Jaki niemiłosiernie płaski zdawał się być ten kraj! Znudzone oko nie
było zdolne wychwycić większych zmian topografii terenu. Pola pola. Sama
zieloność. Jakieś mizerne drzewko co kilkanaście kilometrów. Jedyne ożywienie
wprowadzały kolorystyczne agresywne efekty czerwonych gwiazd Texaco, żółtych
muszel Shella.
Twarz kobiety o uroczym, łagodnym, nieco dziecinnym profilu pochyliła
się znów ku leżącej na jej kolanach książce. Po chwili była już w pełni
pogrążona w lekturze. Z uwagą śledziła drobne linijki angielskiego tekstu,
lecz wolno, wolno przekręcała kolejne strony. Jej wzrok równie wolno przeskakiwał
na kolejne otwierane stronice, i po przeczytaniu każdej niepewnie wracał
ku jej początkowi. Następna strona...kilka pierwszych słów i milczące zdziwienie.
Cofała ją. Krótki szelest kartki. Kilkanaście sekund, rzut oka na ostatnią
linię. Tak. Sens jest ten właśnie. Tak upewniała samą siebie i cierpliwie
powracała do zaczętej przed chwilą strony.
Z każdą kolejną szpaltą tekstu inny nowy świat odkrywał przed
nią swoją niecodzienność. Miejski świat. Cywilizacja nowojorska. Pociągały
ją losy młodego Rufusa, murzyńskiego saksofonisty. Jej myśli kontrapunktowo
biegły śladami losów tej postaci towarzysząc jednocześnie podświadomie
osobie Cheta Bakera.
My funny valentine... słyszała zdaje się. To niewątpliwie musiał
być ten chrapliwy niski głos, to musiał być taki właśnie głęboki ton saksofonu.
Taki jedynie poruszał ją do głębi. New York. Już tęskniła za Nowym Jorkiem.
Nie wiedziała jeszcze, że tęsknić miała wkrótce jeszcze dotkliwiej.
Pociąg gwałtownie zahamował. Kobieta podniosła zdziwiony wzrok
znad książki. Za oknem wagonu pojawiły się już pierwsze zabudowania. Przedmieścia
Utrechtu. Za pół godziny Amsterdam! Odłożyła na bok książkę, zaczynając
z niecierpliwością wpatrywać się nieciekawy pejzaż urbanistyczny przedmieść.
Odwróciła rozczarowana głowę. Rzuciła krótkie spojrzenie ku osobom siedzącym
wraz z nią w wagonie. Miejsce obok niej pozostało wolne. Po przekątnej
jej wzrok napotykał nieobecne oczy młodego wysokiego blondyna, niezaprzeczalnie
przedstawiciela holenderskiej nacji. Podobnie jak ona przed chwilą, pogrążony
był w lekturze. Holenderskie czasopismo komputerowe, co zdążyła dostrzec
wpatrując się w kolorową okładkę magazynu. Obok niego zapadła się bezradnie
w fotel zasuszona staruszka, która podejrzliwy wzrok zawiesiła na twarzach
pary młodych ludzi na prawo od niej, po drugiej stronie wagonu. W istocie,
tych dwoje niezwykle głośno komentowało po angielsku widziany zapewne ostatnio
nowy film Woody Allena. New York. przemknęło przez głowę młodej blondynce.
O jakim filmie mówili, nie zdołała dosłyszeć. Wodziła wzrokiem po ich twarzach.
Przyciągały i hipnotyzowały ją duże, wydatne, ostro umalowane wargi
Amerykanki. Widocznie ciemne włosy były chaotycznie poprzeplatane srebrnym
blond balejażem, całość szokująco współgrała jednak z bladawą karnacją,
pokrytą skrupulatnie grubym jasnym podkładem i smużkami różu na kościach
policzkowych. Przy każdej wypowiadanej frazie kobieta potrząsała energicznie
głową, chcąc jakby podkreślić istotę wypowiadanych słów. Miłym akcentem
w jej twarzy były żywe, piwne oczy, pozbawione niemalże makijażu. Nie był
on potrzebny wobec ich naturalnie ciemnej oprawy, długich rzęs i ładnie
wygiętych łuków brwi. Siedzący obok niej mężczyzna ograniczał się właściwie
do wtrącania półsłówek wyrażających akceptację dla monologu towarzyszki,
bo też ona zaborczo pozwalała jedynie na owe krótkie uwagi. Mężczyzna zdawał
się być przyzwyczajony do zachowania partnerki. Przenosił co chwila wzrok
na jej usta, doznając zapewne podobnego wrażenia hipnozy jak młoda blondynka
obserwująca tę parę poprzez wąską przestrzeń między fotelami. W wagonie
panowała atmosfera ciszy i znudzenia. Ponad nią wznosił się jedynie szczebioczący
głos zafascynowanej Allenem Amerykanki i oszczędne basowe uwagi jej małomównego
partnera.
