Gwar dziecięcych głosów. Słońce wdziera się do małej ciemnej klitki
na piętrze. Obnaża brudne ściany, odrapane, podarte nędzne resztki kolorowej
kiedyś tapety. Mężczyzna przykryty po sam nos kołdrą bez poszwy wyciągnął
się na metalowym na dawną modłę starym łóżku. Jeszcze nie obudził go gwar,
nie wyrwały ze snu dziecięce głosy dochodzące z podwórza, śni jeszcze o
niedawno odbytej podróży wskroś Europy. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja,
Hiszpania...i w końcu kraniec starego świata, kraniec otwartej Europy,
Lizbona. Dochodził go skądiś odległy, przytłumiony, jakby spoza wielu
zamkniętych drzwi, głos śpiewającej kobiety. Cudny głos. Tak czysty, rześki,
jasny...
Jeszcze długo po skończonym filmie pozostawał w jej głowie ten cudowny
głos. Nie rozumiała słów wypowiadanych po portugalsku. Domyślała się ich
sensu. Wiedziała, że śpiewaczka miała na imię Teresa, zespół, który tworzyła
wraz z muzykami to Madredeus. Po zakończonym seansie młoda kobieta błądziła
jeszcze długo ulicami wschodniej stolicy, mając w głowie słoneczny obraz
Lizbony i tych kilka scen, które, jak dziwaczny zlepek utkwiły w jej pamięci
wizualnej. Zamknięty pokój, którego ciemności rozproszyły jedynie wdzierające
się ukradkiem szparami w drewnianych okiennicach promienie słoneczne i
nieproszona muzyka ..i gwar dziecięcy. Nie mogły się oczy przyzwyczaić
do kontrastu obrazów, tego w wyobraźni, zalanego jasnością i ciepłem, i
realnego, który obnażał nędzne resztki odchodzącej zimy. Nie lubiła
Warszawy. Miasto potrafiło ukazać swój urok, lecz nie o tej, przedwiosennej
porze roku. Gdy w centralnej Polsce jeszcze zimno i nie zielenią się drzewa,
w Portugalii wiosna zapewne zakwitała już w pełni. Obsesyjnie powracała
myśl o Lizbonie...Nie dziwiła się fascynacji Wendersa tym miastem...Pociągało.
Dla mieszkańca środkowej Europy to mógł być już skrawek egzotyki...Obserwować
miasto, filmować je, podsłuchiwać...To właśnie robił, on...Wenders, on,
twórca dźwięku, bohater...Imię? już nie była w stanie sobie przypomnieć.
Ostatecznie nie postaci z imienia i nazwiska są ważne, lecz to, co im się
przytrafia...Miała ochotę usiąść i zacząć pisać...o Lizbonie, nie o Lizbonie,
może o Warszawie, może o...
Pomyślał o córce. Nie widział jej od tygodnia. Dzień
spotkania miał nastąpić dopiero w przyszłym tygodniu. Co dwa tygodnie...takie
było orzeczenie sądu. Nic nie miał do powiedzenia. Wiedział, że Natalia
ciężko znosiła rozstanie, ich rozwód. Cóż, Cristina niewątpliwie
dobrze się małą opiekowała. Nie brakowało jej niczego...Brakowało jej ojca...Głupie
myśli żachnął się doprowadzało go do szału przemyśliwanie całej sprawy
od początku i od początku. Analizował każdy szczegół swojego zachowania,
jej zachowania...Przypominał sobie każdą najbardziej błahą kłótnię z Cristine,
każdą najmniej znaczącą sytuację... czemu, czemu byłeś takim głupcem,
Carlos? Nie mógł sobie darować utraty córki. Nigdy nie wyobrażał sobie,
że tak bardzo będzie mu małej Nathy brakować. Nie kochał już żony,
wiedział, że rozwód był decyzją najlepszą z możliwych, lecz spoglądając
w twarz Natalii i tak za każdym razem zadawał sobie obsesyjne pytanie
czy tak ? czy to była dobra decyzja? czy jedyna z możliwych? Niejednokrotnie
zastanawiał się jak postrzega jego zachowanie to dziecko...Być może spoglądała
tak, jak on kiedyś...w dzieciństwie, spoglądał na swojego ojca...
