dom

 


 
prolog
 
 
Przyjechałam tu, aby się osiedlić. Aby zamieszkać z mężczyzną, o którego zabiegałam od lat. Moje myśli najchętniej biegły więc w stronę naszego przyszłego domu. Jak go urządzę, jaki będzie miał wystrój ten apartament, w którym mieliśmy nazajutrz z Nadirem zamieszkać? Myślałam też nieustatnnie i obsesyjnie o naszym nikah, muzułmańskim ślubie. Nie mogłam się doczekać tej chwili. Byłam szczęśliwa.
 
 
 
 
 


dom
 
 
 
 
 
1
 
 
Urodziłam się. Nie jestem jednak pewna, jaki był początek mnie samej, początek mojego życia. Nie mogę być pewna prawdziwości opowieści, którymi dzieliła się ze mną matka. Nie tak dawno jeszcze, gdy ja, w wieku lat trzydziestu zdobyłam się wreszcie na odwagę, aby zadać jej te zabawne, nieprzyzwoite pytania o seks i o sam akt narodzin dziecka. Czy też może chodziło mi o prozaiczne, fizjologiczne szczegóły porodu? Skłonna jestem wierzyć matce, jeśli chodzi o uczucia i sprawy ciała. To wykwalifikowana pielęgniarka, nawet, jeśli daleka jest od praktykowana wyuczonego zawodu. Więc ufam jej opisom i opowiadaniom o tym, jak wyglądałam zaraz po opuszczeniu łożyska, jak zaraz po umyciu z krwi i śluzu i widzę siebie jako maleńkiego oseska o owłosionej ciemnej głowie, zadartym nosie, skórze pokrytej niegroźną, ale nieestetyczną wysypką.
Dość szybko z ciasteczka brownie stałam się antyciasteczkiem biszpoptowym blondie. Moje włosy pozostały jasne przez dłuższy czas. Obcinane regularnie na pazia z biegiem lat przeszły metamorfozę aż do postaci ciemnej blond. Przestało mi się to podobać. Moja pulchna zawsze odrobinę i okrągła, w obramowaniu krótko przyciętych włosów, twarz wydawała się miła i słodka ciociom i wujkom, ja jednak serdecznie jej nie znosiłam. Od wczesnego dzieciństwa? Tego nie pamiętam, jednak nie cierpiałam i unikałam swojego odbicia w lustrze w latach dorastania i dojrzewania, w moich latach nastoletnich. Ukradkiem i wstydliwie zaglądałam do lustra. Nigdy w obecności osób trzecich. Zmorą były później – w latach gdy mama zrezygnowała z postrzyżyn córki, ze względu na niesforne i grube włosy - wizyty u fryzjera, gdzie nie pozostawiano mi wyboru. Musiałam spoglądać wprost na siebie, dostrzegać taksujący, zdawało mi się, a w istocie niewinny wzrok fryzjerki (fryzjerów unikałam jak ognia, podobnie jak wszelkiej maści lekarzy płci męskiej). Musiałam analizować niedostatki własnej urody. I tę okrągłość policzków, i te sińce pod oczami, które nie zawsze były sine, ale zawsze widoczne w postaci opuchlizny, jak w momentach całkowitego wyspania i odpoczynku. Sprawa dziedziczna, dowiedziałam się wkrótce po krótkiej analizie wyglądu zewnętrznego członków rodziny, a zwłaszcza babci ojcowej, matki mojego taty, oraz po poważnej rozmowie z współczującą moim troskom mamie.
Wysokiej szatynki o długich nogach i małej czarnulki w becie wypatrywał przed szpitalem 14 marca 1974 mój ojciec, przystojny, średniego wzrostu, szczupły brunet o prostych, gęstych włosach, które wprost chciało się przeczesać i zmierzwić ręką. Mama, zmęczona po dwudziestoczterogodzinnym porodzie ledwie trzymała się na nogach. Podobno jednak uśmiechała się dzielnie i ucieszyła na widok kwiatów. Co było dalej? Nie wiem. Nie pytałam. Zapewne krzyk, płacz, pieluchy prane bezustannie, nie istniały bowiem jeszcze pampersy. Nieustający, przenikliwy zapach dziecięcych ciuszków, pudrów, sików, kremików.
Na szczęście dla mamy urosłam, na szczęście byłam niechorowita, cicha, spokojna, grzeczna i pozwoliłam się dobrze wychować na nieśmiałą dziewczynkę z manierami, którą w którymś momencie, podczas wyjazdów dużo późniejszych na rekolekcje kościoła katolickiego wołano – mała lady.
Na moje szczęście i nieszczęście wkrótce pojawił się na świecie chorowity, krzykliwy, niegrzeczny i uparty braciszek. To stało się w 1977 roku. Podobał mi się bardzo, kochałam go na swój sposób, byłam przecież dobrze wychowanym dzieckiem. Ponadto nareszcie miałam się z kim bawić w dom pod przykrytymi kocem stołami mojej tapczan półki. To wszystko nie pozwoliło nam jednak uniknąć kłótni i ostrych bójek, które matka gasiła krzykiem, a ojciec groźbą pasa i karami. W powyższych okolicznościach szybko na przekór sobie stałam się złośnicą i jędzą.
Jest gdzieś w naszym rodzinnym albumie to zdjęcie nas obojga robione ręką taty. Rzecz dzieje się na tarasie, na który wchodziło się z dawnej naszej kuchni. Ja stoję skrzywiona, z potarganymi nieco, puszczonymi luźno włosami, długimi, ciemnymi, jednak wciąż blond, po prawej stronie tarasu. Czarno-białe zdjęcie niewiele mówi o kolorach. Widoczne są jedynie moje opadające trochę podkolanówki na wyraźnie pałąkowatych nogach, odziedziczonych po mamie, których wstydziłam się, nienawidziłam i z powodu których miałam kompleksy, jakich nie miała nigdy matka. Skrzywiony uśmiech pod wpływem rażącego oczy słońca obnażył przypadkowo naturę jędzy. Całości dopełniała krótka spódniczka (dziesięciolatce nie wypadało w tamtych czasach nosić zbyt długich spódnic, a nie nosiłam dżinsów, których krój zdawało mi się jedynie uwidoczniał krzywiznę nóg) i bluzka z krótkim rękawem. Pod którą rysowały się zaczątki piersi? Nie, nie rysowało się jeszcze zupełnie nic. Brat w momencie pstryknięcia zdjęcia wchodził właśnie na taras krokiem zbójecko-zawadiackim. Typowy urwis – kwitował ze śmiechem małą postać chłopca każdy kto oglądał to zdjęcie. Jego pewna mina, uśmiech, wytarte dżinsy i koszulka budziły sympatię.
Mieszkaliśmy z bratem w jednym, jednak wystarczająco dużym dla nas dwojga, pokoju. Znajdował się on w domu piętrowym, dość obszernym, z perspektywy małej dziewczynki. Mieszkało tam kilka rodzin, z których składała się nasza duża rodzina. Budynek stał na prowincji, na wsi bez krów, jak mówiłam znajomym. Mieszkałam z rodziną w Stasinie, dzielnicy Otwocka. Kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. W miejscowości nazywanej wypoczynkową, ze względu na las sosnowy. Na mikroklimat, jaki się tam wytworzył, bliskość rzeki i kilku jeziorek, kilku szpitali dla gruźlików i kilku sanatoriów dla pacjentów cierpiących na schorzenia kostne.
Dom stał na środku dużego placu, którego nierówności uwielbialiśmy ze względu na możliwość taplaniny w jeziorkach tworzonych przez wodę deszczową. Nie lubili ich, jak się okazało później, rodzice. Zasypali wkrótce ziemią nasze ulubione miejsce zabawy. Położyli dwa rzędy płyt chodnikowych dla wjeżdżającego samochodu, który miał nie niszczyć rosnącej trawy. A trwa rosła wysoko. Tam, gdzie nie zasypano jej ziemią, rosła dziko i bujnie. Chowaliśmy się w niej jako dzieci, wylegiwaliśmy i robiliśmy pikniki w otoczeniu krzaków białych i czerwonych porzeczek. W niedalekiej odległości od drzewek wiśniowych.
Drugim ulubionym miejscem zabaw był stary kurnik, który po likwidacji kurzej zagrody w jednym z rogów podwórza obok komórki, postawiony został, z niewiadomych do dziś powodów, po przeciwnej stronie podwórza. Nieopodal krzaków czarnych porzeczek, szamba, które nieustannie wylewało i starego, czerwonego trzepaka, na którym kilka razy dziennie fikaliśmy w przód i w tył.


2
 
 
Kurnikiem jakiś czas nikt się nie interesował. Planowano jego rozebranie, ale nikt z mężczyzn, ani tata ani dziadek ani wujkowie nie mieli na to czasu i ochoty. Nową miejscówką, wspaniałą do zabawy w dom, zainteresowały się dzieci.
Codziennie znosiliśmy z podwórza i strychu przeróżne akcesoria. Wynosiliśmy z domu ukradkiem koce i stare materace. Przytaskaliśmy sfatygowany, zielony kufer o zepsutych zawiasach, który stawał się dla nas kanapą i łóżkiem. Na nim wylądował jeden z niemowlęcych sienników, które w czasie urządzanych przez dziadków kolonii letnich, służyły przyjezdnym dzieciom. Ekwipunek kurnika był pełen. Udało się nawet zawiesić duży koc i ceratę, które miały chronić przed deszczem od strony nieistniejącej, drewnianej ściany. Od tej strony dawniej kurnik przylepiony był do starej, drewnianej komórki na szpargały, graty i rowery, tak, że sam w sobie zadowalał się trzema ścianami. Potem, odsunięty, oderwany od komórki stał się dziurawy i kaleki. Często narzekaliśmy na brak czwartej ściany.
Zabawa była zawsze przednia. Nawet w dni słotne, gdy deszcz zacinał i pozwalał całemu wnętrzu przesiąknąć wilgocią i stęchlizną. Jako dziewczynka, zawsze lubiłam bawić się w dom. Moje zachowanie nie odbiegało od normy, wiedziałam jednak, że i bratu ten rodzaj zabaw sprawiał przyjemność. Niestety szybko go również nudził. Uciekał do kolegów, których zabawy polegały na uganianiu się za piłką.
Były też inne, ciekawsze jego zdaniem, w których ze strachu nie brałam udziału, lub o których mi nie mówił z obawy przed moim gadulstwem. Przed reakcją moją i rodziców. Byłam już na tyle świadoma, by uznać skakanie z dachu komórki i podpalanie drew i drzewek owocowych za składzikiem z węglem za wysoce ryzykowne.
Mateusz miał swoich kolegów i swój świat, o którym ja coraz mniej wiedziałam. Byliśmy tak odmienni, że z każdym dniem oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Ja go nie rozumiałam. On nie rozumiał mnie. Wciąż jednak pomagałam mu pisać wypracowania
z polskiego. On mi pomagał? Na pewno. Choć pamięć egoistycznie zachowuje jedynie to, co wygodnie jest jej zachować.
Mój młodszy o trzy lata brat nie był jedynym bratem, jakiego posiadałam. Nazywałam tak również kuzyna Kamila, starszego ode mnie o trzy lata. Wraz z rodzicami mieszkał w naszym dużym domu, dopóki nie przeprowadził się na Jelonki, do tej dzielnicy Warszawy, którą zawsze pamiętałam jako mało przyjemną i odległą od znanych mi stron, a która teraz jest mi bliska i znana. Tu nieoczekiwanie dla samej siebie udało mi się przed kilkoma miesiącami zamieszkać z powodów, o których opowiem dużo, dużo później. Bądźcie cierpliwi, bo tymczasem znów powracam do przeszłości.
Podobno w momencie, gdy dziadek Albin kupił nasz dom ze spadzistym dachem, o żółtych ścianach, krytych barankiem, zamieszkiwała tam jeszcze jedna mała rodzina. Na piętrze. Ludzie ci, gdy zaoferowano im pieniądze, wyprowadzili się, a zasiedliliśmy lokal my. Hmm. Może jest to istotny przeskok czasowy, może powinnam opowiedzieć o historii taty, jego brata i jego siostry w wieku dziecięcym, kiedy to rzeczywiście miała miejsce przeprowadzka z Radomia do Stasinowa? Może powinnam powiedzieć, że tata chodził wtedy do klasy piątej podstawówki, że grał w krykieta na pustej polanie obok domu, za ogrodzeniem. Że był wielkim urwisem. Że ulica przed domem, Jaśminowa, była nieasfaltowa i dawała możliwość jazdy na łyżwach w porze zimy. A łyżwy…, łyżwy były przyczepiane do butów, co trudno mi w tej chwili sobie wyobrazić, a niestety żadne z moich rodziców i wujków takich łyżew nie zachowało na pamiątkę.
To wszystko mogłabym opowiedzieć, mimo że nie byłam świadkiem tych wydarzeń, jest to jednak historia czasów mojego taty.
Wróćmy do momentu, gdy niezadługo miałam pojawić się na świecie. Gdy dziadek upolował już śliczną mamę dla taty w sławetnej szkole pielęgniarek w Otwocku - pod pretekstem poszukiwania opiekunek dla dzieci, które wypoczywały na domowych koloniach u nas w domu. Wówczas tata z mamą zamieszkał w jednym pokoju, tym od strony wielkiego tarasu krytego papą, którego nigdy nie dało się sensownie wykorzystać. Papa dziurawiła się, nawet, gdy kryliśmy ją linoleum. Nie pozwalano nam chodzić po niej zbyt długo. Zwłaszcza latem nie można było stąpać po purchlach, bo się dziurawiły, co skądinąd sprawiało nam szaloną uciechę. Wydawały taki śmieszny dźwięk.
Słowem, marnotrawstwo przestrzeni. Udawało mi się tylko czasem wynieść leżak na taras albo koc i opalać się. Słońce dopiekało upiornie. Nie chroniły przed nim niebosiężne sosny, które z wysokości tarasu zdawało się - nie są już tak strzeliste i nieziemsko wysokie. I wszędzie wnikał ten szczególny zapach rozgrzanej papy, smoły, sosen, upału i piasku. Lato bywało cudowne. I czas wakacji. Cieszyłam się wtedy, że mieszkam właśnie tu, nie zaś gdzieś tam, w Warszawie.
Taras może i dałoby się przebudować. Pokryć betonem, zrobić oranżerię, altankę na wysokości, królestwo kaktusów. Ale było to, jak twierdził tata, trudne, a wręcz niemożliwe, bo mieszkania na parterze tworzące taras, doklejone do starego domu pobudowano byle jak, krzywo i za wysoko. Mury trzeba by obniżyć, dachy zerwać, przebudować. Koszta. Kto przejmować się miał marnotrawioną przestrzenią tarasu?
A przecież tam można było wygospodarować kolejne dwa pomieszczenia! Nasza kuchnia była ciasna. Po prawej za drzwiami zlew i kuchenka gazowa, obok, drzwiczki do toalety. Zawsze śmieszna wydawała mi się maleńkość tego miejsca i jego usytuowanie. To była ubikacja mikro, ciemna, o spadzistym dachu, przylegająca do strychu, gdzie wejść można było jedynie od strony tarasu. Zawsze wstydziłam się korzystać z tej ubikacyjki, woląc zejść na dół do dużej łazienki, gdzie nikt nie słyszał odgłosów mojego sikania. Nikt nie zwracał uwagi na hałas spłuczki, nie interesował się tym, jak dużo czasu zajmowała mi ta czynność. Byłam nieśmiała. Unikałam sytuacji, które stawiały mnie w centrum uwagi, nie lubiłam, gdy mówili o mnie obcy, choć uwielbiałam słuchać komplementów rodziny i nauczycieli. Byłam dobrą uczennica. Pilną i dość inteligentną. Braki inteligencji potrafiłam nadrobić pracą. Posiadałam kilka talentów, ale nie potrafiłam ich rozwinąć, bo brak wytrwałości i wiary w siebie nie pozwalały niczego doprowadzić do końca.


