No tak...To ci ciekawe zjawisko...ten list... Carlos mnie czasem zadziwia.
Zaczęłam się przyzwyczajać do jego...oj, gburowatości? Nie , to tylko taki
milczkowaty charakter. Wszystko tłumi, chowa w sobie. Moja wiedza o tym
facecie jest tak postrzępiona, puzzle...rozsypana układanka...Dobrze. Punkt
dla ciebie, mój drogi. Starasz się. Ale i tak...czy do pomyślenia jest,
by kochać faceta, czekać na niego, gdy tu ani nazwiska, ani adresu, ani
telefonu... Chowasz się przede mną jak ślimak w skorupę. Nie poproszę go
już o adres, telefon. Nie! zdaje się być głuchy na tę prośbę.. Nie rozumiem
tego, a on nie rozumie, że w momencie, gdy kontakt netowy zamiera na jakiś
czas ja czuję się tak zależna od techniki i od ...niego! Inna kobieta już
dawno być może porzuciłaby go i myśl o tak szalonym związku. Bo to nielogiczne
i naiwne. Ja nie jestem logiczna, czy jestem naiwna?
I tylko wciąż przypomina mi się scena z filmu Lisbon story ...Teresa.
Przed wyjazdem w trasę koncertową daje poznanemu mężczyźnie klucz do swego
domu. Symbol. Duży stary metalowy klucz. (Ha, no no, można by się
dopatrzyć jakichś podtekstów czy symboli erotycznych, może...Niee, to zbyt
prozaiczne..) Czy to klucz do twego serca? on na to. Brak odpowiedzi
i jej uśmiech... Miał więc klucz do jej domu. Czekał. Materialny kontakt...
Ja mam, mam być może klucz niematerialny, klucz do serca, lecz kontakt
nasz jest tak...płynny, enigmatyczny, niedotykalny...wirtualny. Lecz klucz..
chyba tak, czy w przeciwnym razie dzwoniłby po raz enty , by wreszcie zastać
mnie w domu? Nie. ...Ajaj! Zdaje się, że mi kaseta zaczyna "jeździć".
Ileż razy już się ona przekręciła? Mój biedaczek stary magnetofon. Uwielbiam
głos Teresy...To chyba "Haja o que houver." Tak. Te teksty to poezja czysta.
Dobrze, że przynajmniej kilka tłumaczeń francuskich wykopałam na internecie,
portugalski jest jeszcze póki co moim językiem ... obcym. Jakże chciałabym
go rozumieć, Carlos... haja o que houver eu estou aqui haja o que
houver espero por ti...czekam na ciebie...eu sei quem espera mim ....wiem,
że jesteś dla mnie...
Szeroka, szara przestrzeń asfaltu. Rzut oka z lotu ptaka... Nieciekawy
krajobraz. Skupiska autobusów, wysokich schodów na kółkach i samolotów
różnej maści i kształtu. Dalej powiódł wzrokiem, ku linii horyzontu. Ociężale
poruszają się dwa metalowe samolociki...Zabawne, jak bardzo zdają się być
nieprawdziwe. Krążąc powoli sobie wyznaczonymi torami próbują odbić się
od ziemi. Jak żółwie było ich poruszanie się. Maleńki usiłował ominąć dwa
razy większego kolegę z AIR FRANCE. Carlos z niedowierzaniem podążył wzrokiem
za odrywającym się od ziemi samolotem. - To jednak niewiarygodne
zdawał się myśleć.
Samolot Hucka i Marii miał godzinę opóźnienia. Usłyszawszy wówczas
zapowiedź, Carlos znudzony opuścił salę przylotów udając się na taras widokowy.
Czas mijał mu leniwie, minęło w końcu owe sześćdziesiąt minut. Powinien
wylądować za kilka minut przypuszczał. - Jeszcze pięć minut i schodzę
zdecydował. Aha, jest coś! Zgrabna maszyna. Sabena. Czemu właściwie lecieli
belgijskimi liniami?
Sala przylotów wypełniona była tłumem oczekujących. Carlos przesunął
się bliżej ku barierze. Wraz z innymi zaczął wpatrywać się w hipnotyzujące
lustro ściany oddzielającej przybyszów od tłumu witających. Jak inni wyciągał
szyję, próbując dostrzec w ciągu krótkiej chwili rozsuwania drzwi wyjściowych
znajome postaci Hucka i Marii. Znów otwarcie sezamowych drzwi i ...zdawało
mu się, że rozpoznał blond czuprynę Hucka. Nie był pewien.. Minęło już
ponad piętnaście minut. Musieli być jednymi z ostatnich wychodzących...
- myślał. Zresztą jedynie rozmowy w obcych językach i nalepki dostrzeżone
szybko kątem oka na walizach pozwalały mu zorientować się jaki to samolot
opuścili właśnie wychodzący podróżni. Sabena...lot zniknął już dawno z
tablicy ogłoszeń. Oh, nie znosił oczekiwania...Zaczynało nużyć wpatrywanie
się w szklana ścianę, monotonnie i rytmicznie otwierające się drzwi...Ouff,
nareszcie! Dostrzegł ciemne loczki Marii ściągnięte i związane na czubku
niemal głowy, za nią człapał obarczony walizą pokaźnych rozmiarów Huck.
Mieli obydwoje wygląd bardzo zmęczonych podróżą.
-Witajcie, jak minęła podróż? Męcząca, czy nie?
-Taak....marzymy o gorących prysznicu, ciepłej kolacji i łóżku...-
odpowiedziała Maria
-ciepłym - rzucił żart Huck. Uśmiechnęli się wszyscy.
- Okay, za moment wszystko stanie się realnością. - Carlos zatrzymał
taxi, załadowali walizki. Za kilkanaście minut byli już w apartamencie
Carlosa. Ulice były puste. Ciepły wieczór w mieście. Niedziela.
