Poranek tego dnia wstał leniwie. Z ociaganiem otworzył oczy i szybko
je zamknął. Ujrzał ich dwoje blisko siebie, przytulonych na niewygodnie
wąskim , prostym łóżku-tapczaniku. Mały motel w oddalonej od centrum dzielnicy.
Dwa małe wąskie łóżka w małym pokoju, mikroskopijna łazienka z zabawnym
prysznicem nieoddzielonym niemalże w żaden sposób od powierzchni jej pomieszczenia
poza zasłoną z plastiku. Twarz w lustrze. Zaspana jeszcze, podpuchnięte,
jak zwykle z rana, oczy. Spała na brzuchu z dłońmi wtulonymi pod siebie,
z twarzą ukrytą w szorstkiej poduszce i w miękkim zagłębieniu jego ciała.
Czuła jeszcze jego zapach i dotyk dłoni...spojrzała jeszcze raz w lustro,
krótko...potem na prysznic...Wzdrygnęła się i szybko powróciła do łóżka.
Znów wtuliła się w niego, odnalazła swoje miejsce, poczuła przytulające
ja ręce. Podniosła na niego wzrok. Nie spał już. Uśmiechnął się.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry odpowiedziała całując go i znów zamknęli oczy i usnęli.
Dopiero około dziesiątej zbudziła się ponownie czując błąkające się
po jej ciele jego ręce. Przysunęła się bliżej...
Nie mieli ochoty opuszczać łóżka. Dawno minęła już dwunasta.
Hannover zdawał się być tak smutny i szary i zimny tego dnia. Jej pociąg
odchodził dopiero o ósmej wieczór. Samolot Harena nazajutrz. Nie mieli
do czego się spieszyć, każda wspólna chwila była cenna. Każdy dotyk i możliwość
odkrycia nagiego ciała ważniejsza od zaspokojenia głodu...
Było już po południu, gdy postanowili na chwilę opuścić ciepły
kącik...Wyszli pod zasnute chmurami niebo nad Hannoverem. Zimno. Jakaś
znaleziona na rogu pizzeria, pizza na wynos, jakaś cola jakiś sok...Czas
przemykał się bezszelestnie obok nich poza zasięgiem ich wrażliwości i
postrzegania. ..
Siódma. W pośpiechu spakowała swoją pojemną torbę...potem tramwaj,
dworzec, jeszcze coś przekąsić, ciężkie minuty, jego ciężkie spojrzenie,
jego oczy szukające jej wzroku...Unikała go. Czuła, jakby uciekała przed
czymś ze strachu, głupie uczucie...Czuła się w jakiś sposób winna, dlaczego?
Bo nie odczuwała całego tragizmu rozstania? Bo wiedziała, że nie zmusi
się do płaczu w momencie odjazdu? Bo wiedziała, że go nie kocha? Nie, tego
właśnie nie wiedziała, nie była pewna...
Peron. Za kilka minut miał podjechać pociąg... - Wciąż tak zimno
- przytuliła się do niego. Jakąś obojętna rozmowa. Jest. Pociąg. I jeden
pocałunek...Nic więcej. Wsiadła, lecz.. nie, jeszcze wróciła się na chwilę.
Trzy minuty do odjazdu.
-Wyjdź za mnie - usłyszała najnieoczekiwaniej. - Proszę, wyjdź za mnie...
-Być twoją drugą żoną? Chyba śnisz!
-Hmm, byłabyś może trzecią - uśmiechnął się - ale...
-Haren! - nie dała mu skończyć zdania. Łzy, które kręciły jej się w
oczach od kilku chwil teraz momentalnie osuszyła i przegnała wezbrana złość.
- Jak śmiesz - wyszeptała, spoglądając na niego bez najmniejszego już uczucia
żalu...jak zdawało jej się...w tej właśnie chwili...lecz żal pozostał i
tym boleśniejszy, i rozczarowanie...- to nie był najlepszy moment, by mi
to zakomunikować, Haren. Oczywiście, Barbara! - shit, czy ta kobieta zawsze
będzie mnie prześladować? Odwróciła się i weszła do wagonu, nie rzucając
mu już ani jednego spojrzenia. "To nie był dobry moment, to nie był
dobry moment " powtarzała rozpaczliwie. Odwróciła się od okna, gdzie za
szybą dostrzec można było skuloną i przygaszoną jakby sylwetkę mężczyzny.
