proste? Może sam zacznę gotować. Mariam ma jeszcze w zanadrzu przepis na roti. To nasz odpowiednik chleba. To smażone na wielkiej płaskiej bez brzegów patelni zwanej ata, mączne placki. Podczas posiłku urywasz kawałek placka i posługując się nim jak małą łyżką sprawnie nabierasz warzywa w rożek. Jestem pewien, że sobie poradzisz, trzymaj jednak widelec w pogotowiu, moja kochana Europejko. Aby zrobic roti, przygotuj ciasto dodając odpowiednią ilość letniej wody do szklanki nieoczyszczone, pełnoziarnistej,j pszennej mąki induskiej – chapatti i wyrabiając ciasto ręką, w misce. Wygniatasz je dłonią złożoną w pięść. Potem bierz małe kawałki ciasta, kształtuj kulki, rozgniataj na placuszek, obtocz w mące, rozwałkuj  na cienkie placki odpowiednie do wielkości patelni,  zwykle mają one średnicę dziesięciu centymetrów i cienkie są na 3 milimetry. Smaż każde roti bez oleju na przygotowanej patelni, ściereczką z płótna dociskaj roti do patelni, powinno się „nadmuchiwać”, dociskaj brzegi tak, by uniknąć niedosmażonego ciasta, uważać by się nie przypaliło. Smaż na obie strony. Sama uznasz kiedy jest gotowe. Roti powinno być wypieczone, lecz bez przypaleń.

Wierze, że ci będzie smakowało. Mi już ślina zbiera się w ustach  i mam nadzieje, że kiedyś będę mógł spróbować twoich gotowanych i smażonych cudów!

Pozdrawiam i Całuję

Farid


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Danie jarskie z zielonego groszku z ryżem

 

mrożonego groszku             -               1 szkl pełna

ryżu długoziarnistego, induskiego -1 niepełna szkl.

cebuli żóltej           -               ¼ malej

„garam masala” tzn gotowa mieszanka przypraw pakistanskich -                ¾ lyzeczki do herbaty

ziarna kminku        -              ¼ łyżeczki do herbaty

ziarna dużego ciemnego kardamonu – 2 szt.

czarny pieprz mielony          -               1 szczypta

soli          -               1 łyżeczka do herbaty

imbir       starty lub w postaci gotowej pasty  -               1 łyżeczka

czosnek starty lub w postaci gotowej pasty  -                ½ łyżeczki


 

Po powrocie nic nie było już takie samo. Trudno było mi przyzwyczaić się do realności, która była moim udziałem, podczas gdy on opowiadał o swojej firmie w USA, o Internecie, o podróżach. Byliśmy jak dwie półkule globu ziemskiego. Każda nosiła znamiona swojego świata. Spotkanie się i spojrzenie sobie w twarz graniczyły w mojej świadomości z cudem. A jednak poznaliśmy się nie przez Internet, gdzie wszystko możliwe, gdzie wszystko spłaszczone i uproszczone w sferze związków międzyludzkich. Poznaliśmy się w rzeczywistości. Dane nam było spojrzeć sobie w oczy i pozwolić pierwszym instynktom na odegranie głównej roli, pozwolić dotykowi zdecydować o przyjaźni lub wrogości, a oczom czerpać radość z trójwymiaru, który tak wielką ma przewagę nad płaskim zdjęciem, pozwolić ukradkowym spojrzeniom odkryć wszelkie ułomności niedostatki, brzydactwa, minusy.

Byłam pełna wątpliwości. Co myśleć miałam o indywiduum z Azji, które wywarło na mnie tak duże wrażenie. Myślałam, że zapomni i nie przyśle obiecanego emaila. Serce przeczyło jednak uparcie. Jak mogło nie pamiętać jakie wrażenie zrobiły na Faridzie polskie szare oczy, blond włosy i jasna cera, gadatliwość i nieśmiałość? Serce wierzyło i popadało znów w cynizm w dywagacjach z samym sobą - biała dziewczyna dla Azjaty gratką była przecież nie lada!

Odsuwałam od siebie te myśli dopiero w momencie, gdy musiałam pojawić się w pracy i zmusić umysł do koncentracji. Niech los sam sobie radzi z rozwiazywaniem własnych sprzeczności i gmatwaniny ludzkich przypadkowych spotkań. Dlaczego wątpiłam czy napisze? Napisał. Krótko. Pospieszna i skrótowa angielszczyzna – rozczarowana spoglądałam na trzy linijki tekstu. – kilka słów, kilka pozdrowień i pytań - Jakiego używałam messengera do rozmów? O której pojawiałam się w domu?