3
 
Jedyny prawdziwy pokój w mieszkaniu moich rodziców to był pokój dziecinny po przeciwnej stronie korytarza. Pamiętam jednak, że od zawsze marzyłam o posiadaniu własnego kąta. Ziściło się to dopiero, gdy skończyłam dziewiętnaście lat, a rodzice przeprowadzili się na dół zostawiając nam całe piętro. Stało się to wtedy, gdy wujostwo z trojgiem dzieci dostali przydział na mieszkanie w Kortyniu, niedaleko Stasinowa. Nie mieli ochoty się wyprowadzać. Ale w epoce komunizmu nie można było marudzić. Przydzielone – trza brać.
Ale do lat ’90 mieszkaliśmy z bratem w jednym pokoju. Jego okna wychodziły na stronę północnej-wschodnią, więc zawsze było u nas chłodniej niż w kuchni. Cieszyła ta odrobina cienia oraz obecność wysokich sosen za oknem strzelających smukle i gęsto w ogrodzie sąsiadów.
Nasz pokój zmieniał wygląd i sposób umeblowania dość często. Dorastaliśmy, zmieniały się nasze potrzeby. Gdy stałam się nastolatką ujawniłam manię przemeblowywania przy lada okazji i nadchodzącej chandrze. Zostało mi to do dziś. Zmiana jest dla mnie elementem strukturalnym – jak twierdzi moja przyjaciółka. A jednak we wspomnieniach, ten duży pokój kojarzy mi się jedynie z zacienieniem i czerwienią. Mama uwielbiała ten kolor. Łączyła go z brązem mebli, które były zwykłą zbieraniną odcieni. Tapczan półka, na przykład, była jasno beżowa.
Czy w ogóle ktoś pamięta jeszcze jak wyglądał przemyślny mebel nazywany tapczanem półką? Ten regał posiadał półki w części górnej, podczas gdy w dolnej mieściło się rozkładane łóżko. Bardzo ciężkie łóżko. Pamiętam, że początkowo bałam się rozkładać je sama – zamknięte zaś – dawało możliwość rozłożenia dwu stołów, na których odrabialiśmy z bratem lekcje, pod którymi bawiliśmy się w dom. Nie wiem, kiedy ten tapczan zniknął z naszego pokoju. Długo na nim spałam. Nie sposób zapomnieć ten twardy, ale wygodny materac, nieruchomo przytwierdzony do drewnianej części tapczanu. Te metalowe nogi i zabawne pasy z gumy, które w teorii przytrzymywać miały pościel w momencie zamykania łóżka, w praktyce przytrzymywały również mnie i moją pościel podczas spania. Bo często budziłam się w nocy zziębnięta i dostrzegałam, że cała kołdra lub jej część wylądowała w dziurze za łóżkiem, jaka tworzyła się po jego rozłożeniu. Czasem matka kładła tam dodatkowe wielkie poduchy i koce, żebym nie wpadła w dziurę, broń Boże. Przecież byłam jeszcze zupełnie małą dziewczynką, gdy zaczęłam spać na tym dziwacznym łóżku, wynalazku epoki komunizmu i mieszkaniowej ciasnoty.
W pewnym momencie pojawiło się biurko i komputer. Prosty atari. Bałam się tego wynalazku. Właściwie bałam się coś zepsuć. Nie czułam się swobodnie, używając tak wysublimowanego sprzętu. Składał się on ze skrzynki, która była właściwym komputerem, monitora i zabawnego dżojstika, czyli kijka do zabawy. Bo to była zabawka, której mój brat namiętnie używał do gry w gry. Odpowiadała mi jedynie ta, w której latać można było samolotem ponad rzeką. Znudziła mnie jednak powtarzalność. W pewnym momencie zupełnie straciłam zainteresowanie naszym atari. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie kiedy i jak zniknął z naszego pokoju.
Kolejny, prawdziwy już komputer dostaliśmy dużo później, na kredyt, który przekraczał wielokrotnie wartość sprzętu. Kredyt, którego spłacanie ciągnęło się latami i było zmorą dla rodziców. Do dziś zachowali żal do wuja Zdziśka. Za złą radę komputerową i za nakłonienie do inwestycji, która przekraczała ich możliwości finansowe. Ja jednak nie rozumiałam powodów tej niechęci i darzyłam wielką sympatią wuja Zdziśka z powodu jego gawędziarstwa i wiedzy na przeróżne tematy. Rozumieliśmy się bez słów.
Zostawmy jednak na razie tę mało przyjemną historię niesnasek rodzinnych, nieprzyjemności i żalów. Będzie ich jeszcze wiele i nie zamierzam unikać ich opisu. Zafałszowałoby to bowiem tę historię i odebrało jej posmak rzeczywistości. Niech będzie tak jak było, tak jak obserwowałam to wszystko oczami dorastającej dziewczynki. Dzieci, jak wiadomo, są okrutnymi i dokładnymi obserwatorami życia dorosłych. Nie umkną im szczegóły, które dorośli za wszelką cenę chcieliby ukryć.
Nie znosiłam królewskiego koloru w naszym dziecinnym pokoju. Próbowałam wyeliminować tę czerwień, w momencie, gdy miałam już cokolwiek o wystroju wnętrza do powiedzenia. Gdy trochę podrosłam. Jak jednak wyeliminować dywan, który otwarcie i bezczelnie pokrywał nierówną, drewnianą podłogę, jaką zobaczyć można dziś w starych domach, zamiast równie ułożonej klepki? Deski trzeszczały zawsze w tych samych miejscach, których lokalizację my znaliśmy już na pamięć. Które potrafiliśmy omijać w nocy, wychodząc na siusiu, tak by nie obudzić śpiącej obok osoby. Próbowałam przekonać mamę, aby przykrywała swoją królewską czerwień innymi kolorami. Na nic. Pojawiły się wkrótce nawet krwisto-bordowe zasłonki. Mama je uwielbiała, ale, moim zdaniem, zupełnie nie pasowały do pokoju dziecięcego. Nastrajały nas poważnie i dostojnie. Nie o to przecież chodziło - wzdychałam. Jak ta mama nic nie chciała zrozumieć! Ten i tak ciemny, a zimą przygnębiający pokój, powinien być rozświetlony jasnymi kolorami, bielą, żółcią. Ale nigdy tak się nie stało.
Moje marzenie kolorystyczne zrealizowałam dopiero dużo później, gdy rodzice przenieśli się na dół. Gdy dostał mi się pokój z tarasem zwany wcześniej kuchnią. Przekształciłam go całkowicie wedle moich wyobrażeń. Stał się jeszcze bardziej słoneczny i upalny. Królowała żółć i zieleń. Dobrze wtapiała się w multum kwiatów i kaktusów. Dwa ulubione kolory doprowadziłam do skrajności i oczopląs był najsilniejszym wrażeniem, jakiego doznawała wchodząca do mojego pokoju osoba.
Wszystko wkrótce stało się zielone. Zielone zasłony, zielonobiały dywan, zielone fragmenty mebli. Zielone narzuty i poduszki i nawet nowy made in Korea magnetofon-cd przemalowany został plakatówkami na zielono. To już przesada – ojciec skwitował ironicznie ten akt wandalizmu. Nie było mi jednak do śmiechu, gdy okazało się, że schnące fragmenty farby plakatówkowej wnikały do odbiornika cd, zanieczyszczały go i uszkadzały. Musiałam zanieść magnetofon do specjalistów. Początkowo wyruszył tam w pełnym kolorze. Co to był za wstyd! Elektroników naprawiaczy ogarnął pusty śmiech. Jak można pomalować radio na zielono? Plakatówkami! Ano można.


4
 
 
W pewnym momencie zostałam eksmitowana z całą tapczan-półką na dół, do pokoju dziadków. Do salonu, gdzie zawsze odbywały się wszelkie posiedzenia przy stole, gdzie zasiadaliśmy całą rodziną, w czternaście osób, do świątecznego stołu. Dla mnie jednak to pomieszczenie było przede wszystkim pracownią dziadka krawca. Stały tam niezbędne meble. Stał wielki, drewniany stół krawiecki, na który lubiłam się wdrapywać i przyglądać dziadkowi jak szył.
Usunęliśmy dziś i stół i maszynę do szycia. Starego czarnego łucznika, na pedał, z klasą. Żałuje, że jej już nie ma. Nigdy nie lubiłam pozbywania się starych sprzętów. To tak, jakby żywcem grzebać wspomnienia. Pozostały jednak wiszące na ścianach obrazy dziadków. Kiepskiej jakości reprodukcje mistrzów, jak choćby Ostatnia wieczerza Da Vinci oraz portret dziadka rysowany za młodu z jego zdjęcia. Maniera lat czterdziestych. Dziadek wygląda na tym portrecie super przystojnie. Lubiłam również ślubne zdjęcie dziadka i babci, również, wedle ówczesnej mody, podretuszowane. Babcia nigdy nie powiesiła u siebie tego portretu. Fizjonomia dziadka wygląda nieźle, babcia jest do siebie niepodobna. Żałosny obrazek stoi zakurzony na strychu. Czeka na odnalezienie go przez prawnuków.
Pokoje na górze były odnawiane. Początkowo malowane na żółto i kremowo, w pewnym momencie przybrały radykalnie nowy wygląd dzięki tapetom. To były wakacje. To była zabawa i niecodzienność. Meble przesunięte wszystkie na środek, a stół - w przedpokoju. Na nim mama z tatą rozkładali każdą tapetę, smarowali klejem i uważnie przyklejali do ścian. A potem trzeba było pójść spać i wstać rano i sprawdzić czy żadna tapeta nie zwinęła się żałośnie i nie leżała na podłodze. Czy nie trzeba było rozpoczynać całej akcji przyklejania od nowa. Jeśli nie - to sukces.
Uwielbiałam, gdy działo się w domu nowe. Ktoś się przeprowadzał, kupowano coś, przenoszone stare w inne miejsce. Odnawiano przestrzeń, przestawiano, przemeblowywano. Lubiłam ruch w przestrzeni. Uwielbiałam, gdy pojawiali się nowi ludzie. A pojawiali się często na początku mojego dzieciństwa.
Gdy miałam siedem lat urodziły się bliźniaczki mojej ciotki i wuja, brata mojego ojca. Córki nazwano Iza i Ola. Dla odróżnienia ubierano je w odmienne kolory. Iza miała niebieskie śpiochy, Ola - czerwone. A może było odwrotnie. Ogromnym wyczynem, w czasach, gdy wszystko trzeba było zdobywać spod lady, było zakupienie wózka dla bliźniaczek. Udało się. I wkrótce podziwialiśmy wielki, głęboki, granatowy pojazd z daszkiem, w którym leżały obok siebie dwie opatulone w bety dziewczynki.
Po roku pojawiła się, ku zmartwieniu wuja Stefana, kolejna dziewczynka. Nazwano ją Jola. Trzy dziewczynki, trzy potencjalne towarzyszki zabawy. Byliśmy z bratem szczęśliwi. Nareszcie prawdziwa banda. Mogliśmy grać w piłkę nożną. Niechże tylko dziewczynki podrosną. Choć trochę. Tymczasem dom i podwórko wypełniały ich płacz i krzyki, a my z zainteresowaniem podglądaliśmy zabieganą ciocię. Było wesoło i gwarno.
Wkrótce na podwórku pojawiła się nowa atrakcja, metalowe huśtawki, malowane na zielono. Zrobiło się ogrodowo. Huśtawki robiły furorę. Miały trzy siedzenia, w sam raz dla trzech małych dziewczynek, choć i my z bratem korzystaliśmy z nich do upadłego. Ostrożności nigdy za wiele. To ja właśnie jako jedna z pierwszych dostałam siedzeniem rozbujanej huśtawki w głowę w pobliżu oka. Wstrząs mózgu? Nie. Jednak nauczka dla rodziców, którzy stali się nieco bardziej ostrożni i przewidujący. Wciąż jednak huśtaliśmy się z rozmachem, aż do zawrotu głowy. Z szyją odchyloną do tyłu, nogami w powietrzu. A całe huśtanie z entuzjazmem kończyliśmy dalekim skokiem z rozpędzonej huśtawki.
Pewnego dnia pojawiła się też huśtawka dla starszych. Zawisła pomiędzy sosnami. Była wspaniała. Dawała rozmach. Huśtanie stało się frajdą nie do opisania. Zapomniałam o trzepaku, który i tak był już dla mnie za mały. A nie potrafiłam wspiąć się na drążek dla dorosłych. Ten stary, pomiędzy sosnami, który tkwi tam od tylu lat do dziś i wydaje charakterystyczne poświstywania, gdy wiatr się zerwie.
Na tym drążku wszyscy wysportowani mężczyźni w mojej rodzinie robili klasyczny wymyk, czyli obrót, przerzut nóg i przeniesienie ich ponad drążkiem, tak by całe ciało znalazło się w górze. Wymagało to wielkiej sprawności mięśni. Ojciec i wuj Stefan byli mistrzami wymyku. W czasach, których nie pamiętam, tata miał zwyczaj brać mnie na kolana, tam, na wysokości dwu metrów, na drążku. Nie bałam się. Niby czego? Tacie po prostu się ufało. Z nim było bezpiecznie i okej. Byłam w nim zakochana.
Z nim uprawialiśmy sporty, jeździliśmy na łyżwach, gdy zamarzła kręta rzeka Zakolin. Wyprawialiśmy się nad Łachę, lokalne jezioro. Zimą na łyżwy i sanki. Na kuligi. Jeździliśmy bez strachu rzędem sanek przywiązanych jedne za drugimi do samochodu, który ciągnął wszystkich z prędkością dziesięć do dwudziestu na godzinę. Prędkość na małych dziecięcych sankach – zawrotna. To dziewicze uczucie podniecenia, jakiego dziś nic już nie wskrzesi. Beztroska i zachłystywanie się zabawą.
Lato to była radość pływania. Rzeka była dla nas wyzwaniem jedynie w pierwszych latach dzieciństwa. Z biegiem lat jest coraz płytsza. Dawniej nad Zakolin ściągały tłumy. Było gwarnie. Największą atrakcją było pływanie pod mostem. Pomiędzy kamieniami, w falach wodospadu. Przednia zabawa. Nie miałam jednak odwagi skakać do wody z mostu kolejowego. Mateusz robił to zapewne nie raz. Ja byłam strachliwa i nieśmiała. I uparta.
Chodziliśmy na basen. Nie mogłam nauczyć się pływać. Nie lubiłam uczucia rozczarowania. Jak to? Ja nie mogę się czegoś nauczyć? Czegoś osiągnąć? Perfekcjonizm.
I kapryśność. Bo często rezygnowałam całkowicie, obrażona na cały świat, zamiast zacisnąć zęby i dopiąć swego. Potrzebowałam dopingu. Jedynie ojciec miał dość cierpliwości dla małej złośnicy i to on nauczył mnie śmigać żabką. Miałam wtedy dziewięć lat. Ojciec jest dumny do dziś.
Sporty uprawialiśmy rodzinnie. Trzy kuzynki podrosły. I zaczęło się. Piłka, badminton, siatka, ping pong i bilard. Stół pingpongowy pojawił się nagle. Skądś przytaskał go wuj Stefan i został. Lubiłam pingponga. Byłam dobrym graczem. Potem fascynacja minęła. Czy potrafiłabym dziś poprawnie odbić piłkę paletką? Wątpliwe.
Do zabaw zbiorowych zaliczałam również tę, w której jedynie ja i brat byliśmy aktywnymi uczestnikami. Pozostali z rozdziawionymi ustami obserwowali spektakl. Urządzaliśmy pokazy teatru lalek. Powstały dwie marionetki, które uszyłam sama i powiązałam nitkami. Miały podpisany kontrakt na wieczność i wyłączność w dziedzinie obsady aktorskiej. Wyjątkiem był struś marionetka, który potem bezpowrotnie zaginął. Tak jak kot i kotka - chwilowi domownicy.
Nie przywiązywałam się do zwierząt. Nie lubiłam ich. Koty i papużka to znaleziska. Same się pojawiły i równie tajemniczo zniknęły. Byłam zdecydowanie bardziej przyjacielska dla kwiatów, lalek. I dla rodzeństwa.


 
rodzice

 
 
 
 
 
1
 
 
  Mamie dano na imię Eugenia. Gdzieś tam, w Tylwicy. Dziwnie arystokratyczne
i poważne imię dla dziewczynki z za-białostockiej wsi. Nie wiem, jak wołano na nią w dzieciństwie. Nigdy nam o tym nie mówiła. Bo i czemu miałaby wspominać formę Gienia lub Genia, których serdecznie nie znosiła. Tata mówił czule do żony z pominięciem pierwszej litery – Enia. Nie pamiętam, jak zwracała się do niej jej matka. Nie uda mi się już nigdy zapytać o to babcię Danutę, o ile nie zajmę się seansami spirytualnymi. O ile nie uwierzę w ich prawomocność i skuteczność, Boże uchowaj.
Enia poznała przystojnego, młodego mężczyznę w 1970. Spodobał jej się, więc poślubiła go. Na pewno od razu przedstawił się, używając drugiego imienia, Jan.
W rzeczywistości jego pierwsze imię brzmiało - Eugeniusz. Zabawny zbieg okoliczności. Do dziś wszyscy się śmieją – jak to możliwe, by spotkały się i pobrały osoby o imionach takich samych, a tak rzadkich.
Tata pracował jako technik-mechanik. To połączenie zawodowca po zawodówce z umysłowym po technikum. Obie szkoły kończył sukcesywnie. Mama dostała dyplom liceum pielęgniarskiego i znalazła pracę w szpitalu w Stasinie. Ach, te opowieści o ostrych zimach i wyprawach na piechotę do znacznie oddalonego od domu szpitala. Na nocną zmianę. Codzienne spacery przez las nie należały do najbezpieczniejszych. Stasin do dziś pozostał miejscowością położoną urokliwie w lesie sosnowym. Kiedyś okolica była jednak bardziej dzika i zarośnięta. Dziś sosny się wycina. Legalnie. I bez pozwolenia również. Co roku pojawiają się nowe domy jednorodzinne i ich nowobogaccy właściciele z Warszawki.
Pamiętam również opowiadania mamy o niedługim, ale istotnym doświadczeniu pracy z dziećmi upośledzonymi. Prawdopodobnie w szpitalu imienia Dzierżyńskiego. To tamte czasy. Wiemy. Ale, niestety, ten szpital Dzierżyńskim nazywany jest do dziś.
„Nawet pielęgniarka musi mieć predyspozycje i powołanie do tego typu pracy” – mówili matce jej przełożeni. Nie każdy jest zdolny patrzeć na kalekie dzieci bez zbolałej i współczującej miny. Nie każdy potrafi zachowywać się normalnie wobec małych, chorych szkrabów. Pani Enia ze szpitala uciekła. A wkrótce udało jej się dostać pracę w żłobku tygodniowym w Stasinie, niedaleko domu. Czy ktoś dziś może wyobrazić sobie istnienie instytucji żłobków tygodniowych? A może wciąż istnieją, o zgrozo. W przypadku niektórych dzieci to miejsce przypominało dom dziecka. Rodzic pojawiał się w poniedziałek nad ranem, z dzieckiem i znikał czym prędzej, zostawiając biedaka, aby wrócić dopiero po tygodniu lub dwu. Przynaglany telefonicznymi prośbami i groźbami.
Matka dostała posadę pielęgniarki i pozostała tam przez szereg lat. Aż do momentu, gdy panów na włościach, państwo komunistyczne, wywłaszczono. I przywrócono teren pierwotnym właścicielom – zakonowi katolickiemu sióstr franciszkanek. Żłobek, do którego chodziliśmy razem z bratem, zburzono i powstał wysoki i nudny budynek mieszkalny sióstr. Szkoda. Czuliśmy się tam przecież jak w domu, bo obok była zawsze mama, pielęgniarka, z której byliśmy dumni i którą chwaliliśmy się przed maluchami żłobkowymi.
Po likwidacji instytucji matka straciła pracę. Do dziś chowa urazę do sióstr i do kogoś, kogo chciałaby winić za to co się stało. Nie do końca jednak wiadomo, kto jest kozłem ofiarnym. Strata pracy zaowocowała w latach przełomowych. Upadał komunizm, był rok 1989. Pojawiły się nowe pomysły na życie. Biznes. Dlaczego nie? - Załóżmy firmę. Decyzja zapadła i w pewnym momencie zorientowałam się, że moi rodzice wykonują zawód chałupniczy, który do złudzenia przypominał to, czym zajmował się jeszcze kilka lat wcześniej dziadek Albin. Krawiectwo.
Nie wiem jak to się stało, że zajęli się produkcją wyrobów z ortalionu. Ojciec do niedawna jeszcze pracował w Zwarze. Do niedawna w spółdzielni ogrodniczej, jako dyspozytor.
Tymczasem z dnia na dzień rozpoczęło się rozpruwanie modeli zakupionych gdzieś w dobrych sklepach i zszywanie na nowo małych, zabawnych, kolorowych plecaków ortalionowych, saszetek i bezrękawników dziecięcych. Zakończona procedura odgadywania, projektowania, prucia, szycia, kombinowania pozwalała chwycić wydiełany produkt i zawieść do jednej z kilku najętych szwaczek. One w sposób chałupniczy, czyli w zaciszu albo w hałasie i pośród zawirowań domowych, szyły szyły szyły. Na tak zwany akord. Na czas. Aby szybciej, aby więcej. Szybciej uszyć. Więcej sprzedać. Więcej zarobić. Bo nie obowiązywał już dawny system pracy spowolnionej i obojętnej. Pracy bez wpływu na efekt owej pracy i na ostateczny poziom wynagrodzenia. Obowiązywał system nowy i nowoczesny. Kapitalistyczny. Im więcej pracujesz, tym więcej zarobisz.
A plecaki uszyte w pocie czoła, często przygotowywane nocami, sprzedawali rodzice z pomocą mojego brata, który sprawy biznesu przyswajał znacznie szybciej i mniej boleśnie niż ja. Centrum wymiany handlowej był Stadion Dziesięciolecia w Warszawie, który do dziś nosi szumną nazwę Jarmark Europejski.
Rodzice sprzedawali dzień w dzień. Zarabiali dzień w dzień. Więcej niż mama w żłobku, więcej niż tata w spółdzielni ogrodniczej. Pracowali przecież szybciej i lepiej. I pojawiły się w domu pomarańcze i banany. I mandarynki.