Pociąg ruszył. On machał do niej. Wiedziała, że płakał, wiedziała, że boleśnie
go zraniła. Wiedziała jednak, że on zranił ją równie mocno. Może nieświadomie,
może głupio...ale zranił ją. Złość i zazdrość kotłowały się w niej na przemian
z żalem. Łzy napłynęły do oczu...Czemu? Czemu tak cholernie spieprzone
mam życie? Barbara...Satia...Jesus! co za facet, przeklęte nasze pierwsze
spotkanie!
Satia...z dzieckiem madonna, cierpiąca, jeszcze niedawno brzemienna.
Łagodna zapewne, cierpliwa i wybaczająca...Hinduska. Czemu przypomina mi
się obraz Vermeera...Wcielenia łagodności, czytającej list młodej kobiety
w niebieskiej sukni...woman in bleu. Błękit samotności i smutku...i tęsknoty.
Jej blond włosy, łagodne schylenie głowy widzianej z profilu ku czytanym
bezgłośnie słowom listu. Delikatne rozchylenie warg...czyste wcielenie
łagodności, smutku, melancholii...nieskalane. Czy ja też będę za nim tak
tęsknić jak ona? Satia...jak inne...Boże, nie dopuść. A może...A może ona
wcale nie tęskni? Dwoje dzieci całkowicie pochłania jej uwagę. A może ona
nie tęskni, jest jedną z tych, które żyją dla dzieci, spełniają się w pełni
w macierzyństwie, a obecność męża traktują jako zło konieczne, obecność
samca, bez którego żadne z jej małych by się nie narodziło...
A może ona nie tęskni? Może nie pragnie mnie ujrzeć, zapominając się
cała w pieluchach małego i zupkach i kupach i krzyku i nocnych bezsennościach...Nie
pojawia się ostatnio na Icq. Zadzwonię, może...Nie...Oh, Satia. Zmieniła
się bardzo od naszego ślubu. Była delikatna, łagodna, uśmiechnięta...Nie
jest już. I...utyła. A może zawsze taka była, ja tylko nie byłem tego świadomy.
Jak ocenić sylwetkę kobiety spowitej zawsze w zwoje deformującego materiału,
kobiety, której nawet dłoni nie miałem prawa ucałować przed ślubem...Pamiętam
zdziwienie jej ciałem w noc poślubną. Jakże jej pragnąłem, pamiętam, że
wziąłem ją .. od razu, nie mogłem czekać...tylko chwila i było po wszystkim
. Była tak ściśle zamknięta, tak sucha...Bałem się jej dotknąć, poruszać
wewnątrz, by nie sprawiać jej bólu. Satia...trwało wszystko kilka minut.
Krzyczała z bólu. Odwróciła się potem i usnęła...Oooh, co za wspomnienie,
a chciałem, by była to najpiękniejsza moja noc...Ona nie chciała. Czekała
tylko z niecierpliwością kiedy będzie mogła już uwolnić się ode mnie i
wtulić w poduszkę, i zasnąć. Satia...Była łagodna i powolna na początku,
teraz nie mogę się do niej zbliżyć, by mnie nie odepchnęła z krzykiem.
Przeklęte życie...Za każdym razem mam wrażenie, że ją gwałcę...Cholera,
przecież to moja żona! Wciąż ją kocham, nie jak dawniej, nie ma w niej
już tego co lubiłem, nie ma delikatności...dwa porody, dwoje dzieci...Bałbym
się do niej dobierać w nocy. Ha ha! Jest mojej wagi i wzrostu...potężna
kobieta...
Groteskowa cała ta sytuacja, a sprawia, że mam ochotę płakać. Gdzie
jesteś, moja mała blondynko, mała, miła w dotyku, o gładkiej skórze. Śni
mi się co noc, śnię ją przy sobie, obok, w każdym szczególe i w każdej
chwili...gdy pochyla się nade mną, gdy zbliżam się do niej, gdy drży z
podniecenia...
Nagły dźwięk telefonu. Haren ocknął się z zamyślenia. Telefon...Kto
to? Kto mógł wiedzieć o jego wczorajszym pojawieniu się w New Yorku? Minęło
kilka sekund zanim uzmysłowił sobie gdzie jest aparat. Podniósł w pośpiechu
słuchawkę i z ulgą usłyszał głos Barbary.
-Witam, dzwonię codziennie i wreszcie udało mi się cię zastać. Kiedy
przyjechałeś? Zmęczony? Wszystko w porządku? - zarzuciła go pytaniami.
-Taaak...Właściwie tak. A prawdę mówiąc, obudziłaś mnie... - milczące
zdziwienie po drugiej stronie słuchawki - Hmm, uciąłem sobie popołudniową
drzemkę. Przyjechałem wczoraj. Późno. Nocą. Dotarłem do mieszkania, ale
cóż, pustka, kurz, opustoszona lodówka...Musiałem udać się na nocne łowy
- zaśmiał się - Zajrzałem do baru, który był zwykle otwarty nocą - Nic!