Nie mogłam się skoncentrować na pracy. Miałam nadzieje ze nikt niczego nie zauważył. Spojrzałam spod oka na siedzących przy stolikach w głębi pokoju kolegów i koleżankę. Zajęci, oczy pilnie śledzące ekran. Informatycy. Jedynie ja nie śmiałabym się w żadnej sytuacji nazwać informatykiem. Nie byłam nim przecież i w tej dużej firmie zajęłam miejsce jednego z nich z czystego przypadku. Szukałam pracy jako asystentka, taką tu też znalazłam, u boku dyrektora informatyki. Po kilku jednak miesiącach roztargniony i wiecznie śpieszący się szef, z nieskończona ilością kontaktów i informacji w głowie, stwierdził, że nie tyle potrzebuje asystentki, co osoby zamującej się help deskiem. Takie też i zajęłam stanowisko, ja, laik w dziedzinie poważnej informatyki. Wszystko opierało się na mojej znajomości angielskiego. Byłam pośrednikiem i tłumaczem dla informatyków w siedzibie w Londynie oraz dla naszych pracowników w Warszawie nie znających podłego słówka po angielsku. Codziennie więc pojawiałam się w biurze przed ósmą aby wieczorem dotrzeć do domu po dwunastu godzinach, również o ósmej. Po półtoragodzinnym telepaniu się w pociągach podmiejskich, nareszcie w domu. Miałam to szczęście czy nieszczęście, że mieszkałam poza Warszawą. Podróżowanie dwa razy dziennie. Pociągiem. Nie stać mnie na samochód - wmawiałam sobie samej, nie wiedząc, że wkrótce będę zmuszona wykorzystać zapomniane umiejętności kierowcy. Tymczasem powtarzałam sobie, że jazda pociągiem to wspaniały czas na lekturę, choć prawda niejednokrotnie okazywała się o wiele mniej różowa – to był mój czas na odsypianie rozmów w nocy. Pociągi ślimaczki, jak nazywają podobne podmiejskie cacka we Francji, tak miękko kołyszą do snu. Tendencje do usypiania nad najbardziej pasjonującą lekturą miałam zwłaszcza po powrocie z Amsterdamu. Te zarwane noce! Po pierwszym jego liście, który był jakby zaproszeniem do nawiązania bliższej znajomości listownej, pojawiły się inne. Regułą pozostało jednak to, że moje długie listy były wynagradzane lakonicznymi jego odpowiedziami. Doprowadzał mnie do furii, stwierdzając, że nie ma czasu na czytanie tak długich esejów, choć docenia wysiłek. Wyznał, że czyta, i owszem, początek i koniec. Zastanawiałam się, czy to nie za duża uraza dla mojej dumy kobiecej - Nie czytał listów! Dziś wiem, że większość rodu męskiego nie należy do grupy znanych mi wcześniej mężczyzn literatów, którzy pisać lubili obszernie i w okrągłych słowach. Uspokoiłam się jednak. Internet miał swoje dobre strony. Neutralizował. Nie doszło do kłótni ani do konfrontacji. Zdecydowałam, że to drobnostka i odpowiedziałam dowcipnym emailem. Dziś jednak wiem, że większość moich mnogich listów rzeczywiście w całości czytał i zachowywał. Czytał, niezależnie od jego setki sztuk liczącej codziennej korespondencji.

Pisałam listy nocami. Listy przeplatane opowiadaniami i wierszami. Pisałam, gdy czułam się samotna. Gdy byłam pełna optymizmu. Gdy byłam pełna frustracji. Jakże mogliśmy jednak utrzymać nasz związek, jeśli on tkwił uparcie w Stanach Zjednoczonych lub w Pakistanie, a ja pośrodku, w Europie? Chat’owalismy każdej nocy. Choć kilka słów. Przyjaciele skarżyli się, że ich zaniedbuję. Zaskakiwali mnie w domu. Przychodzili na kawę i ciastka. Narzekali ze wariuję i odcinam się od świata. Nie odcinałam się, jedynie ten skąpy skrawek czasu po pracy, który poświęcałam im kiedyś, przeznaczałam teraz na nocne nie-Polaków rozmowy.

Czas płynął. Nauczyłam się obsługiwać wszelkie nieznane mi do tej pory programy. Poznawałam zawsze z pierwszej ręki wszelkie nowinki techniczno-telekomunikacyjne, internetowe. Mój stary komputer z cierpliwością znosił wszelkie testy i mnogość ściąganych z Internetu aplikacji. Doceniłam voice over ip, aplikacyjki, które pozwalały na rozmowę za pośrednictwem komputera. Nawet sfatygowany mikrofon był w stanie zanieść dźwięk mojego głosu do Ameryki. Cud techniki. Używaliśmy kamery cyfrowej i telefonu internetowego. Telefon! Ile kosztuje minuta do Stanów, kto wie? Dużo. Podczas pierwszej już rozmowy Farid zakomunikował, że nie pozwoli, bym marnowała pieniądze, że wysyła do Polski jego nowy wynalazek, firmowy. Ten, który właśnie testuje i promuje. Dostałam wkrótce paczkę ze Stanów.

Zrozumiałam, że technika postępuje naprzód niezależnie od tego czy zapyziała mała Polka śledzi jej osiągnięcia, czy nie. Tajemnicze urządzenie ze Stanów to był inteligentny modem, tak zaprogramowany, że po podłączeniu do linii telefonicznej łączył się z Internetem i pozwalał na kontakt z najdalszym zakątkiem świata. Nareszcie zrozumiałam czym zajmowała się firma Farida, czym była ta tajemnicza telekomunikacja internetowa, która pozwalała przy niewielkim nakładzie funduszy ludziom w najodleglejszych zakątkach świata utrzymywać ze sobą ścisły codzienny kontakt telefoniczny. Czy Internet nie był ósmym cudem świata? Dla mnie był. Nareszcie mogłam usłyszeć jego głos jasno i bez zniekształceń, jak to działo się w przypadku komputerowych aplikacji Voip. Byłam nieomal szczęśliwa. On zarówno, choc jego pozbawiony emocji głos brzmiał w słuchawce aż nazbyt spokojnie. Kochałam go za ton jego głosu. Uzyskaliśmy nareszcie odrobinę realności, której tak nam brakowało.