2
 
 
W zakamarkach mózgu pozostają dziwne obrazy, które trudno powiązać z datą
i sytuacją. Widzę siebie na schodkach werandy naszego domu. Naszej werandy. Bo było to w czasach, gdy wujostwo, nazywani pieszczotliwie Dzidolami (źródłosłów niepewny, Dzidolem zwano wuja Stefana, zapewne od „Dziecka”, „Dzidka”. Tak nazywała go w dzieciństwie jego siostra) wyprowadzili się już na swoje, do Kortynia, do bloków. A nasz duży dom ze skośnym, czerwonym dachem opustoszał w sposób gwałtowny, choć oczekiwany.
Siedziałam na szarych, betonowych, nagrzanych słońcem schodach. Wciągałam w nozdrza zapach sosnowych szpilek, których nieopisana ilość zalegała podwórze. Z którymi mama dzielnie walczyła. I walczy do dziś. Zawsze miała nieodparty pociąg do syzyfowych prac. Porządki wiosenne, jesienne, zimowe, letnie, przedwiosenne.. I nieśmiertelne mycie okien, które i tak stawały się szybko brudne od zacinającego wiatru z deszczem.
To nie była moja specjalność. Nie byłam czyścioszką i mama gorąco nad tym ubolewała, choć wiedziała, że nie wychowała mnie również na brudasa. A tata tylko porozumiewawczo do mnie mrugał i milcząco przypominał, że to i tak większe jego zmartwienie niż moje. On najczęściej dostaje po głowie za sprzątanie - niesprzątanie.
W naszych pokojach na pięterku matka rzadziej przeprowadzała inspekcje. A w pewnym momencie, gdy brat się wyprowadził, gdy rozpoczął się mój okres wędrówek, podróży i przeprowadzek, całkowicie przestała mówić o sprzątaniu. Wiedziałam jednak, że pucuje górne pokoje potajemnie, podczas naszej nieobecności.
Mama miała zwyczaj odpytywania ojca z zadanej pracy domowej. – Janku, czy posprzątałeś, jak prosiłam? Czy odkurzałeś? – Wszyscy wiedzieliśmy oczywiście, że chodziło o sam fakt sprzątania. Zaistniały lub nie. Mama zawsze pytała w ten sam charakterystyczny sposób, a Tata odpowiadał jak zwykle:
– A jak ci się wydaje? Czysto jest?
– No… Czysto. Rozumiem, że odkurzałeś.
– Nie odkurzałem, też stwierdziłem, że jest czysto.
– Daj mi odkurzacz, sama odkurzę.
– Przecież jest czysto!
 
Powrót. Do omiecionych z igieł sosnowych schodków. Do siedzenia. I obierania rozkosznie-upierdliwego dojrzałej brzoskwini, ze skórki. (W języku Pakistańczyków, urdu, skórka to „chilka”, czyli czilka. Zabawne słowo.) To jedne z pierwszych brzoskwiń, jakie udało się rodzicom kupić.
Byłam mała, mogłam mieć osiem, czy dziesięć lat, ale wyraźnie czuję do dziś przyjemność leniwego siedzenia na rozgrzanych schodkach i zlizywania soku z brzoskwini, który spływał mi po rękach i kapał na sukienkę i na gołe nogi. Rozkosz lata. Mandarynki. Takie dojrzałe, słodkie, u których skóra odchodziła łatwo od zczepionych trójkątów owocu
i pozwalała na obieranie palcami.
Mandarynki były nieodmiennie związane ze świętami Bożego Narodzenia. Kupowali je rodzice tuż przed Wigilią. Dostawaliśmy je także w paczkach z pracy od rodziców.
W czasach, gdy oboje pracowali na cudzy, czyli nasz, czyli państwowy, komunistyczny rachunek. Mandarynki czekały również pod choinką u babci Danusi, w Wyszkowie. Obok podrabianej czekolady, która posiadała ten charakterystyczny, mało czekoladowy, kartoflany smak.
Były również delicje. Te pierwsze i jedyne w swoim rodzaju. Z owocową galaretką w środku. I ptasie mleczko, śmietankowe, które uwielbiałam. Które wydawało mi się już wówczas synonimem polskości i esencją polskiego przemysłu cukierniczego tamtych czasów.
Do dziś mam do ptasiego mleczka nieskrywany sentyment. Z uporem osiołka wmawiam wszystkim znajomym obcokrajowcom, że niebo w gębie. Że nawet Francuzi i Szwajcarzy nie wyprodukowali nic smaczniejszego. Próbuję być zabawna i tłumaczę nazwę czekoladek w sposób dosłowny, wywołując ironiczne lub zdezorientowane uśmiechy.
Po ‘89 mandarynki, delicje i ptasie mleczko pojawiały się w domu o wiele częściej
i nie były już tak wielkim rarytasem. Nie brakowało niczego. Szynki nie trzeba było już zdobywać. Jedliśmy mięso i wędliny, których nie trzeba było zwozić hurtowo ze wsi, od Dedziaków. Pominę tę kwestię, bo nigdy nie byłam smakoszem charcuterie ani mięsożercą. Dziś dodatkowo jeszcze nie tknę wieprzowiny z powodów, o których opowiem nieco później.
Niezależnie od przyjętej ideologii i przekonań, w przypływie słabości zdarza mi się wspominać smak kiełbasy, zwanej swojską. Takiej, jaką robiła rodzina w Myszkowie, na granicy podwórza i domu. W otwartych drzwiach garażu. Z wyhodowanego, tłustego świniaka. Ta kiełbasa najlepiej smakowała oderwana z pęta, zagryzana świeżym, grubo krojonym chlebem.
Trudno zapomnieć też specyficzny i niecodzienny smak francuskiej kiełbasy z południa, z Langwedocji. Kiełbasy twardej, suszonej, z kawałkami orzechów laskowych
i grudkami tłuszczu pośród suchego, wołowego mięsa. Tym francuskim rarytasem, obok kaszanki o smaku wiśniowym i wątróbki smażonej ze słodkim sosem owocowym częstował mnie Philippe w 1996 w Nimes. Ale dla niego nie był to rarytas, a codzienność. Mała przyjemność smakosza, której niewielu Francuzów potrafi sobie odmówić.
Ale nam, w Polsce, również żyło się dobrze. Przez kilka długich lat moi rodzice wychodzili z założenia, że nie muszą ani sobie ani swoim dzieciom niczego odmawiać. I nic nam nie brakowało. Mogłam zapisać się na wymarzone lekcje gitary i angielskiego. Wyjeżdzać na wakacje. Mój brat mógł dorobić u boku rodziców i uzbierać na wymarzoną wieżę produkcji japońskiej. Rodzice rozpoczęli budowę nowego domu w podwórzu.
Żyliśmy ponad stan. Dziś myślę, że ojciec i matka nie kontrolowali w pełni wydatków. Przychody i rozchody, nawet pod nadzorem ciotki księgowej, mimo wszystko przychodziły i rozchodziły się nie w pełni kontrolowane.
Po kilku latach odkryliśmy, że rodziców nie stać na utrzymanie wymarzonego statusu materialnego, ani na ukończenie budowy domu w podwórzu i realizację wielu marzeń.
Z przerażeniem dowiedzieliśmy się o zadawnionych długach, których spłacenie przekraczało możliwości finansowe rodziny. Podjęta została decyzja - sprzedajemy nowy dom.


3
 
 
Dom, który rósł w oczach z dnia na dzień, zaczynał zasłaniać widoczność z moich okien. I zaciemniał dotychczas słoneczny pokój, co martwiło mnie i moje kwiaty. Mogłam jednak beztrosko paradować w bieliźnie, przy odsuniętych zasłonach. Wiedziałam przecież, że nikt nie dostrzeże mnie z ulicy, z podwórza, ani z pustej polany. Okno zasłoniła czerwono-ceglana ściana, wyrastająca o kilka metrów od brzegu tarasu.
Kilka wyższych sosen dotrzymywało mi wciąż towarzystwa. Dotrzymywali mi go
i panowie kuzyni, którzy od czasu do czasu pojawiali się po drugiej stronie okna, na rusztowaniach nowego budynku. Wówczas nie pozostawało mi nic innego jak w panice chować się za zasłonkami i w pośpiechu wdziewać na siebie co-bądź.
Dom rósł, aczkolwiek rósł nieco krzywo. Domorośli budowlańcy i murarze, niestety spokrewnieni z pracodawcą, nie uzyskali stosownej kary obok zapłaty i pozostały jedynie niechęć, niesmak i żal. I milczenie. Dobro więzi rodzinnych jest przecież najważniejsze i nie warto ich psuć tak mało ważnymi incydentami.
Dom rósł, rosły koszta, malały fundusze. A na stadion trzeba było jeździć codziennie
o piątej rano. Wstawać przed świtem. Wsiadać do załadowanego poprzedniego dnia samochodu i ruszać w drogę. Pół godziny i pojawiał się przed oczami rodziców Jarmark europejski, azjatycki, wielonarodowościowy, ruski. I otaczały ich mrówcze tłumy. O tej porze jedynie sprzedawców i właścicieli straganów i tak zwanych szczęk.
Rodzice pracowali niezależnie. W dwu grupach, z których każda wybiła się na niepodległość. Atak na klienta od frontu i zza węgła. Główne stoisko znajdowało się niedaleko parkingu, od strony Teatru Powszechnego, dworca autobusów i gettowej części bazaru, zmonopolizowanej przez Wietnamczyków. Żelazna przyczepa, w której gospodarzyła i handlowała mama z jej kolegą stadionowym, niejakim panem Józiem, mieściła tony ciuchów i plecaków, oraz maleńką kuchenkę-zaplecze. Ale brakowało toalety. Jej trzeba było szukać w plenerze. Ci, którzy orientowali się w topografii bazarzyska nie mieli problemów z odnalezieniem mikro-budek, geometrycznych oznakowań i charakterystycznych kolejek przy wejściu. Zwłaszcza zimą. Zimno w szczególnie moczopędny sposób działało na pęcherz handlarzy i handlarek. Przy tak wielkiej ilości wypijanej na mrozie ciepłej herbaty, a w upale lata - piwa i oranżad, kto śmie wyrażać zdziwienie? Ja śmiałam.
Bywałam na bazarze niecodziennym gościem. Odwiedzałam mamę, tatę. I brata, jeśli był to jeden z jego dni handlowych. Wizytowałam kolejno niezależne grupy sprzedającej rodziny. Mateusz zwykle towarzyszył ojcu na podjeździe. Stali lub siedzieli, jak plażowicze, na krzesełkach turystycznych, w czapkach z daszkiem, a przed nimi na rozłożonej polówce wszelakiego dobra wbród.
Ojciec z Mateuszem zawsze wynajmowali miejsce po prawej stronie szerokiej alei, środkiem której, rwącą rzeką ciągnęli tłumnie ku górze, mnodzy ludzie. Polacy. Choć zdarzało mi się słyszeć również języki obce. Mówię o narzeczach zdecydowanie obcych. Język rosyjski był mową jak najbardziej swojską. To był język dyplomacji i biznesu. Drugi, oficjalny język bazaru. Wszelkie wątpliwości wobec wyżej wspomnianego faktu rozwiała pewnego dnia mama, którą usłyszałam perorującą biegle po rosyjsku w stronę Pana Rosjanina, towarzysza interesów. Może klienta, może dostawcy. Myliły mi się strony handlowe i zasady całej tej zabawy.
Sfera działalności handlowej była dla mnie tajemnicą, co dziś może się wydać zabawne. Bo już od dłuższego czasu, odrobinę wbrew sobie samej, uplątuję się w rozmaite układy biznesowe z obcokrajowcami. Sprawy firmowe, urzędowe, bankowe, podatkowe i właśnie handlowe nie są już tajemnicą. Są klarowne, aczkolwiek męczące. Zmuszają do zadawania sobie, średnio raz na dzień, zawsze rano w łóżku, po pierwszym otwarciu oczu, pytania – co ja mianowicie z moim cennym życiem robię? Co ja wyrabiam? Zamiast pisać, rodzić dzieci, łapać męża (w perspektywie priorytetów, logiczna wydaje mi się ta właśnie kolejność). Zamiast chwytać szczęście, pisać o szczęściu, kreować szczęście, ja bawię się
w biznes i wciąż, jak nie miałam, tak i nie mam grosza przy duszy.
Oczywiście, są korzyści niewymierne, duchowe. Są znajomości, wiedza, doświadczenie. Są przyjaciele. Pasjonujące rozmowy o niczym, o tym i o tamtym. Ale także o tym, co istotne. O kulturze i o religii. O tym, gdzie najtaniej kupić ciuch i gdzie najtaniej naprawić samochód. Najtaniej kupić? Obcokrajowcowi? Pakistańczykowi? Wymieniam multum sklepów markowych, angielskich. Bo wiem, że Brytyjczyków cenią (i nienawidzą) już od czasów kolonialnych. Tymczasem moi znajomi z pracy w ambasadzie, dyplomaci, Pakistańczycy zapytują z niewinnym uśmiechem o stadion. - Where is the stadium? - Słyszeli, że to duży bazaar. Kojarzył im się zapewne z bliskowschodnimi, może arabskimi, może ich własnymi, hinduskimi targowiskami. Słyszeli, że duży wybór. Że tanio. Oczywiście, tanio. Tłumaczę więc jak dotrzeć, czego się wystrzegać, na kogo uważać. Jakiego typu toreb i torebek nie brać na tę ekscytującą wyprawę.
Sama rzadko składałam wizytę na stadionie. Ale jeśli już znalazłam się tam, pośród mrowiska ludzi, wciągało. Akcja kupowania angażowała i pasjonowała. Chodziło o to, by wypatrzyć pośród rzeczy byle-jakich, nędznej jakości, to coś. Ten rodzynek, ten bardziej oryginalny ciuch, te spodnie o odmiennym kroju, tę sukienkę o niecodziennym kolorze. I wracałam do domu obładowana toną ubrań. Nigdy nie udawało mi się poprzestać na jednym. Przecież tak tanio!
Stadion we wczesnych godzinach popołudniowych po prostu pustoszał. Kilkugodzinny dzień pracy tu zaczynał się i kończył, wcześnie. Większość sprzedawców protekcjonalnie i pobłażliwie traktowała klientów detalicznych. Liczyli się sąsiedzi, bracia i towarzysze biznesu zza wschodniej granicy, którzy popularyzowali znajomość języka rosyjskiego – siłą rzeczy. To oni hurtowo kupowali towar liczony w dziesiątkach i setkach sztuk zapakowany tak ściśle, że trudno by szpilkę wcisnąć, w przepastne, plastikowe, sznurkowe, tkane torby.
Matka wracała do domu przygnębiona i zmęczona. Stawiała na gaz przygotowaną wcześniej zupę – niech się gotuje – i ucinała sobie niedługą drzemkę. Jej zajęczy sen nie pozwalał na solidny odpoczynek. Najlżejszy hałas budził i przeszkadzał. Pogaduchy babci, która przyszła, aby wysłuchać codziennych wiadomości z wielkiego świata, który zaczynał się poza granicami Stasina. Moje niepotrzebne pytania. Żarty taty. A rozdrażnienie nie mijało. I tak bywało przez wiele dni. Wiele miesięcy, zwłaszcza gdy sytuacja pogarszała się i wiadomo było, że interesy nie idą najlepiej, a pieniędzy zawsze brak.
Słyszałam kłótnie rodziców. Bywało dobrze, bywało źle. Bywało i tak, że ojciec przygotowywał samodzielnie ulubioną swoją zupę pomidorową wedle instrukcji mamy, złożonej w łóżku chorobą. Innym razem, zapewne latem, zły stan konta nie psuł humoru, słońce rozgrzewało, a więzy rodzinne zacieśniały się. I wychodzili wszyscy na podwórze, do altanki. I przyjeżdzali Dzidole i Zdziśki, i zasiadali wszyscy przy stole altankowym przykrytym poprawnie kocem, do tak zwanego beta. Albo do brydża.
Gra na pieniądze lub nie. Śmiech i żarty. A wieczorem, gdy piekące się powoli na grillu kiełbaski były gotowe - kolacja zakrapiana piwem albo wódką. I „łakocie” wuja, czyli pędzony na sposób domowy wedle receptury wypracowanej przez lata, bimber, o smaku śliwkowym. Nawet babcia próbowała „łakoci”. Jeden kieliszek, dla zdrowia – śmiała się, jak zwykle robiąc nieświadomie zabawną minę zawstydzonej panienki. Obok bimbru pojawiało się czasami wino ojca. Wiśniowe, gdy rosły jeszcze i karłowaciały spokojnie drzewka w ogrodzie, potem zdecydowanie szlachetne, winogronowe. Bez francuskojęzycznych nalepek
i wspominania rocznika, wciąż smakowało świetnie. Trudno było się oprzeć kieliszkowi czerwonego, nawet mając w świadomości oazową obietnicę abstynencji (zgodną z zasadami Krucjaty Wyzwolenia Człowieka Ojca Blachnickiego. Czy ktoś wie jeszcze o czym mówię? Laików odsyłam do dalszych rozdziałów.), a w okresie późniejszym zasady islamu i nade wszystko zawsze zasady własne panny Anny.
- Czy zasady nie są po to, by je z przyjemnością łamać od czasu do czasu, kochanie?
- Ależ nie, tato! - Ten sam zawsze dialog z ojcem nieodmiennie mnie przygnębiał.