To skojarzenie powracało. Odrzucał je, bo raniło, ale ono uparcie i wciąż
uparciej powracało ku niemu. ... Jakaś ciemna przestrzeń
ogrodu, zacieniona koronami wysokich drzew. Dom na przedmieściach Lizbony...
Wygodny dom, duży, obszerny. Bogaci ludzie. Jego rodzice. Już jako dziecko
wiedział, że ojciec jego ma dobrą posadę prawnika i świetną pensję...
Stanęła mu przed oczami pociągła śniada twarz ojca. Był przystojnym
mężczyzną. Typowa latynoska uroda, ciemne włosy i oczy... Pamięta jednak,
że bał się spojrzeć w tę twarz, gdy pozbawiona była uśmiechu...
Bał się...
Wielu kolegów mówiło, że ma surowych ojców, wielu pokazywało w szkolnej
szatni lub w rozbieralni tuż przed godziną ćwiczeń sportowych jakie
to cięgi oberwali od ojców i za jakie to wyrafinowane szczenięce przestępstwa.
On też...a jednak nie przyznawał się, że baty dostawał najczęściej
od surowej opiekunki. Ojciec nie stosował nigdy kar cielesnych a
jednak ile by jego syn dał by wysublimowany ojcowski system karania
zamienić na porządne codzienne lanie! Wiedział, że każdy chłopięcy grzech
odpokutować musiał będzie w dniu święta... Jakiegokolwiek tradycyjnie i
z założenia radosnego święta, które zazwyczaj powinno nieść równie radosną
obietnicę stosu prezentów... Tymczasem jego Boże Narodzenie, jego urodziny,
imieniny... były bez znaczenia.... Chłodnym tonem wypowiadane życzenia,
posiłek w ciszy. Nigdy nie zapomni wyrazu twarzy matki, która potajemnie
robiła mu prezenty w wigilię Narodzin Chrystusa, która w dniu jego
urodzin wtykała mu pod poduszkę pieniądze na upatrzone cudo... Potajemnie,
bo ojciec nie zwykł akceptować nagradzania prezentami dziecka, które odbywało
swoją karę.
Chłopiec najlepiej czuł się poza domem, na otwartych osłonecznionych
podwórzach starej Lizbony... Nigdy nie wracał po szkole do domu, włóczył
się z kolegami. Pokochał to miasto, nie jego snobistyczne rozpościerające
się poza centrum dzielnice, lecz tę starą część Lizbony, wąskie uliczki,
którymi , zdawałoby się, z trudnością przeciska się stary tramwaj
swoim charakterystycznym krętym dżdżownicowatym ruchem...
Ale Nathalia jego była inna. Spokojna, odrobinę nieśmiała lecz tak
samo ciekawska i spragniona wrażeń i nowości... Uwielbiał ją, rozpieszczał
prezentami, które tyle co jej sprawiały jemu radości, pragnąc jakby w dwójnasób
nagrodzić i sobie własny niemiły czas dzieciństwa i jej... nieobecności
ojca w domu i niedotrzymane obietnice...
Uniknął niewątpliwie jednego ojcowskiego błędu lecz nie uchronił się
przed drugim. Tak jak on potrafił spędzać długie godziny w
biurze, dzień cały boży, nie poświęcając ani jednej myśli rodzinie. Nawyk.
Nawyk pracy. Pracoholizm. Nawyk nadmiaru pracy. Wszystko w końcu stało
się nawykiem. Jego życie wypełniło się nawykami. Późne powroty, pocałunek
dla Nathy... przez sen..., seks ... w półśnie, w środku nocy, gdy
on powracał, gdy żona spała, nad ranem... Zaczynał to lubić. Ona nie. Uważał
za normalne. Cristine nie. Pamiętał ich wspólne ostre kłótnie. Wybuchały
zazwyczaj, w weekendowe poranki, gdy Nathy była na lekcjach baletu a oni
dwoje razem w domu. Nie pamiętał już tych pierwszych wspólnych szczęśliwych
dni ich związku. Odeszły, zasnute głęboko pajęczyną niepamięci, przyszarzały
pod natłokiem gorzkich słów, agresywnych gestów, milczenia pełnego żalu
i rozgoryczenia.