Pusto! Nikogo! Ale coś tam znalazłem trochę dalej.
-Okay, okay! skąd to przygnębienie, Haren? Jesteś zupełnie nie w formie...Dobrze,
dobrze, nie pytam, znów jakaś mała zawróciła ci w głowie...Posłuchaj, przyjeżdżam
dziś wieczór. Pamiętasz, umówiliśmy się tak. Jutro mam ważnego gościa,
który specjalnie dla mnie pojawi się w NYC. Chcę, byś był na tym spotkaniu,
zgoda?
-Tak, oczywiście, Barbara. O której przylatuje twój samolot?
-O 22.00 jest w NYC.
-Będę czekał.
-Świetnie. Bye. Całuję.
Odłożył słuchawkę z rezygnacją. - Co się z tobą dzieję, facet? - ganił
samego siebie. Czuł się źle. Wstał rano. Nie mógł dłużej pozostać w łóżku,
skąd przegnały go wyrzuty sumienia, tęsknota i wizje senne, wypełnione
splątanymi obrazami kobiet, które kiedykolwiek w życiu spotkał. Widział
je, bladawo, odlegle lub bardzo wyraźnie. Zbliżały się i odchodziły, w
milczeniu...Widział je, lecz nie było wśród nich poznanej w Europie Słowianki.
nieważne. Nie miał ochoty zgłębiać znaczenia snów. Ona i tak śniła mu się
na jawie, jasno i boleśnie odczuwał jej brak....Była tak daleko. Poza zasięgiem
dotknięcia ręki. Poza zasięgiem wzroku. Niedotykalna. Niewidzialna. Poza
oceanem...Jego wzrok napotkał zegar. Dziewiętnasta....Dziewiętnasta minęła?
Jeszcze nie zaaklimatyzował się w nowej strefie czasowej...Przytomniejszym
nieco wzrokiem ogarnął swoje mieszkanie. Kurz w kątach i na powierzchni
mebli, rozbebeszone łóżko, którego nie pościelił rano...Podszedł do okna,
otworzył je. Wpadło chłodne powietrze i gwar ulicy. Wychylił się. Mroczny
tłum samochodów i ludzi poruszał się w dole w odległości kilkudziesięciu
pięter. Przez sekundę błysnęła myśl o skoku ...Czy każdy spoglądający w
dół miewa w sposób naturalny, powodowany ciekawością, takie właśnie myśli?
Odsunął się od okna. Łazienka równie zaniedbana jak inne przestrzenie mieszkania.
spojrzał z obrzydzeniem na brudny zlew, przemył twarz zimną wodą. 'dobra,
koniec tego, weź się w garść , chłopie!" Zdjął sweter, koszulę, pozostając
jedynie w podkoszulku i zabrał się do sprzątania...Robiło mu się niedobrze
na myśl o dokładnym wymiataniu kątów i myciu czegokolwiek, oh , ogarnąć
z wierzchu, odkurzyć...W istocie kurz niemal wyczuwalnie osiadał cienką
warstwą na ciele, zatykał i dusił...Po pół godzinie mieszkanie nieco przejrzało,
odzyskały połysk jasne w naturalnie drewniano-beżowym kolorze proste meble
na kółkach. nie było ich wiele, w salonie duża, pękata trzydrzwiowa szafa,
wąska wysoka etażerka z książkami, z których ani jedna nie należała do
niego...zostawił je poprzedni właściciel, opuściwszy kontynent amerykański.
W sypialni na lewo stała niewielka szafka na drobiazgi ubraniowe, tuż obok
szerokiego łóżka, i jeszcze jedna, mniejsza etażerka, zapełniona również
książkami i bibelotami, które pozostawiały u niego kobiety "na pamiątkę",
a których on sam nie znosił dla ich uciążliwości przy każdorazowym
sprzątaniu. "Tylko kurz zbierają" bąkał pod nosem, lecz wycierał je pieczołowicie.
Każdy drobiazg przypominał mu jakąś ciekawą miłą historię. Zmienił jeszcze
okrycie sofy w salonie, pościel i narzutę na łóżku. Dominowały zieleń czerń
i brąz. Zdjął zasłony w jasnym kolorze, były zbyt widocznie brudne. pozostały
gołe ściany. Prosto i surowo. Jedynie drewniane beżowe żaluzje zdobiły
szerokie okno. I samotny kaktus, jedyny, który potrafił uchować się żywy
w tym zazwyczaj samotnym i opustoszałym mieszkaniu, do którego jedynie
Barbara zaglądała od czasu do czasu, za każdym razem ratując w ostatniej
chwili kaktusie życie od śmierci z pragnienia.