-Kto ma ochotę na whisky z lodem? - dobiegł ich z kuchni głos Carlosa
- lodu jest pod dostatkiem, natomiast.. hmmm...
-Jak stoisz z colą? Mam ochotę na whisky-coke - zareagowała Maria.
-Yhmm, właśnie miałem powiedzieć, że niestety nie ma coli. Są soki...,
no to może wódka? martini? wino? Co dla ciebie Maria?
-Poproszę martini z lodem.
-Whisky dla mnie, Carlos - odezwał się Huck najwidoczniej wyrwany z
zamyślenia.
Duża przestrzeń pomieszczenia łącząca w sobie rozległą powierzchnię
pokoju i przytulnej chowającej się za otwartym łukiem ściany kuchni tonęła
już w półmroku. Zza okna docierały ostatnie blaski słońca. Zmierzch. Carlos
podszedł do ściany, której przeszklony fragment wizualnie dwa metry na
cztery, stanowił jednocześnie okno i drzwi prowadzące na mały tarasik.
Zasunął żaluzje, zostawiając jednak półotwarte drzwi. Zapalił wysoką stojącą
lampę, która objęła rozproszonym kręgiem światła szklany stolik fotele
sofę i zanurzone w wygodnych wgłębieniach mebli postacie Hucka i Marii.
Carlos pozostał przy barze, poza kołem światła...
-Oh, Carlos, nie chowaj się tam, chodź do nas.
-Tak, i jeśli można, przekręćmy światło w inną nieco stronę, jest zbyt
mocne..- dodał Huck bezbarwnym głosem. Był widocznie zmęczony. -powinieneś
zmienić te lampę, to nie jest ciepłe światło.
-wystarczy zmienić żarówkę, Huck - roześmiała się Maria.
-Dobrze, dobrze.. - Carlos spojrzał na nich rozbawiony.
-Co nowego? Jak tam wasze nowe mieszkanie?
-Oh, Cudownie - twarz Marii pojaśniała.
-Ho ho, to niebezpieczny temat, mój drogi - roześmiał się Huck, robiąc
znaczący ruch głową w kierunku Marii. - To jej konik. Mamy z głowy najbliższe
pół godziny ...
- Oh, okropny jesteś, Huck - westchnęła - Ale to prawda, że ostatnie
dwa miesiące zajmuje mnie jedynie urządzanie naszego własnego kąta.
-Yhmm...kąt ni jest taki mały. Mamy .... , salon na dole i jadalnię,
lecz maleńką kuchnię, na górze dwa pokoiki, duża łazienka...
- jeden jeszcze nie urządzony... - dorzuciła
-no i duży strych
-który zamierzamy wykończyć i urządzić tam sypialnię, to cudowne słoneczne
miejsce, okna w dachu, pod skosem...? la mansarda..- zapaliła się
- Noo...pewnego dnia. Póki co, sypialnię mamy na pierwszym piętrze.
-Tak, póki co... - zgasły ogniki w jej oczach. Najwyraźniej był to
ich temat sporny. Sypialnia na strychu zdawała się być marzeniem Marii.
- To byłoby takie przytulne pełne jasnych kolorów miejsce, z ogromnym szerokim
łóżkiem na środku. W bieli i żółci, z nutą jasnego brązu écru beżu drewna
i wikliny...- Huck spoglądał na nią dziwnie gdy mówiła. Bawiło Carlosa
obserwowanie tych dwojga, tak widocznie i otwarcie zakochanych w sobie,
że nawet zupełnie niechcąco nierozumiejąco niecelowo dostrzec można było
łaczące ich uczucie. Twarz Marii przed pół godziną jeszcze zmęczona, przygaszona
i szara teraz zdawała się nabierać życia. To nie była skończona piękność.
Wysokie czoło, wąsko osadzone oczy i zbyt wystające kości policzkowe nie
dodawały jej urody, lecz szare oczy jej spoglądały szalenie jasno i ciepło,
zbyt wąski usta potrafiły wyczarować miły uśmiech. Była urocza i zabawnie
zalotna z jej spadającymi na twarz ciemnymi loczkami upiętej wysoko fryzury.
Oh, nie można było z pewnością nic zarzucić jej idealnej kształtnej sylwetce,
zgrabnym nogom, odsłoniętym po brzeg pończochy, który zbiegał się niemalże
z brzegiem mini spódniczki, te nogi i teraz przyciągały wzrok obu mężczyzn.
Carlos czuł, że podnieca go odsłaniany przy każdym niemal jej ruchu brzeg
koronkowy pończochy i wiedział, że Maria jest tego doskonale świadoma.
Odwrócił wzrok, wstydząc się własnej zmysłowej reakcji. Starał się skupić
na monologu kobiety, która opisywała z dokładnością do najmniejszego szczegółu
wystrój wnętrza nowego mieszkania.
- A wiesz, zastanawialiśmy się z Huckiem nad wyborem stylu, ostatecznie
zdecydowaliśmy się na kolory ciepłe lecz raczej neutralne nieagresywne,
rozbielone...lecz wciąż ogromnie podoba mi się atmosfera śródziemnomorskiej
ciepłej kolorystyki koloru ziemi morza i słońca...Nasza mansarda, wiesz,
Huck, to musi być ta właśnie słoneczna kolorystyka. Właściwie Carlos, hmm,
twoje mieszkanie jest jej idealnym przykładem. Oh, to ten zmierzch i ciemność
a teraz cień przysłonił urok tego miejsca...- Carlos pobiegł w ślad za
jej wzrokiem błądzącym gdzieś po ocienionych kątach zagłębieniach płaszczyznach
i krzywych jego apartamentu. Spojrzał w stronę kuchni, gdzie królowała
mieszanka ognistej i gliniasto- ziemistej czerwieni. przygaszonej malinowo-kremowymi
barwami dodatków i naczyń. W salonie dominowały niebieskie białe i żółte
barwy...Lubił te jasne wesołe tonacje, jego życie było zawsze wystarczająco
trudne i skomplikowane i szare by przydawać mu szaroburowatości kolorem
wnętrz. Zewnętrzna wymuszona ekspresja optymizmu. To czasem skutkowało,
czasem leczyło...