Jak niesprawiedliwa była nieraz dla niego. Pracował ponad siły. Ona
widziała tylko efekt uboczny, jego nieobecność całe dnie...noce, weekendy
nawet... W ten sobotni poranek, było lato, pamiętał, początek lata, może
czerwiec... Zmuszał myśli by dryfowały wokół osoby jego córeczki, to był
jedyny sposób, by zachować cierpliwość i spokój. Cristine! Jakże potrafiła
być męcząca! Jej nieustanne wymówki, jej paplanina właśnie wówczas, gdy
najbardziej potrzebował spokoju, właśnie wówczas, gdy miał ochotę odciąć
się od całego świata. Odgrodzić się. Zniknąć. Pomyśleć. Widział żywo przed
oczami scenę....Poranne słońce, jeszcze nieśmiało lecz już przypieka...Cristine
wyskoczyła z łóżka, potem śniadanie, zawiozła małą do pobliskiej szkoły
tańca...,po kilkunastu minutach dostrzegł ją już w progu. Stała spoglądając
na niego w milczeniu, jadł śniadanie, zaproponował kawę, odmówiła, usiadła
przy nim ...zaczęła opowiadanie. Smutnawo, cierpko, posypały się różne
słowa, jakieś-dawno-dane jej obietnice, których teraz wykonania domagała
się...Nie odpowiadał. Zasklepiał się w sobie, coraz głębiej. - Cristine,
nie teraz , proszę, daj mi spokojnie przeczytać gazetę, pomyśleć, pomilczeć...
- poprosił. Nie zrozumiała. Jeszcze raz potok wyrzutów. - Dlaczego teraz?
dlaczego w chwili gdy są sami we dwoje on chce być sam na sam... - Cóż
mógł odpowiedzieć. Nie było odpowiedzi. Starał się nie słuchać, starał
się... W końcu, jednym gestem odłożył gazetę, odsunął niedopitą kawę, wyszedł
z kuchni.... Nie spojrzał za siebie, lecz wiedział, że oczy Cristine musiały
już napełnić się łzami...Nie potrafił zmusić się do powrotu. Nie umiał
przepraszać...Wyobrażał sobie jej myśli, jej zachowanie...
-Co się stało, mamusiu?- Nathy dostrzegła pospiesznie ocierane chusteczką
łzy Cristine. Córka czekała już na nią przed wyjściem ze szkoły.
Spóźniła się...Nie mogła pozbierać myśli po kolejnym spięciu z Carlosem
tego ranka.
-Nic, nic kochanie... Opowiadaj, jak było. ...
-Dobrze było, mamusiu, niedługo zacznę uczyć się pas de deux. Dziś
pani mnie pochwaliła... Cristine uśmiechnęła się spoglądając na córkę.
Mała miała te same ciemne błyszczące wielkie oczy, czarne włosy krótko
przystrzyżone. Cristine nie lubiła długich włosów u dzieci. Jeśli
zechce, kiedyś Nathy będzie mogła mieć tak długie jak mama, splecione na
karku, gładko opływające pociągłą twarz...Kiedyś, gdy zostanie
prawdziwą primabaleriną...Cristine wróciła myślą ku dręczącemu ją tematowi.
Carlos. Czy miał sens ich związek? Czuła się coraz bardziej psychicznie
zmęczona. Czuła jak rzeczywistość wymyka się jej spod kontroli. Carlos...Właśnie
wówczas gdy go najbardziej potrzebowała, jego męskiej decyzji, jego męskiego
wsparcia, nie było go...Jego ciągłe przedłużające się nieobecności
w domu, jego praca ponad standardowe osiem godzin, praca ponad siły,
była przyczyną jej rozterek i żalu...Wiedziała, że pracował ciężko, że
zarabiał dobrze. Cudownie, lecz ona pragnęła jego obecności. Była
cierpliwa, przez tyle lat była cierpliwa...Już basta buntowała się. ..Pamiętała
szczęśliwe chwile, które spędzili wspólnie. Jeszcze teraz z rzadka zdarzało
się im wspólnie spokojnie spędzić wolny czas. Pomyślała o niedawnym sobotnim
wieczorze, kiedy to wybrali się na koncert Madredeus. Cudowny
koncert, cudowna muzyka. Łączyły ich jeszcze wspólne pasje, lecz to w końcu
tak niewiele...Niewiele...To, co najistotniejsze dla niej samej, dla Nathalie
dawno już uleciało z tego związku...zauważalna i potrzebna obecność mężczyzny.
Ale jednak...Ten wieczór był niezapomniany. Koncert Madredeus,
wprawiający w ekstazę głos Teresy, muzyka, potem kolacja z żoną przy świecach
w żydowskiej restauracji.