Po kilku miesiącach tęsknoty na odległoścć spotkaliśmy się ponownie. Na przecięciu dróg. Los padł na Hannover. Pamiętam chłód mimo początku lata. Gotowe rozpłakać się w każdym momencie niebo, szare i smutne, przypominające to dawne, amsterdamskie. Nam smutno nie było. Tylko na chwilę kilkakrotnie wysunęliśmy nos za drzwi wynajętego pokoiku w motelu, którego nazwy żadne z nas już nie pamięta. Pierwszego dnia jakaś parada na ulicach miasta. Zaciekawiona zmusiłam go do opuszczenia pościeli. Przelotnie pojawiło się się w mojej głowie pragnienie zwiedzania. Nowe miasto, w którym nigdy nie byłam. Niemcy. Po raz pierwszy dane mi było słyszeć niemiecką gwarę w naturze, popatrzeć na niemieckie kobiety, na niemieckich mężczyzn. Zrezygnowaliśmy jednak ze zwiedzania. Odstraszyła nas szarość betonu. Nowoczesne niemieckie miasto nie miało wiele do zaoferowania przygodnym turystom. To tam, znudzeni chcieliśmy powtórzyć doświadczenie niekontrolowanej, nieplanowanej podróży „gdzieś tam przed siebie”. Tym razem najdalszym miejscem, do którego dotarli pionierzy była Anglia. Podroż tunelem pod La Manche. Zafascynowana byłam zwiedzaniem Europy, jakiej nie znałam. W pędzie, na skróty. Ten człowiek istotnie otworzył mi oczy na świat. Zaczynałam marzyć o wizycie w Pakistanie. Im bardziej mi to ze śmiechem odradzał.

– Myślę, że wiele jeszcze powinienem ci powiedzieć o naszej kulturze zanim podejmiesz decyzję o odwiedzinach – śmiał się – A tymczasem zapraszam do Stanów. Kiedy przyjeżdżasz? Daj znać – żegnał mnie na stopniach mojego pociągu do Polski.


 

Droga Anno,

 

Dziękuje za twój list, będzie mi miło pomóc ci w poznawaniu kuchni pakistańskiej. Myślę, że poradzisz sobie świetnie. Pochodzisz więc z Polski. Nic właściwie nie wiem o Polsce. Opowiedz mi w przyszłym liście. Odpowiadając na twoje wątpliwości – czas poświecony tej korespondencji będzie miło spędzonym czasem, nie obawiaj się. Myślę ze Farid postąpił bardzo ładnie dając ci kontakt do mnie. Mam nadzieje, że i nam przyjdzie się kiedyś poznać w przyszłości i gotować wspólnie Insz’Allah. Gotowanie nie jest dla mnie jedynie obowiązkiem. Cieszę się, że poznałam osobę, która ma podobne hobby. Ale do rzeczy. Zaczniemy od najłatwiejszych potraw – znasz już najłatwiejsze bhadźi - kartofle pomidory groszek. A teraz dam ci przepis na groszek z ryżem.

Potrzebujesz  jedną szklankę mrożonego groszku, najłatwiej kupić mrożony. Co do ryżu, my lubimy ryż hinduski, te długie ziarna. Po ugotowaniu wyglądają jak maleńkie, zwinięte robaczki. To żart. W zasadzie nie widzę przeszkód, aby połączyć groszek z ryżem chińskim, małym, jednak jeśli chciałabyś stworzyć oryginalną potrawę pakistańska, ryż hinduski jest niezbędny. Spróbuj zakupić w sklepie z orientalnymi produktami ryż basmati. Ryż należy dokładnie wypłukać, aby pozbyć się jak największej ilości mętnej maczki, osadu, który sprawia, gdy gotujesz, że ryż jest zlepiony. Należy namoczyć na piętnaście minut, lecz nie gotować. Ryz dusi się w garnku.Potrzebna będzie nam także cebula. Najlepiej świerć małej żółtej cebulki. Tylko dla smaku. Co do przypraw, tu tkwi cała istota kuchni pakistańskiej. Bez nich nie zaistnieje najprostsze danie. A nasze dania zachwycają prostotą. Właśnie tak jak ten groszek i ryż. Lecz bez przypraw nie byłaby to potrawa, którą mogłabym ci uczciwie polecić.

Koniecznie musisz znaleźć mieszankę przypraw która my nazywamy „garam masala”. Potrzebować będziesz pół łyżeczki. Szukaj w sklepach orientalnych. Wiedziałabym który sklep polecić w USA. Houston, Atlanta, Nowy Jork to miejsca gdzie odnalazłabyś dzielnice pakistańskie i  sklep obok sklepu. Polska to wielka dla mnie enigma i niestety zdana będziesz na siebie. Ale jeszcze o przyprawach. Wrzucisz do garnka cwierć łyżeczki ziaren kminku, dwa ziarenka dużego brązowego kardamonu, szczypta czarnego pieprzu zmielonego na proszek, jedną łyżeczkę soli, jedną łyżeczkę startego na pastę imbiru, pół łyżeczki rozgniecionego lub wyciśniętego  czosnku.