4
 
 
Ojciec. Zawsze był tym, z którym lubiłam się przekomarzać i żartować. Prowadzić dyskusje o życiu, o polityce, której nie lubiłam, o kulturze i o religii. Z tatą najczęściej dochodziło do kłótni. Traktowaliśmy siebie i swoje poglądy serio. Od zawsze.
Ceniłam te rozmowy. Ojciec potrafił się jednak zapalać i zacietrzewiać. Unikałam rozmów, które nieoczekiwanie przeradzały się w ostrą dyskusję. Gdy sprawa wymykała się spod kontroli, gdy ja nie dawałam za wygraną, on nie spuszczał z tonu. Gdy temat był drażliwy. Gdy zdążył wypić kilka kieliszków mocniejszego alkoholu. Zrezygnowana, ucinałam temat, nie widząc sensu dyskutowania. On zaperzał się i gniewał. Zarzucał mi, że jestem tchórzem i oportunistką. Że nie potrafię udowodnić własnych racji.
To chyba prawda. Byłam i jestem oportunistką. Myślałam po cichu – to dla dobra naszych więzi. Przecież najcenniejszych, rodzinnych. Dla dobra i jakości naszych wspomnień. Aby nie zapaskudzić ich tak, że nie będzie już odwrotu i możliwości zamazania przeszłości. I wybielenia plam.
Wciąż, wystarczająco głęboko i silnie, tkwiły we mnie zadawnione urazy z pierwszych lat naszego wspólnego mieszkania na piętrze domu rodzinnego. Te obrazy
i wspomnienia ojca, który po powrocie z pracy podniesionym głosem perorował o tym, że „nic się nie stało.” Że spotkanie z kolegami. Że musiał zostać nieco dłużej.
Ten widok, trochę już przymglony, jego sylwetki chwiejnie poruszającej się w stronę kuchni, podniesiony głos, kłótnie. I prośby kobiece o to, by spał. Uspokoił się, śpiąc. By cicho był, bo dzieci.
     Mama posiadała cierpliwość, która zbliżała się do anielskiej. Być może ta jej wrodzona cecha, wspomagająca uczucie do ojca, pomogła przetrwać tamte lata. Cieszę się, że widzę ich dziś wciąż razem. Zawirowań było przecież wiele. Nie zawsze punktem zapalnym było zachowanie ojca. Były i tajemnice matki. Pomyłki, nadużycia zaufania. Układ między nimi zawsze był specyficzny. Uzupełniali się. On wybuchowy, ona spokojna. On łagodny i zgodliwy. Ona aktywna i kreatywna. Może zaufała za bardzo swoim możliwościom, kompetencjom, znajomościom. Do dziś nikt nie wie jak to się stało. Może ona sama nie wie. Tyle zawikłań. Tyle problemów. Tyle długów.
W pewnym momencie, już po sprzedaży domu, już po wpłaceniu pieniędzy na konto – sprawa wyszła na jaw. Kto dowiedział się pierwszy? Może mój brat, któremu mama zawsze najbardziej ufała, którego zawsze wzywała w tarapatach. Dowiedział się, że konto gdzie spoczywały tysiące uzyskane ze sprzedaży domu, jest opróżnione, puste. Zero, całkowity i zupełny brak pieniędzy, co więcej – debet.
Ojciec tymczasem prosił, aby przelać część funduszy i otworzyć konto w sławnym wówczas i popularnym Mbanku. Co przelać i jak? Jak z próżnego nalać? Sytuacja, którą udało się przez jakiś czas utrzymać w tajemnicy, wyszła na jaw. Z hukiem. Małżeństwo rodziców po raz kolejny zawisło na włosku. Kłótnie, żale, rozważania. Polemiki z dziećmi w charakterze rozjemców i mediatorów. Ile to lat temu? Może cztery? Może trzy? Może więcej. Mam wrażenie, że wczoraj.
Mogę przywołać w pamięci conajmniej kilka konfliktów tego typu. Do dziś tkwią w pamięci urazy. Ujawniają się każdej sprzeczce. Uciekam wtedy. Chowam się do własnej piaskownicy. - Bawcie się sami. Mam dość własnych problemów nie do rozwiązania. - Tak egoistycznie. Czy nie dlatego od kilku lat nieustannie gdzieś się wyprowadzam ? Na pustą górkę w domu rodzinnym w Stasinie. Do Francji, do Stanów. Na Jelonki... Nie dlatego. A może i tak.
Ojciec stroił żarty, jednak przygnębiały go moje wyjazdy. Wiem, że jestem jego ukochaną córeczką. Potrzebuje mojej obecności. Pamiętam, jak rozczulił mnie, w momencie, gdy wyjeżdżałam do Stanów, z zamiarem pozostania na dłużej. Pozostawiłam swój komputer i stałe łącze internetowe. Pozostawiłam internetową linię telefoniczną. Mogli się w każdej chwili ze mną się skontaktować. Ojciec zaskoczył mnie jednak, opanowując w super-szybkim tempie email, telefon internetowy i komputerowe messengery. Nawet icq po angielsku nie było wielką przeszkodą. Cieszyłam się, widząć go online, mimo, że zwykle słyszałam narzekania. - Gdzie jestem? Gdzie się ukrywam? - Wszystkiemu winna była różnica czasu. Siedmiogodzinna, jak na złość.
Mama. Zwykle nie mówiła nic. Zawsze skryta, rozumiejąca, spokojna. Od czasu do czasu żal. Wysłuchiwałam. Sama skarżyłam się nie raz. Właśnie jej. To ona była kobietą. Mogła zrozumieć moje problemy. Bóle serca i załamania nerwowe. To ona wysłuchiwała skarg na temat mężczyzny, z którym blisko dwa lata mieszkałam na Florydzie.
Gdy skończyłam dziewiętnaście lat, spojrzałam na matkę jak na kobietę. Miałam może trzynaście, gdy pojawiła się moja pierwsza krew. Dopiero po dłuższym czasie zdałyśmy sobie sprawę, że mój cykl kobiecy szwankuje. Zaczęły się więc wizyty u ginekologa.
To były czasy przychodni, z ich całkowitym niemal monopolem na leczenie gawiedzi. Czasy, gdy trzeba było się starać o numerki, a decyzja o wyborze lekarza nie należała do pacjenta. Trafiłam w ręce doktora rodzaju męskiego. Przychodnia nie dysponowała niestety innym egzemplarzem. Starszy pan, staruch – mówiąc otwarcie, bo tak go do dziś w myślach wspominam - był najgorszą rzeczą, jaka spotkać mogła młodą, nieśmiałą dziewczynę
z problemami, przy pierwszej wizycie. Fotel ginekologiczny, który przerażał i szokował, spojrzenie lekarza i konieczność obnażenia. Dziś, nie potrafię przywołać w szczegółach całego wydarzenia. Brak wspomnień. Może starałam się je wyprzeć z pamięci, na modłę freudowską.
Nie byłam już dzieckiem. Za kilka miesięcy miałam kończyć osiemnaście lat i, wedle kalendarza, można było mnie uznać za dorosłą. Miałam niedługo otrzymać swój pierwszy dowód tożsamości, który potem zaginie gdzieś w Meksyku. Ten dowód z najładniejszym zdjęciem, jakie kiedykolwiek mi zrobiono. Jednak psychicznie i fizycznie wciąż czułam, że wszystko opóźnia się we mnie o kilka lat.
Bardzo chciałam dorosnąć. Wstydziłam się momentu, gdy oficjalnie przyznano mi prawo wizyt u ginekologa dziecięcego w Centrum Zdrowia Dziecka. Dzięki temu jednak
w wieku osiemnastu lat powrócił przywilej krwi. Mogłam poczuć się w pełni kobietą. Nadal jednak odczuwałam wstydliwie nieustający, opóźniony trądzik lat dojrzewania. Narzekałam na konieczność brania hormonów, aby podtrzymać tę fałszywą, sztucznie pobudzaną kobiecość. Wciąż męczyła mnie chorobliwa nieśmiałość i wstydliwość.
Powiem jedno, domowa tradycja „opijania” nowonarodzonych - na nic. Nic niewarta. Co to były za bajki ojcowskie o tym, jakobym ja, pierwsze dziecko, była chroniona przez los przed wszelkimi chorobami i złem? A to dzięki ogromnej, jak niesie wieść rodzinna, wylanej na cześć moich urodzin, ilości alkoholu. Okres dziecięcy minął bezboleśnie i spokojnie, (czego nie można powiedzieć o moim chorowitym bracie), jednak o tym, co działo się w moim życiu później, nikt nie wspomina.
Mateusz zaś, braciszek, ponoć zakrapiany był racjonalnie i delikatnie, w towarzystwie teściowej. Ojciec nie śmiał zachęcać jej do męskiego typu „opijania potomka”. W wyżej wspomnianych okolicznościach, mój brat stał się dzieckiem chorowitym. Chuchrem, które cierpiało na astmę, na zapalenie oskrzeli i płuc. Połowę dzieciństwa spędził w szpitalach i sanatoriach gruźliczych. Wszyscy drżeli o jego zdrowie. Uchował się jednak. I dziś nie męczą go poważniejsze choroby, Alhamdulilah. Omijają wypadki przy pracy i zabawie, w jakie obfitowało jego późne dzieciństwo.


5
 
 
Mateusz był chłopcem z rodzaju dobrze znanego – urwisów. Nie potrafił stać, siedzieć, leżeć, bawić się spokojnie.Te zabawy musiały być niecodzienne i ekscytujące.
I niebezpieczne. Nic dziwnego więc, że wiele z nich kończyło się rozcięciami, bąblami, siniakami, guzami i bliznami. Dlaczego powiedziałam, że w życiu dorosłym omijają go wypadki? To nie tak. Miewa przecież wypadki drogowe, choć jeździ dużo ostrożniej, niż kiedyś. Nie pamiętam, ile jego samochodów miało stłuczki. Myliły mi się zawsze kolejne jego pojazdy, które zmieniał jak rękawiczki. Były to zawsze stare cztery kółka, cudem przywrócone do życia. Albo bliskie sercu, wiekowe, duże mercedesy. Dwa ich wraki do dziś stoją na podwórzu u rodziców i są co kilka tygodni powodem starć między ojcem a synem.
Samochody, a może sama przyjemność prowadzenia, to nić porozumienia między nimi. Obaj uwielbiają, co jakiś czas, przynajmniej na kilkanaście godzin, zamieniać się w kierowców. Ojciec, w momencie utraty ostatniego zajęcia zarobkowego, uczynił
z umiejętności prowadzenia istotne źródło dochodu. Etap kuriera warszawskiego i kierowcy tira ma za sobą. Zatrudnił się jako instruktor w ośrodku nauki jazdy.
Ja zrozumiałam jak przyjemne może być prowadzenie samochodu dopiero w Stanach. Siadałam za kółkiem własnej, starutkiej toyoty camry. Otwierałam wszystkie okna na oścież – nie funkcjonowała klimatyzacja – i mknęłam 100 mil na godzinę autostradami upalnej Florydy. Mostami, łączącymi wyspy Pensacoli i okolic. Z jednej plaży na drugą.
Dopiero w Stanach zrozumiałam też, jak trudno jest opanować senność, która po wielu godzinach jazdy i zmęczenia przychodzi znienacka, zdradliwie. Sen spada na powieki i śni się coś przez kilka sekund. Tak, że na opanowanie kierownicy już tylko mgnienie powieki. Na szczęście jechałam wówczas dużym fordem zwanym van - jak ciężarówka. Automatykiem, który znacznie łatwiej było kontrolować. Bo posiadał typowe, jak sądziłam - amerykańskie, gadżety: wspomaganie kierownicy, blokowanie jej w pewnej pozycji i stopowanie pedału gazu, tak by samochód utrzymywał stałą prędkość.
Floryda jednak nie zaskakiwała nigdy nagłym mrozem i śniegiem. Nie zmuszała niedzielnych i letnich kierowców do wycofania się na dalsze, bezpieczne pozycje garażowe
i przeczekania do wiosny. Na Florydzie nie zdarzyłby się wypadek, jaki przytrafił się moim rodzicom. Był wówczas rok ‘93. Zdradliwy początek zimy i nie posypana solą ani piaskiem, oblodzona jezdnia w okolicach Stasina. Skończyła się wygodna i sucha jezdnia obszaru warszawskiego i, w momencie wchodzenia w strefę stasinowską, maluch, stary mały fiat, wpadł w poślizg. Ojciec zdołał tylko skierować się z dala od jezdni i pojazdów
z naprzeciwka. Spotkanie pierwszego stopnia z drzewem obok drogi. Uderzenie tak silne, że mikrosamochód stał się w ułamkach sekund spłaszczoną i pokiereszowaną kupą metalu,
z przeznaczeniem do kasacji. Nic nie dało się uratować. Na szczęście Ten na górze pozwolił uratować ich dwoje.
Cudem przeżyli ten wypadek. Tak twierdzili wszyscy. Taki wniosek można było wysnuć po obejrzeniu szczątków samochodu. Ale przeżyli. Z połamanymi żebrami, odmą płuc i sińcami, wylądowali oboje w szpitalu w Stasinie. Ojca odwieziono od razu do szpitala na ostry dyżur. Mamę znajomi przywieźli do domu. Pobieżna obdukcja nie wykazała poważniejszych obrażeń. Kilka dni później odkryto, że ostry ból w klatce piersiowej to efekt złamanych żeber.
Gdy matka pojawiła się w domu, z jej bladej i przerażonej twarzy wyczytać można było najgorsze. Nie potrafiłam o nic ją zapytać, czekając aż sama wszystko opowie.
– Mieliśmy wypadek. Tata jest w szpitalu. – padły tylko dwa zdania. Nie mogłam powstrzymać łez i podobnie było w jej przypadku. Jednak szybko opanowała się, aby trzeźwo przekazać wiadomość wchodzącej do pokoju babci, osobie jeszcze bardziej niż ja skłonnej do płaczu. Zazwyczaj potrafię zachować silną wolę i trzeźwość. Ale łzy - nie. W Rzymie nadawałabym się na płaczkę pogrzebową.
Publiczny odruch płaczu pojawia się na szczęście tylko w sytuacji cudzych nieszczęść. Mogę tłumaczyć się silnie rozwiniętą empatią. Moim własnym perypetiom stawiam czoła spokojnie i z zimną krwią. Ale wówczas, w 2001, w Pensacola na Florydzie, w ulewie deszczu tak szaleńczej, że wycieraczki nie nadążały z usuwaniem wody
z szyb samochodu rzecz prezentowała się nieco inaczej.
To było tuż po kłótni z Nadirem. Wsiadłam do toyoty, z zamiarem przejażdżki dla relaksu ciała i ducha. To zawsze pomagało. Tuż za progiem złapała mnie jednak niespodziewanie silna ulewa. Widoczność bliska zerowej. A ja tymczasem - jakieś zakupy. Jakieś puste skrzyżowania i ronda. Wyjazd z ciemnej uliczki na oświetlone, a jednak słabo widoczne skrzyżowanie. Z trudnością można było dostrzec zmieniające się światła
i ich kolor, nie wspominając o liniach na jezdni wielopasmowej.
Wjechałam na zły pas. Ktoś zatrąbił obok. Nie byłam w stanie sprawdzić kto. Nie zorientowałam się, co uczyniłam źle. Spanikowałam. Zatrzymałam się, mimo, że światła właśnie zmieniły się na zielone. Byłam zdezorientowana. Wydało mi się, że ktoś podchodzi do toyoty od strony kierowcy. Ponieważ jednak samochód załadowany był po brzegi i nie pozwalał na dostrzeżenie czegokolwiek z boku i z tyłu przez szyby (byłam w trakcie przeprowadzki naszego firmowego biura i nie zdążyłam rozpakować pudeł) dopiero tuż przy moim oknie spostrzegłam postać policjantki. Otworzyłam szybę. Wysłuchałam miłej uwagi, że jeśli ulewa zdaje mi się zbyt wielka i nie jestem w stanie prowadzić, powinnam zatrzymać się gdzieś i przeczekać.
Serce biło jak opętane. Nie padło jednak ani jedno pytanie o dokumenty. Ani jeden komentarz co do pudeł, zasłaniających mi widoczność. Policjantka prawdopodobnie sama szybko chciała się schronić w samochodzie i uciec przed deszczem, przed którym nie mógł jej chronić dość dobrze cienki płaszcz przeciwdeszczowy. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam do domu. To była niedziela. 12 marca. Co za wspaniały dzień moich urodzin! Mandat nie był mi pisany.
- To taki podarunek urodzinowy od Ciebie, Boże? – uśmiechnęłam się w duchu.


dziadkowie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
1
 
 
 
Właściwie nie znałam dziadka ze strony matki. Widziałam jego zdjęcia i gdzieś tam mgliście wyobraźnia odtwarza niejasne obrazy i wrażenia jego obecności. Podobno mnie uwielbiał. Podobno rozpieszczał i psuł nosząc wciąż na rękach. Jedno z babcinych zdjęć
w albumie, przedstawia portret dziadków w charakterze matki i ojca chrzestnego jakiegoś zawiniętego w bet nieznanego mi berbecia.
Dziadek – postawny, wysoki mężczyzna, lekko już łysiejący - ile miał wówczas lat, może 40? - spoglądał pustym wzrokiem w dal, gdzieś przed siebie, ponad głową fotografa. Gdzieś na wskroś, na przestrzał, gdzieś w pustkę wpatrywał się poza obiektywem. Ciemne obramowanie oczu, ciemne brwi i włosy. Był chyba brunetem. Nie wszystko przecież może mi powiedzieć czarno białe zdjęcie. Najbardziej uderzający, poza jego nieobecnym, jakby nie z tego świata spojrzeniem, był wizerunek jego twarzy. Rysy ostre, wydłużona fizjonomia, wystające kości policzkowe. Te, które odziedziczyła po nim matka, które odziedziczyłam ja. I ta przerażająca bladość twarzy, zgoła trupia. Tak, ta postać wydawała mi się w swoim wyglądzie całkowicie nieziemska, tam, na tym zdjęciu. Nieobecna, pozaświatowa.
Może był już wtedy chory. Jak wieść rodzinna niesie, dziadek zmarł na marskość wątroby. Z własnej winy. Pił. Dużo i bez umiaru. Coś, czego nie toleruję i nie rozumiem. Co staram się jednak zrozumieć. Ostatecznie jest to uzależnienie, jak każde inne. Ja jestem uzależniona od komputera, od pisania. To są moje uzależnienia o ograniczonym stopniu szkodliwości. Śmiertelność zerowa. Nie jestem więc nieodrodną wnuczką swojego dziadka.
Kto powiedział, że uzależnienia i nawyki są dziedziczne? Ja trzymam się pewnych, życiowych zasad. Jeśli nie paliłam nigdy papierosów - nie zaczynam ich palić - z ciekawości. Jeśli nie paliłam nigdy trawki, nie będę próbować amatorsko się sztachnąć i oczekiwać nieoczekiwanych wrażeń. Wiadomo, że wobec braku wprawy palacza nie uda mi się nawet poprawnie wciągnąć odurzającego dymu do płuc. Trzymajmy się zasad. Trzymajmy się tematu.
Tematu jednak niejako nie ma. Tematem jestem ja i to co wiruje lub wirowało kiedyś wokół mnie. Ludzie, wydarzenia i uczucia. Pisanie jest aktem codziennym, prostym. Prozaicznym. Zgadzam się ze słowami Julii Cameron, której książkę pochłaniam dziś od rana próbując zabić żmudne godziny oczekiwania na chwilę uwagi ze strony pewnego jegomościa, właściciela księgarni w Dubaju.
Gentleman ten obiecał wczoraj rozpatrzyć możliwość zainwestowania w polish bookstore. Nie zna jednak jeszcze wizji misses Ann, która nie chciałaby, aby jej kąt książkowo-internetowo-kafejkowy stał się miejscem tak niezorganizowanym i bałaganiarskim jak księgarnia w Dubaju. Księgarnia, w której pracują szalenie mili ludzie, w której wysyłam faks do Polski za darmo. W której dostaję lunch gratis. W której od czasu do czasu pracownicy ponawiają propozycję podania kawy albo herbaty. Gdzie w internetowej kafejce surfuję całkowicie bezpłatnie. Jestem przecież przyjacielem i żoną przyjaciela właściciela.
Zgubił mi się gdzieś dziadek. Odnajduje go znów we wspomnieniach mamy. Tych, które mieszają mi się teraz i plączą. Pozwolę sobie na przerwę, której nikt z was nie zauważy. A przerwa dla matki. Niech to będzie rozmowa z nią. Weryfikacja danych rodzinnych. Nazwijmy to zbieraniem materiałów dowodowych.
Nie jestem w nastroju do pisania. Taki bezowocny dzień. W Dubaju. Takie nudne wakacje, że pisać trudno i pióro ciężkie. Klawisze klawiatury oporne, tak ze naciskać trzeba niedelikatnie, z energia, której nie mam. Do zobaczenia po przerwie.
Drrrrr. Dzwonek starej podstawówki zawsze wywoływał u mnie efekt gęsiej skórki. Ciarki przechodziły po plecach. To był skuteczny dzwonek. Głoszący koniec przerwy. Ten zawiadamiający o jej początku brzmiał zupełnie zupełnie inaczej. Koniec przerwy. Koniec leniuchowania, czytania, przysypiania, wylegiwania się na niewygodnym krześle księgarni w Dubaju. Kolejne dwie godziny minęły. Ja wciąż tutaj. Już siódma i zmierzch, a uwięziona w wieży długowłosa księżniczka zaczyna wątpić w szybkie pojawienie się księcia. Właściwie nigdzie nikt mnie nie zamknął. Miałam przyjemność poznać idee i opinie pani Cameron. Czytałam z przyjemnością, - wciąż jednak tkwiło we mnie niemądre poczucie uwięzienia. Brak klucza do mieszkania, brak transportu, znaczne oddalenie i nieobecność męża, którego spotkania poza miastem przedłużały się w nieskończoność. Czułam się paradoksalnie. Jak dziecko zamknięte w domu.
Przypominają mi się rodzinne opowieści o tym jak to zostawiono w domu u babci Danuty małą Anię, śpiącą. O tym jak Ania obudziła się. Zobaczyła, że nikogo nie ma w domu. Znudzona sama sobą i samotnością, otworzyła w końcu okno małego domku jednorodzinnego, dwa metry ponad ogrodem pełnym malw, z widokiem na piaszczysta, wiejską, ruchliwą drogę - i usiadła na parapecie. Zaczęła obserwować i czekać. Na rozwój wydarzeń.
Miałam nie więcej niż 3 lata. Dziadka Tadeusza już nie było. Zmarł gdy skończyłam rok. Wkrótce potem pojawił się drugi mąż babci, którego zaczęłam nazywać wujem Staśkiem. Był spokrewniony z babcią. Nigdy nie zrozumiałam zawiłej siatki powiązań rodzinnych ze strony mojej matki.