-Muszę to pomieszczenie dokładnie jutro obejrzeć. Pozwolisz mi zajrzeć
w swoje kąty, Carlos? Potrafię być bardzo wścibska - zaśmiała się
-Oh, niczego ci nie zamierzam odmawiać, Mario, jesteś moim gościem
- odpowiedział uśmiechem, znów nie powstrzymał wzroku który zabłąkał się
w okolicy ponętnych ud kobiety.
-Świetnie. Moi drodzy, nie wiem jak długo zamierzacie pozostać tu jeszcze
... ja marzę jedynie o prysznicu i łóżku ...
- Okay, Mario, pokażę ci gdzie jest łazienka - Carlos wstał wyciągając
dłoń ku kobiecie. Podała mu swoją. Wstała.
-Zawołaj mnie kochanie, wychodząc spod prysznica - rzucił z żartobliwym
uśmiechem Huck...
-Okay. - odwróciła się podążając za gospodarzem na piętro, gdzie znajdowała
się duża łazienka i maleńka sypialnia. Carlos pojawił się po chwili.
Wpatrywali się przez chwilę w milczeniu każdy w swoją szklankę z alkoholem.
Huck podniósł głowę, spojrzał ku oknu które w tej chwili spod półprzymkniętych
żaluzji pozwalało wpełzać jedynie ciemności nocy. Najwyraźniej miał ochotę
nawiązać dyskusję... zadać pytanie...Carlos nie był pewien...Milczał, czekał
na ruch przyjaciela...Milczeli obaj. Padły w końcu ciche słowa Carlosa
przerywające nużące milczenie, ciche słowa jakby obawiał się że wydostana
się nieproszone poza obręb tego pomieszczenia, przedrą przez hałas spadającej
wody z prysznica w łazience gdzie Maria odbywała uświęcony rytuał wieczornej
długotrwałej toalety.
-Mail, który mi ostatnio wysłałeś... To nie był żart? Wiesz, chodzi
mi o...
-Yhmm, wiem. Nie, nie , to nie był żart - uśmiechnął się swoim charakterystycznym
nieśmiałym półuśmiechem - Ona naprawdę przyjeżdża niedługo...
-Ale...co z Marią?
-Oh, nie mieszkamy jeszcze razem, mieszkanie jest w trakcie przygotowań.
Zresztą Maria wyjeżdża teraz do rodziców na miesiąc..
-Ah tak...- Carlos wstał, najwyraźniej znużony już i zmęczony o tej
północnej porze dnia...czuł, że musi wstać, by zachować jasność umysłu
w rozmowie z Huckiem. Odszedł kilka kroków od stołu zagarnięty wkrótce
przez strefę cienia, tylko jego głos dobiegł Hucka - pozwolisz, że włączę
muzykę. To spokojna piękna portugalska muzyka . Carlos dostrzegł aprobujące
kiwnięcie głową Hucka. - Widziałeś "Lisbon story" Wendersa? No, właśnie...To
muzyka z filmu. Przedstawiam panu Madredeus, grupę świetnych muzyków i
solistkę Teresę - poprzedził żartobliwą w patetyczno-estradowym stylu zapowiedzią
rozbrzmiewające pierwsze dźwięki muzyki.
-Posłuchaj, to jest piękny kawałek...Os dias sao ? noite ...e as noites
sao de dia ...żyję dniem w nocy... żyję nocą we dnie...Se acordo contigo
a mimi abraçado O sono perdido nao deixa cuidado...jeśli obudzę się z tobą
jeśli jestem przy tobie to nieistotne jest że sen odleciał już ...Os dias
sao noite...I dalej, Se acordo contigo se estou a teu lado é doce o caminho
deste meu fado...To trudne do przetłumaczenia...jeśli obudzę się z tobą
jeśli obudzę się przy tobie droga mojego "fado" jest łagodna...
-Tak, to piękny utwór. Oh, Carlos, wiesz, że ja nie znam się na muzyce
... Tak, ale to jest piękne, pasuje do scenerii i nastroju, no...
-Huck, jeśli nie chcesz mówić o tym, wiesz..., to w porządku.
-Chcę, właśnie chciałbym porozmawiać, ale...nie wiem...od czego zacząć
- roześmiał się zakłopotany.
-Gdzie ją poznałeś, dawno?
- Niee...trwa to może kilka miesięcy. To moja...cyber-girl - wyszczerzył
zęby w uśmiechu.
-Ah tak - Carlos był wyraźnie zaskoczony.
- Yhmm, wiem, że to brzmi głupio, ale po prostu zdecydowaliśmy oboje,
że chcemy się spotkać. Przyjedzie na tydzień.
-Zaskoczyłeś mnie stary! Ha ha! Ale wiesz, nie sam fakt, że poznałeś
panienkę online, oh, to chyba częste w obecnym świecie, ale, że ty...że
masz odwagę spotkać się z nią będąc z Marią? Oh, a co jeśli...
-Co? Maria odkryje? wiesz, Maria ma wciąż jeszcze nie do końca uregulowana
sytuację prawną w stosunku do męża. Wynajmuje na razie swój mały pokoik
w miasteczku obok, tam, gdzie pracujemy oboje...I, wiesz, jest między nami
niepisana umowa, że póki nie mieszkamy razem...jesteśmy, hmm, niezależni...Ona
po prostu nie przyjdzie do mnie nie dzwoniąc wcześniej...nigdy.