Jak potrawę przygotować? Namocz ryż na piętnaście minut. Smaż cebule na złoty kolor, dodaj czosnek, potem imbir, potem wszystkie przyprawy. Dodaj groszek i odrobinę wody – podsmażaj tak i duś aż do momentu, gdy groszek stanie się miękki i aż zobaczysz ze olej wyraźnie wypływa na powierzchnie sosu i oddziela się. Dodaj wtedy ryż i wody tyle, aby przykryć ryż. Gotuj dopóki ryż nie zmięknie a woda  nie wyparuje. Koniecznie opisz mi rezultaty, opisz wrażenia smakowe. Wierzę że podniebienie Polki musi być inne niż nasze, azjatyckie. Mimo że stwierdziłaś, że Polacy ostrych potraw nie lubią, wierzę że polubisz kuchnię pakistańską. Dla jej oryginalności. Dla zapachu, który kusi i zniewala.

 

Pozdrawiam. Assalam alaikum.

Mariam


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


żółta soczewica i ryż

 

Ryż induski – 1 szklanka

Soczewica żółta – nieco więcej niz pół szklanki

Soczewica pomaranczowa – pół szklanki

Żółta zwykla cebula – ½  malej

Zielone małe papryczki chili – 1szt

Olej – 2 łyżki

Pomidor – 1 mały (owalne twarde pomidorki)

Sól – 1 łyżeczka

Czerwony pieprz chili w proszku – ½ łyżeczki

Czosnek – ½ lyzeczki w trakcie gotowania i na koniec -  1 zabek lub plaska lyzeczka

kurkuma – ¼ łyżeczki

Kminek – 1 lyzeczka

salatka

Pomidory sałatkowe owalne – 2 szt

Cebula – ½ malej

Zielona papryczka – 1 szt

Sol – szczypta ( lub ok ½ lyzeczki)

Pieprz – szczypta (lub ok ½  lyzeczki)

Kolendra świeża – ¼ szkl lub „ na oko”


 

Zanim podjęłam decyzję o odwiedzinach w Stanach Zjednoczonych, zanim zainteresowałam się gdzie i jak się to oficjalnie załatwia, on już pisał do mnie, że pragnie odwiedzić mnie najpierw w Polsce. Nie spodziewałam się. Dlaczego nie? Był mi osoba ogromnie bliską i chciałam, by poznali go moi rodzice, jednocześnie jednak bałam się tego spotkania. Jak wyglądać będzie nasza komunikacja? Jak zareaguje staroświecka babcia? Ponadto tkwiło we mnie drobnomieszczańsko i szlachecko-zaściankowe przekonanie, że Pakistanczyk w Polsce nie ma czego szukać. Zjedzą go wzrokiem przechodnie. Tkwiło we mnie inne jeszcze nie szlacheckie nie drobnomieszczańskie tylko niemądre, kobiece Zosine Pana Tadeuszowe, poczciwe zdziwienie – Jak to? On tu? Do nas, w nasze progi. Wszechwiedzący obieżyświat, dla którego drobiazgiem jest wynajęcie mercedesa, gdy samochodu własnego brak, a potrzeba. Kto jeździłby pociągiem? Nie on, informatyk, posiadający firmę w Stanach, której działalności do tamtej chwili wciąż jeszcze nie potrafiłam sobie samej nawet w pełni objaśnić, cóż dopiero mojej rodzinie, kretą drogą pod górkę – z angielskiego na polski.

Jednak Farid zdecydowanie chciał przyjechać w odwiedziny. Dowiedziałam się mimochodem, że zdążył już nawiązać kilka profesjonalnych kontaktów w rożnych krańcach Polski. Otworzyłam oczy ze zdziwienia. Nie wiedziałam czy poddać się osłupieniu czy złości. Potraktował mnie jak profesjonalną, skuteczną asystentkę, na której zabiegi zawsze można liczyć! Zdążyłam już bowiem zasięgnąć informacji w biurze do spraw cudzoziemców i wiedziałam, że cała impreza zajmie trzy tygodnie, zaangażuje mnie osobiście, moich oboje rodziców oraz pewną sumę pieniędzy z mojej kieszeni. Małomiastkowy obudzil się we mnie egoizm i jeszcze gdzieś głębiej w sercu panika. Jak urwać się z pracy w pełni dnia i wpłynąć na urwanie się z pracy obojga rodziców? Farid jednak sprytnie potrafił wszystkie moje jawne i ukryte obiekcje usunąć lub ułagodzić. Dostałam list z przeprosinami, że cała sprawa wymaga tak wielkich ode mnie poświęceń. Gdzież poświęcenie? Tęskniłam za nim tak, że uczyniłabym wszystko, aby dostać dla niego oficjalne zaproszenie. Uprzedziłam więc szefa o moim nieoczekiwanym, ale koniecznym wypadzie – zgodził się. Nie musiałam wiele tłumaczyć - Sprawa osobista? Uczuciowa? – Zapytał tylko. I gdy potwierdziłam skinieniem głowy, wymyślił mi na drogę sprytne, profesjonalne wytłumaczenie nieobecności, stwierdzając, że nawet nadmierne moje spóźnienie nie wywoła zamieszania i awantury.