2
 
Wujek Stasiek zwykł śmiać się dużo i jowialnie, zwykł żartować. Miał twarde, grube rysy twarzy, dobrze zbudowane ciało, zwinną i sprawną sylwetkę. Pracował w fabryce mebli, która zatrudniała wielu mieszkańców Wyszkowa i okolic. Jednocześnie, wraz z bratem, co tydzień „bił świniaka” i produkował domowym sposobem domowe wędliny. Kiełbasa i kaszanka, której dziś nie zjem. (Jak świetnie smakują wędliny produkowane na Bliskim Wschodzie - bez wieprzowiny. Mojej matce wydaje się to niewiarygodne. - Przecież nic nie może dorównać domowej roboty wędlinie, polskiej kiełbasie!)
Stasiek był osobą kreatywną i aktywną. Zamknięto państwową fabrykę mebli. Wyjechał do Stanów. Na kilka lat. Wrócił. I znów na kilka. Do Chicago. Tam, znajomość języka angielskiego była niemal zbędna. A dziś, nawet jeśli Chicago w kilku dzielnicach jest polskim gettem, pomyślne przekroczenie granicy i przetrwanie odprawy celnej i przesłuchań bez znajomości języka, wsparcia ziomków w USA w postaci listów, zaproszeń, pieniędzy może być problemem.
Czasy wujko-Staśkowe to odlegle czasy. Sprzed 11 września 2001. Wuj wysyłał wówczas prezenty w paczkach. Babcia mogła ustroić choinkę w jedyne w swoim rodzaju, a dziś popularne, kolorowe koraliki i oryginalne wielkie bombki. Ja dostałam żółtego królika i jaskrawo-różową wełnę, z której matka zrobiła mi na drutach sweter. Był niepowtarzalny. Wzbudzał zachwyty wychowanych w komunistycznej szarości rówieśników.
W tej chwili wysyłam paczki samej sobie rękami mojej przyjaciółki na Florydzie. Po kilku latach pomieszkiwania w USA zebrała się znaczna ilość dobytku, którego nie zabrałam ze sobą do Polski. Nie przypuszczałam wówczas, że anulowana będzie moja wiza turystyczna. Że niemożliwe stanie się uzyskanie wizy B1, pracowniczej. Że podróż powrotna z Meksyku do Stanów będzie niemożliwa. Historia paczek powtarza mi się jak przekleństwo. Przeprowadzka do Francji i ucieczka stamtąd – paczki z Francji. Wyjazd z USA i nie-przyjazd do – paczki z USA.
Stasiek wrócił do Polski w dniu mojej rocznicy komunii, która odbywała się wedle zasad kościoła katolickiego, uroczyście i na wzór pierwszej komunii świętej. Szczegóły? Zapewne jakieś recytacje, białe sukienki, psalmy, hymny, kazania, przyjęcie opłatka - przy ołtarzu na język, tradycyjnie. Dziś zdaje mi się to nie lada sztuką i nie lada udziwnieniem. Zwyczajem mało estetycznym i niehigienicznym. Popieram protestanckie przyjmowanie komunii „na rękę”. Dotknięcie sakramentu dłonią jest świętokractwem? Być może, ale nie znajduję alternatywy dla chrześcijan, którzy wierzą w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. W czym problem ? Czy święty Tomasz niedowiarek nie wkładał palców w rany Jezusa? Czy nie dotykała jego stóp Magdalena i jego twarzy Weronika? Nie zauważyłam, aby Chrystus mówił gdziekolwiek o swojej nietykalności. Przeciwnie. Był bliski i zawsze obecny.
Tuż po powtórnym, uroczystym przyjęciu komunii, wyznaniu wiary w Boga i kościół katolicki w nowozbudowanym, nieładnym kościele w Stasinie, jechałyśmy z matką same do Wyszkowa. Maluszkiem 126p. Matka była wówczas nowo ochrzczonym kierowcą. Jej pierwsza daleka trasa. Ojciec do dziś opowiada przy imieninowych okazjach jak drżał o to, czy żona poradzi sobie w drodze. Aparaty komórkowe nie były jeszcze tak powszechne, choć sprzedawano już wielkie, nieporęczne komóry, fatalnie drogie. A żona poradziła sobie jak najlepiej. Dotarły z córką do Wyszkowa całe i zdrowe.
Wyszków był synonimem wakacji. To było leniuchowanie i zabawy nad stawami za domem babci. Na łąkach, na wałach przeciwpowodziowych, w wiklinie nad rzeką, nad samym Bugiem. Lata były tam zawsze piękne. Gęsta, soczystozielona trwawa porastała łąki, bardzo wysoko. Zbierałam kwiaty, robiłam wianki. Spacerowałam godzinami. Po kąpieli, przed kąpielą. Ale najpierw budziliśmy się rano, ja i Mateusz, wybiegaliśmy na zewnątrz, aby poczuć chłód betonu chodnika. Odnaleźć babcię, która na nogach była już od świtu. Biegło się do niej, a potem już do furtki przy ścianie zasłoniętej pnącym, zielonym winogronem, o drobnych kulkach, tuż przy czworokącie ogrodu pełnego malw, słoneczników i lilii z zadartym nosem. I dalej ruszało się susami od furtki przez piaszczystą drogę na łąki, z łąk na wał i wiklinami wprost nad rzekę. Stąd już rzut kamieniem. Trawa rosła daleko, aż tam nad rzeką. Dotykała piaszczystego skrawka plaży, zagarniała jej teren i znów cofała się. Piach był ciepły. Woda, poza obszarami płycizn, lodowata, rwąca.
Niebezpieczna rzeka – mówili starsi i opowiadali rozmaite historie o tym kto, kiedy,
w którym roku i jak utonął. Każdego lata zdarzały się wypadki, a zwłaszcza – mówili – trzeba uważać, gdy kto dobrze umie pływać. Bo za dużo hardości i pewności siebie. A rzeka jest zdradliwa, kryje wiry w miejscach, w których nie spodziewamy się ich napotkać.
Ojciec znów opowiadał historię o tym jak pewnego wieczoru, po wypiciu znacznej ilości trunków udał się z kolegami nad rzekę. I ot, zapragnęli popływać. Ktoś rzucił wyzwanie – przepłynąć rzekę wpław. I zgodzili się wszyscy niewiele myśląc. Wszyscy świetni pływacy, pewni siebie. Ciężko płynąć w poprzek rzeki. Nurt Bugu był niezwykle silny. Znosiło. Płynęli w okolicy mostu na Zimówku. Nie wszyscy jednak dopłynęli. Jeden z przyjaciół nie dał rady, nazbyt zaufał swoim siłom. Utonął. W tej chwili ten młody człowiek jest tylko wspomnieniem dla mnie, ułamkiem historii ojcowskiej. Nie było tak jednak w przypadku śmierci jednego z moich wujów, który również zginął w Bugu. Po kilku dniach wyłowiono jego ciało. Zniekształcone, nabrzmiała fizjonomia, odrażająca siność skóry topielca. Okrutna i nieestetyczna śmierć.
Historie topielców nie zmniejszyły jednak nigdy naszej dziecięcej ochoty na kąpiel
w rzece. Byłam zawsze ostrożną dziewczynką, nie porywałam się na wyczyny takie jak przepłynięcie rzeki wpław, a choćby i tylko do pierwszego czy drugiego przesła mostu. Bałam się.
Inaczej było jednak podczas wyprawy pontonem z nurtem rzeki. Był ojciec. Matka zdecydowanie odmówiła udziału w wyprawie, więc jedynie nas troje stanowiło załogę pontonu. Ojciec, brat i ja. To był świetny układ. Po kilku godzinach właśnie mama czekała na nas na brzegu rzeki, gdzie zakończyliśmy spływ. Naszą starą, wielką, czarną wołgą, którą podarował nam wuj Stasiek po wyjeździe do Stanów, wróciliśmy do Wyszkowa.


3
 
Na Zimówek wjeżdżało się z każdej strony z górki. To było osiedle położone bardzo nisko. Co roku niektórych mieszkańców podmywało, gdy wiosną Bug wylewał, gdy woda przerwała wały. Dom babci, część bliźniaka, stał przy piaszczystej drodze. Po jej drugiej stronie już tylko jak okiem sięgnąć łąki i wały.
Przed domem mały ogród kwiatów, wąski wjazd na podwórko, niemal zbyt wąski dla samochodu tak wielkiego jak stara, rosyjska wołga. Podwórze dość obszerne, dzielone
z sąsiadami z drugiej połowy bliźniaka, z którymi, ponieważ była to część skłóconej rodziny, nie zamieniało się nigdy ani słowa. Nie utrzymywało się kontaktów. Sytuacja groteskowa
i paradoksalna, która trwała przez wiele lat. Pani ciocia zza ściany była eks-żoną wuja Staśka. Babcia serdecznie jej nie znosiła. Był też inny jakiś powód zatargu, którego źródło dziś już trudno zrozumieć.
Każda z kobiet chodziła uważnie po własnym wąziutkim chodniku. Po stronie babcinej prowadził on od schodów szaroburych, betonowych, z barierką, zawsze chłodnych pod dotykiem bosych stóp, w stronę parkanu i zacienionego przez wysoką wiśnię małego kawałka przestrzeni, gdzie stał stół i kilka krzeseł. Potem wzdłuż „letniaka”. Tak nazywaliśmy szereg pomieszczeń w podwórzu.
Pierwsza z brzegu letnia kuchnia. Dalej pokoje, w których pewnego zimnego dnia wybuchł pożar. Ktoś pozostawił na noc samotną, włączoną „farelkę”, czyli mały grzejnik elektryczny. Nie wiadomo, jak dokładnie doszło do pożaru.
Chodnik betonowy prowadził do ogrodu, do którego przylegał staw zarośnięty pałką wodną, kaczeńcami i trzciną. Babcia uprawiała grządki pełne truskawek, pomidory na tyczkach, rzodkiewki, marchewkę, kartofle.
Ogród przypominał ten w Stasinie, u babci Mani, zlikwidowany tuż przed pojawieniem się szklarni. W niej rodzice produkowali w pocie czoła asparagus, potem pomidory. Następnie rozsiadły się wielkopańsko na całej przestrzeni chwasty różnej maści. Szklana skrzynka stała się złomowiskiem i składem rzeczy niepotrzebnych, które „szkoda wyrzucić”. Aż do momentu rozebrania kawałka po kawałku. Trzeba nam było przestrzeni w Stasinie, gdy okazało się, że połowa terenu podwórza przestaje należeć do naszej rodziny.
W Wyszkowie produkowano zieleninę jedynie na własny użytek. Ogród nie był mały, ale babcia, nie-inwalidka, ale całkowicie sprawna, dość potężna, zwinna kobieta potrafiła się „obrobić” całkowicie samodzielnie. Musiały jej wystarczyć popołudnia i soboto-niedziele, bo, w przeciwieństwie do drugiej babci, była kobietą pracującą. A pracowała w szpitalu, jako salowa. Czasami nawet zabierała mnie ze sobą. Gdy rodzice w dalekim Stasinie, a wuj w Ameryce. Najciekawsze były nocne zmiany.
Do szpitala szło się na piechotę, na przełaj, przez most. Długi i pełen dziur, most kolejowy. Nie bałam się. Babcia szła obok, pewnie trzymając mnie za rękę. Oddział położniczy, gdzie pracowała babcia był zawsze bardzo ruchliwy. Mnie jednak kazano siedzieć w małej salce dla personelu. Inne salowe, koleżanki babci zagadywały mnie i rozśmieszały. Nie nudziłam się. Szpital był miejscem niecodziennym. Zastanawiałam się, co dzieje się tam za drzwiami, spoza których docierały stłumione krzyki.
Podobały mi się zielone stroje lekarzy. Lubiłam chodzić z babcią i oglądać spoza szyby maleńkie, zawinięte w bety noworodki. Leżały w łóżeczkach na wysokich nogach. Były trochę do siebie podobne, większość tych, które oglądałam nie miała włosów. Czułam się bardzo dumna, bo ja miałam włosy przy urodzeniu. Należałam do tych odmiennych. To były moje pierwsze przejawy indywidualizmu.
W drodze powrotnej ze szpitala, z mostu kolejowego niedaleko było już na Kazinowo. Wałem szły tory kolejowe, które wiodły aż stacji, na przeciwko której mieszkali kuzyni. Synowie brata wuja Staśka. Było ich trzech. Lubiłam najmłodszego, który był moim rówieśnikiem i największym na świecie urwisem i zawadiaką. Miał jednak również dużo uroku. Czarował, zaczepiał, i flirtował. Bardzo mi się podobał – jego blond czupryna
i szczupła sylwetka. Byłam w nim zakochana.
W pewnym momencie nasza rozmowa na trzepaku na podwórzu rodziny Dedziaków uzmysłowiła mi, że moje uczucia są odwzajemnione (a może po prostu jeszcze raz dałam się zwieść naiwności, która do dziś płata mi figle) i pytanie Jacka – Czy kuzyni mogą się żenić? – przyjęłam jak swego rodzaju deklarację i poważnie rozważane zagadnienie. Figlarz. Dziecięce mrzonki.
Dziś najdroższy mój kuzyn zdążył się już i ożenić i wnieść pozew o rozwód z śliczną brunetką z Mazur. A ja nawet jednego związku nie jestem w stanie sprowadzić na solidne tory, tak abym mogła być pewna, że mnie i mojemu Pakistańczykowi pisana jest wspólna, świetlana przyszłość.
Z trzepaka u Dedziaków widoczna była, z jednej strony, piaszczysta droga, za nią wał i stacja kolejowa, z drugiej zaś wzgórze i drewniany dom sąsiadów – kuzynów. To była rodzina dziwaków. Ich mieszkanie to obszar niezagospodarowanej, zagraconej przestrzeni. Niesprzątnięte zabawki, niepozmywane statki, niebosiężna góra nieuprasowanej bielizny
w pokoju, który służył za graciarnio-pralnię, i w innych, które miały sobie wiadome przeznaczenie. Chaos. I tylko wieści dotarły do mnie dużo później, o tym, że wuj, głowa rodziny, popełnił samobójstwo. JAK to? - Powiesił się. Tak po prostu. Nikt do końca nie wie - dlaczego.
Śmierć w rodzinie, jeśli oddalona, jeśli była to śmierć osoby niezbyt bliskiej, do której obecności nie zdążyłam przywyknąć, nie wywierała na mnie większego wrażenia. Ktoś był
i zniknął. Mówiono jeszcze chwilę o nim, potem mówiono mniej. Te historie ciekawiły
i słuchanie ich, jak słuchanie plotek – wciągało i pasjonowało. To była jedyna interesująca część odwiedzin u rodziny. A więc - ten i tamten mieszkali w tym i tamtym domu, zwykli robić to i owo, byli szczęśliwi, nie byli szczęśliwi, nie znosili się nawzajem, mieli problemy, mieli dzieci, nie mieli dzieci, aż tu nagle pewnego roku dnia miesiąca przydarzyło im się to i owo, i ot pomarli.
Już jednak śmierć tej kobiety, o tak matczynych zachowaniach, tej która nazywała mnie pestką i brała do siebie wieczorem pod pierzynę, i pozwalała ogrzać małe stopy obok jej ciepłego kobiecego ciała, to było wydarzenie zupełnie inne. Istotne, trudne, niezrozumiałe.
W wieku piętnastu lat odczuwałam chorobę i śmierć babci Danusi jako coś gwałtownie niesprawiedliwego i niezrozumiałego. Chorowała kilka lat. Lekka poprawa, potem znów pogorszenie zdrowia. Bardzo późno zdecydowała się na operację woreczka żółciowego. Operacja była kosztowna, leczenie również. Lekarze jeszcze po jej śmierci upominali się o pieniądze. Nigdy nie powiedzieli nikomu, co było rzeczywistą przyczyną śmierci. Oczywiście rak. Kiedy się to jednak zaczęło? Jak postępowała choroba i czy można było ją zatrzymać, uchronić babcię od śmierci?
Zawsze będę miała przed oczami ostatnie tygodnie jej życia. Schudła, była cieniem samej siebie, nie miała siły się poruszać, wstać z łóżka. Widzę moją matkę pochylającą się nad nią. Widzę, że nie potrafi powstrzymać łez, spoglądając na swoją matkę, która nie ma już nawet siły na uśmiech i rozmowę.