-Okay, rozumiem, ale nawet nie to miałem na myśli. Raczej, czy nie
boisz się, że coś pojawi się między wami, tobą i tą...cyber-girl - urwał
nagle. Huck milczał przez chwilę, jakby tego właśnie pytania i spodziewał
się i jednocześnie obawiał.
-Nie wiem, Carlos - zaczął niepewnie - to...to jest śliczna dziewczyna,
blondynka, jasne oczy, po prostu słodka.
-No, ale widziałeś ja tylko na zdjęciu, tak? zobaczymy na ile odpowiada
ono rzeczywistości . ..
-Masz racje, wiem, ale jednak boję się tego, boję się, że się w niej
zadurzę...A jednocześnie czuję, że nie mogę przegapić tej szansy, muszę
się z nią spotkać i teraz, póki jeszcze Maria nie wprowadziła się do mnie!
-Oczywiście, oh, jesteś szalony chłopie! - roześmiał się Carlos - ale,
ja chyba również. Cóż to jest, co zmusza nas do nawiązywania tak dziwnych
nierealnych kontaktów i każe wierzyć , że są idealne i piękne! Cholera,
sam wiem, jak to podnieca!
- Wow, Carlos, czyżbyś i ty miał jakaś nowinę dla mnie? - Carlos uśmiechnął
się tylko tajemniczo, nie mówiąc ani słowa, usłyszeli kroki Marii na schodach
-Wyskoczymy jutro na piwo do O'Donnels' okay?
-Pewnie.
Wstali obaj , wychylając ostatnim łykiem resztkę alkoholu na dnie szklanki.
Huck podążył na piętro za Marią. Carlos stał chwilę w zamyśleniu spoglądając
w kierunku odchodzących. Skierował wzrok na brudne szkło na niskim stoliku
w salonie, potem na stos nieumytych naczyń w zlewie...Sprzątaczka przychodzi
dopiero po jutrze. Jutro, jutro ogarnie się nieco ten "śródziemnomorski
kąt" - uśmiechnął się na myśl o zachwytach i porównaniach Marii. Lubił
swoje mieszkanie. Było przytulne. - Oh, wy, gdzie byłyście, przeklęte zwierzaki
- szepnął półgłośnie czując dotyk ocierającego się o jego nogawkę czarnego
kocura. Drugi mniejszy stał nieruchomo tuż obok. Mężczyzna schylił się,
podniósł i przytulił do siebie kota. Odnalazł jakiś koc i półrozebrany
wtulił się w kanapę w salonie. Po chwili spał , obok spały dwa czarne koty...
Żaluzje wciąż półprzymknięte tak jak je pozostawiono poprzedniego dnia
wpuszczały odrobinę słońca, odrobinę porannego hałasu ulicy, odrobinę świeżego
zapachu ciepłego powietrza...Zimne mokre dotkniecie na policzku. Mężczyzna
otworzył oczy.
-Hipolit, łobuzie, zawsze mnie budzisz o świcie - powiedział ziewając
i pacnął delikatnie półśpiąco półżartobliwie koci łebek.
-Ho ho, świt dawno już przespałeś , mój drogi, zbliża się dziewiąta...
- zaskoczył go głos kobiecy. Podniósł wzrok, no tak, Maria. Stała przy
drzwiach prowadzących na piętro. Musiała się tu pojawić przed chwilą, cicho
jak myszka...lub kotka...Poczuł, że ktoś go obserwuje lecz niejednokrotnie
już tego uczucia doznawał, gdy bacznie przyglądały mu się kocie oczy Hipolita
czy Hektora.
-Witaj, jak samopoczucie? Nie mogłaś spać? - spojrzał na nią z życzliwą
ironią. Uśmiechnęła się.
- To nie to...zawsze wstaję wcześnie. Lubię długo kontemplować śniadanie,
czytając codzienną prasę... - tłumaczyła się. Carlos obserwował jej drobną
ładną sylwetkę z niedbałym wdziękiem ukrytą w wąziutkich obcisłych dżinsach
i krótkiej koszulce z rozszerzanymi rękawami sięgającymi nieco za łokieć.
Włosy splotła niedbale gumką z tyłu głowy. Całość nadawała jej swobodny
wygląd nastolatki.
-oh, szkoda, miałem nadzieję, że namówię cię na...
-Sprzątanie twojej kuchni? - dokończyła ironicznie.
-Właśnie - przytaknął. Wybuchneli oboje śmiechem.
-Eh, ci mężczyźni... - pokręciła głową robiąc minkę zgorszonej panienki
z dobrego domu. - Masz ochotę na kawę?
-Wow, zamierzasz zrobić mi śniadanie? - gwizdnął przez zęby zdziwiony
-Oh, nie, wspomniałam jedynie o kawie - z niewinnym uśmiechem wyprowadziła
go z błędu. I..., no nawet jeśli chodzi o kawę musisz mi pomóc, gdzie ona
jest? Masz expres? Ah, nie, już widzę włoski czajniczek. Napijemy się mocnego
expresso tak?
-Z przyjemnością. A śniadanie zrobię ja, zgoda. Te kobiece podstępy!
Niełatwo jest mnie rano wyciągnąć z łóżka, wiesz? - zażartował. Wstał z
kanapy, wyciągnął ramiona wyprężając ciało, ziewnął. Przyłapał zdziwiony
rozbawiony wzrok Marii. No tak, miał na sobie jedynie jasnoniebieskie slipy
i wymiętą wczorajszą koszulę rozpiętą po pas. - Oh, przeprasza, wiesz,
nie chciało mi się wczoraj szukać pidżamy - powiedział zakłopotany, przykrywając
się kocem.