Był zauroczony piękną Teresą. Nie odrywał oczu od jej ocienionego samotnego
kształtu na środku sceny i od jej w świetle reflektora wyraźnej pociągłej
twarzy, w której wyraziście zaznaczały się ciemno oprawione oczy. Jej pieśni,
bo nie można tych utworów było nazwać piosenkami, zaczynane były każda
z odmiennym rodzajem ekspresji. Wyśpiewywana każda kolejna fraza
podkreślana była dumnym uniesieniem głowy. Ta kobieta po prostu potrafiła
być tak piękna jak piękne było jej śpiewanie... Zabawne, jak bardzo uderzyło
go tego wieczoru ich podobieństwo, podobieństwo tych dwu kobiet, Teresy
i Cristine...
Sobota. Miasto żyło gwarnym tłumem mieszkańców. Grupki ludzi włócząc
się uliczkami po zakończonym filmie czy koncercie niespiesznie poszukiwały
odpowiedniego miejsca dla skonsumowania kolacji. Zajrzeli na przystań,
w bliskości morza, ciągnęły się rzesze restauracyjek. Otwarte na morze
i na ulicę, jedynie dachem chronione tarasy...Skusiły ich dźwięki żydowskiej
małej kapeli we wnętrzu jednej z restauracji. Weszli. Miły czysty głos
młodej kobiety wypełniał przestrzeń pomieszczenia...usiedli przy jednym
z dalszych stolików pod oszklonym dachem, słuchali dźwięków niezrozumiałych
dla nich słów...
-Czy nie sądzisz, że ta muzyka niezwykle przypomina pieśni Teresy?
-Yhmm, być może,
-Czyżby podobne inspiracje?
-Okruchy żydowskiej kultury...Spadek po hiszpańskich sąsiadach - uśmiechnęła
się ironicznie - daj spokój temu... Czy nie powinniśmy raczej porozmawiać
o nas? o naszym związku? Carlos! Spójrz na mnie! Czy interesuję cię jeszcze
to, co ja czuję? Czy ty mnie wciąż jeszcze kochasz? Carlos ... Nie widzisz,
że to nie ma sensu? Ja...tak dłużej nie mogę...nie mogę... schyliła głowę.
-Przestań, proszę, dobrze wiem, musimy porozmawiać o tym, ale...nie
róbmy tego teraz... Porozmawiamy dziś w domu, ok? Czy ja cię kocham...Myślę...
-Już nic nie jest takie samo i uczucia też nie ma...Dobrze, nie musisz
odpowiadać mi na to pytanie. Znam odpowiedź.
-Nie, nie znasz jej,...sam jej nie znam...
-Oszukujesz się, Carlos, spójrz wokół siebie, spójrz na swoje życie!
Praca, praca, koledzy z pracy! To jest jakieś bagno, które cię wciąga!
znowu się zamykasz, milczenie...dobrze, nie musimy o tym mówić teraz.
Porozmawiamy w domu. Tej obietnicy musisz dotrzymać. Już czas coś postanowić...
Ja tak dalej żyć nie mogę i ...Nathalie ...też nie...
-Nathalie...tak , porozmawiamy w domu... Masz tak piękną twarz Cristine...
piękną pomyślał - ale to prawda, że już nie wzbudza ona we mnie czułości.
Wywietrzało coś we mnie...Wywietrzało...pusty jestem w środku...Oh, Cristine,
żeby tak móc odwrócić bieg czasu...
To wszystko już przeszłość. Udało im się w ciągu tych kilkunastu
miesięcy obojgu poukładać jakoś własne życie, jedno z dala od drugiego.
Wciągało go coraz bardziej środowisko profesjonalne, wciąż utrzymywał kontakt
z firmą, w której pracował niegdyś. Niezdrowy kontakt. Na wspomnienie tamtych
nie do końca wyjaśnionych komplikacji finansowych dostawał gęsiej skórki.
Miał się na baczności, lecz ..trybu życia nie zmienił...Pozostawał już
bez najmniejszych wyrzutów sumienia w biurze, do późnych godzin nocnych...Kto
czekał na niego w domu? Nikt...pustka pomieszczeń i cisza.
Jego dwa czarne koty, które i tak chodziły jedynie sobie wiadomymi drogami...Cristine
nie powróciła, nie pragnął przecież jej powrotu...Tak było mu lepiej, wygodniej...
