Boże, jak drżą mi ręce. Wstyd. Opanuj się kobieto! Może mój angielski
nie jest taki zły...Cisza, już spokój. Okay. Dobra. Poczta...Minęło już
piec minut? Żadnego listu od Carlosa. Jaka szkoda. Ten człowiek jest tak
skryty. Każde jego słowo to skarb wobec ich niewielkiej liczby. Wyrafinowanie
czy wyrachowanie? Głupia! Po prostu taki charakter, a ty już wpadasz w
panikę. Ten typ. Dziwny człowiek. wygląda na uczciwego. Zdawał się mówić
szczerze, lecz któż wie...lepiej być ostrożną. A taką mam ochotę na zimną
colę albo i irish coffee w pubie, i na luźne pogaduchy o niczym...Czy to
nieostrożne? Cóż jest nieostrożne? Podróż po Europie małej Argentynki też
była nieostrożna. Moje samotne wędrówki po Amsterdamie też są nieostrożne
i włóczęga w okolicach dzielnicy czerwonych lamp...Żyć, ja chce żyć! Już?
Piętnaście minut minęło? Cóż, on wciąż jeszcze stuka...Odwagi. Wygląda
to jakbym teraz ja z kolei go podrywała. Ale nic...Zapomnij o małomiasteczkowych
wyobrażeniach polskiej kultury.
-Czy chcesz, bym na ciebie zaczekała?
-Tak, proszę. Możesz? Siadaj koło mnie przy komputerze, proszę!
-Siądę tu, przy stoliku, poczytam. Nie będę ci przeszkadzać.
-Okay. Pięć minut.
Pięć minut przerodziło się w dwadzieścia pięć. Z początku spoglądała
niecierpliwie w ekran jego peceta poprzez jego ramię. Widziała jego kształtną
czaszkę, co podkreślała jeżykowata króciutka fryzura. Widziała, że całkowicie
skupiała się na ekranie komputera. Nie odczytywał poczty. Ściągał jakieś
programy z internetu, kopiował, wysyłał, zgrywał coś na dyskietki. nieustannie
odzywał się drażniący ją głosik ICQ...i-ooo, i-ooo...
On bez spoglądania na klawiaturę odpisywał zwięźle na wiadomości. Były
ich tony i tony. Niepodobieństwo przeczytać to wszystko! Fascynowało ją
początkowo spoglądanie na jego gesty, w końcu jednak znudzona wróciła do
swej książki. Jej myśli znów towarzyszyły dziwnemu charakterowi Erica.
New York, New York. Yves pozostał samotny w Paryżu, gdy tymczasem jego
ukochany mężczyzna zdradzał go w US. Nigdy nie zrozumiem zagadki homoseksualizmu...,
lecz i nigdy nie zaprzeczę nieuniknionej złożoności i pokrętności stanów
uczuciowych. Mam wrażenie, że czytam właśnie moją poplątaną historię.
-Już skończyłem - doszedł do jej świadomości jego matowy dziwnie głos
- Drgnęła, wyrwana nieoczekiwanie z "innego kraju" Baldwina. Nieprzytomnym
wzrokiem spojrzała na Harena.
-Słucham?
-Ha ha - zaśmiał się. Przestraszyłem cię? Spełnię każde twoje życzenie...Gdzie
idziemy? - miał taki miły uśmiech, dość grube, jak mówią zmysłowe, wargi...To
był przystojny facet. Coś miękkiego, łagodnego tkwiło w jego wzroku i każdym
jego geście. Cierpliwość. Na pewno był cierpliwy, spokojny... leniwy...ha
ha! No, jak większość mężczyzn, których znam! Jesteś okropna, moja droga!
No i te opadające ramiona, cóż, nie był typem sportowca, lecz intelektualisty
- myślała.
-Nie mogę się zdecydować. Nie znam dobrze miasta, a ty? - zaśmiał się
na jej oświadczenie.
-Przyjechałem przedwczoraj , ale ... nie jestem tu po raz pierwszy.
-Widziałam miłą kafejkę w okolicach uniwersytetu.
-Mówisz o Placu Dam?
-Yhmm. Właśnie.
-Spróbujemy ją odnaleźć. Wkrótce dziesiąta. Późno?
-Dla mnie nie. nie kładę się wcześnie. Oh! Okropna pogoda! Pokrapia
z nieba non-stop. Czemu, czemu? To miasto zdaje się stapiać z niebem, woda
i woda, na górze i na dole. Kanały, kanaliki...Kanał, kurka - zaśmiała
się.