-Nie musisz się tłumaczyć, Carlos, jesteś u siebie - powiedziała swobodnie
- hmm, poza tym jest na co popatrzeć - dodała zalotnie.
-Uhu, lepiej żeby Huck o tym nie wiedział - uśmiechnął się - zmykam
pod prysznic. Będę za minutę, no...dwie.
Faktycznie, pojawił się po kilkunastu minutach, pachnący wodą
kolońską, w t-shirt'cie i dżinsach.
-Oh, zdążyłeś się nawet ogolić - zauważyła z uśmiechem
-Yhmm. A ty zdążyłaś uprzedzić mnie w robieniu śniadania.- odpowiedział
-Grzanki, może być?
-Czy nie powinnyśmy obudzić Hucka? - zapytał kontrolnie
-Byłby zły do końca dnia. Niedziela jest świętym dniem każdego śpiocha,
nie wiesz? - zaśmiała się
-Cóż, nie wiedziałem, że zalicza się do śpiochów
-Wow, wszystko znalazłaś! Kobiece oko... - spojrzał na nią z podziwem.
Z grzanką w ręku, filiżanką kawy w drugiej ręce, rozglądała się po apartamencie.
Zdawała się w ogóle nie słyszeć jego słów.
-I cóż, podoba ci się za dnia tak samo jak o zmierzchu? - rzucił zastanawiając
się czy tym razem dotarło do niej pytanie
-Taaak, ktoś urządzał je z wielkim smakiem
-Urządzaliśmy je oboje...z Cristine... - zawiesił głos
-Jest radosne, ty - nie... Czy jesteś szczęśliwy Carlos? - zadało mu
nieoczekiwanie bezpośrednie pytanie. Nie wiedział co odpowiedzieć.
-Nie jest mi łatwo odpowiedzieć ci na to pytanie, Mario... - zaczął
niepewnie
-wiem, przepraszam, głupia jestem, wyskoczyłam zupełnie niepotrzebnie
z tak osobistym pytaniem - zreflektowała się - ostatecznie nawet nie znamy
się na tyle dobrze, nie, nie, przepraszam, oh głupia, jakie ja mam prawo
pytać cię o to - zaczerwieniła się
- W porządku, Mario... Zresztą pytanie jest dobre... sam sobie je często
zadaję, i.. nawet w pewnym sensie cieszę się, że padło teraz...Może i ty
mi coś o szczęściu opowiesz- uśmiechnął się. Milczała, najwyraźniej uleciała
jej rezolutność i swoboda. Sytuacja stała się dziwnie wymuszona...nienaturalna.
oboje to odczuwali. -Nie, myślę, że nie jestem szczęśliwy i to od dawna,
odkąd odeszła Cristine.. A właściwie już wcześniej szczęście sobie gdzieś
powędrowało...Lecz gdy odeszła Cristine, utraciłem również Nathalie, i
...tak, jestem rzeczywiście nieszczęśliwy właśnie z powodu utraty mojej
małej Nathy. Nigdy sobie nie wybaczę tego błędu
-Myślisz, że można było tej sytuacji zapobiec? Oh, rozumiem, że nie
rozstałbyś się z Cristine...- powiedziała cicho
-Nie wiem, w pewnym momencie nasza miłość po prostu zwietrzałą, umarła,
ale może...tak, z pewnością wiele tu jest mojej winy, można było temu rozstaniu
zapobiec
-Nie warto chyba już myśleć co by było gdyby. Rani cię to jedynie...
- dotknęła jego dłoni - przepraszam, że zaczęłam ten temat. Nie powinnam
była, zepsułam jedynie nastrój..
-Ale wiesz - przerwał jej - jest coś...ktoś, kto sprawia, że zaczynam
wierzyć w możliwość bycia znów ...szczęśliwszym...
-Ooo, widzę tu jakaś kobietę - uśmiechnęła się zainteresowana
-Taak, śliczna kobieta. Poznaliśmy się niedawno. Może, może...- zawahał
się - może coś z tego wykiełkuje.
-Kim ona jest, gdzie się poznaliście?
-Gdzie? Oh, to śmieszne niemalże i niewiarygodne...gdzie...online...
-Doprawdy? Faktycznie niewiarygodne. Wiesz, nie miałam jeszcze do niedawna
zielonego pojęcia o komputerach, wszystko się zmienia...Kto by pomyślał
że poznam Hucka, Harena, ciebie...Ale wiesz, wciąż idea wirtualnego związku
pozostaje mi jakoś ..obca. Czy...spotkaliście się już w rzeczywistości?
-Taaak, spotkaliśmy się, raz...I rzeczywistość jest piękniejsza od
internetowego kontaktu, rozmów i zdjęć. Ona, ona byłą piękniejsza niż na
zdjęciu no i...- urwał
-No i pewnych rzeczy można rzeczywiście doświadczyć jedynie...w realnym
kontakcie...- dokończyła za niego
-Ooo, Mario, czyżbyś myślała o czymś szczególnym? - spojrzał na nią
z mrużąc żartobliwie oczy.
-No, wiesz... - zaśmiała się
-Masz całkowicie rację. PEWNYCH rzeczy można doznać jedynie w rzeczywistosci..
póki co...myślę o seksie, nie bawmy się w słowa tabu, ale wiesz...mam nadzieje,
że ten związek będzie miał szansę. W przyszłości... Na razie muszę uporządkować
swoje życie prywatne.. Wiesz, człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy jakim
śmietnikiem i chaosem jest jego życie, do momentu, gdy nie spotka kogoś
kto mu to uświadomi z cała jasnością...