Właśnie jednego z tych późnych zimowych wieczorów, to musiał być grudzień
1999 roku..., gdy pozostawał w biurze, czekając na kolegów, z którymi tuz
przed północą miał wybrać się na kolację, poznał tę kobietę...Poznał?
To ciekawe określenie, właściwie nie znał jej wciąż jeszcze wtedy, nie
widział, ale już była mu dziwnie bliska. Rzeczywistość wirtualna.
To ona kreowała niewątpliwie to szczególne wrażenie bliskości tych, którzy
są o tysiące kilometrów od nas...Ona, mała blondyneczka, Słowianka, o miłym
uśmiechu, nieśmiałej ekspresji rysów i oczach zabawnie skośnych jak u Chinki,
gdy półprzymknięte miała powieki. Było już po jedenastej, gdy połączył
się z internetem. ICQ, zabawny program który pozwalał kontaktować się z
ludźmi z całego świata. Wysłał list do kogokolwiek w przestrzeni wirtualnej,
jakiego bądź random usera..., wysłał list który trafił do niej...Nie chciała
z nim rozmawiać, późna pora...A jednak pozostała online i rozmowa ich trwała
ponad godzinę. Dawno z nikim tak szczerze tak miło mu się nie rozmawiało...To
była urocza osóbka.. Powrócił następnego dnia i później... Pozostawali
w kontakcie. Minął miesiąc i zapragnęli w końcu się spotkać. .....U niej.
W jej kraju...To dziwaczne szare miasto, jakby przekłute przez środek boleśnie
budowlą wysoką i szarą, brudną, podobno to pałac....kultury i nauki...Może
i tak..., było mu to w sumie obojętne...Cholernie zimno było w tym północnoeuropejskim
mieście, zima bezśnieżna.. Ona...Yhhm...ładna kobieta, ładniutka,
tylko dwa dni w hotelu, sami, razem... Ile tygodni później prześladował
go jeszcze obraz jej, nagiej, nad nim, pochylającej się do
pocałunku, jej nagiej nad nim w monotonnym ruchu ... przypływania i odpływania...
Tęsknił już za nią. ... Pragnął znów zobaczyć, dotknąć, przytulić, kochać
się z nią, być... Ile razy jednak opadały go już wątpliwości. Rzeczywistość
wirtualna daleka była od realnej... Nie zapomni nigdy jej wzroku, jaki
przywitała go na lotnisku. Było w nim coś na kształt ...rozczarowania.
Nie potrafił zmusić jej później, by opowiedziała swe wrażenie , zresztą
czy byłoby to dobre.. może tylko bolesne dla nich obojga. On również wyobrażał
sobie ją nieco inaczej. Żadne z nich nie wysłało przecież aktualnego zdjęcia.
Aktualnego nie było, a może po prostu z obawy...Nie jest łatwa konfrontacja
z rzeczywistością...
Miłe było pierwsze spotkanie, równie ciekawie zapowiadało się ich spotkanie
drugie. Planowali je w styczniu , nie doszło do skutku...Sam zamierzał
zorganizować rendez-vous w dniu świętego Walentego...Im intensywniej jednak
myślał jednak o tym dziwnym związku, tym większe opadały go wątpliwości.
Rozmawiali online, rozmawiali poważnie, bo i oboje poważne mieli zamiary,
lecz jednocześnie pobrzmiewały w jego głowie fragmenty dyskusji z Cristine,
tej ostatniej, decydującej... Pamiętał swoje krótkie uwagi, swoje racje,
jej wyrzuty, jej racje...Pobrzmiewał mu w głowie tamten uparty dźwięk dobiegającej
z ulicy muzyki, dźwięczny, momentami zbliżony do szeptu głos Cristine,
która wciąż nasłuchiwała, czy nie budzi się mała Nathy...
-Śpi, sprawdziłem...
-Yhmm... Widzisz, czy czasem nie zastanawiałeś się ku czemu zmierza
twoje życie? powróciła do urwanego tematu Cristine moje zdaje się ostatnio
tak puste...Na szczęście jest Nathalie. Ona jest najważniejsza, ale może
to moje kobiece spojrzenie.
-Nie bądź niesprawiedliwa, wiesz, że bardzo kocham Nathalie. Patrzysz
na sprawę jednostronnie. ty się nią opiekujesz, zgoda, jesteś z nią, tak...
