powrót
 
 

Preludium do Intermedium tragiczno-prozaicznego pierwszego
 
 Fedra. Uwielbiała ją pasjami. Fascynowała ja jej dziwna, oszalała, zdominowana niszczącym, niechcianym uczuciem osobowość. Fedra. Chodziła na każde jej przedstawienie. Nie było ich wiele w Warszawie... Czasem jakiś rodzynek na krakowskiej również scenie... Ale gdy tylko pojawiały się afisze ogłaszające tę sztukę biegła kupić bilet. Najczęściej były to przedstawienia na podstawie "Phedre" Jean Racine'a, sztuki klasycznej, francuskiej. W tłumaczeniu Międzyrzeckiego tragedia w jakiś tam sposób zbliżała się do oryginału. Jak inaczej i piękniej byłoby jednak usłyszeć "Fedrę" w wykonaniu francuskich aktorów w języku Racine'a... kiedyś myślała o nauce francuskiego, dziś nie miała na to już ani czasu, ani zapału.. Szkoda, nigdy już zapewne nie odwiedzi francuskiego teatru, nie kupi biletu na wystawiane zupełnie okazyjnie sztuki francuskie w oryginale na scenie teatru narodowego, a przy poparciu Instytutu francuskiego.. , nigdy zapewne nie pojedzie do Francji, do Avignon, w lipcu, w okresie festiwalu teatralnego, którym żyło wówczas całe miasto i okolice. Tam zjeżdżały się wszystkie znane i mało znane i debiutujące zupełnie narodowe i obce trupy teatralne, tam właśnie wystawiano sztuki na scenach, scenkach, i w miejscach tymczasowo zaadoptowanych dla potrzeb aktorów i widzów, i wprost na ulicy..., tragedia, komedia, farsa, groteska, commedia dell'arte .... wszystko przez tych kilkadziesiąt dni współgrało i współżyło w symbiozie. 