Doznałem cudownego uczucia, gdy ona powiedziała mi, że chce się ze
mną zobaczyć ponownie, chce przyjechać...ale, nie mogłem...Bo jak mogłem
się na to zgodzić, by pojawiła się tu w samym środku mojego rozchrzanionego
życia! Moja sytuacja zawodowa już się ustabilizowała, lecz wciąż jeszcze
ciągnie się dawna brudna sprawa...wciąż mam problemy z Cristine...I jest...Nathalie,
ona jest najcenniejszą dla mnie osobą...Jak ona zareaguje? Rany! Mario,
nie wiem sam, czemu ci to wszystko opowiadam...To taki chaos w mojej głowie,
w moim życiu...Nie wiem, nigdy nie zdarza mi się zwierzać , nikomu! Idiota
skończony...Wybacz - wstał, podszedł do okna, najwyraźniej zirytowany
swoim brakiem opanowania. - Wybacz, zmieńmy temat, proszę ... proszę -
spojrzał na nią uśmiechając się smutno i przepraszająco - Sam muszę sobie
z tym poradzić...Po prostu sam, wybacz..
-Oczywiście. Rozumiem - odpowiedziała zgaszonym głosem - niepotrzebnie
zadałam ci to pytanie...Tak, zmieńmy temat. - spojrzeli na siebie bezradnie,
czując że nie potrafią już rozmawiać swobodnie na jakikolwiek obojętny
temat, zapadło ciężkie kłopotliwe milczenie. Maria odwróciła wzrok do okna,
skubała zębami swoja grzankę...Carlos chował oczy w filiżankę kawy, otworzył
gazetę, uznając ją za najlepsze wyjście z głupiej sytuacji...
-Oh, szkoda, że nie znam portugalskiego - szepnęła, podniósł głowę
- Już okay, Mario, przepraszam jeszcze raz, uniosłem się...masz, to jest
jakieś kobiece czasopismo...- Usłyszeli kroki na schodach. Westchnęli oboje
z ulgą. W drzwiach pojawił się Huck.
-Witam głodomory - rzucił żart od progu
-Jak się masz? Wyspany? - odpowiedział z uśmiechem Carlos - Zapraszamy
do stołu!
-Mniam! Śniadanko...Macie jakieś niewyraźne miny oboje...Trzeba się
było wyspać, a nie zrywać o świcie! - roześmiał się głośno. Atmosfera powoli
się oczyściła. Ze smakiem wszyscy troje zabrali się do pozostałych grzanek.
Carlos wstał by przygotować kolejna ich porcję. Zaterkotała nowa aromatyczna
porcja kawy w czajniczku. Zaczęli omawiać szczegóły mającej nastąpić następnego
w poniedziałek rano prezentacji nowego cacka informatycznego firmy Harena.
Powrócił dobry humor Marii, jeszcze tylko od czasu do czasu spoglądała
na Carlosa ukradkiem zastanawiając się czy jego myśli krążą jeszcze wokół
dziwacznego niemiłego suma sumarum incydentu porannego. Jego uśmiechnięta
nieprzenikniona twarz uspokajała ją całkowicie. A jednak Carlos nie zapomniał,
nie potrafił uwolnić się od myśli o poznanej online kobiecie, o dziwacznej
sytuacji tego związku, o ich wspólnej przyszłości. I bez ustanku kołatało
mu w czaszce pytanie - czy jesteś szczęśliwy? Czy będziesz szczęśliwy?
- Nie znajdował odpowiedzi, a wątpliwości wzrastały w nim coraz większe.
Z uporem tchórza uciekał od myśli o niej, o niej, o jej twarzy, jej sylwetce,
jej ciele, jej zapachu...lecz obsesyjnie te wszystkie wspomnienia były
obecne. Jedno jedynie znajdował wyjście - spotkać się z nią, tak, spotkać
się raz jeszcze, dotknąć, poczuć, pomyśleć, porozmawiać...Zbliżają się
walentynki - pomyślał - tak , to dobry pomysł, westchnął, dopiero ta myśl
uspokoiła jego nerwy i skołatane serce... To już za kilka tygodni....
Niedługo walentynki - myślała...- Takie dziwaczne obce święto,
obce jej kulturze, obce jej mentalności, co obchodził ją jakiś święty o
imieniu groteskowym ...Walenty.. Piatek, sobota, niedziela...już tylko
tych kilka dni do wyjazdu...miała ogromną ochotę wyjechać. Potrzebowała
tych wakacji. Fizycznie i psychicznie musiała odreagować, odpocząć od pracy,
która ją przygnębiała i stresowała. Holandia.. To nie jest piękny kraj
pomyślała a jednak Amsterdam musi być wart zobaczenia.. Walentynki
znów wróciła myślą Carlos, czy on myśli o walentynkach? Jakże chciałabym
go znów zobaczyć...Spojrzała ku szafie, mechanicznie zaczęła wyjmować z
niej różne ubrania...na środku pokoju rosła ich sterta...jednak jej myśli
wciąż krążyły wokół niego, wokół Lizbony, wokół Portugalii...Schyliła się
nad magnetofonem, leżała przed nim jak zwykle spory stosik powyjmowanych
chaotycznie z opakowań, kaset...Szukała tej ulubionej, której obsesyjnie
od kilku tygodni już słuchała non-stop. Jest! Zabrzmiał głos Teresy, portugalskie
słowa...portugalski nastrój, portugalska muzyka...Tęskniła za tym wszystkim,
czego w istocie nigdy nie poznała...tęskniła za mężczyzną, którego w istocie
nigdy dobrze nie poznała...tęskniła za nieznanym...Ta bluzka.. dobrze....spodnie
spódnica...Machinalnie składała to wszystko na oddzielny stos...Oh, to
będzie już cały plecak.. odłozyła kilka rzeczy. Spojrzała na nie w końcu
przytomniejszym wzrokiem. Czerń zabarwiona czerwonym winem i błękitem w
nastroju bluesa...Oh, mimowolnie skomponowała taką trochę smutną mieszankę,
podświadomie nie mogła uwolnić się od koloru tęsknoty...