Amsterdam. Z okna wagonu pociągu wspinającego się na wiadukt
z łatwością ogarnąć można było wzrokiem sieć kanałów. Urocze kamienice
kuliły się na ich brzegach. Dworzec Amsterdamu prezentował się wytwornie.
Imponujące ozdobne mury zdawały się być początkiem i zbiegiem ulic
wżynających się w pajęczynę kanałów. Peron. Nareszcie można pozbyć się
uczucia klaustrofobii. Świeże powietrze. Przestrzeń. Jak okiem sięgnąć
na wprost dworca ciągnęła się ulica Damrak. Młoda blondynka
z niewielkim plecakiem powiodła niezdecydowanym wzrokiem wzdłuż linii rozpościerającego
się przed nią postrzępionego horyzontu kamienic. Potrącali ją wychodzący
z dworca, zasłonił na chwilę widoczność kolorowy tramwaj. Ruszyła na wprost
siebie, przekraczając pierwszy z kanałów, otoczyli ją opatuleni w szaliki
rowerzyści, tłumnie oczekujący na zielone światło. 'Gdzie jest to przeklęte
schronisko' szeptała nad otworzonym przewodnikiem. Skierowała się na prawo
od dworca. Była pewna, że zadowolą ja jakiekolwiek spokojne pielesze z
dala jednak od dzielnicy czerwonych świateł. Poczuła dotknięcie kropli
wody na twarzy. Zaczynało padać.
Deszcz. Boże, mam jedynie ochotę położyć się i zasnąć. Spać! Typ
z samolotu...Ciekawy człowiek. Jego wynalazek to jest rzecz warta inwestycji.
Przemyślę to. Zaraz, czy ja w ogóle mam jego telefon? Tak, chyba
tak. Spać. God, gdzie jest to przeklęte schronisko? Dzielnica czerwonych
świateł. Dobra. Tu będzie taniej.
- Dzień dobry. Na jedną noc. - Jesus, jaka ta kobieta jest brzydka!
-Proszę wypełnić ten formularz.
- Dwadzieścia guldenów? Okay. Mogę zostawić tu swoje rzeczy?
-Tak, oczywiście, oto klucz do schowka.
-Orientuje się pani może gdzie znajdę najbliższą kawiarnię internetową?
- nie wygląda na taką, która wie, cóż...
-Hmm...Myślę, że mój kolega będzie wiedział - uśmiech ma miły, wprowadziłem
ją w zakłopotanie, biedaczka. Ha ha... - Henk! przyjdź tu na moment! -
God, doprawdy wszyscy Holendrzy to dryblasi, Ten musi mieć ze dwa metry!
-Och, to zupełnie blisko. Przejdź tą szeroką aleją w stronę dworca.
Znajdziesz na tej ulicy co najmniej pięć cyber caffees...
-Okay man, dzięki, spróbuję znaleźć. - Ojooo! Mam dziwaczne wrażenie,
że ktoś mnie obserwuje. To pewnie ta blondaska, którą niechcący prawie
przewróciłem wychodząc z pociągu. Hmm, niebrzydka...w sumie taka sobie,
nie mój typ. Aha, właśnie, jest tam. Udaje, że przegląda prasę. Zabawna!
Jesus, te bezczelne naiwne oczy są rozbrajające. Uciekaj póki czas, Haren!
Woow!
'Fucking dutch stupid folks' założę, się, że tak właśnie pomyślał sobie
w duchu. Bo i prawda. Mógł blondas Holender podać więcej szczegółów
lub od razu stwierdzić 'Radź sobie sam, facet, nie wiem'. Idąc tu widziałam
trzy net-kawiarnie, ale wcale nie na tym zatłumionym skomercjalizowanym
deptaku. Biedak...eee tam, głupia jesteś, poradzi sobie...wygląda na takiego,
który sobie poradzi.
-Proszę! Słucham panią! - kobieto, nie wrzeszcz, nie można się zamyślić?
-Ile kosztuje noc?
-20 guldenów.
-Są jedynki?
-Mamy już tylko miejsca w pokojach ośmioosobowych.
-Z łazienką na zewnątrz?
-Tak.
-Hmm - może lepiej zajrzeć do schroniska z ulotki? Roznosiciel wyglądał
sympatycznie a info na ulotce wiarygodne... - Dziękuję na razie. Do widzenia.
-Do widzenia.