 
4
 
 
 
Od śmierci babci Danuty przestaliśmy jeździć do Wyszkowa. Moje wspomnienia powoli zamazują się. Zacierają się kontury obrazu małego osiedla, jakim był Zimówek. Nie wiem jak wygląda teraz, nie wiem, co się zmieniło. Kto zbudował dom, kto umarł i kto się narodził. Dawno nie ma już babci Danuty. Zapewne nie ma już żadnych śladów jej obecności.
Wuj Stasiek przeprowadził się, ożenił i zbudował nowy dom. Wiedzie nowe życie. Chciałabym go znów zobaczyć, mimo że rodzice nie utrzymują z nim kontaktów. Pewne nie mielibyśmy sobie wiele do powiedzenia. Przeszłość zamyka się nieraz tak szczelnie, że nie sposób do niej wrócić. Zbyt trudno wzbudzić w sobie chęć rozmowy i spotkania. Przekonać, że warto. To, co przeszłe, nigdy w pełni nie przemija. Zmrużenie oczu niewątpliwie pomaga. Jakimowski i Zamachowski mają rację.
Takie wrażenie towarzyszy mi w domu w Stasinie. Dziadek Albin, który odszedł trzy lata temu wciąż jest obecny. Usunęliśmy z pokoju jego wielki stół krawiecki i starego łucznika. Wciąż wisi jednak wielkie, krawieckie lustro. Stoi w przedpokoju starodawny, wysoki wieszak z wywiniętymi ku górze, jak rogi bawole, ramionami. Wisi portret dziadka
w dużym pokoju, stoi w babcinej sypialni jego łóżko. A w moim pokoju - jego stare radio na lampę, dzięki któremu z uchem przy głośniku słuchał niegdyś Wolnej Europy.
Trudno jest mi dziś przywołać postać tego człowieka z lat, gdy uśmiechał się tak często, z czasów, gdy jeszcze szył, siedząc bokiem na swoim wielkim, drewnianym, krawieckim stole. Coraz trudniej odtworzyć w pamięci jego ruchy wprawnego krawca, gdy fastrygował płaszcz, podkładał podszewkę, ale najpierw mierzył, zaznaczał mydłem krawieckim, kroił i poprawiał, i prasował. Wszystko na miarę. Wszystko doprowadzone do perfekcji. Ci sami zawsze klienci od lat. Wierni starym fasonom i dawnej metodzie krawieckiej. Trudno przypomnieć sobie głowę dziadka pochyloną nad „robotą” inaczej jak pokrytą siwymi włosami, z dużymi zakolami po bokach. Nie wiem, jaki był pierwotny kolor jego włosów. Lubiłam myśleć, że był blondynem – w końcu na imię dano mu Albin, czyli z łacińska „Biały”. W moich wspomnieniach ten człowiek na zawsze pozostanie szczupłym, białowłosym, średniego wzrostu staruszkiem, o żylastych ramionach i sprawnych nogach.
Do dziś rozśmiesza mnie to, w jaki sposób przygotowywał się do jazdy rowerem, spinając szerokie nogawki spodni spinaczami do bielizny. Drewnianymi spinaczami starej daty. Dziadek wszędzie jeździł rowerem. To był jedyny pojazd, jaki zdołał ujarzmić. Nigdy nie nauczył się jeździć ani motorowerem ani samochodem. Pamiętam historię, którą opowiadał ojciec – jak to dziadek, wybierając się do pobliskiego Otwocka motorkiem, dzielnie jechał prawą stroną drogi, pewny siebie. Przy najbliższym jednak skrzyżowaniu zsiadał z motoroweru i na piechotkę przeprowadzał pojazd na drugą stronę, po przejściu dla pieszych. Rower towarzyszył mu wszędzie. Jeździł nim po prowiant dla kolonistów w Stasinie, po materiał, na targ do Otwocka, do kościoła na plac budowy. W wieku blisko 70 lat nie był jeszcze zbyt stary i niedołężny, aby chodzić po rusztowaniach nowego kościoła i pracować „na wysokości”.
Nie bał się. Zawsze starczało mu sił i energii. Dopiero choroba powstrzymała go w biegu. Odebrała energię i sprawność ciała, a ostatecznie świadomość. Alzheimer. Tak się nazywała dolegliwość, na którą cierpiał na pewno od wielu lat. Nazywał to sklerozą. Zaniki pamięci stawały się jednak niebezpiecznie duże z upływem czasu. Dopiero na kilka lat przed śmiercią lekarze podali diagnozę. W Polsce nie była to jeszcze bardzo znana choroba. Nie istnieje do dziś jedyne i skuteczne na nią lekarstwo. Po ustaleniu diagnozy dziadek zaczął brać leki, które wtedy już nie mogły zatrzymać procesu utraty pamięci
i zniedołężnienia. Łagodziły jednak objawy choroby, uspokajały. Wprowadzały w stan bierności i anemii.
Wielokrotnie zastanawiałam się wówczas, dlaczego jesteśmy tak bezradni. Dlaczego nie potrafimy się uchronić przed wypadkami i chorobami. Nie kontrolujemy nic poza datą swojej śmierci. Gdy decydujemy się ją przyspieszyć. O, jak to niereligijnie, jak to wiarołomczo! Co za ateistyczne, tolerancyjne podejście do sprawy śmierci. Samobójstwo? Eutanazja? Popieram, nie popieram, jestem za, jestem przeciw…
Nie popieram. Z zainteresowaniem obejrzałam jednak niedawno „Najazd barbarzyńców”, ciąg ruchomych obrazów produkcji kanadyjskiej, który zdobył Oskara. Świadomie, światopoglądowo nie akceptuję aktu odbierania sobie życia. Jednak cierpię patrząc na cudze cierpienie. Buntuję się przeciwko bezradnemu spoglądaniu na osobę, której ból łagodzą już tylko silne środki odurzające. Tej osoby, która cofa się w rozwoju do stadium dziecka, którą opuszcza świadomość samej siebie, choć duch na pewno jeszcze nie opuścił.
Mimo moich dość radykalnych przekonań, mimo decyzji, które podjęłam kilka lat temu, co do wiary i sposobu życia, wciąż wierzę w zmiany. W ewolucję przekonań i wahania. W nieustanne podejmowanie decyzji, ciągłe wybory, które wiodą nas do celu, albo zwodzą nas na manowce. Wierzę jednocześnie w czarne i białe, w zasady nienaruszalne i w półcienie zarówno. W szarości i mniejsze zło. W kompromisy.
Może babcia Marianna byłaby szczęśliwsza, gdyby nie musiała zajmować się mężem jak dzieckiem w ostatnich latach jego życia. A może nigdy nie pozwoliłaby, aby kto inny się nim zajmował. Tata do końca życia będzie miał wyrzuty sumienia, że ojciec jego zmarł w szpitalu. Sam. Pamiętam jak dzień przed śmiercią dziadka mówił:
– Zabierzmy go stamtąd. Powinniśmy go zabrać. - Ktoś powiedział wtedy, zaraz po tym, jak dotarła do nas wiadomość o śmierci, nazajutrz – Dziadek sam wybrał.
Może było właśnie tak. Może już od kilku lat towarzyszył samemu sobie, swojemu ciału, jakby obok, jak cień, jak sobowtór. Może od dawna już pragnął odejść. Te niekontrolowane ataki histerii, ataki gniewu. On od dawna już żył przeszłością, która zajęła miejsce teraźniejszości. To, co dawne było realne i bliskie. To, co obecne – nieistniejące.
Nie poznawał otoczenia i domowników. Jedynie do mojego ojca mówił jeszcze po imieniu – Jan. Tylko on i bacia mógli się nim opiekować. Nie wzbudzali gniewu i sprzeciwu. Każdy z nas stał się już dawno kimś obcym, postaciami-cieniami z przeszłości, które wskrzeszał i nadawał im imiona, wedle dyktanda własnej wyobraźni i poplątanej pajęczyny pamięci.



5
 
 
Dziadek zmarł w 2001. Chcę myśleć, że jest tam gdzieś, w niebie, w zaświatach, które wspólne są dla rozmaicie wierzących w Boga jednoosobowego. Chcę wierzyć w powtórne spotkanie.
Gdy słucham słów babci Marianny, jak nazywał ją mąż, myślę mimo wszystko
o śmierci. Gdy mówi, z sobie właściwą, trochę przewrotną, trochę smutną nutą – No, ja to już niedługo na tym świecie pobędę. - Gdy wyjeżdżam znów na dłużej lub krócej, a ojciec stroi żarty i próbuje ją oszukać twierdząc, że po raz kolejny postanowiłam się wyprowadzić. Gdy nakłania babcię, by mnie uściskała - przecież nie wiadomo, kiedy wrócę. A ona niedowierzającym i zdezorientowanym wzrokiem spogląda na wszystkich obecnych. Ja zaprzeczam ze śmiechem. A po kilku dniach dzwonię z daleka i słyszę tę radość w jej głosie, bo może mi przekazać życzenia, zapytać o pogodę i odebrać życzenia zdrowia. I wprowadzić mnie w stan zdumienia, przekazując ucałowania dla mojego mężczyzny. Jest taka jak dawniej. Wesoła, a jednocześnie zrzędliwa. Beztroska i naiwna. Podejrzliwa i ciekawska. Nie pamiętam jej innej.
Moje pierwsze wspomnienia związane z babcią Marią wiążą się z najwcześniejszymi latami dzieciństwa. Dziadkowie prowadzili kolonie letnie, letnisko. Domowe warunki, domowe jedzenie. Opieka domowej pielęgniarki – mama, po ślubie z tatą, wciąż pomagała opiekować się dziećmi z Warszawki.
Cały dom zastawiony był łóżkami z gatunku szpitalnych, z prętów metalowych malowanych na biało. Sprężyny przykrywał siennik. W nocy słychać było każde poruszenie dzieci, które wierciły się, wstawały, przekręcały na drugi bok. Nad ranem wylegaliśmy wszyscy na zewnątrz. Myliśmy się w wielkich miedzianych miskach. Potem coś na ząb.
Śniadanie do dziś jest moim najmilszym posiłkiem. Wówczas był to pierwszy
z czterech, jedzony na podwórzu. Za domem, w cieniu sosen, stał bardzo długi wąski stół, zmontowany ze zbitych desek tworzących blat i szeregu kobyłek, czyli drewniane stojaków zastępujących nogi stołowe.
Jadłospis? Nie potrafię go w tej chwili odtworzyć. Niemożliwe jest jednak, abym zapomniała kiedykolwiek smak jagód z cukrem i ze śmietaną albo z mlekiem. Dostawało się zawsze duży kubek. Prosiłam o ten ciemnozielony, z wygodnym uchem, z wytłaczanym wzorem w kratkę. Do dziś babcia zachowała kilka takich kubków. Gdy częstuje zupą, wyjmuję z kredensu zielony kubek, ignorując postawiony dla mnie obok talerz. Siadam
z nią przy stole i jemy, spoglądając na siebie z przeciwnych krańców małego stołu kuchennego, przy oknie z widokiem na podwórze. Ledwie skończę, podsuwa drugie danie. Nie sposób odmówić.
Tak musiało być zawsze - myślę. Kolonie, nie kolonie. Swoje dzieci, czy nie swoje. Babcia i babcine nawyki pozostały niezmienne. Zawsze związane z kuchnią i z tym domem. Nie umiem wyobrazić jej sobie z dala od niego. Nigdy nie pracowała. Dom, kościół, sklep, targ w Otwocku (z rzadka, nawet o zakup butów prosiła synową albo syna), sąsiadki i koleżanki to cały jej świat. Prowadzenie kolonii z pewnością było największą w jej życiu ekstrawagancją. Wyzwaniem i poświęceniem.


szkoła
 
 
 
 
 
 
1
 
 
Dziesięć minut na piechotę drobnym krokiem pierwszoklasisty. Taka odległość dzieliła mój dom od szkoły. Przemierzałam tę trasę początkowo z matką, potem sama. Paskudne fartuszki zakładało się już w domu, zimą przykrywało je wierzchnie okrycie, latem było wstyd. Nylonowe, nieprzepuszczające powietrza odzienie z długim rękawem, grzecznym białym kołnierzykiem typu bebe, po kolana, koniecznie zapinane szczelnie na guziki, było źródłem ciągłego utrapienia. Tak bardzo chciałam nosić krzyżak – fartuszek, z plisowanką na obrzeżu, z zapinanymi na krzyż na plecach szelkami. Również szyty z nylonu, w kolorze podobnym – granatowym lub czarnym – był mimo wszystko obiektem pożądania. Zgrabny, dziewczęcy, latem przewiewny.
Krzyżaczek otrzymałam dość późno. Ilekroć przypominam sobie szkołę – pierwsze klasy podstawówki – widzę siebie w dziwnym, ponurym, zgrzebnym fartuchu, w otoczeniu koleżanek w podobnych mundurkach, i kolegów w podobnych, jedynie krótszych, do pasa. Stroju pierwszoklasisty dopełniał worek z kapciami zwanymi „juniorki” i tornister z sztucznej skóry, prostokątny. Worek służył dziewczętom do swobodnego machania nim w takt marszowego albo tanecznego kroku w drodze do szkoły. Chłopcy woleli bardziej aktywne wykorzystanie swoich – na dziedzińcu szkoły trwały wojny i potyczki. Broń ostra – brudne worki na buty.
Pierwszego września ‘81 roku stałam grzecznie przed szkołą, w drugiej parze, jako jedno z wielu dzieci z klasy pierwszej C, oczekując na pojawienie się wychowawczyni. Mama stała tuż obok. Jeszcze czułam się bezpiecznie. Bałam się jednak, co będzie wówczas, gdy będzie musiała odejść i zostanę sama, zdana sama na siebie. Co będzie, jeśli wychowawczyni okaże się osobą niemiłą, a dzieci będą się ze mnie śmiać? I w ogóle nikt mnie nie polubi. Z nikim się nie zaprzyjaźnię. Tuż obok stała jednak przyjaciółka o tym samym imieniu, którą znałam jeszcze z przedszkola. Mieszkała niedaleko mnie, jedną ulicę dalej.
Spoglądałam na szkołę. Wysoki, piętrowy, szaro malowany czy też po prostu brudny, budynek w kształcie sześcianu. Po kilku minutach, gdy weszliśmy wszyscy do środka, gdy niska, miła, energiczna pani zaprowadziła nas do podziemi budynku, gdzie mieściła się szatnia, oddzielna dla każdej klasy, zakratowana i zamykana na kłódkę po każdym dzwonku na lekcję. Gdy przedostaliśmy się w końcu z trudem pośród tłumu starszych dzieci na górę,
i dalej korytarzem do naszej własnej sali, cała szkoła wydała mi się labiryntem, miejscem obcym i wrogim.
Głos nauczycielki był nieprzyjemny i ostry. Upłynęło sporo czasu zanim zorientowałam się, że „moja pani od wuefu” jest osobą łagodną i ciepłą. Nigdy nie udało mi się jednak polubić lekcji sportu. Pani Eliza towarzyszyła mi do ostatniej klasy podstawówki. Po pomyślnym przejściu trzech pierwszych klas straciła wyłączność jako nauczycielka. Pojawiły się nowe osoby. Niezapomniany matematyk i nudna historyczka.
Niska, wysportowana pani, o gromkim głosie, wciąż dwa razy w tygodniu prowadziła nas latem na boisko za szkołą i, w obliczu obiboków na ławkach pod płotem oraz obojętnych widzów, przechodniów, od strony ulicy Jaśminowej, próbowała nauczyć nas trudnej sztuki gry w piłkę ręczną i koszykówkę.
Błogosławiłam te dni, gdy lekcje nie odbywały się koedukacyjnie. Mogłam spokojnie spoglądać na niepowodzenia koleżanek, spośród których większość nie celowała w rzucie małą piłeczką, czy w skoku w dal. Ja należałam do owej większości. Każdy wyrzut był już od momentu ustawienia ręki fiaskiem. Nie potrafiłam zrozumieć istoty techniki tego ćwiczenia ani jego celu. Dla poprawienia humoru lubiłam za to, oczekując na swoją kolejność na ławkach przy płocie, podpatrywać świat za płotem szkoły. Szukać znajomych twarzy. Obserwować kolejkę pod sklepem mięsnym, który znajdował się w załamaniu drogi, na zakręcie.
Dziś mieści się tam dom spotkań Świadków Jehowy. Odnowiony i otynkowany, nie przyciąga już niczyjej uwagi. Wtedy był to budynek szarawy, zawsze w cieniu, ponury nieco, o niskim wejściu i drzwiach blaszanych, zamykanych szczelnie po południu za pomocą sztab metalowych. Żeby choć było czego strzec we wnętrzu! Nędza i rozpacz. Puste półki i skąpa „podlada”. Do tego sklepu mięsnego jako mała dziewczynka lubiłam chodzić z babcią.
Zajmowałam kolejkę, siadałam na murku, albo na stołeczku, albo na krawężniku, a babcia mogła sprawdzić okoliczne sklepy. Pójść „za tory” albo „po sprawunki”. Gdy wracała, kolejka wciąż długa bez końca, a sklep wciąż zamknięty. Gdy „rzucili” cokolwiek, tłum dostawał drgawek i wówczas nie było bezpiecznie, aby dziecko pozostawało w tym zamęcie
i kłębowisku. Byłam więc odsuwana na stronę. Babcia za to sprawiała się dzielnie.
To było około ’82. W ‘86 wciąż siedziałam na ławkach nieopodal boiska, czekając na swoją kolejkę do rzutu piłeczką. Spoglądając w lewo, mogłabym, jedynie w czasie przerwy, dostrzec sylwetki dopalających pety palaczy. Chowali się zwykle w cieniu śmietników. Kubły chronione były murowanką z białych cegieł z prześwitami, tak, że nikt nie mógł tam się schronić i pozostać w pełni niezauważony. Tuż obok stała jednak ławka. Stara, zielona, drewniana, wygodna ławka ogrodowa. Ku niej przyciągnięto dla towarzystwa drugą bliźniaczą, odrapaną z farby. I ustawiono na wprost, tak, aby siedzące na ławkach osoby mogły opierać nogi na przeciwległym siedzeniu, uśmiechać się do siebie głupkowato
i wdmuchiwać sobie w nos wzajemnie dymek szlugów.
Nieoczekiwanie wyrwało mnie z zamyślenia pojawienie się palaczy na ławkach. Za wcześnie! Czyżby przerwa? Po kilku sekundach zabrzmiał dźwięk dzwonka. Nauczycielka prawdopodobnie zwolniła klasę nieco wcześniej, w pośpiechu pakując swoje tobołki i licząc na wizytę u lekarza, na którą zapisała się pewnie dwa miesiące wcześniej.
Szybko dołączyłam do schodzącej z boiska grupy dziewcząt prowadzonej przez nauczycielkę wuefu. Jak ja nie lubiłam, gdy kończyła ona zajęcia z dzwonkiem! Bieg na ostatnie piętro do przebieralni, pobieżne umycie dłoni i twarzy – nikt nie śnił o prysznicu, choć szkoła teoretycznie dawała taką możliwość. Zardzewiałe prysznice nieużywane były „od zawsze”, bo czasu na prysznic nie było nigdy.
Wybiegałyśmy zgrzane z przebieralni, ubranie kleiło się do ciała. Lato było zwykle upalne. Żadna z nas nie wiedziała, czym jest dezodorant. Zwłaszcza w młodszych klasach nikt nie używał kosmetyków, które były drogie i trudne do zdobycia. Potem bieg w dół schodów, do klasy geograficznej lub historycznej, gdy trzeba było jeszcze przepisać, a, w przypadku bardziej ambitnych, napisać ćwiczenie, powtórzyć materiał.