Urząd do spraw cudzoziemców w tamtym czasie znajdował się w samym centrum stolicy. Rodzicielskim maluszkiem przedarliśmy się przez zakorkowane niemiłosiernie w porze lunchu miasto, na miejscu zastaliśmy długi ogonek oczekujących na możliwość wyświadczenia przysługi swoim znajomym obcym. Niezliczone podpisy na niezliczonych arkuszach papieru i obietnica przesłania pocztą zaproszenia. Tę wielce obiecującą opowieść przekazałam Faridowi, kóry ucieszył się szczerze. Nigdy nie słyszałam jego głosu w stanie tak wielkiego podniecenia. Sytuacja wzbudziła moje rozbawienie z domieszką rozczulenia i zaskoczenia. Wciąż jeszcze miewałam czarne myśli, których bohaterem był on, zdradzający, porzucający, oszukujący kochanek. Szatan podsuwał najbezczelniejsze przypuszczenia w dniach samotności, niezależnie od tego jak słabo przemawiały za nimi realia. Ta rozmowa była  momentem przełomowym. Kocha mnie – zapewniało serce -  Zobaczymy, gdy się tu pojawi – ostrożnie podpowiadał umysł.

Na lotnisko pojechać chcieli ze mną rodzice. Musiałam się zgodzić. W ten sposób Farid uzyskał rodzinne, gwarne powitanie. Był odrobinę zaskoczony. Wyobrażał sobie zapewne, że z gestem opłaci wynajęcie auta, hotelu, restauracji, że będzie uroczo i prywatnie. Zapewne taki właśnie układał sobie w głowie plan w trakcie podroży samolotem. Z odrobiną złośliwości zapytywałam się w duchu - Dlaczego? Dlaczego znów miało być po jego myśli? To był mój kraj. Pora na nasz gest. Rodzice zaprosili go  do domu. Nie mógł odmówić. Mieszkałam wówczas na przestronnym trzypokojowym piętrze dużego rodzinnego domu na prowincji, podczas gdy pozostała cześć rodziny zajmowała parter.

– Będzie nam wygodnie - zapewniałam, choć widziałam  jego niepewna minę. Był typem mężczyzny, który nie potrafił czuć się swobodnie w obecności rodziców ukochanej. Wiedziałam, że zastanawiał się jak dalece przepuszczalne dla dźwięków są ściany i sufity naszego domu.

– Są cienkie, lecz zapewniam cię, kochanie, że nikt nie stara się nas podsłuchiwać – Bezradnie pokiwał głową.

– Oczywiście. Wiec jednak nie chcesz przenieść się do hotelu?

- Nie powiedziałam, że nie chcę. Ja jedynie chciałam, żebyś poznał moja rodzinę. Babcia nie pofatygowałaby się do Warszawy, aby cię poznać. To była jedyna dla niej szansa. - Uśmiechnęłam się trochę łobuzersko, przypominając sobie pierwsza reakcje babuni – o Boże! Murzyn! – Nie Murzyn babciu, to moj narzeczony, Farid, jest z Azji, nie z Afryki. - Pocieszałam ją, jak mogłam i próbowałam zmniejszyć stan przerażenia. Nie wiedziałam jednocześnie - śmiać się czy płakać, gdy przelotnie udało mi się pochwycić speszony wzrok Farida. Zrozumiał całe zajście, choć ani jednego słowa nie znał po polsku. Incydent był w gruncie rzeczy śmieszny, świadczył jedynie o babcinej naiwności i absolutnej niewiedzy o „wielkim świecie”.

- Trudno gniewać się na staruszkę o taki drobiazg - podsumował Farid moje tłumaczenia.

- Przyjechałeś więc na tydzień, na osiem dni. – Marzyłam w duchu aby jeszcze raz powtórzyć doświadczenie z Holandii, z Niemiec. Zaczęłam wyobrażać sobie wnętrza poszczególnych znanych mi w Warszawie hoteli. Ten potok próżnych myśli przerwał mi jego cichy, zamyślony głos

– Wiesz. Jest tak, jakby spełniał się mój sen. Zasnąłem na krótko w samolocie. W zasadzie nie potrafię spać w powietrzu. Lubię mieć grunt pod nogami. Śniłem ciebie i twoją rodzinę i wspólny posiłek. I pamiętam, że pomyślałem – Jest tak rodzinne i miło. I oszczędnie!

- Oszczędnie! Co ty sobie wyobrażasz? – wybuchnęłam. Zaraz jednak pohamowałam gniew i ucichłam. Od tamtej pory zawsze będzie mówił ze śmiechem lub z rozczarowaniem - Ty tak gwałtownie na wszystko reagujesz. Ściągnij cugle, oddychaj głęboko. Przez dwie sekundy nic nie mów i wtedy wal co myślisz.

Dlaczego ja, głupia gąska nie zapytałam go o interesy, o firmę? Jestem tak wielką egoistką – ganiłam siebie sama w myśli. Rzeczywiście okazało się, że miał kłopoty fnansowe. Unikał podania bliższych szczegółów. Przyznał się do długów.