Brunet średniego wzrostu, obarczony dwoma wielkimi torbami, skierował
się ku schodom prowadzącym ku pokojom. Wiedział, że blondynka przy ladzie
czekająca na swoją kolei, odprowadziła go wzrokiem w zamyśleniu. Usłyszał
jeszcze krótkie słowa zniecierpliwionej Holenderki z recepcji. Przystanął
na półpiętrze. Niezauważony spoglądał z góry uważnie wpatrując się w delikatne
rysy młodej kobiety. Wyglądała na zakłopotaną i roztargnioną, tak niemal,
jakby instynktownie wyczuwała, że jest obserwowana. Uwagę przyciągały oczy,
jasne, na pewno jasne, może zielone, może zielono-szare. Nie zdążył im
się dokładnie przyjrzeć z bliska, teraz odległość mu na to nie pozwalała
i spojrzenie spoza drobnych drucianych okularów nie mogło być sokolim.
Urocza pomyślał, Taka bardzo urocza kobietka. Wrażenie łagodności mogło
być złudne, ale takie właśnie sygnały wysyłało całe jej ciało, jej rysy,
mimika jej twarzy, jej gesty. Urocza ,lecz nerwowa. uśmiechnął się ironicznie
dostrzegając niezgrabny ruch kobiety, strącającej stertę gazet z niskiego
stolika, w momencie zakładania plecaka. Hmm, szkoda, że nie zostaje. That
hows the life... odwrócił się i ruszył w górę schodów z bagażami. Za
kilka minut musiał wyjść. Oh, shit! zaklął pod nosem. Barbara musiała
już na niego czekać w kafejce dworcowej. Późno, późno. Wszystko przez tę
blondynkę. Facet! Jak możesz tak tracić głowę? Wybiegł ze schroniska.
Na zatłumionym deptaku pod hotelem Krasnopolski próbował przez pięć minut
ułowić jakąś taxi. Jesus! Jest ich zwykle kilkunastu przed wejściem, a
gdy człowiek potrzebuje, nie ma! wściekał się bezradnie.
Na spotkanie z Barbara zjawił się kilkanaście minut spóźniony.
Wiedział, że tego nie znosiła. Zrobił więc na przywitanie minę przymilającego
się kota. Wiedział, że ma rozbrajający uśmiech, wiedział, że Barbara nie
będzie potrafiła się mu oprzeć. A jednak nastawił się psychicznie na mężne
przetrzymanie potoku niemiłych słów i uzbroił w cierpliwość. Nie ominą
go kilkuminutowe wywody o tym, co zrobiła, jak i kiedy, oraz ile czasu,
który wykorzystać mogła inaczej, straciła czekając na niego.
-Witaj, honey, kupiłaś bilet bez problemu?
-Tak, właściwie tak. Kolejka była ogromna, ale wszystko poszło gładko.
Kupiłam też już bilet do New Yorku. Wiesz, okazuje się, Nowy Jork nie jest
wcale aż tak często odwiedzanym miejscem. uśmiechnęła się dziwnie nigdy
się nad tym nie zastanawiałam, choć mieszkam tam od dawna. zdziwił go
jej spokój. Ani słowa wymówki...Nie miał ochoty dłużej się nad tym zastanawiać
O której masz samolot, kochanie?
-O piątej.
-Okay. Odprowadzę cię. Gdzie masz ochotę zjeść lunch? Shit! jest już
druga!
-Właśnie, zjedzmy tu niedaleko. Widziałam sympatyczną restaurację na
prawo od wejścia do dworca.
-Burger King? spojrzał na nią z kpiącymi ognikami w oczach. Wiedział,
że sprowokuje jej natychmiastowy protest.
-Oczywiście, że nie! Nie drażnij mnie teraz, proszę. Zjedzmy małą pizzę
w tej sympatycznej piccola restauracji. To tuż obok. A propos Burgera,
wiesz dobrze jak nie znoszę hamburgerów! Budzi się w tobie zbuntowana
przeciw prostactwu kulinarnemu Amerykanka. pomyślał ironicznie, spoglądając
spod długich rzęs na twarz swojej towarzyszki. Ile ona ma właściwie lat?
Jest około dziesięć lat starsza...Nigdy nie udało mi się wydobyć z niej
tej informacji.
Zajęli stolik w głębi sali. Z dala od tłumu.
-Co dla Państwa?
-Pizza neapolitana?
-Zamów na co masz ochotę, tylko pamiętaj o mojej zasadzie...
-Ani źdźbła mięsiwa, czy tak?
-Hmm....
-Tak, poproszę więc neapolitanę na pół z wegetariańską. Do tego sok
pomidorowy i...
-Colę.