Nigdy przecież nie wyrzucałem ci faktu, że zarabiasz mało, , mogłaś w ogóle
nie pracować czyż nie? Zawsze dążyłem do tego, by utrzymanie domu było
jedynie moją odpowiedzialnością, ty dzięki temu mogłaś opiekować
się małą.
-Tak tak, oczywiście rzuciła zgryźliwie Ale czy pamiętasz? Nasze
pierwsze wspólne lata..., zarabiałeś dużo, pracowałeś mniej. Czy bardziej
ci na mnie zależało? Byłam ważna dla ciebie, ważniejsza niż praca?
-Cristine, zarabiałem wtedy dużo mniej i mniejsza była moja odpowiedzialność.
Nigdy o tym nie mówiłem. Nie lubię rozmawiać o pracy.
-wiem..
-Wiesz, i wiesz, jeśli zaobserwowałaś, że im więcej problemów tym moje
milczenie jest częstsze.
-Yhhm...Trudno mi nieraz odgadnąć przyczynę twojego milczenia, Carlos.
Niełatwo jest się pozbyć wrażenia, że jesteś zły na mnie. Na mnie właśnie
kumuluje się twoja złość. ..
-To być może prawda, jest mi naprawdę przykro, że wszystko to potoczyło
się w tak przykry sposób.
-Carlos, nie czas na żal. Oczekuję od ciebie podjęcia decyzji.
..Masz problemy w firmie...Tak? Wiem, ale musisz sobie sam z tym poradzić.
Nigdy zresztą nie potrafiłeś przyjąć ode mnie pomocy, od nikogo...Ja chcę
jedynie uchronić Nathalie przed stresem jaki budzi twoja nerwowa obecność
w domu. Nie ma cię cały dzień, gdy jesteś...nie otrzymujemy nic poza gniewnym
podejrzliwym milczeniem...Carlos, czy nie tak?
-Co chcesz bym odpowiedział? uniósł się Nie masz bladego pojęcia
o sprawach, które mnie nurtują. Nigdy nie mogłem ci nic powiedzieć. Dobrze..
może nie chciałem, i tak nie miałoby by to sensu... Ale liczyłem na jakieś
zrozumienie, wyrozumiałość, cierpliwość, ty potrafiłaś zarzucać mnie jedynie
swoimi błahostkami i żądaniami w najmniej odpowiednim momencie.
-Jak możesz ... miała łzy w oczach
-Cristine, nie oczekuję od ciebie wyrozumiałości. Masz w jakimś sensie
rację. Jednak czuję, że te sprawy zaszły już w tej chwili za daleko. Mam
rzeczywiste problemy w firmie westchnął schylając głowę to kwestia
dużych pieniędzy i dużej odpowiedzialności... Muszę być twardy psychicznie,
by nie dać się wciągnąć w to bagno., a jednak..
-widzę jak ono cię wciąga dokończyła ja cię wciąż kocham, Carlos,
ale dla dobra naszego związku i naszej Nathy...postanowiłam wyprowadzić
się do apartamentu moich rodziców.
-Cristine..
-Poradzę sobie. Radzę sobie sama od dłuższego już czasu...Nie ma cię,
czego ode mnie oczekiwałeś? Przywykłam radzić sobie sama.
Milczał...
-Carlos?
-Daj mi znać gdy czegoś będziesz potrzebować... Usiadł zmęczony, dotychczas
oboje stali ... Kuchenny stół, okrągły duży, wsparł na nim łokcie,
ukrył głowę w dłoniach...Miał taką ogromną potrzebę łez, płaczu...Lecz
nie potrafił, wiedział,, że nie potrafi...Nic nie przynosiło mu ulgi, każdy
problem dusił wewnątrz, zatruwał się od wewnątrz... Tak po prostu
było, zawsze tak było w jego życiu, od lat najmłodszych...Cristine stała
oparta o szafkę, spoglądała w milczeniu na niego...Nie mógł znieść jej
badawczego współczującego wzroku... Może był to zresztą wzrok pełen rozpaczy?
Nigdy nie potrafił prawidłowo rozeznać jej myśli, jej intencji...Nie
kochał jej, nie kochał już...myśl o utracie Nathy...nie chciał o tym myśleć,
to jeszcze nic , jeszcze nic się nie stało...to tylko te kilka miesięcy
aby wyprostować sprawy profesjonalne pocieszał się...oszukiwał się...