-Słucham? - przystanął zdziwiony - o nie, nic. Taki polski żart. nieprzetłumaczalne...-
zbagatelizowała sprawę.
-Zbliżamy się do Placu Dam. Ogromnie lubię ten budynek. Pokręcona konstrukcja
architektoniczna, zlepek stylów na rozstaju dróg. Oj! - zadarł głowę.
-Taak. Niezła jest. -Wyraziła się oszczędnie nie spoglądając nawet
na budowlę. Poprzedniego dnia stała przed nią zagapiona ponad dziesięć
minut - nie wiem sama. Tu są tylko dwie kafejki. Wyglądają snobistycznie.
może mi się coś pomyliło?
-Może...Pójdźmy brzegiem kanału, przejdziemy do placu Mountplain. Inne
miejsce przypadnie ci może do gustu. Powędrowali wolnym krokiem wzdłuż
kanału nieoświetloną ulicą. Ona wybiegała zawsze do przodu, wydłużając
krok. Miała nawyk szybkiego chodzenia, nie tolerowała spacerów. Nudziły
ją i męczyły. On zaś niemiłosiernie wlókł się noga za nogą. Oooch, nie
znosiła już tej ślamazarności. Czuła jak wzrasta w niej złość. Oj nie,
to nie ma sensu. Wróćmy się do tamtej przestronnej , ogromnej kawiarni.
Była w porządku. Zresztą nie ważne...Chcę wreszcie usiąść.
-Tak, ja też, i ogrzać się we wnętrzu. Uch, gorąca czekolada!
-Zimno ci? No tak, ten płaszcz nie wygląda na ciepły. Bez żadnej podszewki?
Jezu!
-Przybywam z ciepłego kraju - wyszczerzył zęby w uśmiechu, marszcząc
jednocześnie zabawnie nos, tak, że druciane okulary uniosły się o kilka
milimetrów w komiczny sposób.
Rozsiedli się wygodnie w kącie ostatniej sali kawiarnianej. Z rzadka
tylko zajęte były stoliki. Ostatecznie był to dzień powszedni. Holendrzy
najwidoczniej wypuszczali się nocą na miasto przede wszystkim w weekendy.
Szybka obsługa, miły kelner. Poprawił się jej nieco humor. Zaczęła obserwować
spod oka zachowanie towarzyszącego jej mężczyzny. Oh, nieznośny był jednak
jego intensywny wzrok. Nie odrywał oczu od jej twarzy.
-Jak możesz wciąż tak się we mnie wpatrywać? Czuję się zażenowana!
-Oh, przepraszam. Nie kontroluję się. I'm so sorry, miss. nie gniewaj
się. Jesteś śliczna. To nie moja wina - uśmiechnął się rozbrajająco, mrużąc
ciemne oczy. - Co byś powiedziała na podróż do Francji?
-Francja? Ależ jestem tu od kilku dni, nie zdążyłam zwiedzić Amsterdamu!
-Ja czuję się nim już znudzony.
-Oh, Paryż...To kuszące. Ale ja za kilka dni wracam do Polski. Przykro
mi...
-Nie musi być ci przykro. Po prostu zastanów się. Szukam towarzystwa.
I tak tam pojadę, nawet sam. Nic nie tracisz jadąc ze mną. Na dwa dni.
-Taak.... Masz więc samochód?
-Zamierzam wypożyczyć.
-Ah tak? - zamilkła, wpatrując się nieruchomo w ścianę ponad
barem i głową kelnera. poczuła nagle dotknięcie. Odwróciła głowę. Mężczyzna
delikatnie położył głowę na jej ramieniu. Była zaszokowana z lekka jego
bezpośredniością. Zauważyła jego wyluzowany gest wyciągnięcia przed siebie
nóg w zadługich dżinsach. Wyglądał śmiesznie i jednocześnie rozczulająco.
Jego 'Przeszkadza ci to?' spotkało się z jej przeczącym ruchem głowy. Czuła
się jednak zażenowana. Wyczuwała jego nieczyste intencje, a nie miała śmiałości
ani siły protestować. Modliła się w duchu, by jego zabiegi zakończyły się
na tych "przyjacielskich" poufnych gestach. Wewnętrznie odczuwała niesmak
do samej siebie. Sytuacja cała malowała się w kolorach gorąco czerwonych,
a ona postrzegała ją jako szalenie nie fair w stosunku do Carlosa. Lecz
gdzie był Carlos, który ani słowa nie raczył dziś do niej naskrobać?