Jak dobrze było wreszcie opuścić pokład samolotu. Stanąć na ziemi. Wielogodzinna
podróż z przesiadką była prawdziwym utrapieniem. A przecież tak dobrze
znosił wszelkie podróże...Lecz ta...to nie była zwykła wyprawa, business
trip, tym razem nie firmowy samochód, lecz czekała na niego taxi i nie
hotelowa pustka i przedstawiciele obcego kraju, lecz ona...Spotkanie z
nią było celem tej wyprawy.
Nigdy nie miał żadnych problemów w czasie lotu..., świetne samopoczucie,
a jednak, gdy samolot podchodził do lądowania tuż ponad tym miastem, jej
miastem, poczuł zawroty głowy i serce podchodzące do gardła i strach i
radość i zniecierpliwienie i stres. Tak bardzo pragnął ją ujrzeć ponownie...Nareszcie...Pożegnał
uprzejmym grymasem stewardessy, uwolnił się od meczącej obecności tłumu
współpodróżujących. Swobodny, bez najmniejszej walizki jedynie z
kupionym ostatnio tu właśnie, z nią, stalowoszarym zabawnym plecakiem ?
la mode, z jednym szerokim paskiem przechodzącym na skroś przez pierś,
zapinanym na rzep. Maleńka kieszonka z przodu na pasku...pozostało puste
miejsce po zgubionym niedawno telefonie. Zatrzymał się na środku obszernej
sali przylotów. Telefon...Tak...I wówczas poczuł jak wszystko podchodzi
mu do gardła, poczuł, że ma ponowny zawrót głowy. Musiał usiąść. Znalazł
jedyne miejsce, by oprzeć się, jakiś wysoki kontuar biura podróży, obok
informacja, wewnątrz nikogo... Myśli poplątane jedna przez drugą krążyły
chaotycznie, przybliżały się w locie każda z prędkością komety, rozświetlały
to wspomnienie lub inne...Przypomniała sobie zbity kłębek powiązanych sytuacji
...on, w stresie, w pośpiechu, tuz przed wyjazdem...przypominał sobie ją,
ich pierwsze spotkanie...Zrozumiał jak głupi popełnił błąd, którym mógł
go kosztować utratę możliwości spotkania z kobietą, dla której przyjechał
tu do tej przeklętej bezśnieżnej a zimnej wschodniej stolicy. Jak głupi
wydawał się sam sobie, wściekły. nie potrafił skupić myśli. widział jedynie
całą groteskę sytuacji: samotny mężczyzna, obcy w obcym mieście, stranger
in a city, bezskutecznie próbujący odnaleźć tę, na której spotkanie przyjechał.
Miasto otulało go zmrokiem. Zarezerwował noc w Holiday Inn, bo krył
w sobie wspomnienia pierwszego spotkania i pierwszej ich nocy...Zostawił
tam swoje rzeczy i wyszedł. Wędrował ulicami, bezcelowo, obserwował noc
w mieście, obserwował odmienność kultury, obserwował wzrastające w nim
obcość i żal i rozgoryczenie, bezsilny gniew i bezradność. ...Domy Centrum.
Przypomniał sobie poszukiwania książek i płyt. Odnalazł ich kilka z nagraniami
Madredeus. Ogromnie lubił ich muzykę. Ona też z pewnością pokochałaby ją.
był pewien. Jest...O Paraiso, druga...to muzyka z filmu Wendersa. Wziął
trzy płyty w rękę i rozglądał się z roztargnieniem w poszukiwaniu kasy.
Po co je kupował? Głupstwo...Miał w domu wszystkie płyty Teresy...Po co?
Dla niej. Wciąż wierzył, że uda mu się ofiarować jej tę muzykę...osobiście.
I znów ulice, nieznane mu obce słabo oświetlone, już o zmierzchu wyludnione
niemal. Dziwne miasto. dochodziła dziewiąta. Nie był głodny, zauważył jednak,
że restauracje zaczynają się zapełniać. Oh, czyżby tu zamykali wcześniej?
Przed dziesiątą odnalazł miłą restauracyjkę...'Tak, proszę pana, przyjmujemy
zamówienia jeszcze jedynie przez pół godziny.' '??' Był zdziwiony, przypomniał
sobie jednak, że wspominała mu o tym ona...Minął dzień. Gorzko, bezsensownie.
Pierwszy wypity za jej zdrowie toast... Sobota. Pusta, bezczynna. 'dlaczego
tak?' wzrastało w nim rozgoryczenie. Niedziela...
Ostry dźwięk telefonu. - Odbierzesz? - kobieta kieruje pytanie do siedzącego
na kanapie w pokoju mężczyzny. -Ja nie mogę.- mokrą ręką poprawia machinalnie
włosy, druga pozostała w zlewie pomiędzy naczyniami, piana skurczyła się
na powierzchni wody...
-Tak, tak - mężczyzna wycisza telewizor - Hallo? Aah...No, no, nie
ma jej - Głos po drugiej stronie najwyraźniej zrozumiał, choć bardziej
może z intonacji głosu. Słowa wypowiadane w obcym języku nie mogły przynosić
konkretnego sensu. Domyślił się - jej nie ma, nie ma... Wiedział, że miała
wyjechać... w niedzielę...To właśnie niedziela. Wybiła trzynasta. Naturalnie.