 
2
 
 
Tak zwana długa przerwa, nam zdawała się zawsze zbyt krótka w starszych klasach. Rzeczywiście dłużyła mi się ona jedynie w początkowych latach podstawówki, gdy ubrana w nieznośny fartuszek, krążyłam wedle zaleceń dyrektora i pilnujących nauczycielek w krąg spacerowy po korytarzu. Nie można było usiąść ani rozmawiać. Należało spędzać wolny czas przerwy, krążąc w koło. Aż do znudzenia, aż do dzwonka.
Zbawieniem były dni ciepłe, gdy można było się wyrwać z zaklętego kręgu
i odetchnąć świeżym powietrzem na wybiegu przed szkołą. Pośród wysokich sosen, które dodawały uroku tej ponurej skądinąd szkole. Niezłym wyjściem z sytuacji było również odwiedzenie stołówki, która znajdowała się na parterze i przylegała bezpośrednio do świetlicy szkolnej. Tu, ci, którzy posiadali wykupione roczne obiady mogli stołować się codziennie. Można było jednak po prostu przemknąć się do stolika koleżanek czy kolegów i dosiąść, pogadać, posiedzieć.
Zawsze jadłam obiady w stołówce szkolnej. Nieszczególnie dobre, zapełniały jednak żołądek o odpowiedniej, „zdrowej”, południowej porze dnia. Mój żołądek tolerował żylaste mięso wołowe w sosie szarym, jajko na twardo i listek sałaty pod beszamelem lub polany sosem musztardowym. Kluski leniwe, pierogi i naleśniki były daniami wyśmienitymi. Dostawałam jednak gęsiej skórki na widok żylastego i kościstego kotleta schabowego oraz niewyraźnej papki ciemnozielonego szpinaku. Tego ostatniego smakołyku dotknęłam na stołówce szkolnej tylko raz. Organizm zareagował gwałtowną negacją i cała zawartość żołądka zwrócona została na talerz.
Przez wiele lat nie chciałam spoglądać życzliwie na to zdrowe warzywo. Nie dalej jak dwa lata temu całkiem nowe jego objawienie w postaci dość ostrego pakistańskiego dania
z dodatkiem kartofli dokonało przemiany moich gustów kulinarnych. Nawet wątróbka i móżdżek, na które spoglądałam z odrazą, stały się potrawami do zaakceptowania przyprawione odpowiednio, wedle zasad kuchni azjatyckiej.
Po obiedzie biegliśmy na wyższe piętra do sal chemii, geografii albo muzyki. Szkoła podstawowa ceniła muzykę i plastykę, które znikły z planu lekcji w szkole średniej. Elementy historii sztuki realizowała anemicznie historia i zajęcia języka polskiego. Muzyka była jednak nieobecna. Pozostawały więc już tylko wspomnienia z zajęć pani Jonińskiej czyli Jońskiej, jak wymawialiśmy wszyscy jej nazwisko.
Ekscentryczna młoda kobieta w epoce komunizmu potrafiła dać upust fantazji
i poczuciu humoru, ubierając się zawsze w, przyciągające wzrok, barwne, niebanalne ciuszki. Getry tęczowo-kolorowe, falbaniasta zielona czy żółta spódnica, koszule i kamizelki, narzutki i chustki, nastroszona tapirowana fryzura w kolorach rudym i ciemno rudym, wszystko to deklarowało zgodnie zasady niepodległości szarościom komunizmu. Prostą radość życia, swobodę i artystyczne gusta.
Lubiłam naszą muzyczkę i jej dziwne zajęcia. Uczyła gry na flecie – obowiązkowej. Uczyła taktu i rytmu, rozdawała bębny, tamburyny, cymbały i trójkąty. Akompaniowała nam na pianinie i gitarze. Śmiertelnie obraziłam się na nią jednak w momencie, gdy odmówiła mi udziału w występach chóru szkolnego. „Zbyt słaby głos” – brzmiał werdykt.
Jak to? Tak lubiłam śpiewać i tak wielkie wiązałam z chórem nadzieje. Wkrótce jednak pojawił się kościelny ruch oazowy i możliwość przyjęcia do scholi. Zapomniałam
o ekscentrycznej muzyczce. Był to już ostatni mój rok w szkole podstawowej. Nerwówka egzaminów do szkoły średniej. Olimpiada z języka polskiego. Zdecydowałam, że moim faworytem powinny się stać lekcje języka polskiego i umiejętności pisarskie. Chciałam pisać. Coś tam wcześnie już bazgroliłam. Wiersze powstawały w ciągu kilku lat podstawówki. Te wiersze, zapisane w zielonym zeszycie, którego nie potrafię dziś odnaleźć.
Pisanie stawało się przyjemnością, choć wobec braku odwagi i inwencji, ograniczałam je do długich i fantazyjnych wypracowań szkolnych. Nie potrafiłam sięgnąć po pióro i coś, ot tak, dla przyjemności, na papierze, stworzyć. A jednak humanistyczne zdolności były – twierdzili członkowie rodziny. - powinnam zdawać do liceum, do klasy humanistycznej. To miejsce dla dziewcząt.
Tak się stało. Dziś jednak żałuję, że na marne poszło moje zamiłowanie do łamigłówek matematycznych i fizycznych, które z pasją rozwiązywałam w podstawówce, pod okiem ulubionego matematyka z brzuszkiem, łysiną i rudym wąsikiem. Moje kilka „luf” w trzeciej klasie zmotywowało mnie do wysiłku do tego stopnia, że nie pozwoliłam sobie później ani na chwilę na utratę miana „świetnej uczennicy”.
Fizyka, choć pasjonowała przez pierwszy rok nauki, przede wszystkim dzięki osobie szalonego i roztargnionego nauczyciela, stała się nudnym i nieznośnym przedmiotem w ciągu lat późniejszych. A stało się tak za sprawą belfra po pięćdziesiątce i dyrektora szkoły w jednej osobie. Ten sam pan o czarnej, gęstej czuprynie, małym brzuszku i zawsze surowym spojrzeniu bez cienia uśmiechu, był onegdaj nauczycielem matematyki mojego ojca. Odległe to czasy – lata sześćdziesiąte zapewne i ostatnie ojcowskie lata podstawówki. Surowe zasady tego nauczyciela formowały się prawdopodobnie z upływem lat, tak, że moje wspomnienia niezupełnie pokrywają się z tymi, które przywoływał ojciec.
Zajęcia fizyki różniły się od zajęć matematyki obecnością doświadczeń. Demonstracje działania różnorakich substancji, przyciągania i odpychania elementów magnetycznych, obiegi zamknięte i otwarte, prąd przemienny, wszystkie te elementy myślenia ścisłego
i pojmowania świata metodą naukową, stały się dla mnie dziś szalenie i smutno odległe. Humanistyczne zajęcia w klasie licealnej zagłuszyły pociąg do nauki. I dziś liczby wywołują u mnie zamęt i zmieszanie. Dlatego stałe moje motto życiowe - Nie mam pamięci do cyfr - towarzyszy mi już niestety od wielu lat.
Cyfry niezapisane przestają istnieć. Pamięci do dat i dni urodzin nie posiadam. Ani nie starałam się jej efektywnie wyćwiczyć. Moje wspomnienia z zajęć matematyki przywołują tę trudną do opisania przyjemność, tę czystą satysfakcję w momencie odnalezienia prawidłowej odpowiedzi w zadaniu. Zaś myśl o zajęciach fizyki stawia mi przed oczami obraz wielkiego stołu, tuż przed dwuczęściową, zieloną, suwaną tablicą, oraz gestykulację nauczyciela i jego skomplikowane eksplikacje, o tym jak to ebonitowe laski zyskują właściwości elektryzujące. „Pocieramy futerkiem laskę ebonitową” – to formuła słowna, z którą kojarzono fizyka.
Z której wyśmiewano się bez końca. Przywoływała przecież w nastoletnich wtedy już głowach jednoznaczne skojarzenia ze sferą seksualną.
 


 
3
 
 
Fizyki nie było na egzaminach do szkoły średniej. Była jednak matematyka, z której dostałam trójkę, i jedynie moja piątka z polskiego uratowała sytuację. I pozwoliła mi dostać się do klasy humanistycznej, gdzie większość stanowiły dziewczęta, a pięciu chłopców zawsze zdawało mi się odrobinę zbyt zniewieściałych.
Jedyną bliższą przyjaciółką, sąsiadką z ławki była Ada. Wiele lat później utrzymywałyśmy jeszcze znajomość. Dzieliły nas tylko tory kolejowe w Stasinie.
Gdy wyszła za mąż i wyprowadziła się do Mińska, nasz kontakt urwał się całkowicie. Miewam wyrzuty sumienia. Tak żal tych przyjaźni, które po latach tracą znaczenie. Nigdy nie udawało mi się ich utrzymać. Pojawiały się wciąż nowe znajomości, nowe kontakty. Nie potrafiłam jednak nigdy utrzymać i pielęgnować najstarszych.
Wiele z nich nie przetrwało próby czasu. Traciliśmy płaszczyznę porozumienia,
w miarę jak zmieniały się nasze poglądy i tryb życia. Oddalenie również miało znaczenie - od dziewięćdziesiątego szóstego roku, z niewielkimi przerwami, nieustannie podróżuję. Wiele przyjaźni zgubiłam pędząc do przodu, ku przyszłości. Niektóre z nich w zabawny, dziwaczny sposób odnalazły się po latach i nabrały znaczenia.
Tak było w przypadku Eli. Koleżanki z jednego miasteczka, z jednej podstawówki. Zawsze szalenie dorośle i poważnie wyglądała, niezależnie od swojego młodego wieku. Wysoka brunetka o krótkich włosach, które szybko zaczęła farbować. Nasze drogi schodziły się i rozchodziły w momencie przynależności do organizacji młodzieżowych i ruchów kościoła katolickiego. Znikła na kilka lat z oczu. Pojawiła się po moim powrocie
z Francji i stała się jedną z wierniejszych czytelniczek moich powieści dziwnej treści.
Ela miała swoją historię. Losy jej związku z żonatym mężczyzną, jego rozwód
i ich obecne małżeństwo były dla mnie rewelacją i inspiracją. Jej historia była trochę podobna do mojej. Dobrze rozumiałyśmy się wówczas, gdy opowiadałam jej o swojej konwersji,
o islamie i o tym, że rozwód jest sprawą dozwoloną i możliwą w religii, którą przyjęłam. Chwilami zazdroszczę jej poukładanego życia, spokoju, dziecka, męża i pewnej pracy. Tak jak ona zapewne z westchnieniem myśli o moich wyjazdach, podróżach i „ciekawym życiu”.
Wszystko ma swoją cenę. Znów wróciłam. Mój związek znów stanął pod znakiem zapytania i straciłam kolejną pracę. I zaczynać trzeba od początku, od dna. O ile łatwiej było być dzieckiem, które nie martwi się o przyszłość, a raczej wygląda jej z niecierpliwością. Jak wielkie nadzieje wiązałam z pomyślnie zdaną maturą, egzaminami na studia, potem
z magisterką. Egzaminy, które w czasie studiów były zmorą, stały się obecnie swojego rodzaju namiętnością. Wpadłam w wir testów językowych, kursów i studiów podyplomowych. Czyżbym pragnęła powrócić do szkoły po pięciu niechcianych latach studiów na Polonistyce? Och, jeszcze jak. Chęci i rzeczywistość nie idą jednak w parze. Zdałam niedawno pomyślnie egzamin na Romanistykę, ale szybko okazało się, że braknie mi zapału. Że strach przed biedowaniem i niechęć do życia byle jakiego, pięcioletniego, do trudów „łączenia końca z końcem” wobec braku stałej pracy, były zbyt wielkie.
Wkrótce po otrzymaniu indeksu zorientowałam się jak lekkomyślna była moja decyzja. Moje marzenie o dyplomie romanistki i możliwościach pracy legalnego, dyplomowanego tłumacza być może nigdy się nie ziszczą. Nigdy nie starcza mi zapału, by doprowadzić rzeczy do końca, by zrealizować rozpoczęte plany, pomysły, w połowie drogi do celu. Nie starcza odwagi i wiary w siebie. Czyjeś gorzkie ostre słowo, czyjś negatywny komentarz sprawia, że osiadam na laurach, w depresji. Jak dotąd jedynie pisanie jest pasją najsilniejszą i realizowaną najwytrwalej.
Piszący potrzebują akceptacji. Trywializm. Być może jednak wielu milczy tylko dlatego, że brak im odwagi, aby otworzyć usta, brak determinacji, aby przekazać dalej to, co od lat składają do szuflady.
Podobno książki, które widzimy w księgarniach, filmy które oglądamy nie są dowodem, że najbardziej utalentowani artyści zdołali zachwycić publiczność i przebić się, wyjść na swoje, zainteresować sobą i swoją twórczością. To oznacza jedynie, że im się udało. Mieli szczęście, ktoś im pomógł, mieli dość determinacji i silne wsparcie przyjaznych ludzi.
Może ci, którzy publikują są tymi, którzy najwięcej mają wiary w siebie. Co
z pozostałymi? Zapewne odkryjemy ich dzieła po ich śmierci. Jeśli nie ulegną wcześniej zniszczeniu. Inni – w ogóle nic nie napiszą i nie stworzą. A może inna interpretacja jest prawidłowa – ci którzy z powodu niesprzyjających okoliczności nic nie zdołali napisać
i wydać, najwidoczniej nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. Bo pisania uczyć trzeba się samodzielnie. Bo warsztaty pisarskie to bzdura – jak swobodnie interpretować można wypowiedź polskiej poetki noblistki...


wiara
 
 
 
 
 
 
 
 
 
1
 
 
Zaangażowałam się w ruch oazowy w ostatniej klasie podstawówki. Ktoś wspomniał
o kościele, spotkaniach, miłej atmosferze i piosenkach przy akompaniamencie gitary. Rzeczywiście. W kościele odbywały się spotkania. W każdy piątek. Pojawiłam się tam pewnego tygodnia, wraz z przyjaciółmi. Było radośnie. Głośno. Maleńka sala w pomieszczeniach kościelnych. Kościół był w trakcie budowy, tymczasem msze odbywały się jeszcze w starej, drewnianej, zielonej kaplicy. W Sali nie starczało miejsca dla wszystkich, niektórzy siedzieli na stołach, inni stali.
Gdy nastała cisza dowiedzieliśmy się, co oznacza sformułowanie „światło i życie”. Na małych znaczkach-nalepkach widniały greckie litery ułożone w postać krzyża. „światło” w pionie i „życie” w poziomie. Chrystus był światłem. Chrystus był życiem. To był grecki krzyż równoramienny. Po powrocie do domu nakleiłam znaczek na nowiuteńką gitarę klasyczną i z dumą pokazywałam przyjaciołom. Należałam do ruchu Światło-Życie.
Wkrótce wszystko przyjęło bardziej zorganizowany kształt. Podzielono nas na grupy, oddzielne dla chłopców i dziewcząt. Spotkania odbywały się co tydzień, w grupach. Każdy zobowiązywał się przyjść również w piątek, na wspólną dla wszystkich, modlitwę.
Podobało mi się. Wszyscy moi przyjaciele byli zaciekawieni działalnością ruchu. Co tydzień pojawiało się wiele nowych osób. Równie wiele się jednak wykruszało. Znikali. Pytano, dlaczego. Potem zapominano. Ludzie przychodzili i po kilku tygodniach stwierdzali, że tego typu organizacje i ich ideały zdecydowanie nie odpowiadają ich stylowi życia
i światopoglądowi. Mnie jednak fascynowała energia i dynamika tego ruchu.
Byłam nieśmiałą, naiwną dziewczyną. Lubiłam organizacje i stowarzyszenia. Pewniej czułam się w grupie. Nie chciałam nigdy przodować, wybijać się czy ujawniać. Ten ruch ukształtował, w pewnym stopniu, moją osobowość. Wciąż jeszcze jestem tą nieśmiałą dziewczyną sprzed lat, mimo wielu doświadczeń, podroży, zdobytej wiedzy
i światopoglądu, który wielu uważa za dziwny i niecodzienny. Byłam szarą myszką tam, w oazie, choć z upływem lat wstępowałam na kolejne stopnie wtajemniczenia.
Zaproponowano mi prowadzenie grupy. Przekazywanie wiedzy religijnej było dla mnie szczególnie mozolne. Tak trudno było przyciągnąć uwagę niesfornych dziewcząt. Trudno odpowiadać na ich pytania, na które sama wciąż jeszcze poszukiwałam odpowiedzi.
- W Biblii napisane jest! Ale dlaczego? Dlaczego Maria była niepokalanie poczęta? Dlaczego Trójca święta jest tajemnicą? Proszę wytłumacz. Dlaczego nie? Dlaczego tak?
Po kilku latach wciąż powracały do mnie te same pytania. Nieśmiałość przeszkadzała mi w pracy animatorki. Nie umiałam wypowiadać własnych, ciężko wypracowanych poglądów z odpowiednią dozą pewności siebie. To, w co wierzyłam, zdawało się wątpliwe. Dlaczego? Wierzyłam przecież w trójcę całą duszą i umysłem. A jednak samej sobie nigdy nie mogłam jej logicznie wytłumaczyć. Wciąż jednak jeździłam na spotkania oazowe, zbywałam byle czym siebie i swoje wątpliwości. Przepraszałam Boga w modlitwie.
Zdałam „egzamin oazowy”. Sprawdziłam się. Byłam wciąż szarą myszką, taką jednak, którą wszyscy znali i lubili. Byłam tą ładną, miłą osobą, która tak ładnie gra na gitarze, tak ładnie śpiewa, tak oryginalnie się ubiera. Kto nie lubi słuchać komplementów na własny temat? To prawda, że zasady tego ruchu były zgodne wówczas z moimi nawykami, naturą
i charakterem. Zaakceptowałam modę na wyciągnięte, długie swetry i spódnice do kostek. Ten styl, który wielu myliło z hipisowskim. Rezygnacja z picia i palenia również była drobiazgiem. Sama zrezygnowałam dodatkowo z mięsa. Ot, jedno wyrzeczenie więcej.
A wegetarianizm był przecież tak modny.
Ruch oazowy był dla mnie odryciem. Jednocześnie, jedynie etapem w rozwoju. To nie był koniec drogi, lecz jej początek. Wielu rzeczy, z którymi zetknęłam się w kościele katolickim, nie akceptowałam. Przymykałam oczy. Udawałam, że wszystko jest do przyjęcia. I Trójca, która jednocześnie jest Bogiem Jedynym i hostia i spowiedź. Pojawiało się jednak zbyt wiele natrętnych wątpliwości.
Dużo czytałam. Była to jednak literatura katolicka. Wielu ludzi spotykałam, byli to jednak Polacy i katolicy. Nie interesowało mnie to, co głoszą inne religie. Nie chciałam czytać książek pisanych przez nie-katolików. Wystarczał mi kontakt z przyjaciółmi
z kościoła. Moje wyjazdy na letnie rekolekcje, moja grupa, moja schola, mój śpiew podczas mszy i gra na gitarze.
Dopiero wyjazd do Francji sprawił, że nie musiałam czytać książek o innych religiach. Słowa pojawiły się same. Pojawili się przyjaciele protestanci, kalwini i luteranie, pojawił się mężczyzna, którego pokochałam, protestant. Pojawili się muzułmanie – Marokańczycy.
I liberalni Francuzi. I dylematy miłości. Pigułka antykoncepcyjna niedługo po pierwszym zbliżeniu z mężczyzną. Rzadsze odwiedziny w kościele, bo protestantyzm szturmował moje szare komórki i okazało się, że nie ma odwrotu.
Katolicyzm przestał być jedynym znanym mi światopoglądem. Ideały ojca Blachnickiego, w które wciąż wierzyłam, okazały się trudne do zrealizowane w świecie liberalizmu, który poznałam i któremu nie potrafiłam się oprzeć. Porzuciłam zobowiązanie do całkowitej abstynencji od alkoholu, czystość, msze cotygodniowe, spowiedź. Ta ostania nie była już łatwa i prosta, rutynowa. Jeśli zdobyłam się na odwagę, by do niej przystąpić, doświadczenie to było męką nie do opisania, ze względu na towarzyszące jej uczucia wstydu i wątpliwości. I tak miało pozostać przez długi czas.