Oh, shit! Która godzina? Za dziesięć dziewiąta! Oh, God, Umówiłem
się z nią chyba o dziewiątej. wiedziałem, że mnie ten pieprzony budzik
nie zerwie o ósmej! Ooo-joj! Ha, mam nadzieję, że trafię do jej schroniska.
to było gdzieś blisko dworca...Nazwa dziwaczna...Pamiętam tę ulice, chyba...Cholera,
było w końcu ciemno, lał deszcz...Po kafejce klub, potem jakaś dyskoteka...nie
raczej klub taneczny. Musiało być dobrze po drugiej jak dotarłem do własnego
schroniska. Ha ha, jakie oczy zrobiła...Wynająć samochód, i czemu mieszkam
w schronisku? Czemu? Czy to tak trudno pojąć? Co za różnica gdzie...co
innego z kobietą...co innego z nią.. byłoby to zupełnie co innego...raczej
hotel, nie schronisko. Ha ha! Nie do pomyślenia! Te zatłoczone koedukacyjne
sale!
Uh, nie pada! Bajecznie, może w Belgii też nie pada. Yhmm, nie sądzę,
byśmy dotarli do Paryża. Trzeba będzie pozbawić ją złudzeń. Szkoda. A wczoraj
było miło...właściwie dziś. Jesus, nie mogę uwierzyć, że ta kobieta wyciągnęła
mnie do klubu...a może to była dyskoteka? Mniejsza o to. Jak ślicznie
się porusza. Uhmm, ciasno mi się robiło w portkach na widok jej piersi.
Była podniecona, widziałem...Palant jesteś! Mogłeś ją mieć wczoraj i kwita.
Chociaż oporna bestyjka. Moralne skrupuły. Cóż ona mi mówiła o swoim chłopaku...że
niby z nim jest i nie jest. Oh, kobiety!
Gdzie mój zegarek? Jest. Którego dziś mamy? Piętnastego marca...Satia
będzie rodzić za kilka tygodni. Boże spraw, by to był chłopak. Moja Satia...mam
nadzieję, że czuje się dobrze. Głupio jakoś. Oh, ostatecznie o Barbara
jej powiedziałem. Moralność...uhmm, że jestem amoralny, to pewne. Boże
wybacz. Wybacz Satia...Nie, kurcze! Takie myśli za samego rana zawiązują
mi żołądek na supeł. Oh, zobaczymy. Los sam płynie swoim trybem. Niech
tam. Blondyneczka jest słodka. nie, nie chcę, nie mogę jej skrzywdzić.
Powiem jej prawdę, o Satii..., o Barbara...Wcześniej czy później. Zasługuje
na to, chyba...Oh ma na pewno śliczne uda, ramiona...Nie jest szczególnie
zgrabna, ale zdaje się, że ma piękne ciało. Żeby tak je poznać...O, to
chyba tu. Jest, czeka na mnie. No tak, spóźniłem się.
-Witaj.
-Cześć - Dobra, formalności zajmą nam około pół godziny. O dziesiątej
powinniśmy stąd ruszyć. Youpi! Chce się żyć. Mam ochotę dać jej całusa.
Ojojoj! Wygląda na zaspaną. Te śmiejące się oczy...są malutkie dziś i zabawne
sińce po oczami jak u małego dziecka. Jest rozczulająca. - Jesteś gotowa?
-Tak.
Udało im się opuścić Amsterdam w pół godziny później. Od rana nie spadła
ani kropla deszczu, wyjrzało za to słońce. Doznali oboje olśnienia. Promienie
prażyły poprzez szybę samochodu, zrobiło się nieznośnie gorąco. Na jej
prośbę Haren zatrzymał się kilkakrotnie w samej jeszcze Holandii, rezygnując
z planu podróży non-stop autostradą ku południowym krańcom kraju i granicy
z Belgią. Jego towarzyszka pragnęła zwiedzić kilka bardziej znanych ciekawych
miast. Urządzili więc krótkie postoje w Harleemie, Rotterdamie, Bredzie...