- Przepraszam kochanie za mój wybuch – było mi szalenie głupio. Unikałam jego wzroku, po chwili wziął jednak moja twarz w dłonie i pocałował. Przytuliliśmy się do siebie i długo tkwiliśmy w tej skurczonej pozycji ze splecionymi dłońmi, policzkami, które dotykały się delikatnie. Farid wyciągnął się po chwili wygodniej na moim gąbkowym, szerokim materacu, przyciągnął mnie do siebie i zamknął oczy.

– Ten pokój jest tak przytulny, tak uspokajająco nie działało na mnie żadne dotąd miejsce. Nawet mój dom własny w Pakistanie.

- To jego maleńkość. I kolory –  pokoik był rzeczywiście nie tyle mały, ile wąski i długi, materac zajmował główną pozycję środkową, wokół niego przysiadły małe meble ratanowe. Drewniane, strzeliste półki zastawione w dwu rzędach książkami. Bibeloty, misie, książki, dywaniki i kwiaty sprawiały wrażenie przytulności i ciepła. Zielony kolor w różnorakich odcieniach, który tu królował od zawsze, relaksował, pomarańcz i żółć przynosiły z sobą ciepło.

- Tylko prosze nie namawiaj mnie do zwiedzania miasta – faktyczne przerwał mi moje plany wędrówek po Warszawie.

– Mam tylko tydzień i chcę go spędzić z tobą, nie z przewodnikiem i historykiem.

- Wiec może jednak Łazienki i Wilanów?

- Co to Łazienki?

- Moglibyśmy pospacerować, tam jest pięknie. Łazienki to park.

- Okay, pospacerujemy, pójdziemy z twoimi rodzicami do restauracji. Wybierz dobrą. Zaproś wszystkich, także babcię. 

Plany jego w istocie odbiegały od moich. „Sam na sam” poznasz w Stanach – twierdził. - Docenia się rodzinę dopiero w momencie znacznego od niej oddalenia. - Może i prawda. Dlaczego miałabym myśleć w tej chwili o Stanach? W głębi duszy nie porzuciłam jeszcze myśli ze uda mi się namówić go na osiedlenie się w Polsce. Rozwijający się kraj. Duże możliwości. Spodoba mu się. W istocie spodobało mu się to, co mi popsuło humor – moje rodaczki, Polki.

- Jak to możliwe – zachwycał się - aby dziwięćdziesiąt procent populacji żeńskiej było ponadprzeciętnie ładnych. Jak to możliwe? I ta gracja. I te sukienki. Podoba mi się europejska moda. I te jasne oczy.

- Nawet nasze ciemne oczy są dla ciebie jasne – wybuchnelam w którymś momencie śmiechem po to jednak, by pokryć moje rozczarowanie.  - Jak mogą tak bardzo interesować go kobiety, gdy ma wreszcie przy sobie tę jedyną i kochaną? – Płakałam nocą ukradkiem w jego ramię. Nie mogłam jednak powstrzymać szlochu. Obudził się. - Kia o hua - zapytał we własnym języku. Zabrzmiało tak czule. Rzeczywiście lubiłam, gdy mówił do mnie w urdu. Oboje odczuwaliśmy nieznośność angielskiego. Jego oporność i brak delikatności. Był to w końcu dla nas głównie język kontaktów powierzchownych, przyjacielskich, a wkrótce profesjonalnych. Urdu i polski. To były nasze momenty największej czułości. Rozumieliśmy się. Powiedziałam, co mnie gnębi. Nie roześmiał się, nie zbagatelizował. Posmutniał. I zaczął mi opowiadać o Pakistanie. Nie wiedziałam jak bardzo jego kultura tradycyjna, induska i muzułmańska, barwna i bogata, a jednocześnie powściągliwa różniła się od naszej, polskiej. Nie do pomyślenia  było, aby kobieta wyszła na ulicę w mini. Zdarzało się to rzadko, wśród turystów.

- Teraz kobiety nie są już tak przywiązane do tego, co mówi Koran. Nie wszystkie noszą chustki, długie suknie i płaszcze,  noszą jednak zawsze długie szale, którymi okrywają ramiona i długie krucze włosy oraz ocieniają czoło tak ze trudno takiej nawet w oczy spojrzeć. – śmiał się – Ot, skromność. - Wbrew sobie samej i jego lekkiemu tonowi, który wyraźnie unikał komentarza na korzyść jednej lub drugiej kultury, podobał mi się ten opis. Ta idea okrywania się i ocieniania czoła i oczu.

- Słowem, jesteś zauroczony tym, czego nie widujesz we własnym kraju, czujesz się jak na wolności – droczyłam się z nim.

- To nie tak – zaczął tłumaczyć,  że to nie tylko o te krótkie sukienki i o te jasne oczy chodzi. Lecz i o styl bycia. O tę otwartość, uprzejmość i życzliwość. – Posłuchaj, nikt tu jeszcze nigdy nie powiedział mi złego słowa, nie odburknął, nie odwrócił się plecami, nie okazał cienia rasizmu. Powinnaś być dumna z własnych rodaków - Zamyśliłam się. Powinnam być dumna? Lecz psychologicznie rzecz rozpatrując, chodzi o to, że ty Faridzie spadłeś dla nas Polaków niejako z Księżyca, jesteś czystą egzotyką – roześmiałam się - Wiele osób nie wie skąd dokładnie pochodzisz. Trudno cię na pierwszy rzut oka zaszufladkować. Oczywiście nie możesz być Żydem. My nie kochamy tych, którzy coś nam są winni, cos nabroili. Albo my nabroiliśmy na ich podwórku. Słowak, Niemiec, Żyd. O, widzisz. Tu zdecydowanie łatwiej się nam określić w kategorii lubię nie lubię. Ty, kochanie, jesteś po prostu szalenie przystojnym, śniadym typem o długich rzęsach i ciemnych oczach.