... Powrócił myślą do teraźniejszości, na ekranie okna dialogowego
uparcie pojawiały się te same słowa: jesteś tam? hallo! jesteś tam wciąż
Carlos? jesteś? ... are u there? are u? Wzywała go kobieta zza kilku granic
narodowych ponad przestrzenią kilku tysięcy kilometrów...
-Tak, jestem, przepraszam cię, zamyśliłem się.
W porządku, tylko powiedz mi, prosze gdy będziesz odchodził.. Nie chcę
sterczeć tu przed ekranem jak idiotka gdy ciebie już nie ma! Nieraz połączenie
jest tak słabe, że zupełnie nie wiem, czy w ogóle dostajesz moje wiadomości..
a teraz...ogromnie wolno pojawia mi się na ekranie twój tekst. Shit, to
jednak tak sztuczny kontakt, Carlos... Kiedy znów będziemy mogli zobaczyć
się w rzeczywistości... niewirtualnej...
-Nie wiem, kochanie...
Rozmawiali jeszcze chwilę, lecz on wciąż uciekał myślami, długo kazał
jej czekać na swe odpowiedzi...Myśl o dawnej kłótni z żoną zwarzyła
mu humor, zasiała wątpliwości...Czy to rzeczywiście ma sens? Kolejny związek...Czy
będzie szczęśliwy? Wiedział, że przyszłość pozostanie zwierciadlanym odbiciem
przeszłości o ile on sam....sam swego życie nie zmieni... Where are u?
Już zasnąłeś nad ekranem? dostrzegł żartobliwe słowa kobiety, lecz
wiedział, że jest rozżalona i zła...
Och, ile można czekać na odpowiedź? Carlos! Jesteś okrutny...zresztą
czy ja wiem, to może być równie dobrze wina połączenia. Czuję się tak zależna
od techniki...Cały ten świat wirtualny wciąga i uzależnia. Zdaje się początkowo,
że ułatwia. To prawda. Pozwala poznać tych, którzy żyją daleko stąd,
rozszerza horyzont myślowy, horyzont postrzegania i wrażliwości...Niewątpliwie,
ale rzeczywistość pozostaje rzeczywistością. Boże! Czy kiedykolwiek ludzie
pozbędą się pragnienia dotykania, czucia i po prostu bycia obok siebie?
Znajdzie się techniczne rozwiązanie problemu...Ale wszystko to i tak..
sztuczne...złudne. Lecz fakt, że poznałam go nie jest iluzją. Chcę z nim
być. Pragnę go. Nie za pośrednictwem cholernego internetu! Pragnę cię dotknąć,
Carlos, objąć , przytulić się do ciebie...Kurka , rozklejam się...Powinnam
już zejść offline. Znów pewnie fire wall przeciął połączenie. Nawet nie
zauważyłam. ...Żeby tak po prostu rzucić wszystko i wyjechać, być z nim...Żadne
z nas sobie na to nie pozwoli. Nie. A ja...wciąż mam poczucie, że go nie
znam. Tyle rozmów było między nami, tyle słów... i spotkanie. Tego wrażenia
nie da się oszukać. Wszystko jest możliwe wirtualnie, wszystko się
wydaje, każde kłamstwo, obłuda zawoalowanie... zostaje odkryte w konfrontacji
z rzeczywistością. I...przetrwaliśmy. Dziwne. Jak mogę być pewna, że to
on jest mężczyzną dla mnie ...na długie lata...Słowiański charakter w zetknięciu
z latynoskim temperamentem...Co za dziwaczną mieszkankę to stworzy. Mieszkanka
w postaci ślicznego śniadego czarnowłosego jasnookiego bébé, baby, bobasa....Ha
ha! Czasem tak bardzo się tego boję...Ufam mu. Muszę mu zaufać, nie wiem
jak inaczej wyobrazić sobie życie w obcym kraju, którego kultury ani języka
nie znam. Ah, czy nie popełniasz właśnie gigantycznego głupstwa, moja droga?
Ciichoo...ciii, jeszcze nikt nie powiedział ostatniego słowa. Wiem jednak,
że jeśli nie zdecyduję się na ten krok, zawsze będę tego żałować...