Za granicą holenderską mieli ogromną ochotę spojrzeć z bliska na uroczą
starą Antwerpię. Czasu pozostało jednak niewiele do wieczora. Przed nimi
jeszcze kilka godzin podróży. Postanowili odłożyć wędrówkę po antwerpskich
placach na dzień następny. Do Brukseli dotarli pod wieczór. Zmrok zdążył
już zapaść. Marzec, ale pora zimowa. Późnozimowy zmierzch. Wjechali do
centrum Brukseli. Otworzyło się przed nimi miasto, zabudowane wysokimi
starymi kamienicami. Ich ciekawe oryginalne kształty nadawały charakter
całemu staremu centrum. Haren niezdecydowanie spoglądał na smukłe wieżowce
i rozparte horyzontalnie niby matrony, budynki znanych hoteli. Co powiesz
o Sheratonie? Dostrzegł jej szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, których
spojrzenie go ubawiło. Wybuchnął śmiechem. Nie wydawała się urażona jego
kpiarskim zachowaniem, milcząco zaakceptowała wybór. Nie wierzy mi albo...
- Oh, nie bądź tak zestresowana. Możemy spędzić tę noc gdzie tylko zechcesz.
nie obawiaj się, są na pewno oddzielne łóżka - dodał z ironią lecz ciepło.
Kobieta spojrzała na niego z uśmiechem, usłyszał tylko jej krótkie i łagodne
'Dobrze'. Miała tak ciepłe ogniki w oczach. Stanęła mu przed oczami scena
z Rotterdamu. Spodobało im się miasto. Przewędrowali plac miejski, pobłądzili
chwilę wąskimi uliczkami, mieli ochotę na kawę w ogródku kawiarni na rynku,
znudziło ich jednak oczekiwanie na marudnego kelnera. Potem zakupy, jakieś
drobiazgi, wysłane kartki i odnaleźli znów zaparkowany samochód. Siedzieli
chwile w milczeniu. Żadne z nich nie miało ochoty ani na rozmowę ani na
kontynuowanie podróży. Coś niewypowiedzianego wysiało w powietrzu. Czekali.
Kobieta westchnęła pod dotknięciem jego palców. Powiódł nimi od dłoni ku
jej ramionom, ku szyi. Poczuła ciarki. Wzdrygnęła się. Widział jak ogarniało
ją podniecenie. Czuł intuicyjnie, że buntuje się wewnętrznie. Wyobrażał
sobie bieg jej myśli. Ale widział też, że ciało jej było uległe, ciało
pragnęło tego delikatnego dotyku. Pochylił się ku jej ustom. Miękkie dotkniecie,
wilgotne...Byli oboje zauroczeni miękkością swoich warg. Nie padło ani
jedno słowo. Tak może lepiej. powrócił myślą do realności. Formalności
w recepcji hotelu. On po angielsku, ona wolała mówić po francusku. Zabrano
ich bagaże. Winda. Otworzył drzwi pokoju wpuszczając ją przed sobą. Dwa
łóżka...szerokie... Mignęło mu w przelocie wyobrażenie jej nagiej sylwetki.
I powróciło.
Gładkość nagiej skóry. Ręka zabłądziła pod cienki sweter. Miała
uroczo delikatne ciało , nie chude, czuć było miłą warstwę tkanki pod skórą.
Ręka podążała nieśmiało wyżej, po brzuchu, który nie był zupełnie płaski,
lecz odrobinę okrągło wystający, wyżej, ku piersiom...były okrągłe, delikatne,
o maleńkich sutkach, które twardniały pod dotykiem palców. Można było każdą
pierś zamknąć w dłoni, nie były duże ale kształtne. Zabłądził palcami w
zagłębieniu, jaki tworzyła jej skóra w okolicach brzucha, na skraju biodra.
dotyk palców podniecał ją, lecz i uspokajał, niczym masaż wprowadzał w
stan bierności i oczekiwania. Zamknął dłonią jej powieki. poczuła na nich
pocałunek, jedno oko...drugie. Przesunął opuszkami po jej wargach. Były
suche, drgnęły pod dotykiem pocałunku. Spojrzała w piwne oczy, które wpatrywały
się w nią uporczywie z odległości kilkunastu centymetrów. Zauroczył ją
cień długich ciemnych rzęs, ciemne głębokie oczy z adoracją spoglądające
na jej twarz. Nie śmiał powtórzyć pocałunku pod kontrolą jej spojrzenia,
chociaż było tak ciepłe, miękkie...Pragnęła go, pragnęła więcej niż jednego
pocałunku, pragnęła wszystkiego co mógł jej dać. Widział to. Uniosła lekko
głowę, chcą dotknąć znów jego warg. Pochylił się. Wilgotne dotknięcie.