Już wyjechała. Poczuł jak opada z niego wszystko, całe napięcie, zmęczenie,
rozgoryczenie, nie zostaje wiele...On, stranger in a city...i parszywa
tęsknota...i jeszcze ta groteska. Groteskowy obraz tego, który przebył
kilka tysięcy kilometrów, na spotkanie kobiety, na spotkanie, które ostatecznie
się nie odbyło..., bo JEJ tu nie było, bo za późno...
Autobus pozwalał obrazom monotonnie przesuwać się poza oknami.
Zimowo-jesienny krajobraz, nijaki, szara bura zieleniejąca powierzchnia
u dołu obrazu, nieostra, jak gdy kto pragnie uchwycić w stop-klatce kawałek
zamkniętej w kwadrat rzeczywistości, a ona rozpływa się i rozlewa....Zacisnąć
powieki szczelnie, tak, by już pomiędzy ich cienką skórką i błonką gałki
ocznej nic, nic nie mogło się zmieścić, zacisnąć tak, by łzy zostały na
zewnątrz...Niech spłyną kącikami oczu, niech nie stoją w ich brzegach grożąc
powodzią, niech nie szczypią słonym posmakiem w kąciku warg, dokąd stoczył
się korytarzem zmarszczki, grymasem policzka, niech wypłynie mały strumyczek
i wyschnie w porze suszy...Holandia, Utrecht, Amsterdam. Rozumowanie logiczne,
argumenty nie do odparcia - "to jedyne twoje wakacje w tej chwili! Pojedziesz.
Obejrzysz. Zwiedzisz. Spotkasz. Polubisz. Porozmawiasz. Pochodzisz. Pójdziesz...Poczujesz.
Doznasz. Pożałujesz?
To tylko dwa tygodnie w Utrechcie, a jednak wiedziała, że musi
mieć stały kontakt e-mailowy z Carlosem.
I jest. List. to Carlos:
"Witaj,
Piszę i trudno jest mi pisać. Wciąż tkwi we mnie żal i rozgoryczenie
i smutek. Myślałem o tobie, myślałem i postanowiłem się z tobą spotkać.
To miała być niespodzianka..., ale, jak widać, moje niespodzianki dla ciebie
nigdy nie są udane. Czy mówił ci ktoś może, że dzwoniłem do ciebie w niedzielę?
Tak, to byłem ja. Dzwoniłem ponieważ chciałem się z tobą spotkać, lecz
ciebie w niedzielę już nie było. Cóż za ironia losu. Przyjechałem specjalnie
z Lizbony, w piątek, dwa dni straciłem , by skontaktować się z tobą. Głupiec
ze mnie! Dopiero na lotnisku, gdy zamierzałem do ciebie zadzwonić, zdałem
sobie sprawę, że nie mam twojego numeru telefonu. Dopiero w niedzielę kolega,
którego o to poprosiłem, wyszperał w moim notesie twój numer telefonu.
Odebrał twój ojciec. Usłyszałem - nie ma, nie ma... - Kochanie, brak mi
słów..."
Palce, które trzymała na klawiaturze zaczęły drżeć. 'Opanuj się idiotko!'
Spojrzała za siebie, jakby spodziewając się ujrzeć obserwujący ją tłum
ciekawych oczu. Ale nie, to tylko uśmiechnięty na za dziesięć trzecia zegar
tykał powoli, sekundy nagle zamieniły się w minuty, minuty w godziny ,
godziny w wieki..., i jeszcze to mruczenie lodówki... Meble, po kilku
dniach już tak swojskie i miłe trwały w milczącym bezruchu, drzwi na korytarz
były półprzymknięte, tak jak je pozostawił przyjaciel. Powróciła wzrokiem
ku ekranowi peceta. Zawisła zahipnotyzowanym spojrzeniem na frazie - "Spędziłem
dwie samotne noce w hotelu po prostu nie śpiąc, myśląc bezradnie o tobie,
...Os dias sao noite os noite.... I live nights at day I live days at night
... Poznałem już na pamięć tekst tej pieśni...inne teksty. Odnalazłem w
Empiku tę płytę dla ciebie - Madredeus. Wciąż mam nadzieję, że ci ją pewnego
dnia dam osobiście.. choć musiałem ją tym razem zabrać ze sobą do Portugalii."
- nie potrafiła oderwać wzroku od słów listu, słów pieśni - ..... obudziłbym
się obok ciebie w nocy ...... Lecz budzę się i obok mnie na poduszce
odnajduję jedynie zapomnianą pluszową zabawkę mojej Nathalie... -
.Nathalie...miniaturka kobiety, w której zakochany był Carlos. Maleńka
figurynka... Stanęła jej przed oczami scena z "Lisbon story" . To raczej
zlepek scen, kolejne przebłyski pamięci...: trzy osoby oglądają nakręcony
podręczną maleńką kamerą film niemy, mężczyzna mały chłopiec mała dziewczynka.
Ujęcie pierwsze. Prawie na przedmieściach miasta, stare kamienne studnie
i kamienne kanały, pochylające się nad wodą kobiety, jedna z nich spojrzała
z dziwacznym uśmiechem w oko kamery, wyciąga upranego ociekającego wodą
królika, pluszową zabawkę...dzieci spoglądają po sobie znacząco i wybuchają
śmiechem. Siedzący między nimi mężczyzna ziewa ze znudzenia. Następne ujęcie
: Dziewczynka. Mała, filigranowa, baletnica, samotnie ćwiczy w przestronnej
sali...drgania kamery trzymanej niewprawną ręką...Jakiś jej obrót, skok,
pas.. i potknięcie. Trochę jeszcze niezdarna, ale śliczna...Taka mała Nathalie
- pomyślała kobieta - Jego Nathalie. Jego dziecko...Moje dziecko?
|