Epizod II
Spotkanie
Dzień wstał pochmurny. Otworzyła oczy i spojrzała w okno zasnute
szarą poszewką. Wolała swojš, białš pod głową, wolała do niej się przytulić
jeszcze, by nie patrzeć na poduszkowatą szarą miękkość chmur. Zacisnęła
powieki, lecz jasne było dla niej, że już nie zaśnie. Wybiła siódma. Miauuu...
przywitał ją radośnie Hipolit, próbują dostać się do jej policzka zasłoniętego
kołdrą i polizać na dzień dobry. - Dobra, Hipo, wiem, muszę wstać. Już,
juuuż... Ajaj, zimny jesteś! - siadła na łóżku, nieprzytomnym okiem ogarniając
pokój. Coś jej się śniło jeszcze, jeszcze pamiętała. Ktoś dzwonił... Ktoś,
doktor Jakowski... Nie, nie śniło jej się. Faktycznie ktoś dzwonił poprzedniego
wieczoru. Pamiętała, że słyszała dzwonek telefonu jeszcze za drzwiami.
Błyskawicznie otworzyła zamek, rzuciła torbę gotowa odebrać.. jednak miała
krótką myśl, jeśli to on, on... , co mu powie... zastanawiała się, co mu
powie i stała w wahaniu nad dzwoniącym długo i uparcie telefonem... W końcu
sięgnęła powoli po słuchawkę. - Hallo - lecz oczywiście wówczas usłyszała
już jedynie przeciągły dźwięk.. Zrezygnował. Jakowski? Nie, w istocie wcale
nie o nim myślała, nie na jego telefon czekała... Théo. To mógł być tylko
Théo.. jak mogłaś być taką idiotką i nie odebrać? Teraz trudno, nigdy
się zapewne nie dowie, kto dzwonił...
Powlokła się zaspana jeszcze pod prysznic. Ożywił ją, orzeźwił.
uwielbiała to... dotyk gorącej wody, poczucie świeżości, i zaraz potem
zimny dotyk kremu i balsamu i olejku, i śniadanie w zwolnionym tempie,
i muzykę obojętną, i paplanie o niczym z nie politycznej niekulturalnej
audycji którejś ze stacji radiowych..., i aromat kawy. - Hipolit, łobuzie,
chodź do mnie, a gdzie jest Tezeusz? Śpisz? No dobrze, śpij... - Nie miała
się gdzie spieszyć. Sekretariat Muzykologii otwarty był od jedenastej.
Paweł zaś miał zapewne dyżur najwcześniej około dwunastej.
Przygotowała sobie kopiaste, jak mówiła, śniadanko. Tosty z masłem,
marmoladą i miodem... i może jeszcze plasterek sera... i tost z plasterkami
kiwi.. hmm, cudownie, i jabłko, i sok owocowy, i oczywiście kawa.
Właśnie w momencie, gdy zamierzała zabrać się do konsumowania drobiazgowo
i pieczołowicie przygotowanego śniadania zadzwonił telefon. - Oczywiście!
Wiedziałam, że nie będzie mi dane zjeść spokojnie - zżymała się w duchu.
-Tak słucham. Z kim mówię? Ach to pan panie doktorze, jak miło, że
pan dzwoni - serce waliło jej dziwnie zdenerwowane... doprawdy? Zauważył
mnie wtedy? Ale ze mnie gapa... - Tak, tak, wybierałam się właśnie do instytutu...
Zgoda. A więc do zobaczenia. Tak? Do widzenia. - Odłożyła słuchawkę skonsternowana.
- Widział mnie wczoraj. Cóż, szkoda.. to jednak taki miły człowiek.
... O dwunastej. - Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze dwie godziny.
- Hipolit? Chodź do mnie Hipolit, chodź, przytul się. Ooooh.. - usiadła
na wersalce i powoli zaczęła jeść tosty. Były już właściwie zimne, cóż..
i podobnie kawa. Tę podgrzała na gazie. Szkoda było wylewać, a nie miała
innej możliwości przywrócenia napojowi odpowiedniej temperatury. Nie znosiła
zimnej kawy. Już odgrzewana to właściwie, za przeproszeniem, obrzydlistwo...
O dwunastej spotkanie.. Hmm, pójdziemy na lunch? Być może będzie mnie chciał
wyciągnąć na obiad albo co najmniej na kawę. Kiedyś to było w jego zwyczaju...
On też musi czuć się w jakiś sposób samotny... Paweł.
Instytut Muzykologii w ogromnym labiryntowym gmachu uniwersyteckim
był nieco osamotniony wśród w większości ścisłych matematyczno-fizycznych
czy medycznych dziedzin nauki, które mieściły się właśnie na Ochocie, oddalonej
znacznie od Centrum Warszawy i od Powiśla, centrum życia studenckiego.