Olśnienie. błądził ręką po jej ciele, odkrywał jego zaułki. dostrzegł jej
rękę wsuwającą się za jego koszulę. 'Pragniesz tego?'. Nie odpowiedziała,
skupiona na powolnym odpinaniu guzików jego koszuli. Ciarki przeszły go
po ciele. Mała zimne palce. Odsunął jej ręce. wstał. Zaczął się rozbierać,
spoglądając na leżącą na łóżku. Wyglądała krucho i bezradnie. 'Nie usypiaj'
- zażartował. Uśmiechnęła się. Czekała. 'chcesz, bym ja to zrobił?' - 'Yhmm'
Przymknęła oczy na 'tak'. Rozebrał ją, powoli , ucząc się jakby jej ciała
na pamięć. Przytuliła go do siebie. Przylgnęły blisko dwa ciała. Poczuł
lekkie jej drżenie, wsunął rękę pomiędzy uda. gładka skóra pozwoliła dłoni
wślizgnąć się do wewnątrz, rozsunął je, robiąc miejsce ciężarowi swego
ciała. Otworzyła się. wszedł w jej ciepło. Westchnienie ulgi. pierwsze
napięcie zelżało. towarzyszyła jego powolnym ruchom. nie pozwolił jej zamknąć
oczu. Szybciej. Jak podniecał go jej wilgotny wzrok. Czuł wzrastającą falę
ciepła. Zwolnił. I znów. Szybciej. Oddychała urwanie, zaczęła drżeć na
całym ciele....wewnątrz.... dostrzegł w jej wzroku napięcie ....rozkosz....omdlenie...Przyspieszył.
Mógł skończyć. Przykrył ją wyczerpany swoim ciałem. Oddychali oboje
nieregularnie. Leżeli blisko. Splecieni. Półśpiąco.
Standardowe umeblowanie pokoju nużyło wzrok. Ani jeden szczegół nie
zdawał się być oryginalny. Ciemnozielone zasłony, takiż dywan, jasnozielone
obicia foteli i obrus na stoliku. Chwilę błądziła wzrokiem wzdłuż konturów
ryciny wiszącej nad łóżkiem. scenka rodzajowa. Jakaś kopia. Nie znała pierwowzoru.
niezłe wykonanie. Przyćmione światło lampy oświetlało obraz połowicznie,
tak, że wywoływał skojarzenia z Vermeera sztuką światłocienia a jednocześnie
ze szkicami Rembrandta. Wyrwał ją z zamyślenia krótki ostry dźwięk telefonu.
Zabrzmiały dwa sygnały i ucichły. Haren podniósł głowę. 'To tylko wiadomość.
Podasz mi telefon? Leży obok ciebie na szafeczce.' Wychyliła się z łóżka,
sięgając po komórkę. Poczuła jak wykorzystując chwilę, powiódł w ślad za
nią ręką, gładząc piersi i brzuch. Roześmiała się podając telefon.
-Wiadomość od żony? - zażartowała, nie wiedząc, że wywołuje niebezpieczny
temat.
-Tak - zaniemówiła - Jest w ciąży. - ciągnął spokojnym głosem - Za
tydzień idzie do szpitala. Niedługo rozwiązanie. to nasze drugie dziecko...Milczenie.
Słychać było jedynie pykanie wyciskanych klawiszy telefonu. krótka rozmowa
w języku, którego nie rozumiała i druga po chwili, po angielsku. Potem
doszły ją słowa ' Pozwolisz, że sprawdzę pocztę...Okazuje się, że jest
tu możliwe połączenie z internetem.'
Wstał. Siadł przed ekranem swojego laptopa. Kobieta próbowała
usilnie zasnąć, lecz usłyszane przed chwilą słowa wciąż tkwiły ostro i
drażniąco w umyśle. Zacisnęła powieki. Wiedziała, że nazajutrz musiała
usłyszeć jakiekolwiek słowo wyjaśnienia. Ale nie dziś, nie chciała nic
wiedzieć dziś. Zasnęła. A jednak rozmowa miała miejsce jeszcze tej nocy...w
nocy...
Boże, ile dałbym, by nie widzieć tego jej wzroku zranionego zwierzątka.