-za piętnaście minut podamy pizzę, napoje za chwilę.
-Jesteś urocza, Barbara uśmiechnął się, biorąc jej dłoń. Nie drgnęła,
wpatrując się wciąż nieruchomo w stronę wyjścia i nadciągającego tłumu
zgłodniałych. Ogarnął jeszcze raz wzrokiem jej bladą twarz pokrytą różem
wzdłuż kości policzkowych. Podkład niepoprawiony najwyraźniej po podróży,
zdradzał ślady zmęczenia na twarzy. Maleńka siateczka zmarszczek w kącikach
oczu i ust. Ma piękną jeszcze skórę. Gładką.
-Co się dzieje, Barbara? dotknął jej policzka.
-Nie wiem, nie mam nastroju.
-Zbliżają się twoje trudne dni? zażartował, robiąc aluzję do widzianego
niedawno po raz kolejny starutkiego już filmu Woody Allena Annie Hall.
Dlaczego właściwie tak ich podnieciła dyskusja o nim w trakcie podróży
pociągiem z Utrechtu? Zdaje się, że cały przedział miał darmowy show kabaretowy
słuchając monologu Barbara i jego własnych komentarzy Parsknął śmiechem
na tę myśl. Spojrzała zdziwiona.
-Ach nic, przypomniałem sobie naszą dyskusję w pociągu. Oh, lubię ten
film. Jesteś taka podobna do Annie, a może właściwie do Dian samej?
-A ty zupełnie odmienny od Allena rzuciła.
-Wiem. Jestem w końcu przystojnym brunetem, o pociągającej azjatyckiej
urodzie, a spojrzeniem moich piwnych oczu uwiodę każdą kobietę. wypalił
sztucznie kpiącym tonem.
-Och, Haren, honey, jesteś słodki. Nie kpij, nie do twarzy ci z tym.
-Czemu ty nie jesteś słodka? Posłuchaj, spotkamy się za tydzień w Hannoverze.
Potrzebuję tylko kilka dni, by załatwić ostatecznie wizę do stanów.
-Wiem kiwnęła głową, wciąż nieobecnie wpatrując się w przeciwległy
kąt sali. Podano pizzę. Hmm. Oboje wciągnęli apetyczną woń sosu i ciasta.
-Haren spojrzała mu w oczy Barbara. Zatrzymał w pół drogi do ust
widelec z kawałkiem pizzy.
-Pamiętasz blondyneczkę z pociągu?
-Hmm, no nie zupełnie skłamał ktoś nam się brutalnie przyglądał
to fakt, tak, to ta zasuszona staruszka.
-Nie nie, mówię o młodej, przy-stoj-nej rozszczepiła sylaby kładąc
nacisk na każdej blondynce. Przyglądała się nam, a ty jej. Przy wyjściu
z wagonu, pamiętasz?
-Może...No i?
-To nie twój typ.
-No właśnie. W czym problem, Barbara? O co ci chodzi? Znasz mnie.
-Przepraszam...Jakoś nie mogę przyzwyczaić się do myśli o wyjeździe.
-Ależ kochanie, to tylko tydzień! Wcześniej nie widzieliśmy się całe
miesiące.
-Tak zawiesiła głos No tak...Po prostu dziwnie mi, dziwnie nieswojo,
jakby coś miało się wydarzyć. Zmieńmy temat.
Zmieńmy temat. Tak, masz rację. Shit, jak ta kobieta dobrze mnie
zna. Coś przeczuwa? Blondynka namieszała. Kobiety nieraz instynktownie
wyczuwają zagrożenie...samotnością? porzuceniem? God, co za pokrętny system
myślenia! Życie jest dużo prostsze w rzeczywistości. Hmm, Barbara ma usta,
które mnie hipnotyzują. Kobieto, gdybyś wiedziała jak mnie podniecasz,
zapomniałabyś o uroku wszystkich blondynek świata!
-Daj mi się dotknąć. Ouu, jesteś ciepła...
-Haren, proszę.
-Masz cudowne uda.
-Haren, widzą nas.
-Nie nie, nikt na nas nie zwraca uwagi. Ciii...Kocham cię, słyszysz?
Pragnę cię.
-Ja też cię pragnę.
-Zdążymy do hotelu?
-Nie, Haren, mam o piątej samolot do Paryża! Jesteś szalony. Jesteś
kochany.
-Dobrze, nie chcesz, więc dopiero za tydzień. Hannover. Chodź, idziemy.
Zapłaciłem już.
-Tak, pociąg będzie niezadługo.