Jest już po północy. Pięknie. A jutro poniedziałek i szósta rano
muszę otworzyć oczy...Muszę! Może jakiś list? Nie wierzę, że Carlos odszedł
bez słowa. Yhhmm...kocham go za to...Dłuugi list. Zabawne jak różnie piszą
kobiety jak różnie mężczyźni. No, może odrobinę generalizuję...Ale, ha
ha, Carlos zawsze pisze tak, jakby tworzył dla mnie wiersz, krótkie wersy,
krótkie zdania, całość frazy w jednej linii...poemat , taki długi poemat,
podczas gdy ja niezmiennie piszę frazą ciągła, ooch, tworzę prozę...Wypełnianie
tekstem przestrzeni strony aż do jej krańca, zawija się sama...Proza...sformatowana.
Ot, różnica być może taka między umysłem ścisłym, i humanistycznym, analiza
i synteza, a może na odwrót?
Ah, ten list...
I am sorry...Czekałem przed ekranem peceta przez około pół godziny,
lecz połączenie było bardzo złe. Trudno mi było wysłać jakąkolwiek wiadomość
przez ICQ. Wiesz..., nie lubię pisać dużo... - wyobrażała sobie jego
półzakłopotany półżartobliwy wyraz twarzy i sama się uśmiechnęła
Ale widać ekran peceta, do którego byłem przykuty jakby, hipnotyzował
mnie i prowokował wspomnienia...Pamiętasz...poznaliśmy się w grudniu, nie
wiem jaka była to dokładnie data. Ty z pewnością wiesz...lecz grudzień
1999 roku. Mija miesiąc naszej znajomości, czyż nie? Ale nie to wspomnienie
miałem na myśli. Ty, ty jesteś moją teraźniejszością...moją przyszłością.
W styczniu minie rok od rozstania z Cristine. Byłem wtedy
w wielkich finansowych kłopotach. Zresztą to była zawikłana, ciemna afera.
Ciągnęła się miesiącami. Byłem jedną z osób w firmie na odpowiednio odpowiedzialnym
stołku...Sąd...Znalazłem się w sądzie. Pamiętam, wywlekano najbardziej
osobiste sprawy, potknięcia, błędy zawodowe,...Moja żona świadczyła wówczas
przeciwko mnie . Nie będę ci, kochanie, wszystkiego opowiadać. Część tych
spraw jest już przeszłością. Rozdział zamknięty. Lecz moje życie profesjonalne
wciąż jest powikłane.. Nie, nie martw się o mnie. Zdaje mi się, że widzę
już twoją smutną minę, ha ha! Jeśli wciąż powtarzam, że nie mogę
zdecydować się jeszcze na wspólne nasze życie, to dlatego, że prywatne
moje sprawy są w wielkim bałaganie. Chcę byś była szczęśliwa, spokojna.
Moje tymczasem problemy profesjonalne, moje dylematy wewnętrzne nie mogą
w żaden sposób wpłynąć na twoje samopoczucie, twój komfort psychiczny,
nasz...nasz dom... Czy tak? Wiem, że uśmiechasz się w tej chwili, zdaje
się, że słyszę twoje chcę po prostu być z tobą ... Wiem.
Niedługo... Muszę wszystko przemyśleć, dopracować... Firma, dla której
teraz pracuję, cóż, jestem coraz bardziej zadowolony, lecz to nie to, co
dawniej...Wciąż jest to jednak rzecz, która mnie wciąga. Moje inżynierskie
wykształcenie i inicjatorskie zapędy nie idą tu na marne. Przynajmniej
docenia się mój wysiłek. Powoli się zresztą usamodzielniam. Własne poletko...Wyjasnie
ci kiedyś...ale za to wspominałem ci chyba już o współpracy, jaką
zawiązałem, zupełnie przypadkowo, latem 99 roku. to był bodajże lipiec...Konferencja
w NYC...Byłem tam z przyjacielem. To komputerowiec, to on mnie wciągnął.
Tam poznałem Hucka, Marię i przede wszystkim Harena. Opowiadałem ci o nich.
Czemu tez mi to przyszło do głowy? Ooh, po prostu Huck zjeżdża tu do Lizbony
niezadługo. Robimy wspólnie prezentacje nowego wynalazku Harena. Takie
telekomunikacyjne cudo...ale jak nieoczekiwane skuteczne i przemyślne wykorzystanie
internetu... Opowiem ci dokładniej...potem. Fire wall za pięć minut. Kończę.
Całuje. Uważaj na siebie.
C. |