- I'm sorry. Naprawdę myślę, że powinnaś o tym wiedzieć...I jeszcze...że
mi na tobie bardzo zależy. Nie wiem, co o tym sądzisz... - Ten jej przeraźliwie
smutny nierozumiejący wzrok. -Myślę...myślę, że cię kocham... - Nie odpowiadaj,
proszę, nie odpowiadaj. Nie chcę słyszeć twojego "Nie. Nie chcę. Nie rozumiem..."
Widzę, że nie rozumiesz...Wiem, że moje słowa brzmią trywialnie... - Trudno
jest mi wytłumaczyć, co czuję i ... wiem, co myślisz o mnie...o mojej niewierności,
może obłudzie...może egoizmie. Wiem... Ale wiem też że cię kocham. Przykro
mi, że mówiąc to czynię może zamęt w twojej głowie...
- Dosyć już...Dosyć, proszę. Nic nie mów. - To drżenie w jej głosie.
Czemu jej to powiedziałem? Nie odwracaj się, kochanie! ...Haren , bracie,
jesteś draniem. O God... Jest taka słodka, nie mogę jej stracić.
-Czy...Czy wyjdziesz za mnie?
-Słucham?? - no tak, wiedziałem...tylko spokojnie, Haren, spokojnie...
- Jestem muzułmaninem...
-Wiem.
-Mam prawo żenić się trzykrotnie...
-Ach tak? Nie licz na mnie... - jeden zero dla niej, dobrze...
-Zastanów się...wiem, że to trudne. Nie kochasz mnie?...Taaak. Nie
no, w porządku.. - Oh jakie ona ma oczy! Nie zniosę tego wzroku. - Mogę
cię przytulić? Chodź bliżej, proszę... - Oh, Haren...jakie poplątane jest
twoje życie. - Jutro będziemy z powrotem w Amsterdamie. Spędzimy noc w
jednym z hoteli na przedmieściach. Zgoda? Samochód musimy oddać pojutrze
rano...Samolot do Hannoveru mam po południu. Czemu tak drżysz? Spójrz na
mnie? Płaczesz? Nie.. Dobrze...Odprowadzisz mnie na lotnisko?
-Tak...
-Nie lubię pożegnań.
-Nikt nie lubi... - Znów to spojrzenie. - Masz spojrzenie, które sprawia,
że zaczynam przypominać sobie w pośpiechu wszystkie moje życiowe świństwa!
Ha ha! Kochanie ciebie to całkowite szaleństwo! Nie śmiej się, to prawda!
Czuję się jakbyś z niesmakiem spoglądała na moje serce...
-Nie. Haren, proszę! Wiesz, że to nieprawda!
-Okay, ale nie duś mnie! Ojej proszę, weź rękę z moich ust. Ty też
jesteś szalona, kobieto! Yhhmmm...chodź, muszę jeszcze raz...Ty też, uuuoow,
ty też masz ochotę, czyż nie? Wow, uwielbiam cię taką.
Samolot podchodził do lądowania. Hannover przywitał go chaotyczną
układanką kolorowych świateł na ciemnym tle nocy. Zastanawiał się
w którym hotelu znajdzie nocleg. W dodatku nie dane mu było zarezerwowanie
wcześniej miejsca. Nawet po taxi musiał dzwonić z automatu na lotnisku.
Wysiadła mu komórka. Nie chciał dociekać w czym rzecz. Złośliwość przedmiotów
martwych zapewne. Czy spotkanie blondynki o szarych oczach nie było złośliwością
losu? W istocie. Ah, nie myśleć o tym teraz.
-Do Sheratonu, proszę.
-tam już ciasno, pora późna. - rzucił taksówkarz.
-Tak pan mówi? sprawdzimy. Proszę na mnie zaczekać. - Po chwili - Dobrze.
Jedziemy do Holiday Inn.
Ouff! Nareszcie łóżko i TV. Great...Może mały prysznic? Uhh, szkoda,
że jej nie ma. God, czyżbym za nią tęsknił? Może...Nie mam apetytu, tylko
na sen...Jutro rano prezentacja, prawda...Dziewiąta rano.
-Pana bilet. Tak, w porządku, dziękuje. - Rany! jest tu jeszcze
więcej ludzi niż przed południem! Ha, ten brunecik...ho ho, to musi być
Carlos. Nieźle wygląda. Zawsze elegancki. Nic dziwnego, że kobiety na niego
lecą.