Jesus, co za dziki tłum na tej stacji. Uważaj! Kurcze, Barbara,
uważaj! Ja wezmę torby. Która godzina? Oj, mamy mnóstwo czasu. Nie lubię
tego miasta. Jest takie nudne, stare. Jednakowy ciąg kamienic, podobne
do siebie sploty kanałów...Dopiero poza centrum można odrobinę odetchnąć
wielkim miastem. New York. Jest obskurny, brudny, ale to jednak cywilizacja,
nowoczesność, ruch. Światła nocą. Boże, nie ma nic piękniejszego od widoku
migających, rozmywających się za szybą samochodu neonów. Noc w mieście
i światła reklam. Człowiek przynajmniej czuje się bezpiecznie i brzydoty
starych drapaczy nie dostrzega. Hannover...Taak, wolę Hannover od Amsterdamu.
-Barbara, kiedy rozpoczyna się dokładnie wystawa?
-Mówiłam ci już dziesiątki razy! Jak możesz być tak rozsądny i zorganizowany,
a jednocześnie tak zapominalski!?
-Barbara, bądź miła, proszę.
-Ależ ja jestem miła. Ouff, impreza zaczyna się w sobotę, n-tego marca.
-Tak...zapamiętam teraz. Pomyśl tylko jak dawno nie widzieliśmy się
z Carlosem. Nie masz z nim kontaktu?
-Oh, już od dwu miesięcy czekam na odpowiedź na mój list. Znasz Carlosa
zresztą. Potrzebuje czasu...
-Hmm, no nie śmiej się. Ha ha! Wiem, jesteśmy do siebie podobni pod
tym względem. Ajaj! Nie znoszę tego jej wzroku...- Nie patrz tak na mnie.
-Nie no, masz zupełną rację.
-A Maria? taaak, Maria, kobietka zupełnie niczego sobie. Słowiańskie
oczy...słowiańskie oczy? No tak, zupełnie takie jak tej małej blondyneczki.
-Maria...Wciąż mam z nią niezły kontakt Wyobraź sobie, że nie zrezygnowała
w pracy w szpitalu! Ha ha, praca charytatywna dla ukojenia sumienia.
-Jeśli daje jej to satysfakcję...Lecz dla nas wciąż pracuje solidnie,
z tego co wiem. Jednak profesjonalnie zdecydowanie wolę polegać na wiedzy
i doświadczeniu Hucka. Tak, uważam go za naszego najlepszego przedstawiciela
w Holandii.
-Zgadzam się. To przykre, że rozwodzi się z Anną!
-Tak. Byli ze sobą tak długo... co zresztą o niczym nie świadczy.
Zawsze dziwiłem się, jak on z nią wytrzymywał. Cholerny charakterek. Nie,
właściwie to już o tym słyszałem, gdzieś ktoś przebąkiwał...Czy to nie
Maria rozsiewała te ploteczki? Maria, nie zdziwię się jeśli rozwiódł się
dla niej. Też się ślinię na jej widok. Wow! Maria. Blondynka była jednak
znacznie bardzie urocza. Chociaż fizycznie...
-Haren! Jesus, ale się zamyśliłeś! Zapowiadają mój samolot. Muszę iść,
kochanie. spotkamy się za tydzień. Zadzwoń.
Chodź. Pocałuj mnie. ...Masz cudowne usta, Barbara.
-Tak?
Po prostu jak kamień w wodę! Znikła mi mała blondyneczka, zapadła się
pod ziemię, utopiła w którymś z kanałów. A wielką miałbyś ochotę ją teraz
spotkać, czyż nie, Haren? Przyznaj się...masz ochotę zwyczajnie ją przelecieć...Nieee...dziwaczne,
ta kobieta nie jest w moim guście, a i ona nie zwróci na mnie uwagi, wiem.
a jednak myśl o niej podnieca mnie, cholernie mnie podnieca. Oh, Haren.
No tak, jest już po szóstej. Straciłem zupełnie apetyt. Łóżko. Zaczynam
mieć wizje na jawie. Łóżkooo! Dwie doby bezsenności i snu bylejakiego,
padam z nóg. Mogliśmy zostać dłużej u Hucka...No tak, i gdybym się przespał
w samolocie byłoby inaczej. Osiem, dziewięć, naście godzin. Indie Utrecht,
Utrecht-Amsterdam... Nie wolno mi zapomnieć o Marku. Tak, miał na
imię Mark, Niemiec z samolotu. Jutro zadzwonię. A dziś tylko spać...
-Dobry wieczór
-Dobry wieczór, proszę wejść wejściem zewnętrznym, dobrze?
-Tak - Cholera, gdzie ja posiałem mój klucz? Jest. Moje łóżko. Nareszcie.
Barbara...musi być już w Paryżu. Biedna Barbara.