Ostatnie piętro. Na początku, zaraz po rozpoczęciu studiów, zawsze błądziła,
krążąc w kółko po którymś tam piętrze, wiedząc, że tam właśnie za jednym
z zakrętów, przy jednych z licznych schodów znajdować musiało się
wejście na piętro ostatnie. Nie pomagały żadne skojarzenia rzeczy, wyglšdu
i zapełnienia przestrzeni. Gubiła się. Labirynt! Ile razy potem wnosiła
o lepsze oznakowanie wejścia na piętro, ile razy jeszcze widziała młodszych
kolegów plączących się tam tak samo bezradnie jak ona dawniej. I nic...
Teraz, po tylu latach szła już na pamięć, z zamkniętymi oczami trafiłaby,
ha ha!
-Panie Pawle? Panie doktorze - zapukała, lecz gdy nikt nie odpowiedział
wsunęła się cicho do otwartego pokoju. - Panie Pawle... - siedział zaczytany
przy biurku..
-Tak? - Podniósł głowę, spoglądając na nią roztargnionym wzrokiem.
- Ah, to pani, Katju.. Niech pani wejdzie, proszę. Proszę zamknąć drzwi,
dobrze? No, co u pani. Proszę sobie tu usiąść, tu o.. W porządku?
-Tak, tak, oczywiście. Czy wyglądam dziwnie? - uśmiechnęła się i zastanawiała
się, czy widać jak bardzo jej uśmiech jest wymuszony i sztuczny.
-Oh- zawahał się - nie, tylko... Przyznam się, że zacząłem się o panią
obawiać słysząc pani głos w słuchawce... Ale to.. złudzenie. - uśmiechnął
się zakłopotany. Ona milczała, nie wiedząc, czy zaprzeczać, czy tłumaczyć,
milczenie zdawało się być najlepszym wyjściem z kłopotliwej sytuacji. Myślała
jedynie w duchu - przejdźmy do rzeczy, przejdźmy do rzeczy...
-Taaak.. Ale przejdźmy do rzeczy, czy nie? - uśmiechnął się, nie zdając
sobie sprawy z faktu, że zabrzmiało to w jej uszach jakby odczytanie na
głos jej myśli. - Czy temat pracy pozostaje ten sam? Znalazła pani w Anglii
odpowiednie materiały? O tak, wiem, że to nie był jedyny cel wyjazdu -
uśmiechnął się.. Jest pani z niego zadowolona?
-Tak, o tak. Poznałam cudownych ludzi, tak długi pobyt sprzyja zawieraniu
nowych znajomości.
-Myślę, że pod względem językowym dużo pani zyskała, czyż nie?
-Z pewnością. Ale jednak najcenniejsze są kopie dokumentów i moje notatki
o teatrze muzycznym. Dobrze, ja bardzo chętnie spojrzę na te materiały
i wysłucham pani koncepcji, w której na pewno zaszły jakieś zmiany.
-Poniekąd - uśmiechnęła się Katja - zaczęłam już nawet coś niecoś pisać.
-Kiedy możemy się więc umówić na konsultację? Przyznam jednak, że dysponuję
czasem jedynie we wtorki w południe, mam tu dyżur... i w weekendy.
-Panie doktorze, proszę zaproponować termin, ja się dostosuję.
-Nie chciałbym pani oferować jedynie tej godzinki wolnej we wtorek,
to dla nas stanowczo za mało czasu - spojrzał na nią, szukając potwierdzenia
swoich słów. Skinęła głową na znak zgody. - Czy nie moglibyśmy spotkać
się w sobotę... nie, w sobotę przyjeżdża mój syn.. Hmm, w niedzielę więc.
Zapraszam paniš do siebie. Zna pani adres. - roześmiał się swobodnie.
-Tak, byłam u pana doktora, to było z rok temu, nie pamiętam... Przygotowywaliśmy
wtedy wydanie nut Gomółki. Jeśli adres się nie zmienił na pewno trafię.
O której?
-Proszę przyjść po południu. Na kawę... - zawiesił głos pytająco.
-Na pewno będę. Przygotuję plan i materiały. Do widzenia.
-Do widzenia, pani Katju. Miłego dnia.
-Dziękuję. - wyszła z lekkim sercem z pokoju. Czuła jak spływa z niej
chandra i depresja, i smutek. Nareszcie, nareszcie będzie mogła się zagrzebać
w dokumentach i nutach, zapomnieć o Anglii, zapomnieć o nim... Cudownie
miły człowiek ten Jakowski. Pamiętam, że kiedyś proponował nam, by mówić
mu po imieniu.. I jakoś nie wyszło. Młodzi byliśmy. A i on mylił się często.
Zabawny facet... Paweł..
|