Barbara...Która to godzina? Jeszcze czas, odetchnął z ulgą. To
będzie niemiłe spotkanie... stanął przed lustrem, usiłując przybrać najbardziej
niewinną ze swych min. Wiedział, że Barbara i tak odkryje podstęp, już
w Amsterdamie wyczuwała zmianę w jego zachowaniu. - Kobiety to przekleństwo
- zmiął w ustach wulgarny potok słów . Ale jak bardzo potrzebował ich obecności.
Samolot Barbary przyleciał punktualnie. Wychodziła jako jedna
z pierwszych osób. Kwitnąca, przystojna, z uśmiechem powitała go wychylając
się i całując go ponad barierką oddzielającą wychodzących od tłumu w sali
przylotów. Poczuł na sobie jej krytyczne spojrzenie.
-Jak ty źle wyglądasz! Chodźmy na kolację. Ja płacę uśmiechnęła
się, bezceremonialnie wręczając mu swoją walizeczkę na kółkach.
-Nie mam ochoty na żadna wystawną kolację, proszę...
-Oh, więc kupmy pizzę na wynos Podeszli do zamówionej taksówki. Usłyszeli
narzekania taksówkarza ... korki, korki.... Posłuchali wywodu o pogodzie,
napadach, wychowaniu czy braku wychowania młodocianych i milion dwieście
innych plotek nowojorskich. Rozmowa nie kleiła się. Haren czuł na sobie
uważny wzrok Barbary. Czuł się nieswojo. Nareszcie. Pięćdziesiąta ulica,
trzydzieste piętro. Westchnienie ulgi na progu mieszkania.
-Oh, jak czysto, był wdzięczny, że Barbara powstrzymała się od dalszych
komentarzy co do stanu jego mieszkania Wyglądasz na zmęczonego, Haren
usłyszał jeszcze tylko. Bojąc się dalszych dociekań zmusił głos, by przybrał
beztroską barwę. Przygotowywał pizzę do konsumpcji, a jednocześnie próbował
skierować rozmowę na inne tory.
-Co słychać u Hucka i Marii? Masz jakieś nowiny, o których nie wiem?
zagadnął z uśmiechem. Podjęła temat, spoglądając jednak ku niemu podejrzliwie.
Wyczuła podstęp? Bez zmrużenia oka zaczęła jednak opowiadać o swoim spotkaniu
z Huckiem i Marią.
-Oh, u nich wszystko w porządku. Wkrótce Maria przenosi się do mieszkania
Hucka. Wspólnie je urządzają.... A pamiętasz nasze pierwsze spotkanie z
nimi? dodała nieoczekiwanie.
-Hmm, nie za bardzo, nie...nie za bardzo.
-To było rok temu, w New Yorku... nie mógł się skupić na tym, co
mówiła. Jak zwykle kusiły go tylko i hipnotyzowały jej usta...Intrygowało
go krótkie napomknienie Hucka o pewnej znajomości internetowej...Spojrzał
na Barbarę odwracając wzrok od okna. Już miał na końcu języka rewelację
o owej tajemniczej cyber girl, jednak powstrzymał się, myśląc, że Huck
nie chciałby, by wiadomość ta rozeszła się wśród kobiet ... a zwłaszcza,
by dotarła do Marii. - Oh, szkoda, że nie umówiliśmy się na to piwo - pożałował
Hmm pomyślał znów o własnej cyber-girl, która jednak niezupełnie nią
była...Nie online się poznali, lecz widzieli w rzeczywistości, decydowało
głównie wizualne wrażenie, a jednak w kawiarni internetowej... - Ciekawym
co porabia Huck, zapewne siedzi przed swoim pecetem i gawędzi z kolegami
albo z nią, cyber girl . W przypadku Hucka to faktycznie prawdziwa internetowa
znajomość...- zastanawiał się.
Internetowa znajomość...Kurka, nie wierzyłem jednak, że tak się
to skończy. Im bardziej zbliżał się dzień jej przyjazdu, tym większe ogarniało
mnie podniecenie i ... obawa. A jednak było miło, nie żałuję spotkania.
O nie, żałowałbym, gdyby się nie pojawiła. Wzrok jego padł na ekran komputera.
Rozbawił go napis, który skomponowała na wygaszaczu. Kilka słów it s
nice to be with u, huck... Mi też było miło z tobą urocza cyber-girl.