 Lecz Katja, póki co, mogła się cieszyć jedynie polskim wykonaniem "Fedry" -  może za wyjątkiem tego jedynego momentu, chwili, która trwała niemal dwie godziny, ha ha! gdy udało jej się dostać bilety na "Fedrę" na scenie teatru londyńskiego, i, co ważne, udało jej się nakłonić drogą obietnic i kompromisów Théo, by spędził wraz z nią w teatrze ten wieczór. Był cudowny... ten wieczór. I Théo był cudowny i ten wieczór, i ta wspólna kolacja, i rozmowa wspólna, i noc... 
Nie zatarło się to wspomnienie, tak miłe i cenne, nie zatarło i nie zmyło i nie pokryło rdzą mimo późniejszych nieporozumień. To jedno wspomnienie chciała zachować, może właśnie tak dobre było dzięki Fedrze? A Fedra pasjonowała ją będzie zapewne zawsze, aż do bólu, aż do szaleństwa, ta chora osobowość... 
 Teraz jednak nie to wspomnienie miała przed oczami. Po spotkaniu z Pawłem Jakowskim postanowiła zawędrować aż na Stare Miasto. Nie chciała wracać do domu. Nie miała ochoty samotnie wpatrywać się w cztery ściany. Nowy Świat, Krakowskie i Uniwersytet. Wysiadłszy z tramwaju na rondzie de Gaulle'a przemierzała miasto na piechotę. Oglądała uważnie afisze, oglądała uważnie ludzkie twarze, twarze przechodniów, oglądała uważnie fasady, twarze zabytkowych kamienic, zamknięte okienniczkami maleńkie oczy kamienic umieszczone na skosie spadzistego dachu, malowidła naścienne, pomalowany naskórek ścieśnionych jeden obok drugiego domów na warszawskim Rynku...Dostrzegła plakat. "Fedra" w Powszechnym, z Jandą.. Hmm, nie przepadała za nią, ale poza tym młodzi aktorzy, a Janda jako Fedra... może to było warte zobaczenia..? Wahała się. Z pewnością to było warte zobaczenia! - zadecydowała. Zwłaszcza, że grano ostatnich już kilka przedstawień. W piątek ostatnie.. Był wtorek.. A gdyby tak dziś? Hmm, nikt z jej przyjaciół nie zgodzi się w ostatniej chwili na taką eskapadę. Postanowiła pójść sama. Przedstawienie rozpoczynało się o siódmej... 
 Powszechny znajdował się w okolicy nieciekawej, okolicy Stadionu Dziesięciolecia, wokół którego, jak powszechnie wiedziano, mieścił się ogromny bazar. W jej oczach było to wcielenie chaosu, świat rządzący się sobie wiadomymi, przez siebie ustanowionymi prawami. Jeszcze do niedawna świat ten rozwijał się dostrzegalnie, jedne stoiska płodziły inne, pączkowały maleńkie przyklejone do większych sklepiki i stragany, interesy i interesiki kwitły. Na skutek jednak rosyjskich problemów z wizami handel oklapł i umierało powoli życie na stadionie. Nie pojawiali się przekupnie ze wschodu, nie mieli źródła dochodu Polacy. Eh - żachnęła się - tak jest jak jest. Pomyślała o swojej rodzinie, która pozostała na Białorusi, o rodzicach... Nie, oni, naukowcy, biednie żyli lecz żyli, nie przyjeżdżali na handel do Polski, nie tłukli się zapoconymi ciasnymi autokarami, nie chłopowacieli w twardych kontaktach z rzeczywistością dziką handlu na stadionie... 
Zajęły jej głowę te myśli, (zajęły mi głowę te dygresyjki, przepraszam już wracam do tematu) piechotą przewędrowała most Poniatowskiego i okrążyła stadion od ronda i ruszyła ulicą ...jaką? nigdy nie pamiętała jej nazwy... ku teatrowi. Dopiero widok niskiego budynku i pustki przed teatrem skierował jej myśli w tę stronę. Pusto... Jeszcze czas...
Kupiła bilet. Spojrzała na zegarek. Jeszcze pół godziny do rozpoczęcia przedstawienia. Nie miała ochoty zwiedzać okolicy teatru, która jak już wspomniano nie była ciekawa. Pogoda tez nie sprzyjała spacerom. Wiał przenikliwy zimny wiatr, ubrała się stanowczo za lekko... lecz rano było ciepło.. Przysiadła na brzegu ławki, jedynej jaka znajdowała się w przedsionku budynku. Nie wpuszczano jeszcze do środka. Zawsze miała przy sobie książkę. Otworzyła, zaczęła czytać. Gdy w końcu podniosła głowę, wokół siebie dostrzegła tłumek ludzi. Dziesięć minut do rozpoczęcia, ludzie zaczynali się gromadzić. Nie będzie tłumów, ale widownia nie będzie też zupełnie pusta - uśmiechnęła się. Już czas, postanowiła i opuściła swą wygodną miejscówkę. Tuż przed nią na salę teatralną wchodził przystojny, młody mężczyzna. Nie. Nie znała go z pewnością, a mimo to jego rysy zdawały się jej być znajome... Kogo on jej przypominał - nie dawało jej spokoju pytanie. Usiadł dwa rzędy przed nią. Ha! Wkrótce sala zapełniła się i zasłonił go wysoki mężczyzna w rzędzie następnym. Co jakiś czas jednak mogła jeszcze dostrzec tamtego ciemne, krótko przystrzyżone włosy.. Zgasło światło i przeniosła wzrok ku oświetlonej scenie.. Fedra Janda, Janda Fedrą. A jednak pasowała do tej roli,  żeby tylko nie grała tak egzaltowanie, tak płaczliwie... To była przecież prosta historia, grecy lubowali się w takich - uśmiechnęła się ironicznie do samej siebie. 