2
 
 
W oazie, jak nazywaliśmy ruch Światło-Życie, z biegiem lat coraz bardziej drażniła mnie uczuciowość i nadwrażliwość. Denerwowało sentymentalne podejście do spraw wiary. Rozedrgane modlitwy i wezwania do Ducha świętego, który zdawał mi się najbardziej nieprawdziwą i abstrakcyjną z postaci Trójcy. Gdzie był w całym tym rozgardiaszu jeden Bóg? Ten groźny i surowy, Bóg ojciec. Bóg, którego jedynowładztwa nie poddawano
w wątpliwość. Który nie potrzebował naszej chwały i płaczliwych piosenek.
Do kogo zresztą skierowane były te pieśni? Nie chodziło przecież o to, aby ich wykonanie mnie wbijało w pychę, mi sprawiało przyjemność, mnie wprowadzało w stan euforii i ekstazy? Na tym etapie rozważań znałam już zasady filozofii realistycznej Tomasza
z Akwinu. Znałam również twierdzenia i idee św. Augustyna i mistyków takich, jak Jan od Krzyża i św. Teresa z Avilla. Nieobce były mi ich tezy o możliwości zbliżenia się do Boga przez ekstazę i długotrwałą, pełną zaangażowania, modlitwę. Przez posty i wyrzeczenia. (Ich idee w tej chwili przywodzą na myśl założenia sufizmu w islamie.)
Niezależnie jednak od tego jak pociągające zdawały mi się rozważania św. Teresy
i św. Jana od Krzyża, niezależnie od tego jak dobrze potrafiłam się modlić przez śpiew
i głośną, spontaniczną modliwę, ja szukać chciałam własnej drogi. Wierzyłam, że zaprowadzi mnie do Boga prawdziwego, nie na obraz i podobieństwo ludzi. Chciałam zrozumieć, kim był, zanim namalowano pierwsze jego wizerunki. Zanim zaczęto przypisywać mu różnorakie formy, zachowania, właściwości i cechy, których, jak sądziłam, posiadać nie mógł.
W międzyczasie pojawił się człowiek, ksiądz, którego wiedza pozwoliła mi niemal uwierzyć, że moim przeznaczeniem może być, mimo wszystko, oaza. On nauczał mądrze, jego kazania wychodziły poza nudę i rutynę. Jego słowa były przekonujące i uczciwe. Mówił
o swojej wierze bez uniesienia i ekstazy. Mówił o Bogu z czcią, ale i konkretnie, jasno. Kilkakrotnie prowadził rekolekcje, czyli letnie wyjazdy oazowe. Po dwóch latach jednak znikł z naszej parafii, przeniesiony do jednej z warszawskich. Straciłam z nim kontakt i znów stałam się bezradna w swoich poszukiwaniach.
Zdecydowałam się na ostatni już wyjazd na letnią oazę. Do miejscowości położonej niedaleko Puszczy Kampinoskiej, w zalesionej okolicy. Wyjazd ten organizował pewien ksiądz z Warszawy, którego nie znałam. Z łatwością udawało mu się nawiązywać kontakty
z młodzieżą. Wzbudzał zaufanie. Podobał mi się jego styl życia, sposób, w jaki mówił o wierze i doświadczeniu poszukiwania Boga. Jego wypowiedzi były twarde i stanowcze. Wiara wymagała poświęceń – mówił. To prawda. Nieco później jednak, w zupełnie innym kontekście spojrzałam na tę wypowiedź.
Ksiądz lubił wyprawy po okolicy. Odwiedziliśmy wszyscy leśniczówkę, odprawił mszę polową. Wspaniałe doświadczenie, franciszkańskie. Nadszedł dzień, gdy odważyłam się poważnie z nim porozmawiać. O sobie, swoich problemach z wiarą. O pragnieniu odejścia
z oazy, poszukiwaniach i wątpliwościach. Zabrał mnie wówczas na spacer. Był wieczór. Jechaliśmy nieoświetloną drogą pośród lasu. W pewnym momencie wyskoczyło pod koła maleńkie zwierzę. Świst opon i nasze przerażenie. Księdzu udało się jednak opanować kierownicę i uniknąć zderzenia.
Zatrzymaliśmy się przy drodze, aby ochłonąć. Rozmawialiśmy dalej. On wciąż powracał do tematu poświęcenia się Bogu. - Bóg był więc istotą szalenie wymagającą - myślałam, spoglądając jednocześnie na siedzącego obok księdza. Był mężczyzną, jak każdy inny, wydawał mi się jedynie bardziej samotny i emocjonalnie uboższy. Czy nie miał tych samych potrzeb, co inni mężczyźni? Czy rzeczywiście był powołany do życia w samotności
i celibacie? Sprawiał wrażenie osoby delikatnej i zagubionej, niezależnie od tego, jak surowe były jego słowa, jak pewnie wypowiadał się o swoich wyborach i przekonaniach.
Dlaczego Bóg chciał, aby ludzie wybierali życie przeciwne naturze? Przywołałam wówczas uczucie jakie mnie ogarnęło, gdy tuż przed naszą nocną wyprawą przytulił mnie na chwilę do siebie, przyjacielsko. Odczułam wtedy zmieszanie i coś jeszcze. Może było to podniecenie, do którego nie chciałam się przyznać nawet przed sobą samą. Byłam przecież wciąż jeszcze niewinną i naiwną dziewczyną. Nie jestem pewna jak zareagował jego organizm na ten akt czułości czy przyjaźni.
Wierzę, że większość księży, których znałam, było uczciwych. Że rzeczywiście starali się realizować zasady ustalone przez kościół. Jedną z istotniejszych był czystość i celibat. A jednak moje odczucia nienaturalnego zmieszania po incydencie na drodze wśród lasu sprawiły, że jeszcze częściej pojawiały się w mojej głowie wątpliwości. Jeszcze szybciej postanowiłam odejść z oazy, w ogóle wyjechać z Polski, spojrzeć na nią z dala, z perspektywy kraju laickiego, kraju, który nie deklarował przynależności nijakiej. Nie zobowiązywał i nie obligował. Jednocześnie więc nie zmuszał do hipokryzji, która wąską jedynie linią oddziela się od gorliwości i prawdziwego zaangażowania.
Wraz z wyjazdem urwał się również kontakt z przyjaciółmi, których poznałam w oazie, z którymi wspólnie przeżywałam wzloty i upadki wiary. Wielu z nich odeszło z ruchu na podobnym etapie. Była wśród tych, którzy odeszli bliska przyjaciółka, która do dziś jest praktykującą katoliczką i twardo broni swoich przekonań. Od kilku lat jest mężatką, on wyznaje te same przekonania, są szczęśliwi. Nie potrafimy już jednak pozostać na tym samym poziomie porozumienia. Znikła łatwość konwersacji, tkwią między nami niedomówienia i żale. Unikamy się. A może to ja ich unikam. Przyjaciółka za wszelką cenę stara się utrzymać nasze kontakty. Temperuje zapędy męża, który sypie żartami, nie zdając sobie sprawy, że mogą mnie one razić. Nie. Nie potrafię zachować istotnej więzi z tymi, którzy nie odbierają na tej samej fali. Nasze drogi zbyt gwałtownie się rozmijają.
 


3
 
 
Jedną z osób, które całkowicie zniknęły z mojego życia był chłopak, który sprawił, że czerwieniłam się bez powodu, a serce biło mi mocniej. On, podobnie jak ja, w lipcu przeznaczał czas na wyjazdy oazowe, w sierpniu wyruszał na pielgrzymkę, zimą zaś jeździł na spotkania Taize. Zanim go jednak poznałam, przez kilka lat na pielgrzymki chodziłam w towarzystwie przyjaciółek. Ich matki nazywałam ciociami. To były „ciocie przyszywane”, koleżanki mamine, o których niesprawiedliwie nie napisałam ani słowa w jednym
z początkowych rozdziałów tej książki.
Ciocia Krysia, którą lubiłam najbardziej, miała córkę Julę. Znałyśmy się od dzieciństwa. Pojawia się na wielu moich czarno-białych fotkach, robionych ręką taty. Julka właśnie towarzyszyła mi w pierwszej pielgrzymce. Nasi rodzice odprowadzili swoje pociechy do najbliższej wioski, gdzie zatrzymywał się po raz pierwszy korowód pielgrzymkowiczów. Z niewiadomych powodów rodzice stwierdzili, że znacznie łatwiej będzie nam rozpocząć pielgrzymowanie od wsi Babice, zamiast od kościoła św. Anny w centrum Warszawy.
Julka nie towarzyszyła mi zbyt długo. Osłabła i wycofała się z pielgrzymowania. Ja jednak postanowiłam za wszelką cenę dotrzeć do Częstochowy, niezależnie od kurzu, brudu, zmęczenia, upału i niezliczonej ilości zropiałych, bolących bąbli na stopach. Nie było „najlepszych” i „najwygodniejszych” butów. Każdy but sprawiał ból po kilku godzinach marszu. Nawet najstarsze, sprawdzone zawodziły właściciela. Zwieszona ze zmęczenia i unikająca słońca głowa dostrzegała stopy obute w sandały obok tych wiernych trampkom, adidasom, bucikom w stylu pielęgniarek i salowych, jakie nosiły niegdyś moja babcia
i matka. Oczy dostrzegały nawet ciężkie, czarne, skórzane buty zwane pospolicie „glanami”. Ich właścicielem był właśnie Antek, który po kilku dniach postanowił się z nimi jednak pożegnać i wdziać lżejsze, zdarte adidasy.
Był o rok starszy. Wiedziałam, że mieszka w Stasinie, niedaleko torów,
w okolicy jeszcze bardziej zalesionej niż moja. Widywaliśmy się podczas spotkań oazowych, jednak zarówno moja jak i jego nieśmiałość nie pozwoliła nam wcześniej na zawarcie znajomości. Dopiero, gdy skończyłam osiemnaście lat ponownie zbliżyliśmy się do siebie
i zdecydowaliśmy pozostać razem. Nie było błyskawic, nie było sztucznych ogni, a jednak była między nami nić porozumienia bardzo dla nas obojga cenna. Było iskrzenie. Te wspomnienia są dla mnie dziś ważne. Pamiętam wędrowanie do Częstochowy podczas kolejnej pielgrzymki, które odbyliśmy trzymając się za ręce. Na tyle, na ile było to możliwe
w upale, gdy ciało płynęło potem i każdy dotyk bliźniego zdawał się nieznośny.
Wędrowaliśmy razem, a wieczorami, gdy dochodziliśmy do kolejnej wioski, w której przeznaczano nam miejsca na nocleg, lubiłam zamykać ze zmęczenia oczy i iść przed siebie ufnie trzymając za rękę mojego przewodnika.
Jest takie zdjęcie, które przywołuje tamte pielgrzymkowe wspomnienia szczególnie wyraźnie. Postój gdzieś niedaleko Częstochowy. Ogromne zmęczenie – większość naszej grupy bezsilnie rozkłada się na trawie tuż po dojściu do miejsca odpoczynku. Widzę siebie, bardzo chudą, niską panienkę, w czarnym zbyt długim, wyciągniętym t-shircie i przykrótkich spodniach, upolowanych na darach z kościoła. Widzę Antka w dżinsach do kolan i kraciastej flanelowej koszuli bez ramion. Całuje mnie, pochylając się tak, że zasłania moją twarz w obiektywie.
Ostatniego dnia pielgrzymki, na ostatnim postoju, zawsze miała miejsce gorączkowa przebieranka i zamieszanie. Dziewczęta wdziewały długie spódnice na krótkie spodenki, chłopcy wciągali długie spodnie, księża zakładali grube, „normalne” sutanny i zapinali je poprawnie od dołu do góry. Było odświętnie. Atmosfera uroczystości delikatniejszym wyciskała łzy z oczu. Dopiero jednak wejście do miasta i ruszenie do świątyni było chwilą prawdziwie podniosłą.
Któregoś roku pielgrzymowanie odrobinę nam się przedłużyło. Chciałam zostać kilka dni w Częstochowie, rozbić wraz z przyjaciółmi namioty na terenie jednego z przyjaznych nam klasztorów. Stamtąd ruszyliśmy całą paczką nad jezioro, gdzieś w Polskę, do rodziny mojego, jak go już wówczas nazywałam dumnie, chłopaka. Namioty, lato, wakacje i słońce. Spałam w namiocie z dziewczętami. Romansowaliśmy w dzień. W nocy grzecznie każdy udawał się do własnego lokum. Jedyną parą, która wówczas była na tyle odważna
i „dojrzała”, aby mieszkać w jednym namiocie, był przyjaciel Antka i jego dziewczyna.
Zastanawiałam się wówczas, co mogą robić tak długo sami, w namiocie – zamykali się również w ciągu dnia. Śmiałe przypuszczenie, że chodziło o pieszczoty i seks, nie chciało dojść do głosu. Jeśli dochodziło, odsuwałam je szybko z niechęcią. Czystość przedmałżeńska i dziewictwo było sprawą oczywistą i nie do podważenia. Wiedziałam, że mój chłopak myśli podobnie, skoro nigdy nie zdecydował się na nic więcej, poza pocałunkiem. A może była to nasza wzajemna nieśmiałość. Zmysły jednak budziły się powoli. Po rozstaniu z Antkiem nie mogłam spotkać nikogo, kto dość skutecznie zawróciłby mi w głowie. Niewielu chłopców interesowało się zresztą nieśmiałą panienką, która nieoczekiwanie z chudzielca zamieniła się w nieco za tłusty pączek.
Pojawił się jednak ten, któremu podobał się mój tłusty podbródek i obfite kształty. Poznaliśmy się na Mazurach. Pochodził z Mińska, miał samochód, był miły i zdolny do wielkich poświęceń, jak myślałam po cichu – z miłości. Jednak małomiasteczkowa kultura, niższe od mojego wykształcenie i bezpośrednie zachowanie drażniły mnie. Nie kochałam go. Nie potrafiłam jednak zrozumieć, dlaczego wciąż jesteśmy razem. Brakło mi odwagi i determinacji, aby zerwać. A może pochlebiał fakt, że jest mężczyzna, któremu mogę się podobać, który pójdzie z panienką na bardzo drogi koncert jazzowy, choć jazzu nie lubi.
Istotnym elementem tej gry był również fakt, że zmysły moje obudziły się już dawno
i dawały o sobie znać. A chłopak z Mińska liczył na moją otwartość i szybki seks. Nigdy nie spełniły się jego marzenia. Uparcie postanowiłam pozostać dziewicą, aż do momentu poznania osoby „właściwej”. Aż do wyjazdu do Francji. Tam dziewicą być przestałam. Stosunkowo szybko. Jednocześnie zapominając o konieczności współżycia i związku z osobą „właściwą”.
Pierwszy mężczyzna, którego poznałam dokładniej od strony cielesnej, był obcokrajowcem. Co więcej – nie był katolikiem. Przekroczenie jednej granicy z łatwością pozwala przekroczyć kolejne, ze znacznie mniejszym już bagażem wyrzutów sumienia. Byłam wciąż na etapie poszukiwań wiary. Spotkałam wyznawców nie tylko innych odmian chrześcijaństwa, poznałam również muzułmanów i wyznawców judaizmu.


4
 
 
Zetknęłam się z wyznawcami islamu bardzo wcześnie, najpierw we Francji w ’96, kilka lat później w Turcji. Nie znaczy to jednak, że zetknęłam się z islamem. Mogłabym zaryzykować przypuszczenie, że liczni młodzi francuscy imigranci z krajów Magrebu, jak
i zeświecczeni Turcy, nie są gorliwymi wyznawcami swojej religii, jeśli oceniać po jej zewnętrznych przejawach. Ukrywają ją tak dalece, że dopiero dziś zastanawiam się i próbuję przypomnieć, czy zauważyłam wówczas jakiekolwiek oznaki wiary, choćby kulturowe elementy przywiązania do niej.
Dopiero poznanie w 2001 Nadira sprawiło, że moje spojrzenie na tę religię zmieniło się. Czy powinnam jednak mówić o 2001? Te pierwsze chwile naszej znajomości nie naprowadziły mnie również na ślad islamu. Muzułmanie na obcej ziemi skrzętnie kryją swoją wiarę, metodą Europejczyków. Sacrum oddzielają od profanum. Muzułmanie, czyli mężczyźni, wyznające bowiem ortodoksyjną wersję islamu kobiety nie mogą ukryć się w tłumie. Chustka przyciąga wzrok, budzi ciekawość. Jest manifestacją, jest manifestem. Wywołuje niechęć. Tak jak stało się w moim przypadku, po powrocie z Ameryki.
Konserwatyzm i ortodoksja, jaką za wszelką cenę chciałam zastosować, nie wskazały mi najlepszej drogi porozumienia z rodziną, która pozostawała katolicka, podczas gdy ja wybrałam już islam. Allah z pewnej perspektywy był takim samym Bogiem, jak Ten czczony przez chrześcijan. Był jedyny. Odrzucałam jednak obecność chrześcijańskich „osób boskich”. Sprawy różnic dogmatycznych były cierpliwie i delikatnie dyskutowane w gronie mojej rodziny. Jednak chustka b