Eight days later, Eric was in New York, with Yvess last words still
ringing in his ears, and his touch and his smell all over his body. And
Yvess eyes, like the searchlight of the Eiffel Tower or the seep of a
lighthouse light, lit up, at intervals, the grave darkness around him and
afforded him, in the black distance, his only frame of reference and his
only means of navigation.
Ciekawe dlaczego taki właśnie tytuł, Another country zastanawiała
się. Czy Francja reprezentowała inny kraj dla nowojorczyka jakim był Eric,
czy też może to US pociągały swą obcością Yvesa. Zderzenie kultur już
w jednym kraju, oto obcość. Homoseksualizm...Rasizm...równa się to wszystko
brakowi akceptacji...inne światy, inne rejony psychiki, inne kraje...A
może szanowny pan autor chciał powiedzieć drogim czytelnikom coś zupełnie
innego zakpiła z siebie samej. Siedziała przy stoliku w niewielkiej,
nieszczególnie przytulnej kawiarni. Skusiła ją reklama na szyldzie powyżej
wejścia Pieczywo francuskie!. Oh, jak dawno nie jadła już prawdziwych
francuskich croissants, jak dawno nie smakowała le pain au chocolat. Nie
była specjalnie głodna, łakomie ogarnąwszy jednak wzrokiem delicje za szybą,
zdecydowała się jeszcze na trzecie ciastko, malutką bułeczkę z drobnymi
kruszynkami cukru na gładkiej lukrowanej powierzchni. Uhhmm, rozkosz! Napłynęły
wspomnienia z Francji. Gorące południe, noisette, czyli gorzka i mocna,
przełamana kroplą mleka mała czarna w Café Carré z widokiem na rzymską
świątynię nimijską, expresso na balkonie Carré dArt z rozległą perspektywą
na dachy przytulających się jedna do drugiej kamienic miasta...Paryż, zaułki
i tarasiki Montmartre, salade w południe, salade mixte wieczorem...czasem
nie było ją nawet stać na nic więcej. I znów expresso, twarze przyjaciół,
aromat kawy, rozgardiasz i upał miejski, lato, natrętność różnej maści
typów sprzedających pocztówki, wiecznie śpiących i niedomytych SDFów dryfujących
bez celu po mieście, artystów za grosik i tych za kilka tysięcy franków
gotowych zmajstrować portret w oka mgnieniu. Lecz Amsterdam również ma
swój urok. Szkoda, że pora nie ta. Późna zima. Śniegu ani odrobiny, tym
lepiej, lecz deszcz siąpi i niebo wciąż ponuro zasłonięte chmurami. Poczuła
na sobie czyjś wzrok. Odwróciła głowę. Jakiś mężczyzna...Przyzwyczaiła
się, że jej uroda, blond włosy, delikatne rysy krągłej twarzy przyciągały
wzrok tubylców. Różniła się od Holenderek. Wyczuwano, być może, jej słowiańskie
pochodzenie, które musiało być dla amsterdamczyków i dla całej zachodniej
Europy czystą egzotyką. Czyż nie tak zjawiskowo traktowano jej osobę gdziekolwiek
we Francji? Zawiesiła wzrok na konturze sylwetki kobiety siedzącej przed
nią. O tak, niewątpliwie jest Holenderką. Na pierwszy rzut oka przystojna.
Wysoka, dość szczupła, lecz nogi niekształtne, a w całej sylwetce drzemie
wrażenie niezgodności, nieporadności. Holenderki nie potrafią się zazwyczaj
harmonijnie poruszać, zupełnie jakby doznawały uczucia amorfii własnego
ciała. Ha ha! rozbawiła ją ta metafora. No i, co tu ukrywać, jeśli
spojrzeć odrobinę bardziej wulgarnym okiem, mężczyzny na ten przykład,
trudno nie dostrzec, że ich szanowne siedzenie jest zawsze odrobinę za
duże i zbyt wystające w stosunku do całości. Oj, oj! moja droga! skarciła
samą siebie. Cięte masz...oko. Fakt, że Słowianki mają opinię pięknych.
A przecież o ileż piękniejsze są kobiety o ciemnej karnacji, ciemnej oprawie
piwnych oczu, ogniste brunetki. Fascynacja okrągłą niby księżyca w pełni
twarzą i łagodnością, czytaj nudą, delikatnych rysów była dla niej nie
do pojęcia.