Uważał ze Polacy są szalenie mili i gościnni i życzliwi.. Uważał tak, co ciekawsze, nawet po incydencie z kradzieżą w tramwaju gdzie jakiś młodzeniaszek próbował mu wyjąć portfel z kieszeni, lecz spłoszyła go krzykiem stojąca obok staruszka. – Farid skwitował to jedynie twierdzeniem że Polacy są bardzo „zapobiegliwi” i „sprytni”. To samo powtarzał, tak często, że dostawałam bólu głowy od przesycenia, o polskich ludziach biznesu. - Polacy nie ufają obcokrajowcom. - Rozczarowała go Polska pod względem profesjonalnym. Wyjeżdżał wyraźnie zawiedziony.

– Polska nie stoi tak wysoko w procesie rozwoju techniki jak inne kraje Europy zachodniej, nie mówiąc już o Ameryce , która w dziedzinie najbardziej mnie interesującej, telefonii internetowej stoi na najwyższym szczeblu – Twierdził że Pakistan w dziedzinie Internetu jest na wyższym poziomie zaawansowania niż Polska – Uczyliśmy się od zachodu. Ja byłem tym, który podrzucał nowe pomysły, gdy Internet był jeszcze w powijakach – pochwalił się znienacka i pochwycił moje pełne uznania spojrzenie

– Kochanie, mimo że nie wiem o tobie wiele, wiem jedno. Jesteś nieprzeciętną kreaturą – Pocałowałam go ze śmiechem – Jesteś absolutnie unikalny. Unique. Kocham cię. Powiedziałam mu już szeptem po polsku i szeptem mi odpowiedział, po polsku. Wiele tygodni później dowiedziałam się, że znaczenie jego imienia jest zbieżne z tym co powiedziałam wówczas – Farid czyli Wyjątkowy, Unique.

Kolejne dni tego krótkiego tygodnia minęły szybciej niz. sobie tego życzyłam. Okazało się niestety że nie dostanę najkrótszego nawet urlopu – koledzy z działu bezwstydnie w łóżku z grypą – oznaczało to samotność dla Farida w ciągu długich dziewięciu godzin dnia i nasze jeszcze bardziej intymne, bezsenne i drogie nam noce. Moja praca stała się wielką fikcja, której, modliłam się, by nikt nie odkrył. Skoncentrowanie się nie najprostszych zadaniach stało się dla mnie sztuką. Rozpraszały mnie myśli, rozpraszały mnie wielokrotne jego w ciągu dnia telefony. Rozczulałam się jednak na myśl o tym, jakiego wysiłku psychicznego wymaga od niego porozumienie się z babcią, która z angielskiego nie znała ani słówka. Mój narzeczony po polsku najlepiej umiał mówić „kocham”, ale prosiłam by się tym przy babci nie chwalił. Tymczasem wbrew moim obawom, pierwszego już wieczoru zastałam podekscytowaną, radosną babcię z Faridem, przy stole. Jedli razem kolacje. Rozmowa na migi. Oboje w świetnych humorach. – On jest taki uprzejmy i miły. - Zachwycała się -  Spadł mi kamień z serca. Babcia została już oswojona.

Tego samego dnia zagadnęłam ponownie o przeprowadzkę do hotelu. Propozycja była wciąż aktualna. Okazało się, że Farid zrobił rezerwację na kilka ostatnich dni.

 – Nie mogę pozwolić abyśmy tyle czasu tracili z powodu twoich czasochłonnych powrotów z pracy. Wynająłbym ci samochód, ale nie chcesz.

- Boje się! – jęknęłam. Warszawiacy są tak brutalnymi kierowcami. 

- Ech ty! Pomyśl, że w Stanach nie będziesz miała wyboru. Tam niebezpiecznie jest chodzić po ulicach. Przynajmniej tam, gdzie mieszkam. Na prowincji. Nauczę cię jeździć, ale weź wcześniej kilka lekcji u taty. Uczył cię dawniej. Ile to lat temu mówiłaś?

- Dziewięć. Prawie dziesięć.

- O, Allah! Cóż to za dziwna dziewczyna – przytulił mnie z uśmiechem.


 

Droga Anno,

 

Assalam alaikum, to znaczy pokój nie będzie z tobą. Mam nadzieję, że nie obrażam cię używając tego naszego powszechnego pozdrowienia muzułmańskiego. Skoro zdecydowałaś się na korespondencje z Pakistanką, to musiałaś wziąć pod uwagę wszelkie konsekwencje tego wyboru. To żart oczywiście. Czasem myślę ilu Polaków wie cokolwiek o Pakistanie? Przyznam się szczerze, że jeśli zapytasz kogokolwiek w Pakistanie o Polskę zawstydzony nie będzie umiał powiedzieć o niej jednego nawet słowa. To wielka enigma. Odległy kraj. Dziękuje ci więc za twój ostatni list. Przyznaję, że korespondencja z tobą jest jedną z moich ulubionych rozrywek. Nie ociągaj się i nie leń! Pisz.