-Oh, witaj Haren, miło cię widzieć po tylu miesiącach! - nieźle się
maskuje, spryciarz.. Noo...coś nie tak, czyżby mi się tylko zdawało?
-Jak się masz Carlos? Co u ciebie? Gadaj stary!
-Interes kwitnie. Wiesz, inwestycje i odkrycia w dziedzinie informatyki
to wciąż opłacalna działalność.
-Nie zrywasz więc kontraktu ze mną? Świetnie. Ale słyszałem , że nie
porzuciłeś swej firmy inwestycyjno-budowlanej.
-Taak, wiesz, jednak jest rzecz rzeczywiście dla mnie. Rajcuje mnie
to. Zresztą ja już tylko pociągam za sznurki. Kontroluje. Wieżowce rosną.
Nowoczesna Lizbona rozwija się.
-Kto zajmuje się prezentacjami dla mnie?
-hmm, mam swoich ludzi. Na wystawy jeżdżę jednak sam. Lubię kontakt
z ludźmi. wiesz, dzięki temu ci, którzy zasięgają rady w sprawie inwestycji,
dla których wykonuję zamówienia, kupują u mnie sprzęt do biura.
-Ha ha, masz więc swego rodzaju monopol! A jak tam twoje oczko w głowie,
mała Natalia?
-Nathy? w porządku. Wiesz, chciałbym móc widywać ją częściej...
-Rozumiem...No, nie zapytam o ...
-Kobiety? - ha ha, Haren, no, może byłoby o czym pogadać, stary. Jest
taka dziwaczna historia...Eh, w życiu mi się coś takiego nie przydarzyło!
Umówmy się na piwo po dzisiejszej konferencji.
-I moim pokazie.
-Tak, Ósma? Okay, zadzwonię jeszcze.
Kobiety...W końcu to latynos. Potrzebuje kobiety...z temperamentem.
Ile to już czasu jak rozstał się ze swoją żoną? nie, nie pamiętam, będzie
ponad rok. To była miła kobieta. Nie pamiętam jej dobrze, cóż, nie znaliśmy
się w sumie. tylko ten śliczny uśmiech. Brunetka, śniada twarz. Piękna
kobieta. Cóż, bywa. Nawet nie znam dokładnie okoliczności ich rozstania.
co mnie to zresztą obchodzi? Ciekawym co robi moja mała blondyneczka? Znów
te oczy1 doprowadzają mnie do szału. Taka głęboka zielonoszarość. Na lotnisku
patrzyła na mnie tak, że byłem pewien, że usłyszę ' zostań, nie odchodź'.
Nie, nie oszukuj się, chciałeś usłyszeć, że cię kocha. ..A ona tylko '
Idź już'. Jej wzrok mówi zupełnie co innego niż usta. Aaa, to mrzonki.
Chciałbyś po prostu, by tak było.
-Dzień dobry.
-Ah, witam, witam. Jak leci? Wszystko w porządku? - Oh, nie zauważam
już nawet znajomych....To jakaś szalona historia. Po co mi to? Nie mogę
nic powiedzieć Satii. Barbara...ona sama okryje. Barbara. Tak. A może nie
będzie o czym mówić? Po prostu było, minęło. Wspólne cudowne zresztą, dwie
noce i tyle. Przygoda. Miłostka. Teraz Hannover. Potem New York City. Zapomnę.
musze zapomnieć. Shit! Przecież ona nawet nie jest w moim typie! No i do
tego katoliczka, tradycjonalistka, wierząca...To czyste wariactwo. Jak
mogłeś jej idioto proponować małżeństwo? Przejście na islam? Ona nigdy
na to się nie zgodzi. A ja nie zaakceptuję innego układu. Nie zgodzi się...nawet
jeśli mnie pokocha...jeśli mnie kocha...
-Oh, Haren, Haren! Tu jesteś! Szukam cię od południa po całym niemal
Hannoverze.
-Sorry, Barbara. nie dostałem już noclegu w Sheratonie. jestem w Holiday.
Przyjechałem późno wieczorem, a dziś od rana miałem prezentacje dla kompanii
naftowej z Arabii.
-Okay, okay, dobrze. Jadłeś lunch samotnie? Trzeba było przedzwonić
powtórnie. Odczytałam twoją wiadomość, lecz pod twoim numerem sygnał wciąż
zajęty.
-tak, wysiadł mi mobile phone. nie wiem, co jest. Lunch jadłem z Huckiem.