Opuściła znów wzrok ku książce. Godzina była jeszcze wczesna,
popołudniowa. Nie miała ochoty zmieniać swej wygodnej miejscówki na wprost
okna po to tylko, by udać się na poszukiwanie jakiejś taniej restauracji
i aby wrzucić coś na ząb. Poranne wędrówki po krętych korytarzach i obszernych
zatłoczonych jednak salach Rijksmuseum odebrały jej apetyt na lunch. Była
po prostu bardzo zmęczona. Rogaliki francuskie wyrysowane na witrynie kawiarnio-piekarni,
którą odnalazła na głównym zadeptanym deptaku Amsterdamu zdawały się być
jej zbawieniem. Nie ma to jak lekki jedynie ucisk w żołądku... Jej stałą
już maksymą było stwierdzenie, że jedzenie jest meczącym zajęciem. Po
co się męczyć? Wystarczyły więc rogaliki i bułka z czekoladą. Powróciła
myślą do oglądanych rano obrazów. Przedefilowały w myśli szczątki wizualne,
kawałki pejzaży, jakieś postaci z konturem wyjęte z całości, jakieś zapamiętane
gesty i zaskakujące układy kompozycyjne. Nigdy nie pozostawało jej wiele
w pamięci. Tylko osobisty, wykreowany w ciągu kilku godzin zwiedzana
amorficzny collage, który czasem tylko potrafiła doprowadzić do stanu ciągłości
i chronologii migawek filmowych z porwanej taśmy. Zapamiętała Rembrandta,
zapamiętała Vermeera...bo niepowtarzalni.
Oh, czas było się podnieść i ruszyć do schroniska, może przespać z
godzinkę? Może porozmawiać z ludźmi, którzy zdarzyło się, spali tego
dnia w tym samym co ona pokoju?
Zajrzała na chwilę do recepcji. Liczyła, że zastanie Polkę, która
poprzedniego dnia najnieoczekiwaniej w świecie poznała. Niestety, pracowała
rano, teraz trwał jedynie na stanowisku staruszek, obojętny na jakikolwiek
język poza jego rodzimym holenderskim. Nie sposób było uzyskać jakąkolwiek
wiarygodną wiadomość. Kobieta poznana w recepcji. Polka, jak się
okazało, która wykryła jej własne pochodzenie po dwu zdaniach wypowiedzianych
po angielsku. Czyżby akcent ją zdradził? wiedziała doskonale jak okropny
musiał być i jej akcent i wymowa angielska. Wstydziła się tego, ale z upartością
osiołka ponawiała próby nauczenia się poprawnego angielskiego. Ostatnio
jednak poprzestała na kontaktach z obcokrajowcami, nie zależało jej już
na correct prononciation. Cóż ważniejszego ponad zrozumienie wzajemne?
Ostatecznie nikt z jej znajomych się na wieloznaczności wypowiedzi nie
skarżył uśmiechnęła się pod nosem. Weszła do pokoju. Nie było nikogo.
Westchnęła z ulgą. Oznaczało to przecież spokojną w ciszy krótką drzemkę
popołudniową. Wkrótce musiała się jednak z myślą o ciszy pożegnać. Pojawił
się tłumek Amerykanek. Miłe, sympatyczne, młode buzie. Było ich tylko trzy
lecz harmider robiły za dziesięć. No tak, tłumek. Wdrapała się mimo wszystko
na leżankę na piętro łóżka metalowego, wymieniwszy kilka obojętnych uwag
z dziewczętami, przytuliła głowę do poduszki. Nie...może raczej książka?
nic nie wyjdzie z drzemki. Ten hałas... Właśnie książka ja jednak po kilkunastu
minutach wprowadziła w błogostan snu.
Obudziła się pod wieczór. W pokoju nie było już nikogo poza małą krętowłosą
i rudą nastolatką z Argentyny, która cały swój stragan ubraniowy rozłożyła
u podnóża jej właśnie łóżka, tarasując mniej więcej jedną trzecią pokoju.
Zwlokła się z łóżka. Jakieś plany miała na wieczór, zupełnie ich teraz
jednak nie pamiętała...Ah! no tak, Alto café...kawiarnia jazzowa. Poszukiwania
przed nią. Nie miała pojęcia przecież gdzie mieściła się ulica ..........
Oh, jak cudownie będzie posłuchać jazzu na żywo! Zapewne nie trafi się
żaden ulubiony jej standard.. Ha ha, wszak będzie to zapewne jazz nowoczesny
i wolnoimprowizowany ..ale może. Może Chet Baker. Ogromną miała ochotę
na my funny valentine. Walentynki. posmutniała jak coś tak smutnego
mogło jej się było przydarzyć w dzień przed walentynkami. nie, nie chciała
o tym myśleć. Odsunęła od siebie wspomnienie pecha przedwalentynkowego
i łez bezradności wobec losu.