A teraz przepis, dziś postanowiłam, że opowiem ci jak się przygotowuje żółtą soczewicę z ryżem. Tym razem podam ci również naszą nazwę w urdu . Przyznaję, rozbawiła mnie twoja opowieść o języku polskim i o tym jak jest trudny do nauczenia.  Zauważyłam, że fonetycznie nasze języki są zbieżne. Jestem w stanie wymówić wszystkie zdania, które przysłałaś mi w plikach mp3. Czyż to nie jest zabawne i zadziwiające? Z łatwością przyjdzie nam się więc uczyć wzajemnie naszych języków.

Ale przejdźmy do ryżu i soczewicy. Ryż nazywamy „czalder”, soczewica – dal.. Długie „a” pośrodku. Potrzebujesz jedną szklankę ryżu, oczywiście zachęcam do smakowania hinduskiego basmati. Kup żółtą soczewicę, do potrawy zużyjesz nieco więcej niż pół szklanki, a soczewicy pomarańczowej    dokładnie pół szklanki. Potrzebujesz też pół małej, żółtej cebuli, jedną zieloną, małą papryczke chili, olej do smażenia i jednego małego pomidora z tych owalnych, małych. Co do przypraw, czy zauważyłaś już, że zazwyczaj się one powtarzają? Prawda, to dopiero twoja trzecia potrawa. Lecz powiem ci to od razu. My Indusi, a mówiąc to myślę i o Pakistanczykach, nasza kultura jest podobna, nie jemy wieprzowiny, lecz używamy do woli wszelkich przypraw. Podstawowe przyprawy bez których nie może się obejść dobra kucharka to czerwony ostry pieprz, pieprz czarny, mielony i w ziarnach , imbir, sól, kardamon, kminek, czosnek, dhanya czyli mielona kolendra. Dziś potrzebować będziesz jedną łyżeczkę soli, pól łyżeczki czerwonego pieprzu chili w proszku, półtorej łyżeczki czosnku, w trakcie gotowania i na koniec jeszcze plaska łyżeczka zakupionego startego na pastę czosnku, ćwierć łyżeczki kurkumy w proszku , jedną łyżeczkę ziaren kminku.

Powinnaś gotować ryż w dużej ilości wody, na sypko. Następnie połączyć dwa rodzaje soczewicy, opłukać, namoczyć na kilkanaście minut. Wrzuć soczewice do gotującej wody Gdy soczewica się zagotuje zmniejsz ogień. Pokrój cebule w pasemka, cieniuteńko, dodaj do soczewicę. Dodaj potem sól, czerwony pieprz, czosnkową pastę, kurkumę, zieloną papryczkę w całości lub przekrojoną na pół, pomidora bez skórki, jeśli nie czujesz się zbyt leniwa. Gotuj soczewicę na średnim ogniu, aż się rozgotuje. Soczewica powinna mieć konsystencję sosu., polewać będziesz nią ryż. Tenże ryż w odpowiednim momencie odcedź i przełóż do salaterki. Czy mówiłam że ma być osolony?Ma być. Soczewicę tuż przed podaniem na stół przełóż również do drugiej salterki. Następnie w małym naczyniu żaroodpornym, które możesz ustawić na ogniu, podgrzewaj jedną łyżkę oleju Dodaj wyciśnięty czosnek, poczekaj aż się delikatnie podsmaży, lecz nie spali, stanie żółtawy, lecz nie całkiem brązowy. Dodaj wtedy ziarna kminku, smaż jeszcze chwilę, może pół minuty, nie pozwól żadną miarą by się spaliło. Gorącym olejem polej soczewicę w półmisku. Całość jest gotowa  do podania na stół.

            Muszę ci zdradzić, że ta potrawa, choć tak prosta, zajmuje jednak sporo czasu i zwykle musisz wykorzystać wszystkie garnki, jakie posiadasz w kuchni. Żaden porządny znawca kuchni pakistańskiej nie zje daal i czalder „samotnie”, one potrzebują towarzystwa sałatki z pomidorów, domowych frytek i zmazonej ostrej papryczki. A wiec droga Anno, usmaż frytki domowe z  pięciu średnich kartofli. Po usmażeniu frytek, w ten sam wrzący olej wrzucać pokrojone w grube plasterki zielone bardzo ostre papryczki. Uwaga, nie odchodź od patelni! Spalisz. Posypuj plasterkami papryczki ostrej  usmażone frytki, a całość kolendrą w proszku.

Co do sałatki pomidorowej, pokrój pomidory i cebule w drobniutka kostkę, posiekaj świeżą kolendrę i papryczki. Posól i dodaj pieprzu czarnego.

Ta potrawa jest ostra, zarówno soczewica jak sałatka jak i frytki. Ale co to za rozkosz dla podniebienia.

Pozdrawiam cię gorąco z Pakistanu.

Mariam



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Okra z pomidorami

 

Olej – 1 łyżka lub na oko , do smażenia

Cebula – ¼ małej cebuli

Okra mrożona – 1 i ½ paczki

Pomidory – 6 salatkowych owalnych

Sol – 1 łyżeczka

Czerwony pieprz – ½ łyżeczki