Dotknął myszki, odsłonił się pulpit peceta z jej zdjęciem w tle. Dlaczego
moje zdjęcie? przypomniał sobie jej pytanie. Dlaczego...Nie znalazł
odpowiedzi poza banalnym - bo miło na ciebie popatrzeć. i niemal
obrażony dodał wówczas Oh, jeśli sobie tego nie życzysz, usunę je...
-ależ nie, Huck, zupełnie mi to nie przeszkadza tylko...czy nie boisz
się, że Maria tu zajrzy?
-Hmm...teraz może...jeszcze do niedawna zupełnie nie interesowała się
komputerami, lecz...tak, masz rację...zmienię tapetę, gdy się do mnie wprowadzi.
Póki co...
-Miło na mnie popatrzeć roześmiała się.
Uświadomił sobie nagle, jak bardzo przypominała mu ona jego byłą żonę.
Dziwne było ich rozstanie, spokojne...obojętne. Miłość jakoś tak naturalnie
wygasła. Znali się od dawna, zawsze razem już w wieku kilkunastu lat, potem
w okresie narzeczeństwa, który był bardzo długi i wciąż przedłużany. Nie
mogli się wciąż zdecydować na małżeństwo, wyczuwając w nim jakby
katastrofę, przeszkodę dla ich uczucia...Było im wspaniale razem, mieszkali
razem, żyli razem, nie myśleli o przyszłości, nie myśleli o dzieciach...-
Nie, nie, to po ślubie. Nie, nie teraz. - Huck dostrzegał w pamięci
postać żony. Pamiętał ją, ale te wspomnienia przykryły już częściowo bolesne
fragmenty wyobraźni zapisane w okresie ich pobytu w Ameryce. Podróż poślubna.
Ona ją sobie tam wymarzyła. Nie miał ochoty na tę wyprawę, jednak wyjechali...Tak,
jak chciała. Zgodził się wiedząc, że będzie mógł jednocześnie załatwić
swe sprawy profesjonalne. ... Ostatecznie ta właśnie podróż przyniosła
znajomość z Harenem, Carlosem, Marią... Pamiętał tę konferencję, dwa dni
wypełnione aktywnością, sprawy załatwiane w pośpiechu...I pamiętał popołudniowe
spotkania towarzyskie, fety, garden party. I pamiętał fochy i dąsy Anny...
Czy ty czasem nie przesadzasz, kochanie? to bardzo mili ludzie, to
będzie faux pas jeśli nie pojawimy się na ich garden party.
-Huck, jestem zmęczona, nie wiem co mi jest, jestem po prostu zmęczona.
Nie mam ochoty wykrzywiać usta w uśmiechu i powtarzać setki razy how do
you do? zmieniając jedynie intonację, ani zmuszać się do jedzenia ich
obrzydliwego wysokiej jakości mięsa i sztucznie białego pieczywa i rachitycznych
sałatek o nienaturalnych kolorach!
-New York to aglomeracja nie wiejski przytulny zakątek, Anno.
-Poza tym, widziałeś w jakim tempie tu się dokonuje konsumpcji? Dostaję
niestrawności na samą myśl. Idź sam, kochanie.
-Nie, nie, idziemy razem, po prostu wyjdziemy jak tylko tego zażądasz.
spoglądał na nią intensywnie. Zdawało mu się, że widzi ją po raz pierwszy.
Znali się od tylu lat, a miał wrażenie jakby przebywał obok zupełnie obcej
osoby. Przerażało go to uczucie. Odsuwał tę myśl, ale uparcie powracała
z każdym jej zdaniem skierowanym do niego. Pod wpływem ciąży nie zniekształciła
się jej jeszcze wyraziście sylwetka, wciąż wyglądała ponętnie. Tak,
w trzecim miesiącu zachowywała jeszcze w pełni swą szczupła figurę, ale
działo się coś niepokojącego z jej osobowością. Momentami, Huck odczuwał
nieodpartą ochotę, by uciec, uciec jak najdalej od niej, schować się, nie
słuchać marudnego tonu jej głosu. Wodził wzrokiem wzdłuż jej wyprostowanej,
naznaczonej lekką obłością w okolicach brzucha, sylwetki. Miała na sobie
luźną suknię do kolan, wiązaną troczkami na ramionach. Przypomniała mu
się postać Annie Hall Allena. Taka mała dziewczynka. Jak niepoważnie wyglądała
w tej swojej sukienusi, niepoważnie i bezradnie. Była bezradna, tego nie
potrafił pojąć. Gdzie podziała się jego ukochana zaradna pełna energii
Anna?
|