Niebo wciąż kropiło oszczędnie deszczem. Już drugi dzień, bez przerwy...Ładnie
mnie gości Amsterdam! Gdzie podziewa się słońce w tym przeklętym kraju?
Miasto traci połowę uroku a zdjęć lepiej w ogóle nie próbować robić. Szkoda
kliszy, chyba że kto może z szybkim refleksem bawiąc się z nim w ciuciubabkę
ułowi w końcu figlarne słońce. O rany, cóż za smog w tej kafei, dym taki,
że osoby w głębi zdają się siedzieć za szaroburą zasłoną , jakby z tiulu!
Ojej, cała będę przesiąknięta zapachem tytoniu...No, ale sprzęt mają niezły.
-Na piętnaście minut poproszę i małą kawę.
-Pani imię? Hmm.. Dziękuję. Proszę usiąść przy barze, nie ma już miejsc
przy stolikach. Zawołam panią po imieniu, gdy zwolni się miejsce przy pececie.
-Sprytny system. Okay, moja kawa. Oooh, uwielbiam ten aromat. Kurczę,
znowu się jakiś obcy na mnie wyślepia. Alien, on naprawdę jest obcy. Uroda,
powiedziałabym azjatycka. Niee, nic ciekawego zresztą. Przystojny niby
brunet, ten krótki jeżyk jego jest zabawny, aż ma się ochotę pogłaskać,
ale jakoś tak niechlujnie jest ubrany...Wolny zawód, ha ha, artyści noszą
tak luźne, ojej, za długie dżinsy, koszule flanelowe, jakiś płaszcz bez
wyrazu..., hhmm, ale niezłej jakości. Wełna, czysta nieoczyszczona, szara.
Musi być drapiące, nie chciałabym tego mieć na sobie. Brrr! Facet, tyle
jest pięknych kobiet w tej knajpce, czemu ja? Nie mam ochoty na kokieterię...Te
oczy, Boże nic w tym dymie nie widzę, znam te oczy, ciemne, ciepłe, kpiące...No,
nie, to niemożliwe. Czyżby był to facet z pociągu? Amerykanin...Nie wygląda
na Amerykanina. Ciekawe gdzie podział swą Amerykankę o ponętnych wargach...Dobra,
twój ruch, koniku, ja stawiam na bierność. Podejdziesz albo nie.
Oh Jesus, to ona, to na pewno ona. No, nie śnię chyba! Nigdy nie pomyślałbym,
że spotkam ją w kafei internetowej. Chociaż...kto dziś nie korzysta z internetu,
a ona ma tak inteligentne spojrzenie. Jest urocza. Barbara, wybacz mi błagam!
Muszę tę małą poznać. nie jest w moim typie, zgoda, ale nigdy nie daruję
sobie, jeśli teraz jej nie poznam. To może ostatnia szansa. To jak przeznaczenie...Jesus,
co ta kobieta w sobie ma? Panienka obok jest dziesięć razy zgrabniejsza,
ale jednak to nie to. Jest coś, co mnie przyciąga, jakieś zakłopotanie,
coś musi być na bakier z jej osobowością, wyczuwam to psim węchem. Czyżby
była tak szalona jak ja? Wow! Odwagi. Come on , my crazy girl, porozmawiaj
ze mną...
-Czy to miejsce jest wolne?
-Tak, oczywiście. Z bliska nie to samo...nie ma tak gładkiej
skóry jak Barbara, właściwie nie, jej skóra musi być delikatna i miła pomimo
tych drobnych krostek. Jakie masz oczy? Śniły mi się na jasno zielono
wczoraj. A są, zielone też i jakby szare, może to dym papierosów. Zamglone.
-Skąd pochodzisz?
-Z Polski. Ty?
-Zgadnij powodzenia! to nie jest takie trudne...
-Azja...
-Hhmm...i?
-Indie?
-Bravo!
-No tak, to nie było trudne - ma miły uśmiech. Właśnie, dopiero gdy
uśmiecha się jest naprawdę ładna. Jaką okrągłą ma twarz, niesamowite, gdyby
nie te zaznaczone kości policzkowe...i taka brzoskwiniowa karnacja. Ma
się ochotę ją schrupać w całości. - To chyba twoja kolej. Masz wolne miejsce
przy pececie.
-Tak, może pani pójść. To na pięterku. Po tych krętych schodach. Tak.
-Okay. Spotkamy się pewnie na górze.
Yhhm. Tak - jest onieśmielona, czy z natury tak milcząca? Małomówna
kobitka to byłaby perła wśród żeńskiego rodu, ale na dłuższą metę...nuda.
-Poproszę drugą colę.
Już podaję. Dla pana też już zwolniło się miejsce. Tak, na górze.
|