Był na mojej prezentacji.
-Ah tak...Hmm, chętnie go znów zobaczę. Jest z Marią?
-Tak. Jesteśmy w kontakcie. Mam dzwonić dziś wieczorem. Ah, wiesz,
widziałem Carlosa. oh, shit, zapomniałem, że umówiłem się z nim na piwo.
-Męskie pogaduchy? Ok, więc ja zadzwonię do Hucka. Wyciągnę go z Marią
na wspólną kolacje.
-Jesteś cudowna, Barbara. - Oczywiście, zawsze można na nią liczyć.
Ale to nie te oczy, które mnie prześladują...Czemu ty nie masz takich oczu,
Barbara? - co powiesz na filiżankę kawy?
-Z przyjemnością.
-Dwie expresso, proszę, i ..ciastko z kremem.
-To dla mnie, Haren? Hmm, dobrze, ale krem musi być cytrynowy i świeży.
-Oczywiście, m'dam.
-nie wiem, czy to niedyskretne pytanie..., Jak się ma twoja żona? Niedługo
rozwiązanie, czyż nie? Nie wracasz do Delhi?
-nie, na razie nie. wiesz dobrze, że muszę być za tydzień w NYC. Mam
spotkanie i jeszcze kilka spraw do załatwienia. Zdaje się, że Huck przyjeżdża
też.
-Hmm, z tego co wiem, jedzie tam właśnie korzystając z okazji, że ty
będziesz...Słyszałam od Marii.
-No właśnie...Barbara, proszę, nie mówmy o tym. Oh, zresztą....Satia
miewa się dobrze. Jest wciąż pod opieką mojej rodziny. Cóż ja mogę pomóc?
Eh, doprawdy. Daj spokój, nie zaczynajmy po raz kolejny rozmowy o różnicach
kultur i mentalności ...Są i są po to, by je przełamywać, ale nie ja..
nie zawsze potrafię.
-Być może. Okay, ja nie zamierzam mieszać się do twego życia prywatnego.
Przepraszam.
-To ja przepraszam, Barbara. - pocałował ją. - Jesteś taka dobra dla
mnie. - uśmiechnęła się.
-Daj mi znać, gdy się maleństwo urodzi. ciekawam co to będzie...może
chłopiec?
-Mam nadzieję. - błysnął zębami w uśmiechu.
Oh, tak - zamyślił się - jednocześnie zleciały się różne myśli. cisnęły
się przed oczy różnorakie obrazy. Wspomnienie dawno nie widzianej żony.
Kochał ją ogromnie, a jednak.. wiedział, że tęskni w tej chwili bardziej
za młodą Polką, spotkaną w Amsterdamie. Przypomniała sobie jej słowa. Ona
pytała o to samo, z tą samą barwą obawy w głosie, co Barbara...o jego żonę,
o jej ciążę... Solidarność kobieca! - żachnął się w myślach - Odpowiedział
jej to samo, że powiadomi ją o tym co się narodzi...syn...czy córka. Odpowie
na list, który dostanie i dziś pewnie...Pisała dużo, lubiła pisać. nie
skarżyła się, że odpowiadał oszczędnie. Jakże miał ochotę znów ją zobaczyć!
Może przyjechałaby do Hannoveru...Szalona myśl, lecz może...
Szalona lecz realna, jak się okazało. Klika dni później, słynna
wystawa hanowerska zakończona, Barbara nieco obrażona, w drodze do Stanów,
oni zaś dwoje siedzieli w tej samej kafejce, w której wcześniej popijał
kawę z Barbarą. On expresso, ona dużą kawę ze śmietanką. Było im dobrze
razem, mimo upartego poczucia upływu czasu, którego było wciąż mało. Za
mało. Włóczyli się po mieście. Zimno przenikało ich ciała. Szli przytuleni
do siebie.
W hotelu Haren zastał wiadomość. Spojrzała na niego pytająco.
-Wiadomość od mojej matki. Żona urodziła chłopca.
-Wspaniale - rzuciła bez uśmiechu.
-Spójrz na mnie. Czy mogę ci zadać jedno pytanie?
-Yhmm.
-Czy...pojedziesz ze mną do New Yorku?
Żebyś zrobił mi dziecko i wyjechał do Barbary , gdy ja byłabym w ciąży
i samotna aż do rozwiązania? pomyślała ironicznie. Nie odpowiedziała
jednak nic. Ostatecznie to New York...
|