 Pierwsza przerwa. Zeszła bocznym wyjściem trafiając dzięki temu wprost do sali i baru.  nareszcie kawa, liczyła, że ona ożywi ją trochę. Cała tragiczna historia, na której w trakcie przedstawienia skupiała maksymalnie uwagę zmumifikowała jakby jej ciało, które czuło się powolne i nieporadne i ospałe. Kawa. Pomogła. Zaraz za Katją przy barze ustawiła się długa kolejka. Usiadła przy jednym ze stolików, nie był pusty, nie było pustych, przysiadła się do... do niego. Do mężczyzny, którego twarz tak ją intrygowała. Był sam? Czekał na kogoś, kto stał przy barze? Minęło kilka minut. Nie, najwyraźniej był sam... Zaciągnęła się głęboko aromatem kawy. W tym samym momencie usłyszała z żartobliwą nutą wypowiedziane słowa - Czyżby to był pani codzienny narkotyk? Hmm, trzeba przyznać, że ta, którą tu sprzedają jest szczególnie dobra, mieszanka różnych ziaren... 
-Tak, rzeczywiście jest cudownie dobra - podniosła na niego wzrok. - kupiłam tę o aromacie waniliowym.. Sama rozkosz. 
-Piję tę samą - uśmiechnął się. - Jestem Mark Jakowski - skłonił głowę - pani?
- Katja... - zawahała się, ze zdziwienia nie potrafiła skupić myśli.
- Jeśli nie chce mi pani podawać swojego nazwiska.
-Ależ nie, to nie to - Katja Czarnecka. Miło mi pana poznać, czy.. , proszę mi wybaczyć ciekawość, czy jest pan może spokrewniony z doktorem Pawłem Jakowskim?
- To mój ojciec! Zna go pani? To zabawne.. - roześmiał się.
-Jest moim promotorem.
-Ah, to pani należy do sekty muzykologów - roześmiał się -  proszę mi wybaczyć, to niepoważny żart. Ale ja nie jestem poważny. Nie potrafię...- zrobił komiczno-smutną minę. 
- A pan, czym pan się zajmuje? 
- Jestem komediantem... 
-Znaczy się aktorem. Wędrownym jest pan aktorem? Commedia dell'arte? - przybrała podobnie żartobliwy ton, pański typ humoru i charakter zdają się temu sprzyjać.. - spojrzała na niego z figlarnym uśmiechem
-No cóż, życie zmusza mnie do bardziej nudnych zajęć. Pracuję w Ateneum, bywa że i gdzie indziej, należę do kilku zespołów.. commedia dell'arte .. niestety myśleć i mówić o tym zdarza mi się jedynie na zajęciach z historii teatru.. - zrobił znów tę samą komicznie smutną minę. 
-Aha, czyli pracuje pan w Szkole Teatralnej..
-Dokładnie tak... A właśnie! Czy interesuje się pani teatrem do tego stopnia, by skusiła panią propozycja uczestniczenia w warsztatach teatralnych?  to mały właściwie warsztacik, przychodzą moi studenci, przychodzą ich znajomi... przyjaciele, bez żadnych ograniczeń.. wiekowych światopoglądowych, językowych... 
-Hmm, nigdy nie szukałam w sobie talentu aktorskiego.. Ale to może być ciekawe doświadczenie.. Kiedy odbywają się warsztaty? 
-W każdą środę. Proszę obiecać mi, że pani przyjdzie - spojrzał na nią komiczno-błagalnym spojrzeniem Arlekina. Roześmiała się.
-Nie obiecuję, ale postaram się przyjść, środy zazwyczaj mam wolne.
-Świetnie! - ucieszył się, rozległ się pierwszy dzwonek. Wrócili wspólnie do sali. Znalazło się dla Katji miejsce obok Marka. Sala rzeczywiście nie była nawet w dwu trzecich pełna. 
 Po skończonym przedstawieniu zaproponował, że podrzuci ją do domu samochodem. Czemu nie - zgodziła się myśląc z niechęcią o nieprzyjemnej, samotnej wędrówce w okolicach stadionu. 
To był miły wieczór, to było urocze spotkanie - pomyślała przed snem...
Następnego dnia zajrzała do uniwersyteckiej biblioteki w poszukiwaniu polskiego wydania "Fedry" Racine'a. We własnej biblioteczce odnalazła jedynie jej angielskie tłumaczenie, które zakupiła w Londynie tuż przed obejrzeniem przedstawienia.  Był to jednak język poetycki, ozdobny, dawny. Obawiała się wtedy, czy jej znajomość angielskiego była wystarczająca... 
 Odnalazła wydanie ..... , które nie przypadło jej do gustu, ale z którym się już przez długi czas nie rozstawała ani na krok...

 epizod3